Niespokojna krew

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Niespokojna krew
Niespokojna krew. Część 2
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 68,82  55,06 
Niespokojna krew. Część 2
Audio
Niespokojna krew. Część 2
Audiobook
24,90  18,18 
Szczegóły
Audio
Niespokojna krew. Część 1
Audiobook
24,90  18,18 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

2

Serce zranione ulgę czerpie wielką

Z nadziei na to, co rozbawi głowę […].

Edmund Spenser

The Faerie Queene

Uśmiechając się wciąż na wspomnienie historii opowiedzianej przez Polwortha, Strike zauważył, że ciemnowłosa kobieta przy barze nosi się z zamiarem podejścia do niego. Jej blond koleżanka w okularach chyba jej to odradzała. Strike dopił piwo, schował portfel, sprawdził, czy wciąż ma papierosy w kieszeni, i opierając się o ścianę z tyłu, wstał, pamiętając, by przed wykonaniem pierwszego kroku osiągnąć niezbędną równowagę. Po czterech piwach jego proteza bywała nieskora do współpracy. Upewniwszy się, że doskonale trzyma się w pionie, ruszył w stronę wyjścia, pozdrawiając skinieniem głowy, lecz bez uśmiechu, tych nielicznych miejscowych, których nie mógł bezkarnie zignorować, i przez nikogo nie nagabywany dotarł do ciepłej ciemności na zewnątrz.

Na szerokich nierównych schodach prowadzących nad zatokę wciąż roiło się od popijających i palących ludzi. Strike, omijając ich, też sięgnął po papierosa.

Był błogi sierpniowy wieczór i turyści jeszcze spacerowali nad malowniczym brzegiem morza. Aby dostać się z powrotem do domu ciotki i wuja, Strike musiał odbyć piętnastominutowy marsz, częściowo stromo pod górę. Pod wpływem nagłego impulsu skręcił w prawo, przeszedł przez ulicę i skierował się ku wysokiemu kamiennemu murowi oddzielającemu parking oraz przystań promową od morza. Oparł się o niego, zapalił papierosa i patrzył na srebrzystoszary ocean, upodabniając się do turysty, który może palić w milczeniu i nie musi odpowiadać na pytania o raka. Celowo odwlekał moment powrotu na niewygodną kanapę pełniącą od sześciu nocy funkcję jego łóżka.

Po przyjeździe usłyszał od Joan, że jako bezdzietny singiel i były żołnierz na pewno nie będzie miał nic przeciwko spaniu w salonie, ponieważ „potrafi zasnąć wszędzie”. Ciotka chciała za wszelką cenę wyeliminować ewentualność zasygnalizowaną przez Strike’a przez telefon, że mógłby zamieszkać w pensjonacie, by nie nadwyrężać pojemności jej domu. Wizyty Strike’a były rzadkością, zwłaszcza w połączeniu z wizytami jego siostry i siostrzeńców, więc Joan pragnęła nacieszyć się jego obecnością, chciała znowu poczuć się jak żywicielka i opiekunka, nawet jeśli aktualnie była osłabiona pierwszym cyklem chemoterapii.

Wysoki i ciężki Strike, który byłby o wiele szczęśliwszy na łóżku polowym, co wieczór kładł się zatem bez marudzenia na śliskiej, nieustępliwej masie powleczonego satyną końskiego włosia i co rano budzili go mali siostrzeńcy, którzy notorycznie zapominali o jego prośbie, by wstrzymali się z wparowaniem do salonu do godziny ósmej. Przynajmniej Jack miał na tyle przyzwoitości, by przepraszać wujka szeptem, ilekroć sobie uświadomił, że go obudził. Luke, najstarszy z siostrzeńców, codziennie rano zbiegał z łoskotem i wrzaskiem po wąskich schodach i tylko rechotał, mijając pędem Strike’a w drodze do kuchni.

Luke popsuł Strike’owi nowiutkie słuchawki, lecz detektyw udawał, że nic się nie stało. Poza tym pewnego ranka jego najstarszy siostrzeniec uznał, że będzie bardzo zabawnie, jeśli wybiegnie do ogródka z protezą Strike’a i pomacha nią wujkowi przez okno. Gdy w końcu przyniósł ją z powrotem, Strike, który miał pęcherz wypełniony po brzegi i nie mógł wskoczyć po stromych schodach do jedynej toalety w domu, dał mu po cichu taki ochrzan, że przez większość poranka chłopiec był wyjątkowo przygaszony.

Tymczasem Joan codziennie rano bez cienia wątpliwości w głosie oznajmiała Strike’owi, że „dobrze spał”. Zawsze miała w zwyczaju subtelnie przymuszać członków rodziny, by mówili jej to, co chciała usłyszeć. W okresie, w którym Strike spał w agencji i groziła mu rychła niewypłacalność (o czym nie wspomniał ciotce ani wujowi), Joan informowała go wesoło przez telefon: „Świetnie sobie radzisz”, a on jak zwykle czuł, że zaprzeczenie jej optymistycznemu stwierdzeniu wprowadziłoby niepotrzebne napięcie. Po tym, jak w Iraku oderwało mu kawałek nogi, zapłakana Joan stanęła obok jego szpitalnego łóżka, gdy usiłował zebrać myśli w morfinowej mgle, i powiedziała: „Przynajmniej jest ci wygodnie. Nie czujesz bólu”. Kochał ciotkę, która wychowywała go przez sporą część dzieciństwa, lecz dłuższe okresy przebywania w jej towarzystwie sprawiały, że się dusił i czuł stłamszony. Jej uparte gładkie przekazywanie z ręki do ręki fałszywej monety powszechnej zgody, połączone z ignorowaniem niewygodnych prawd i zaprzeczaniem im, odbierało mu siły.

Coś zalśniło w wodzie na dole – gładka srebrzystość i para czarnych jak węgiel oczu: tuż obok Strike’a pluskała się foka. Patrzył na jej podwodne akrobacje, zastanawiając się, czy go widzi, i z powodów, których nie potrafiłby wyjaśnić, jego myśli popłynęły w stronę wspólniczki.

Doskonale zdawał sobie sprawę, że nie powiedział Polworthowi całej prawdy o swoich relacjach z Robin Ellacott, które zresztą nie powinny były nikogo interesować. A prawda wyglądała tak, że w jego uczuciach roiło się od niuansów i komplikacji, których wolał nie analizować. Na przykład gdy był sam, nudził się albo miał chandrę, zazwyczaj marzył o tym, by usłyszeć jej głos.

Spojrzał na zegarek. Tego dnia Robin miała wolne, lecz była pewna szansa, że jeszcze nie śpi, a on miał dobry pretekst, by przesłać jej wiadomość: należało zwrócić koszty za poprzedni miesiąc poniesione przez Saula Morrisa, ich najnowszego współpracownika, a Strike nie zostawił stosownych dyspozycji. Była spora szansa, że jeśli napisze w sprawie Morrisa, Robin zadzwoni, żeby spytać, jak się czuje Joan.

– Przepraszam? – Za jego plecami rozległ się nerwowy kobiecy głos.

Nie musiał się odwracać, by wiedzieć, że to ciemnowłosa kobieta z pubu. Mówiła z akcentem z Home Counties i jej ton zawierał starannie wyważoną mieszankę skruchy i podekscytowania, z którą często miał do czynienia, gdy ktoś chciał z nim rozmawiać o jego detektywistycznych sukcesach.

– Tak? – powiedział, odwracając się w jej stronę.

Blond przyjaciółka przyszła razem z nią. A może, pomyślał Strike, są dla siebie kimś więcej niż przyjaciółkami. Wyczuwało się między nimi jakąś nieokreśloną bliskość. Na pierwszy rzut oka każda miała około czterdziestu lat. Były w dżinsach i koszulkach. Blondynka cechowała się lekko ogorzałą cerą i szczupłością wskazującymi na weekendy spędzane na górskich wędrówkach albo na przejażdżkach rowerem. Należała do kobiet nazywanych przez niektórych „przystojnymi”, co oznaczało, że chodziła bez makijażu. Miała wysokie kości policzkowe, okulary, włosy ściągnięte w kucyk i to wszystko nadawało jej surowy wygląd.

Ciemnowłosa kobieta była drobniejszej budowy. Jej ogromne szare oczy błyszczały blado w pociągłej twarzy. W słabym świetle biła od niej jakaś intensywność emocji, wręcz fanatyzm, co upodobniało ją do średniowiecznej męczennicy.

– Nazywa się pan… Cormoran Strike? – spytała.

– Tak – odrzekł bez zachęty w głosie.

– Och – szepnęła i poruszona wykonała niewielki gest dłonią. – To takie… dziwne. Wiem, że prawdopodobnie wolałby pan nie… Przepraszam, że pana niepokoję, wiem, że jest pan na urlopie – roześmiała się nerwowo – ale… nawiasem mówiąc, mam na imię Anna… Zastanawiałam się, czy… – wzięła głęboki oddech – czy zechciałby pan… czy zechciałby pan porozmawiać ze mną o mojej matce.

Strike milczał.

– Zniknęła – podjęła Anna. – Nazywała się Margot Bamborough. Była lekarką. Pewnego wieczoru skończyła pracę, wyszła z przychodni i nikt jej więcej nie widział.

– Kontaktowała się pani z policją? – spytał Strike.

Anna dziwnie się roześmiała.

– O tak… To znaczy zawiadomiono policję… było dochodzenie. Ale niczego nie ustalili. Po prostu zniknęła – powiedziała Anna. – W siedemdziesiątym czwartym.

Ciemna woda obmywała kamienie i Strike’owi wydało się, że słyszy, jak foka oczyszcza mokre nozdrza. Minęło ich trzech pijanych chłopaków idących wężykiem w stronę przystani. Strike zastanawiał się, czy wiedzą, że ostatni prom odpłynął o szóstej.

– Chodzi o to… – dodała pospiesznie kobieta. – Bo widzi pan, w ubiegłym tygodniu… spotkałam się z medium.

O kurwa – pomyślał Strike.

W czasie swojej kariery detektywistycznej natykał się niekiedy na pośredników w kontaktach ze światem zjawisk nadprzyrodzonych i czuł dla nich jedynie pogardę: uważał za pijawki wysysające pieniądze z kieszeni mamionych i zdesperowanych ludzi.

Wodę przecięła łódź motorowa, której silnik posiekał nocny spokój na kawałki. Najwyraźniej był to środek transportu oczekiwany przez trzech pijanych chłopaków. Zaczęli się śmiać i trącać łokciami na myśl o nieuchronnej chorobie morskiej.

– Dowiedziałam się od tego medium, że dostanę „znak” – ciągnęła niezrażona Anna. – Ta kobieta powiedziała: „Dowiesz się, co się stało z twoją matką. Dostaniesz znak i musisz za nim podążyć. Już niebawem ujrzysz wyraźną drogę”. Więc kiedy zobaczyłam pana w pubie, Cormorana Strike’a w Victory, ten zbieg okoliczności wydał mi się tak niesamowity, że pomyślałam: muszę z panem porozmawiać.

Lekka bryza mierzwiła ciemne włosy Anny poprzetykane siwizną.

– Chodź, Anno, powinnyśmy już iść – powiedziała rzeczowo blondynka. Objęła ciemnowłosą ramieniem. Strike zobaczył obrączkę lśniącą na jej palcu. – Przepraszamy, że zawracałyśmy panu głowę – dodała, zwracając się do Strike’a.

Blondynka próbowała delikatnie odsunąć Annę. Ta pociągnęła nosem i mruknęła:

– Przepraszam. Chyba… wypiłam za dużo wina.

– Chwileczkę.

Strike często wyrzucał sobie nieuleczalne pragnienie wiedzy, swoją niezdolność do zignorowania swędzącego miejsca, zwłaszcza gdy był tak zmęczony i rozdrażniony jak tego wieczoru. Rok siedemdziesiąty czwarty był jednak rokiem jego narodzin. Margot Bamborough była zaginiona tak długo, jak on istniał na tym świecie. To było silniejsze od niego: chciał się dowiedzieć czegoś więcej.

– Spędzają tu panie urlop?

 

– Tak. – Tym razem odezwała się blondynka. – Mamy w Falmouth drugi dom. Na stałe mieszkamy w Londynie.

– Jutro tam jadę – powiedział Strike (Kurwa, co ty wyrabiasz? – spytał głos w jego głowie.) – ale chyba mógłbym zahaczyć rano o Falmouth i spotkać się z paniami, jeśli znajdą panie czas.

– Naprawdę? – Anna się wzruszyła. Nie widział łez napływających do jej oczu, ale wiedział, że się pojawiły, ponieważ po chwili je wytarła. – Och, byłoby wspaniale. Dziękuję. Dziękuję! Podam panu adres.

Na wieść o ponownym spotkaniu ze Strikiem blondynka nie okazała żadnego entuzjazmu. Gdy jednak Anna zaczęła grzebać w torebce, powiedziała:

– Nie szukaj, mam wizytówkę.

Wyjęła portfel z tylnej kieszeni dżinsów i podała Strike’owi wizytówkę z napisem „Dr Kim Sullivan, certyfikowany psycholog BPS” i z widniejącym poniżej adresem w Falmouth.

– Świetnie. – Strike wsunął wizytówkę do portfela. – W takim razie do zobaczenia jutro rano.

– W zasadzie rano mam umówione połączenie konferencyjne – odrzekła Kim. – Będę wolna od dwunastej. To dla pana za późno?

Przesłanie było jasne: będziesz rozmawiał z Anną tylko w mojej obecności.

– Nie, w porządku – zapewnił Strike. – Do zobaczenia o dwunastej.

– Bardzo dziękuję! – powiedziała Anna.

Kim sięgnęła po rękę Anny i kobiety odeszły. Strike patrzył, jak przechodzą pod latarnią, a potem znowu odwrócił się w stronę morza. Motorówka z pijanymi chłopakami właśnie znikała w oddali. Wydawała się maleńka, pomniejszona przez szeroką zatokę, a warkot jej silnika powoli cichł, zmieniając się w odległe bzyczenie.

Zapominając na chwilę o wiadomości do Robin, Strike zapalił drugiego papierosa, wyjął komórkę i wygooglował Margot Bamborough.

Pojawiły się dwa różne zdjęcia. Pierwsze było ziarnistym portretem atrakcyjnej twarzy o regularnych rysach, szeroko rozstawionych oczach i falowanych włosach w kolorze ciemny blond, przedzielonych pośrodku przedziałkiem. Kobieta miała na sobie koszulę z kołnierzykiem modnym w latach siedemdziesiątych, a pod nią coś, co wyglądało na szydełkowy top.

Drugie zdjęcie ukazywało tę samą osobę w młodszym wydaniu, ubraną w słynny czarny gorset króliczka Playboya, dopełniony czarnymi uszami, czarnymi pończochami i białym ogonem. Trzymała tacę z czymś, co wyglądało jak papierosy, i uśmiechała się do obiektywu. Druga młoda kobieta, identycznie ubrana, stała rozpromieniona obok niej, miała trochę wystające zęby i była bardziej zaokrąglona niż jej smukła koleżanka.

Strike skrolował, dopóki obok nazwiska Margot nie znalazł wzmianki o pewnej sławnej postaci.

[…] Margaret „Margot” Bamborough, młoda lekarka i matka, której zniknięcie 11 października 1974 roku przejawiało pewne podobieństwa do historii uprowadzenia Very Kenny i Gail Wrightman przez Creeda.

Bamborough, która pracowała w przychodni Świętego Jana na Clerkenwell, była umówiona z przyjaciółką na szóstą w lokalnym pubie Three Kings. Nigdy tam nie dotarła.

Kilkoro świadków widziało małego białego vana jadącego w tej części miasta z dużą prędkością mniej więcej w porze, w której Bamborough szłaby na umówione spotkanie.

Komisarz Bill Talbot, który prowadził dochodzenie w sprawie zniknięcia Bamborough, od początku był przekonany, że młoda lekarka padła ofiarą seryjnego mordercy, który grasował wtedy w południowo-wschodniej części miasta. Nie znaleziono jednak żadnego śladu Bamborough w suterenie, w której Dennis Creed więził, torturował i zabił siedem innych kobiet.

Charakterystyczne dla Creeda ucinanie głów zwłokom ofiar…

3

Atoli teraz opowiedzieć pora

Britomart przygody oraz dziwne dzieje.

Edmund Spenser

The Faerie Queene

Gdyby ten dzień przebiegał zgodnie z planem, Robin Ellacott byłaby już po długiej kąpieli, leżałaby w łóżku w wynajętym mieszkaniu na Earl’s Court, miałaby zrobione pranie i czytałaby nową powieść. Zamiast tego siedziała w swoim bardzo starym land roverze, zziębnięta i wyczerpana mimo łagodnej wieczornej pogody, wciąż ubrana w to, co włożyła o wpół do piątej rano, i obserwowała oświetlone okno Pizza Express w Torquay. W lusterku wstecznym widziała swoją bladą twarz, zaczerwienione niebieskie oczy oraz jasnorude włosy częściowo schowane pod czarną czapką i wymagające umycia.

Od czasu do czasu zanurzała dłoń w torebce z migdałami leżącej obok na fotelu pasażera. Podczas prowadzenia obserwacji bardzo łatwo byłoby z nudów zacząć odżywiać się fast foodami i czekoladą, podjadać coś częściej, niż należało. Mimo nienormowanego czasu pracy, Robin starała się odżywiać zdrowo, lecz migdały już dawno przestały jej smakować i niczego nie pragnęła bardziej niż kawałka pizzy pepperoni na grubym cieście, którą delektowała się otyła para widoczna w oknie restauracji. Robin prawie czuła ten smak, mimo że powietrze wokół niej było cierpkie od soli morskiej i podszyte permanentnym – gdyż przeniknął tapicerkę land rovera – zapaszkiem starych kaloszy oraz mokrego psa.

Obserwowany obiekt, którego przezywali ze Strikiem „Kępiasty” ze względu na źle dopasowany tupecik, był akurat niewidoczny. Zniknął w pizzerii półtorej godziny wcześniej razem z trzema innymi osobami, z których jedną, nastolatka z ręką w gipsie, Robin mogła dostrzec, jeśli wyciągnęła szyję, pochylając się nad fotelem pasażera. Robiła to mniej więcej co pięć minut, by sprawdzić, jak przebiega posiłek tych czworga. Gdy spojrzała ostatnim razem, do stolika przyniesiono lody. Kolacja na pewno miała się ku końcowi.

Robin walczyła z przygnębieniem, które, jak wiedziała, przynajmniej częściowo było spowodowane skrajnym wyczerpaniem, zesztywnieniem całego ciała wskutek wielu godzin spędzonych w fotelu kierowcy oraz utratą długo wyczekiwanego wolnego dnia. Strike był nieobecny w agencji przez cały tydzień i nie można było na to nic poradzić, więc pracowała bez przerwy przez dwadzieścia dni. Tego dnia ich najlepszy współpracownik, Sam Barclay, miał obserwować Kępiastego w Szkocji, lecz wbrew oczekiwaniom obiekt nie poleciał do Glasgow. Zamiast tego niespodziewanie wybrał się do Torquay, nie pozostawiając Robin innego wyjścia, jak tylko pojechać za nim.

Kiepski humor Robin miał też oczywiście inne przyczyny: jedną była gotowa dopuścić do świadomości, roztrząsanie drugiej sprawiało, że była na siebie zła.

Pierwszą, którą do siebie dopuszczała, był jej trwający właśnie rozwód, który z każdym tygodniem stawał się bardziej burzliwy. Po odkryciu przez Robin romansu jej pozostającego aktualnie w separacji męża odbyli ostatnie i pełne goryczy spotkanie – tak się składało, że również w Pizza Express, tyle że niedaleko miejsca pracy Matthew – na którym uzgodnili, że zdecydują się na rozwód bez orzekania o winie po dwuletniej separacji. Robin była zbyt uczciwa, by wypierać się tego, że ona także ponosiła odpowiedzialność za klęskę ich związku. Wprawdzie Matthew był niewierny, ale wiedziała, że sama nigdy nie była w pełni zaangażowana w ich małżeństwo, że prawie przy każdej okazji przedkładała pracę nad męża, a pod koniec sama szukała pretekstu, żeby od niego odejść. Jego romans był dla niej szokiem, lecz zarazem wyzwoleniem.

W ciągu dwunastu miesięcy, które upłynęły, odkąd poszła z Matthew na pizzę, Robin uświadomiła sobie jednak, że jej były mąż jest daleki od dążenia do rozwodu bez orzekania o winie: obarczał Robin wyłączną odpowiedzialnością za koniec ich małżeństwa i postanowił dopilnować, by zapłaciła mu za tę zniewagę zarówno emocjonalnie, jak i finansowo. Ich wspólne konto w banku, na którym przechowywali pieniądze ze sprzedaży domu, zostało zamrożone, a adwokaci sprzeczali się, jak dużej części tych pieniędzy ma prawo oczekiwać Robin, skoro zarabiała o wiele mniej niż Matthew oraz – w ostatnim piśmie wyraźnie to zasygnalizowano – wyszła za niego wyłącznie dla korzyści materialnych, jakich nigdy nie mogłaby osiągnąć samodzielnie.

Każde pismo od adwokata Matthew przysparzało Robin dodatkowego stresu, wywołując wściekłość i cierpienie. Nie potrzebowała adwokata, by wiedzieć, że Matthew najwyraźniej próbuje doprowadzić do tego, by wydała na prawnicze przepychanki pieniądze, których nie miała, by straciła czas oraz środki finansowe i w końcu odeszła, uzyskując najmniej, jak się da.

– Nigdy nie spotkałam się z tak burzliwym rozwodem bezdzietnej pary – powiedziała jej adwokatka, co oczywiście wcale Robin nie pocieszyło.

Matthew dalej zajmował prawie tyle miejsca w jej głowie co wtedy, gdy byli małżeństwem. Miała wrażenie, że czyta w jego myślach mimo milczenia i kilometrów dzielących ich bardzo odmienne nowe życia. Nigdy nie umiał przegrywać. Musiał wyjść zwycięsko z tego żenująco krótkiego małżeństwa, zabierając wszystkie pieniądze i obciążając Robin winą za porażkę ich związku.

To wszystko, rzecz jasna, byłoby wystarczającym uzasadnieniem jej aktualnego nastroju, lecz istniał jeszcze inny powód, ten, którego wolała do siebie nie dopuszczać i który ku swojemu rozdrażnieniu wciąż roztrząsała.

Stało się to poprzedniego dnia w agencji. Saulowi Morrisowi, najnowszemu współpracownikowi, należał się zwrot kosztów za ubiegły miesiąc, więc zostawiwszy Kępiastego bezpiecznego w jego małżeńskim domu w Windsorze, Robin pojechała na Denmark Street, żeby wypłacić Saulowi pieniądze.

Morris pracował w agencji od sześciu tygodni. Ten były policjant, niewątpliwie przystojny mężczyzna o czarnych włosach i jasnoniebieskich oczach, miał w sobie jednak coś, co działało Robin na nerwy. Mówiąc do niej, zazwyczaj zmieniał ton na miększy, okraszał ich najbardziej przyziemne interakcje figlarnymi dygresjami i przesadnie osobistymi uwagami, a jeśli był w pobliżu, żadne dwuznaczne wyrażenie nie mogło przejść niezauważone. Robin żałowała, że któregoś dnia Saul odkrył, iż obydwoje są w trakcie rozwodu. Od tego czasu najwyraźniej uznał, że zyskał nowy żyzny grunt pod zażyłość, którą sobie uroił.

Miała nadzieję, że wróci z Windsoru, zanim Pat Chauncey, nowa sekretarka agencji, skończy pracę, lecz gdy weszła po schodach, było już po szóstej i zastała Morrisa czekającego na nią przed zamkniętymi drzwiami.

– Przepraszam – powiedziała Robin – były okropne korki.

Zwróciła Morrisowi wydatki, dając mu gotówkę z nowego sejfu, a potem oznajmiła, że musi wracać do domu, on jednak przylepił się do niej jak guma wplątana we włosy i opowiadał o najnowszych nocnych esemesach od swojej byłej żony. Robin starała się łączyć uprzejmość z chłodem, aż w końcu zadzwonił telefon na jej dawnym biurku. W normalnych okolicznościach pozwoliłaby się włączyć poczcie głosowej, lecz teraz bardzo chciała ukrócić wywody Morrisa.

– Przepraszam, muszę odebrać – powiedziała. – Miłego wieczoru. – I podniosła słuchawkę. – Agencja detektywistyczna Strike’a, mówi Robin.

– Cześć, Robin – odezwał się lekko zachrypnięty kobiecy głos. – Jest szef?

Zważywszy na to, że Robin rozmawiała z Charlotte Campbell tylko raz, przed trzema laty, było chyba zaskakujące, że natychmiast odgadła, kto dzwoni. Od tamtego czasu z niedorzeczną wnikliwością analizowała kilka słów wypowiedzianych wówczas przez Charlotte. Tym razem wyłowiła nutę rozweselenia, jakby Charlotte uważała, że Robin jest zabawna. Swoboda, z jaką użyła imienia Robin oraz nazwała Strike’a „szefem”, również doczekała się swojej dozy obsesyjnych rozmyślań.

– Przykro mi, nie ma go – powiedziała, sięgając po długopis i czując, że jej serce bije trochę szybciej. – Czy mam coś przekazać?

– Mogłabyś go poprosić, żeby zadzwonił do Charlotte Campbell? Mam coś, czego chce. Zna mój numer.

– Dobrze – odrzekła Robin.

– Wielkie dzięki – powiedziała Charlotte. Wciąż wydawała się rozbawiona. – No to cześć.

Robin sumiennie zapisała: „Dzwoniła Charlotte Campbell, ma coś dla ciebie” i zostawiła wiadomość na biurku Strike’a.

Charlotte była kiedyś narzeczoną Strike’a. Ich narzeczeństwo skończyło się przed trzema laty, dokładnie w dniu, w którym Robin przyszła do pracy w agencji jako tymczasowa sekretarka. Choć Strike daleki był od wynurzeń na ten temat, Robin wiedziała, że spędzili ze sobą szesnaście lat („z przerwami”, jak zazwyczaj podkreślał Strike, ponieważ ich związek wielokrotnie chwiał się w posadach, nim doszło do jego ostatecznego rozpadu), że Charlotte zaręczyła się ze swoim aktualnym mężem zaledwie dwa tygodnie po tym, jak Strike ją zostawił, i że była teraz matką bliźniąt.

Na tym jednak wiedza Robin się nie kończyła, gdyż po odejściu od męża przez pięć tygodni mieszkała w wolnym pokoju u Nicka i Ilsy Herbertów, dwojga najlepszych przyjaciół Strike’a. W tym czasie Robin i Ilsę połączyła przyjaźń i wciąż regularnie umawiały się na drinki i kawę. Ilsa nie robiła żadnej tajemnicy z tego, że ma nadzieję, iż Strike i Robin pewnego dnia, najlepiej już niedługo, odkryją, że „są dla siebie stworzeni”. Choć Robin regularnie prosiła Ilsę, by zaprzestała niedwuznacznych aluzji, i zapewniała ją, że są ze Strikiem absolutnie szczęśliwi jako przyjaciele i współpracownicy, Ilsa wesoło obstawała przy swoim.

 

Robin bardzo lubiła Ilsę, lecz naprawdę nie chciała, by nowa przyjaciółka swatała ją ze Strikiem. Zawstydzała ją myśl, że Strike mógłby uznać, że ona także ma udział w regularnie podejmowanych przez Ilsę próbach aranżowania spotkań we czworo, coraz bardziej przypominających podwójne randki. Odrzucił dwa ostatnie zaproszenia na tego rodzaju wyjścia i choć nawał pracy w agencji rzeczywiście utrudniał wszelkiego rodzaju życie towarzyskie, Robin miała nieprzyjemne poczucie, że Strike doskonale wie o ukrytym motywie Ilsy. Spoglądając wstecz na własne krótkie życie małżeńskie, była pewna, że nigdy nie dopuściła się traktowania singli w taki sposób, w jaki teraz traktowała ją Ilsa: z radosnym brakiem poszanowania dla ich wrażliwości, przybierającym niekiedy postać mało finezyjnych prób zarządzania ich życiem uczuciowym.

Jednym ze sposobów używanych przez Ilsę do naprowadzenia Robin na temat Strike’a było opowiadanie jej o Charlotte. W takich chwilach Robin miała poczucie winy, ponieważ rzadko ucinała ten temat, choć za każdym razem czuła się potem tak, jakby objadła się śmieciowym jedzeniem: było jej niedobrze i żałowała, że nie oparła się pokusie sięgnięcia po więcej.

Wiedziała na przykład o niejednym ultimatum spod znaku „albo ja, albo armia”, o dwóch próbach samobójczych („Ta na wyspie Arran się nie liczy – stwierdziła uszczypliwie Ilsa. – To była zwykła manipulacja”) i o dziesięciodniowym przymusowym pobycie w klinice psychiatrycznej. Robin słuchała opowieści, którym Ilsa nadawała tytuły godne kiepskich thrillerów: „Noc noża do chleba”, „Incydent z czarną koronkową sukienką” i „Liścik poplamiony krwią”. Wiedziała, że według Ilsy Charlotte nie jest szalona, lecz zła, i że najgorsze kłótnie, jakie kiedykolwiek wybuchały między Ilsą a jej mężem Nickiem, dotyczyły Charlotte, „co zresztą cholernie by ją ucieszyło” – dodawała Ilsa.

Teraz Charlotte dzwoniła do agencji, prosiła Strike’a, żeby oddzwonił, a Robin, siedząc przed Pizza Express, głodna i wyczerpana, po raz kolejny rozdrapywała sprawę tego telefonu jak język drażniący aftę. Skoro Charlotte dzwoniła do agencji, najwyraźniej nie wiedziała, że Strike jest w Kornwalii u śmiertelnie chorej ciotki, a to wskazywało, że nie są ze sobą w stałym kontakcie. Z drugiej strony, lekko rozbawiony ton Charlotte zdawał się sugerować, że łączy ich jakieś przymierze.

Zawibrowała komórka Robin leżąca na miejscu pasażera obok torebki z migdałami. Uradowana, że może skupić uwagę na czymś innym, sięgnęła po telefon i zobaczyła esemesa od Strike’a.

Nie śpisz?

Odpisała:

Nie.

Tak jak się spodziewała, komórka natychmiast zadzwoniła.

– A powinnaś – powiedział bez wstępów Strike. – Na pewno jesteś wykończona. Ile obserwowałaś Kępiastego? Trzy tygodnie?

– Dalej go obserwuję.

– Co? – Strike wydawał się niezadowolony. – Jesteś w Glasgow? Gdzie się podział Barclay?

– W Glasgow. Był w gotowości, ale Kępiasty nie wsiadł do samolotu. Zamiast tego pojechał do Torquay. Właśnie je pizzę. Jestem obok restauracji.

– Po cholerę pojechał do Torquay, skoro jego kochanka jest w Szkocji?

– Odwiedza swoją pierwszą rodzinę – powiedziała Robin, żałując, że nie będzie mogła zobaczyć miny Strike’a, gdy przekaże mu następną wiadomość. – Jest bigamistą.

Strike zareagował na jej słowa zupełnym milczeniem.

– O szóstej byłam przed jego domem w Windsorze – powiedziała Robin. – Myślałam, że pojadę za nim do Stansted, zobaczę, jak wsiada do samolotu i dam znać Barclayowi, że jest już w drodze, ale on nie pojechał na lotnisko. Opuścił dom w pośpiechu, jakby wystraszony, pojechał do wynajętego garażu, włożył do środka walizkę, po czym wyszedł z zupełnie innym bagażem i bez tupecika. Potem przyjechał aż tutaj. Niedługo nasza klientka w Windsorze odkryje, że w świetle prawa nie jest mężatką – podsumowała Robin. – Kępiasty od dwudziestu lat ma żonę w Torquay. Rozmawiałam z sąsiadami. Udałam, że przeprowadzam sondaż. Jedna z kobiet mieszkająca przy tej samej ulicy była na jego ślubie. Powiedziała, że Kępiasty często podróżuje w interesach i że to uroczy człowiek. Oddany synom. Ma ich dwóch – ciągnęła Robin, ponieważ milczenie oszołomionego Strike’a trwało w dalszym ciągu – studiują, żaden nie ma jeszcze dwudziestu lat i są do niego podobni jak dwie krople wody. Jeden spadł wczoraj z motoru, dowiedziałam się o tym właśnie od tej sąsiadki, ma rękę w gipsie i wygląda na dość mocno poturbowanego. Widocznie Kępiasty dostał wiadomość o wypadku i zamiast polecieć do Szkocji, czym prędzej przyjechał do Torquay. Występuje tu pod nazwiskiem Edward Campion, nie John. Okazuje się, że John to jego drugie imię. Przeszukałam informacje dostępne w internecie. Razem z pierwszą żoną i synami mieszka w całkiem ładnej willi z widokiem na morze i wielkim ogrodem.

– Jasna cholera – powiedział Strike. – Więc nasza ciężarna znajoma w Glasgow…?

– Dla pani Campion w Windsorze to najmniejszy powód do zmartwienia – powiedziała Robin. – Facet prowadzi potrójne życie. Dwie żony i kochanka.

– A wygląda jak łysiejący koczkodan. Dla każdego z nas jest nadzieja. Mówiłaś, że je teraz kolację?

– Pizzę z żoną i dziećmi. Zaparkowałam na ulicy. Wcześniej nie udało mi się zrobić mu zdjęć z synami, a chcę je pstryknąć, bo ich twarze mówią wszystko. To mini-Kępiaści, dokładnie jak ta dwójka w Windsorze. Jak myślisz, udaje, że gdzie był?

– Na polu naftowym? – zgadywał Strike. – Za granicą? Na Bliskim Wschodzie? Może dlatego tak pieczołowicie podtrzymuje opaleniznę.

Robin westchnęła.

– Nasza klientka będzie zdruzgotana.

– Podobnie jak kochanka w Szkocji – powiedział Strike. – Dziecko przyjdzie na świat lada chwila.

– Gość ma zadziwiająco niezmienne upodobania – stwierdziła Robin. – Gdybyś ustawił te kobiety jedną obok drugiej: żonę z Torquay, żonę z Windsoru i kochankę z Glasgow, wyglądałyby jak ta sama kobieta widziana w dwudziestoletnich odstępach czasu.

– Gdzie zamierzasz spać?

– W Travelodge albo w jakimś pensjonacie – powiedziała Robin, ziewając – o ile uda mi się gdzieś znaleźć wolny pokój w szczycie sezonu urlopowego. Pojechałabym prosto do Londynu, ale jestem wyczerpana. Nie śpię od czwartej, a wczoraj prowadziłam obserwację przez dziesięć godzin.

– Żadnej jazdy samochodem i żadnego spania w aucie – powiedział Strike. – Wynajmij pokój.

– Jak się czuje Joan? – spytała Robin. – Poradzimy sobie w agencji, jeśli chcesz zostać w Kornwalii trochę dłużej.

– Dopóki tu jesteśmy, Joan nie usiedzi na miejscu. Ted przyznaje, że potrzeba jej odrobiny spokoju. Za dwa tygodnie znowu ją odwiedzę.

– Więc dzwonisz, żeby spytać, jak nam idzie z Kępiastym?

– W zasadzie to dzwonię w sprawie czegoś, co mi się właśnie przydarzyło. Niedawno wyszedłem z pubu…

W kilku zdaniach opisał spotkanie z Anną Phipps.

– Właśnie ją wygooglowałem – powiedział. – Margot Bamborough, dwudziestodziewięcioletnia lekarka, mężatka, roczna córka. Po pracy wyszła z przychodni na Clerkenwell, powiedziała, że przed powrotem do domu zamierza wyskoczyć na szybkiego drinka z przyjaciółką. Miała do pubu zaledwie pięć minut piechotą. Przyjaciółka czekała, ale Margot się nie zjawiła i nigdy więcej jej nie widziano.

Przez chwilę obydwoje milczeli.

– I jej córka myśli, że ustalisz, co się wydarzyło prawie czterdzieści lat temu? – spytała Robin, nie odrywając wzroku od witryny pizzerii.

– Wygląda na to, że przywiązuje wielką wagę do zbiegów okoliczności: zauważyła mnie w knajpie zaraz po tym, jak usłyszała od medium, że dostanie „znak”.

– Hm – powiedziała Robin. – Czy po tak długim czasie są twoim zdaniem szanse na ustalenie, co się wydarzyło?

– Prawie żadne – przyznał Strike. – Z drugiej strony prawda gdzieś tam jest. Nikt tak po prostu nie rozpływa się w powietrzu.