Jak powstała bomba atomowaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Motto

Przedmowa na 25-lecie pierwszego wydania

I. GŁĘBOKA I BEZSPORNA PRAWDA

1. Bzdury

2. Atomy i próżnia

3. Tvi

4. Długi grób wykopany

5. Ludzie z Marsa

6. Maszyny

7. Exodus

8. Wzruszanie i kopanie

9. Rozległe pęknięcie

II. SZCZEGÓLNA SUWERENNOŚĆ

10. Neutrony

11. Przekroje czynne

12. Wiadomości z Wielkiej Brytanii

13. Nowy świat

14. Fizyka i pustynia

15. Inne zwierzęta

16. Objawienia

17. Zło naszych czasów

III. ŻYCIE I ŚMIERĆ

18. Trinity

19. Języki ognia

Epilog

Podziękowania

Bibliografia

Przypisy

Tytuł oryginału The Making of the Atomic Bomb

Przekład PIOTR AMSTERDAMSKI

Przedmowę przełożył JAROSŁAW MIKOS

Wydawca KATARZYNA RUDZKA

Redaktor prowadzący ADAM PLUSZKA

Korekta MACIEJ KORBASIŃSKI, JAN JAROSZUK

Projekt okładki i stron tytułowych ANNA POL

Zdjęcie na okładce © Joe Raedle / Getty Images

Opracowanie typograficzne, łamanie | manufaktu-ar.com

Copyright © 1986 by Rhodes & Rhodes

Foreword copyright © 2012 by Rhodes & Rhodes

Oryginally published by Simon & Schuster Inc.

Copyright © for the translation by Anna Amsterdamska i Jerzy Amsterdamski

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2021

Warszawa 2021

Wydanie pierwsze w tej edycji

ISBN 978-83-66671-90-4

Wydawnictwo Marginesy Sp. z o.o.

ul. Mierosławskiego 11A

01-527 Warszawa

tel. 48 22 663 02 75

e-mail: redakcja@marginesy.com.pl

www.marginesy.com.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Pamięci Johna Cushmana

1926–1984

Autor wyraża wdzięczność Fundacji Forda oraz Fundacji Alfreda P. Sloana za wsparcie, jakiego mu udzieliły w trakcie pracy nad tą książką.

Historia odkryć naukowych, traktowana jako historia ludzkich osiągnięć i ludzkiego zaślepienia, stanowi jeden z wielkich eposów.

Robert Oppenheimer

W takim przedsięwzięciu jak budowa bomby atomowej kapitalne znaczenie ma różnica między pomysłami, nadziejami, sugestiami i obliczeniami teoretycznymi a wiarygodnymi wielkościami ustalonymi na podstawie pomiarów. Działalność różnych komitetów, politykowanie i plany, wszystko to nie doprowadziłoby do niczego, gdyby kilka nieprzewidywalnych jądrowych przekrojów czynnych miało wartość dwa razy większą lub mniejszą od rzeczywistej.

Emilio Segrè

Przedmowa

NA 25-LECIE PIERWSZEGO WYDANIA

Ponad siedemdziesiąt lat od chwili powstania w cieniu toczącej się walki na frontach II wojny światowej program Manhattan powoli staje się mitem. Z naszej świadomości zniknęły ogromne reaktory do wytwarzania plutonu i kaniony, w których go wyodrębniano, w Hanford, w stanie Waszyngton czy długa na prawie kilometr fabryka wzbogacania uranu w Oak Ridge, w stanie Tennessee, podobnie jak kilkaset tysięcy pracowników, którzy zbudowali i obsługiwali tę ogromną maszynerię, starając się jednocześnie zachować cel jej powstania w tajemnicy; a w naszej pamięci pozostaje jedynie nagie jądro legendy: tajne laboratorium w Los Alamos, na płaskowyżu w stanie Nowy Meksyk, gdzie zaprojektowano i zbudowano same bomby; charyzmatyczny szef laboratorium, amerykański fizyk Robert Oppenheimer, który po wojnie zdobył międzynarodowy rozgłos, a potem go utracił, zaatakowany przez wrogów; samotny bombowiec B-29 nazwany, dość osobliwie, na cześć matki pilota, „Enola Gay”; zniszczone miasto Hirosima i biedne zrujnowane Nagasaki.

Niemal mityczna jest także sama broń, choć tylko do chwili, gdy przeciwnik stara się ją zdobyć. Słyszymy ostrzeżenia, że nowe mocarstwa atomowe stanowią zagrożenie dla świata, podczas gdy dawne zapewniają pokój. Młoda badaczka Anne Harrington de Santana napisała, że broń nuklearna zyskała status swego rodzaju fetyszu; niczym pieniądz w stosunku do różnych towarów, nasze połyskujące głowice atomowe stały się oznaką narodowej potęgi: „Tak samo jak dostęp do bogactwa materialnego w postaci pieniądza wyznacza szanse jednostki i jej miejsce w hierarchii społecznej, dostęp do władzy, jaką daje posiadanie broni nuklearnej, określa szanse państwa i jego miejsce w porządku międzynarodowym”. Dlatego większość krajów uprzemysłowionych rozważało po 1945 roku, wcześniej lub później, zdobycie broni jądrowej, mimo że nikt od tamtej pory nie ośmielił się jej użyć. Gdyby ktoś rzeczywiście wykorzystał te bomby, nasz świat ległby w gruzach.

Groźba użycia broni atomowej była jedną z przyczyn, które sprawiły, że w 1978 roku postanowiłem napisać historię powstania pierwszych bomb atomowych. (Inną było odtajnienie większości dokumentów dotyczących programu Manhattan, dzięki czemu mogłem oprzeć opowieść na materiałach źródłowych). Wtedy wybuch wojny nuklearnej groził nam, jak się wydaje, o wiele bardziej niż obecnie. Pod koniec lat siedemdziesiątych i na początku osiemdziesiątych, gdy zbierałem materiały, a następnie pisałem książkę, wyścig zbrojeń jądrowych między Stanami Zjednoczonymi a Związkiem Radzieckim przybierał na sile i podobnie jak wielu innych obserwatorów obawiałem się, że jakiś przypadek, nieostrożność albo nieporozumienie doprowadzi do katastrofy.

Związek Radziecki toczył wówczas wojnę w Afganistanie. Amerykański prezydent Jimmy Carter mógł więc odnieść wrażenie, że Rosjanie zamierzają opanować tereny wokół Zatoki Perskiej, a tym samym bogate pola naftowe na Bliskim Wschodzie – Carter przysięgał wtedy, że Stany Zjednoczone na to nie pozwolą, nawet za cenę wojny jądrowej. ZSRR z całą determinacją dążył do zwiększenia swojego arsenału nuklearnego, starając się dorównać amerykańskiemu – to decyzja, podjęta w Moskwie po kryzysie rakietowym z 1962 roku, gdy prezydent John F. Kennedy groźbą użycia broni jądrowej zmusił Rosjan do ich wycofania z Kuby – a im bliżej parytetu w zakresie zbrojeń jądrowych znajdował się Związek Radziecki, tym głośniej amerykańska prawica domagała się krwi. Ronald Reagan, który w 1980 roku wygrał wybory prezydenckie, postanowił podwoić amerykański budżet zbrojeniowy, jednocześnie określając drugie supermocarstwo tak prowokacyjnymi nazwami jak „imperium zła” albo „ośrodek zła w świecie współczesnym”. ZSRR zestrzelił, powodując śmierć wszystkich obecnych na pokładzie, koreański samolot pasażerski, który zboczył z kursu w obszar radzieckiej przestrzeni powietrznej. Manewry wojsk NATO pod kryptonimem Able Archer [Zręczny Łucznik] zimą 1983 roku, obejmujące symulację działań poprzedzających atak jądrowy, z udziałem szefów rządów państw członkowskich NATO, omal nie doprowadziły radzieckiego kierownictwa ze schorowanym Jurijem Andropowem na czele do przypuszczenia pierwszego ataku jądrowego.

Mimo tych niepokojących wydarzeń nie mogłem uwierzyć, że gatunek tak inteligentny jak nasz i tak zdolny do adaptacji może dobrowolnie ściągnąć na siebie zagładę, którą umożliwiała wyprodukowana z całą świadomością broń. Zastanawiałem się, czy zanim doszło do wybuchu pierwszych bomb w japońskich miastach, co zasadniczo zmieniło naturę wojny, istniały jakieś alternatywne ścieżki postępowania, inne od tej, jaką podążyły Stany Zjednoczone i Związek Radziecki. Czemu oba mocarstwa muszą posiadać w sumie siedem tysięcy głowic jądrowych, choć wystarczyłoby zaledwie kilka z nich, aby zniszczyć siebie nawzajem? Czemu w latach zimnej wojny w zasadzie myślano jedynie o konfrontacji militarnej, choć dzięki istnieniu broni atomowej bezpośredni konflikt zbrojny między supermocarstwami oznaczał samobójstwo? Czemu, z drugiej strony, mimo całej retoryki i wojowniczych gestów, od czasu Nagasaki pod wpływem nagłego gniewu nikt nie użył ani jednej bomby? Wydawało mi się, że jeśli wrócę do początków tej historii, a nawet do tego, co ją poprzedzało, gdy możliwość wyzwalania ogromnej energii ukrytej w jądrach atomów była jedynie interesującym problemem stanowiącym wyzwanie dla fizyków, uda mi się odkryć jakieś zarzucone, alternatywne ścieżki postępowania, które – gdyby ponownie rzucić na nie trochę światła – mogłyby doprowadzić nas do innego rezultatu niż wisząca nad nami groźba nuklearnej apokalipsy.

 

Te alternatywne wersje wydarzeń rzeczywiście istniały. Odkryłem je, podobnie jak inni przede mną – by tak rzec – tuż przed naszym nosem. Umieszczając je w centrum opowieści, starałem się zwrócić na nie uwagę. Książka Jak powstała bomba atomowa stała się standardową prehistorią i historią programu Manhattan. Przełożono ją na kilkanaście języków i opublikowano w wielu krajach. Dotarły do mnie wcale nierzadkie opinie od osób związanych z rządem amerykańskim i ośrodkami władzy w innych krajach, które pozwalają przypuszczać, że była ona często studiowana w wielu siedzibach głów państw i gabinetach ministrów obrony. W ten sposób przyczyniła się do powszechnego zrozumienia paradoksu broni jądrowej. Nie mam tu na myśli paradoksu odstraszania, któremu broń jądrowa zawdzięcza status fetyszu, opisywany przez Harrington de Santanę. Chodzi mi o paradoks, który wyraził wielki duński fizyk Niels Bohr, gdy mówił, że chociaż broń jądrowa stanowi własność znanych z nazwy państw narodowych, uzurpujących sobie prawo do jej posiadania i użycia w obronie suwerenności, to ze względu na swoją niszczycielską, niedającą się opanować siłę stanowi wspólne zagrożenie dla nas wszystkich, podobnie jak choroby epidemiczne, i podobnie jak epidemie przekracza granice krajów, sporów i ideologii.

W książce poświęciłem tak wiele miejsca prehistorii programu Manhattan – dziejom fizyki jądrowej od odkrycia radioaktywności pod koniec XIX wieku po poznanie zjawiska rozszczepienia jądra atomowego w nazistowskich Niemczech pod koniec 1938 roku – ponieważ doszedłem do wniosku, że jeśli chcę zrozumieć, na czym polega rewolucyjny charakter tych bomb, powinienem rozumieć odpowiednie zasady fizyki najlepiej, jak to możliwe w przypadku laika, i że czytelnicy żywią podobne oczekiwania. Na studiach miałem tylko jeden kurs z fizyki, ale dowiedziałem się na nim, że fizyka jądrowa jest nauką niemal wyłącznie eksperymentalną. A to oznacza, że odkrycia, które doprowadziły do powstania bomb atomowych, stanowiły następstwo manipulacji dokonywanych w laboratoriach na pewnych obiektach fizycznych: wypełniony materiałem promieniotwórczym metalowy pojemnik, w którym umieszczono próbkę poddaną pomiarom za pomocą takiego, a nie innego narzędzia, musiał dać takie, a nie inne rezultaty. Kiedy już opanowałem naukowy żargon, mogłem przeczytać klasyczne teksty w tej dziedzinie, wyobrazić sobie eksperymenty i zrozumieć odkrycia, przynajmniej w takim zakresie, w jakim miały związek z budową bomby atomowej.

Później zrozumiałem, że przypomnienie dziejów fizyki jądrowej ma także inny cel: podważa naiwne przekonanie, że po odkryciu rozszczepienia jądra atomowego (w nazistowskich Niemczech!) fizycy mogli dojść do porozumienia i umówić się, że zachowają je w tajemnicy, oszczędzając w ten sposób ludzkości brzemienia wojny jądrowej. Nie. Zważywszy na rozwój fizyki jądrowej do 1938 roku, drogę, jaką podążali fizycy na całym świecie, wolni od jakiegokolwiek zamiaru wynalezienia broni masowej zagłady – zaledwie jeden z nich, wybitny węgierski fizyk Leo Szilard, traktował poważnie taką ewentualność – odkrycie rozszczepienia jądra atomowego było czymś nieuchronnym. Aby mu zapobiec, musielibyśmy powstrzymać rozwój fizyki. Gdyby uczeni niemieccy nie dokonali tego odkrycia, niemal z pewnością kilka dni albo tygodni później zrobiliby to uczeni brytyjscy, francuscy, amerykańscy, rosyjscy, włoscy albo duńscy. Wszyscy pracowali nad tymi samymi problemami, starając się zrozumieć dziwne rezultaty prostego eksperymentu polegającego na bombardowaniu jądra uranu neutronami.

Nie wchodził w grę żaden faustowski pakt, jakim chętnie ekscytują się reżyserzy filmowi i inni naiwni laicy. Nie było również żadnej złowrogiej maszynerii, którą uczeni mogliby ukryć przed politykami i generałami. Przeciwnie, istniało nowe, ważne odkrycie dotyczące natury wszechświata oraz reakcja wyzwalania energii, starsza niż sama Ziemia, reakcja, którą nauka wreszcie, dzięki swoim koncepcjom i wynalazkom, potrafiła zrozumieć i kontrolować. „Sprawcie, aby wydawało się to nieuchronne”, zwykł radzić Louis Pasteur studentom, gdy zabierali się do opisywania swoich odkryć. Ale tak właśnie było. Pragnienie, że można by to odkrycie zignorować albo do niego nie dopuścić, jest barbarzyństwem. „Wiedza – jak zauważył pewnego razu Niels Bohr – jest sama w sobie podstawą cywilizacji”. Nie można mieć jednej, nie mając drugiej; jedna opiera się na drugiej. Nie da się stworzyć nauki wolnej od niekorzystnych następstw; metoda naukowa nie ma wbudowanych tego rodzaju filtrów zabezpieczających. Wiedza ma swoje konsekwencje, które nie zawsze są zamierzone, nie zawsze są wygodne, nie zawsze są mile widziane. Ziemia obraca się wokół Słońca, a nie Słońce wokół Ziemi. „Jest głęboką i bezsporną prawdą – mawiał Robert Oppenheimer – że wielkie rzeczy w nauce osiągamy nie dlatego, że są potrzebne; osiągamy je, ponieważ można je osiągnąć”.

Pierwsze bomby atomowe, wyprodukowane chałupniczo na płaskowyżu w stanie Nowy Meksyk, spadły na oniemiały świat epoki przednuklearnej. Wkrótce potem, gdy Związek Radziecki dokonał eksplozji bomby będącej kopią bomby plutonowej Fat Man, zbudowanej na podstawie planów dostarczonych przez Klausa Fuchsa i Teda Halla, a następnie zaczął rozbudowywać własny ogromny arsenał, porównywalny z amerykańskim; gdy bomba wodorowa spotęgowała i tak już ogromną siłę rażenia broni jądrowej o kilka rzędów wielkości; gdy Wielka Brytania, Francja, Chiny, Izrael i inne kraje zdobyły broń jądrową, ten dziwny nowy świat broni nuklearnej osiągnął pełną dojrzałość. Bohr stwierdził niegdyś, że celem nauki nie jest uniwersalna prawda. Jak mówił, mniejszym, ale niewzruszonym celem zdobywania wiedzy jest „stopniowe usuwanie przesądów”. Odkrycie, że Ziemia obraca się wokół Słońca, z czasem wyparło wyobrażenie, że Ziemia jest centrum wszechświata. Odkrycie istnienia drobnoustrojów stopniowo wyparło błędne przekonanie, że choroby są karą zesłaną przez Boga. Odkrycie ewolucji stopniowo usuwa przesąd, że gatunek Homo sapiens jest odrębny i powstał w inny sposób niż pozostałe.

Ostatnie dni II wojny światowej stały się podobnym punktem zwrotnym w dziejach ludzkości, początkiem nowej ery, w której ludzkość po raz pierwszy mogła sięgnąć po środki umożliwiające zniszczenie siebie samej. Odkrycie sposobu uwalniania energii jądrowej i wykorzystanie go do zbudowania broni masowej zagłady stopniowo usunęło błędne założenie, na którym opierała się idea wojny totalnej: niedające się uzasadnić przekonanie, że na świecie istnieje ograniczona ilość energii, którą można skoncentrować w postaci materiałów wybuchowych, oraz że takiej energii można zgromadzić więcej niż przeciwnik, a tym samym pokonać go militarnie. Broń jądrowa stała się ostatecznie tak tania, przenośna i niszczycielska, że nawet państwa wojownicze, takie jak Związek Radziecki i Stany Zjednoczone, wolały zrezygnować z części swojej suwerenności – z możliwości wywołania wojny totalnej – niż ryzykować, że narażą się na zniszczenie w przypływie niepohamowanej wściekłości. Mniejsze wojny nadal wybuchają i nie znikną, dopóki społeczność międzynarodowa nie uzna w końcu ich destrukcyjnej jałowości i nie spróbuje opracować nowych metod zapobiegania konfliktom i nowych form obywatelskiej wspólnoty. Ale przynajmniej wojna światowa stała się zjawiskiem historycznym, a nie wszechobecnym, manifestacją niszczycielskiej siły technologii stosowanej na ograniczoną skalę. To niemałe osiągnięcie w długich dziejach rzezi dokonywanych przez człowieka.

W kwiecie wieku mieszkałem w półtorahektarowej enklawie w stanie Connecticut, na łące otoczonej przez lasy stanowiące rezerwat dzikich zwierząt. Tętniło w nich życie rozmaitych stworzeń: jeleni, wiewiórek, rosomaków, dzięciołów, dzikich indyków, kruków i krogulców czarnołbistych; mieszkała tam nawet para kojotów. Nie licząc krogulców, każde z tych zwierząt nieustannie rozglądało się wokół w obawie, że zostanie schwytane, rozdarte na strzępy lub zjedzone żywcem. Z punktu widzenia zwierząt moje rajskie schronienie stanowiło strefę wojny. Zwierzęta żyjące w warunkach naturalnych bardzo rzadko umierają ze starości.

Jeszcze do niedawna świat, w którym żyli ludzie, wyglądał podobnie. Ponieważ jesteśmy drapieżnikami znajdującymi się na szczycie łańcucha pokarmowego, w przeszłości naszym największym naturalnym przeciwnikiem były drobnoustroje chorobotwórcze. Naturalna przemoc pojawiająca się w postaci epidemii chorób zakaźnych nieustannie zbierała obfite żniwo i w rezultacie niewiele osób dożywało sędziwego wieku. Śmierć zaś zadawana innym przedstawicielom gatunku przez człowieka – podczas wojny i w następstwie związanych z nią niedostatków – w dziejach ludzkości utrzymywała się stale na stosunkowo niskim poziomie, niemal niewidoczna na tle katastrof naturalnych.

Odkrycie w XIX wieku sfery zdrowia publicznego i zastosowanie w XIX i XX stuleciu techniki do prowadzenia wojen w krajach uprzemysłowionych odwróciło te proporcje. Skala przemocy naturalnej – epidemie chorób zakaźnych – osłabła pod wpływem działań zapobiegawczych w wymiarze publicznym i utrzymuje się odtąd na niskim i kontrolowanym poziomie. W tym samym czasie śmierć powodowana przez człowieka szybko i w sposób zaraźliwy zaczęła stawać się zjawiskiem coraz powszechniejszym, osiągając horrendalne rozmiary podczas dwu wojen światowych XX wieku. W tym najbardziej gwałtownym ze wszystkich stuleci z ręki innych ludzi straciło życie ponad dwieście milionów. Szkocki pisarz Gil Elliot obrazowo nazwał tę zbiorowość „państwem zmarłych”.

Epidemia śmierci szerząca się z ręki człowieka gwałtownie załamała się po zakończeniu II wojny światowej. Wielkość strat spadła gwałtownie do poziomu charakterystycznego dla lat międzywojennych. Od tamtej pory przemoc legitymizowana przez państwa utrzymuje się na pewnym stałym poziomie, wybuchając w postaci konfliktów partyzanckich i wojen konwencjonalnych na peryferiach świata nuklearnego, i pociąga za sobą półtora miliona istnień ludzkich rocznie – z pewnością to wielkość przerażająca, ale średnia do 1945 roku była o milion wyższa i w apogeum, w 1943 roku, osiągnęła piętnaście milionów.

Zjawisko śmierci zadawanej przez człowieka osiągnęło w XX stuleciu rozmiary epidemii, ponieważ z powodu coraz skuteczniejszych technologii zabijania radykalna forma egzekwowania narodowej suwerenności wymknęła się spod kontroli niczym zaraza. Jednak odkrycie sposobu wyzwalania energii jądra atomowego i zastosowanie tej wiedzy do budowy broni atomowej najwyraźniej ograniczyło złośliwość tego patogenu. W głębokim, wręcz dającym się zmierzyć sensie głowice jądrowe, które w ciągu minionych siedemdziesięciu lat pod wpływem głębokiego lęku przed bombą zachęcały rządzących do rozwagi, działały niczym kapsuła, w której można było zamknąć jej śmiercionośny potencjał, podobnie jak dzieje się to w przypadku szczepionki wykorzystującej osłabione zarazki chorobotwórcze. Podczas II wojny światowej do zgładzenia jednego obywatela Niemiec potrzeba było trzech ton bomb alianckich. Według tej normy strategiczny arsenał Związku Radzieckiego i Stanów Zjednoczonych w szczytowym okresie zimnej wojny pozwalał zgładzić trzy miliardy ludzi – była to, uzyskana innymi metodami, wielkość odpowiadająca szacowanej przez Światową Organizację Zdrowia w 1984 roku potencjalnej liczbie zgonów w następstwie wojny jądrowej na pełną skalę.

Ujęcie potencjału ludzkiej chęci niszczenia w postaci liczb odnoszących się do broni atomowej pozwalało wreszcie wyraźnie to zobaczyć. Działające trzeźwiąco arsenały jądrowe stały się memento mori, brutalnym przypomnieniem o naszej zbiorowej śmiertelności. Wcześniej, w zamęcie na polu bitwy, na ziemi, w powietrzu albo na pełnym morzu, można było zaprzeczać – albo je ignorować – straszliwym kosztom w postaci ludzkiego życia, jakie pociąga za sobą egzekwowanie absolutnej suwerenności. Broń nuklearna jako ostatni pojemnik kryjący w sobie potencjał śmierci zadawanej przez człowieka powoduje, po raz pierwszy w dziejach, że konsekwencje uciekania się do przemocy w dążeniu do suwerenności stają się wyraźnie widoczne. A ponieważ nie było żadnej skutecznej metody obrony przed taką bronią, konsekwencje te były także nieuchronne. Pojawiła się nowa kasta strategów wojennych, którzy pospiesznie starali się znaleźć sposoby jej zastosowania, jednak każda strategia załamywała się w obliczu nieuchronnego rachunku związanego z eskalacją konfliktu. „Każda wielka trudność kryje w sobie swoje rozwiązanie”, doradzał naukowcom zgromadzonym w Los Alamos Niels Bohr, gdy zjawiwszy się tam w 1943 roku, zorientował się, że przeżywają moralne dylematy. Broń jądrowa, która kryje w sobie destrukcyjny potencjał ludzkiej przemocy w jej najbardziej skrajnej, nieograniczonej postaci, paradoksalnie stanowi reductio ad absurdum idei śmierci zadawanej przez człowieka. Lata, jakie upłynęły od 1945 roku, mimo zagrożeń przyniosły nieuchronną naukę. Przy wielu innych okazjach, oprócz kubańskiego kryzysu rakietowego i katastrofy, jaka zawisła nad nami przy okazji manewrów Able Archer z 1983 roku, niewiele brakowało – jak mi mówiono – byśmy stracili panowanie nad sobą.

 

Ponownie staniemy przed taką groźbą i możliwe, że znowu będziemy mieli szczęście, a potem jeszcze raz. A może katastrofa wybuchnie na innej półkuli i miliony, które wtedy zginą, umrą pod innym sztandarem. Ale niewiele czasu upłynie, nim skutki dotkną nas wszystkich, nawet jeśli znajdziemy się piętnaście tysięcy kilometrów dalej. W 2008 roku część naukowców, którzy tworzyli modelowy scenariusz konfliktu nuklearnego z zimy 1983 roku, poddała analizie przypuszczalne następstwa regionalnego konfliktu jądrowego między Indiami a Pakistanem, wojny, która – jak zakładali – obejmowałaby użycie jedynie stu głowic nuklearnych wielkości tej, która zniszczyła Hirosimę, o mocy w sumie tylko półtorej megatony – nie więcej niż niektóre pojedyncze głowice znajdujące się w arsenałach jądrowych rosyjskim i amerykańskim. Badacze byli wstrząśnięci odkryciem, że skoro celem takiej wymiany nieuchronnie byłyby miasta wypełnione łatwopalnymi materiałami, gwałtowne pożary, do jakich doszłoby po ataku, wyrzuciłyby do górnych warstw atmosfery ogromne ilości czarnego dymu, który zasnułby całą kulę ziemską, doprowadzając do ochłodzenia temperatury na całym globie – wystarczająco długotrwałego, by spowodować na całym świecie załamanie się produkcji rolnej. Dwadzieścia milionów ludzi szybko poniosłoby śmierć w następstwie ataku jądrowego, pożarów i napromieniowania – przypuszczali Alan Robock i Owen Brian Toon – a kolejny miliard zmarłby w następnych miesiącach wskutek epidemii głodu – w wyniku wybuchu w czasie lokalnej wojny jądrowej ładunku o sile zaledwie półtorej megatony.

W 1986 roku obradująca w Canberrze Komisja na rzecz Wyeliminowania Broni Nuklearnej sformułowała fundamentalną zasadę, którą nazwano „aksjomatem proliferacji”. W najbardziej zwięzłej postaci aksjomat stwierdza, że dopóki którekolwiek państwo posiada broń jądrową, inne będą starały się ją zdobyć. Członek tej komisji, australijski ambasador do spraw rozbrojenia nuklearnego Richard Butler, powiedział mi: „Podstawowym powodem przemawiającym na rzecz takiej tezy jest to, że ludzie na całym świecie są w najgłębszy sposób przywiązani do idei sprawiedliwości, którą większość z nich definiuje po prostu jako równość praw. W kontekście aksjomatu proliferacji w sposób oczywisty oznacza to, że twierdzenie, wysuwane przez państwa posiadające broń jądrową, że ich bezpieczeństwo usprawiedliwia posiadanie takiej broni, podczas gdy bezpieczeństwo innych państw tego nie usprawiedliwia, okazało się całkowicie nie do utrzymania”.

Rozwijając tę myśl w przemówieniu wygłoszonym w 2002 roku w Sydney, Butler oznajmił: „Przez całe swoje dorosłe życie pracowałem nad traktatem o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej. [...] Podstawowy i nieusuwalny problem polega na tym, że jedne państwa mają broń jądrową, a inne jej nie mają”. W latach 1997–1999 Butler był ostatnim przewodniczącym UNSCOM, komisji Organizacji Narodów Zjednoczonych monitorującej rozbrojenie Iraku. „Jednym z najtrudniejszych dla mnie momentów w Bagdadzie – opowiadał w Sydney – była chwila, gdy Irakijczycy zażądali ode mnie wyjaśnień, czemu są prześladowani z powodu posiadania broni masowego rażenia, podczas gdy położony niedaleko Izrael nie jest, mimo że, jak wiadomo, posiada około dwustu głowic jądrowych. Muszę przyznać – mówił dalej Butler – że wzdrygam się, gdy słyszę, jak Amerykanie, Brytyjczycy czy Francuzi oburzają się z powodu istnienia broni masowego rażenia, ignorując fakt, że sami są dumnymi posiadaczami ogromnych ilości takiej broni, i całkowicie bezkrytycznie twierdząc, że jest ona niezbędna dla ich narodowego bezpieczeństwa i że tak pozostanie”.

„Wyciągam stąd wniosek – podsumowywał Butler – że niesprawiedliwość i podwójne standardy, niezależnie od tego, jakie mocarstwo posługuje się nimi w danym momencie, stwarzają sytuację, która jest głęboko i nieusuwalnie niestabilna. A to dlatego, że ludzie nigdy nie pogodzą się z taką niesprawiedliwością. Ta zasada jest równie pewna jak podstawowe prawa samej fizyki”.

Nieco później i w innym miejscu Butler mówił o szczególnym oporze Amerykanów, by przyznać się do tego, że stosują w tej kwestii podwójne standardy. „Moje próby, aby wciągnąć Amerykanów do rozmowy na temat podwójnych standardów – mówił – były całkowicie nieudane, i to nawet w przypadku osób bardzo wykształconych i zaangażowanych. Czasami miałem wrażenie, że mówię do nich po marsjańsku, tak głęboko nie potrafili zrozumieć, o co mi chodzi. Amerykanie kompletnie nie są w stanie pojąć, że ich broń masowego rażenia jest takim samym problemem jak broń posiadana przez Irak. Albo przez Iran, Koreę Północną czy jakiekolwiek inne państwo, które ją posiada lub dąży do jej posiadania”.

Komisja oczywiście kierowała z Canberry swoje słowa bezpośrednio do pierwotnych mocarstw nuklearnych – pięciu krajów, których status jako państw atomowych legł u podłoża podpisanego w 1968 roku Traktatu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej. W 2009 roku w Pradze prezydent Barack Obama w słowach stanowiących niepokojące potwierdzenie aksjomatu proliferacji mówił: „Niektórzy twierdzą, że rozprzestrzeniania tej broni nie można powstrzymać, nie można go ograniczyć, że nieuchronnie musimy żyć w świecie, w którym więcej krajów i więcej ludzi posiada środki ostatecznego zniszczenia. Taki fatalizm to zabójczy przeciwnik, ponieważ jeśli uwierzymy, że rozprzestrzenianie broni jądrowej jest nieuchronne, to w pewnym sensie przyznajemy sami, że czymś nieuchronnym staje się jej użycie”.

A gdyby doszło do takiej katastrofy, czy nadal wierzylibyśmy w to, że broń jądrowa zapewni nam bezpieczeństwo? Czy postrzegalibyśmy wtedy jej posiadanie jako to, czym jest dziś, jako zbrodnię przeciw ludzkości? Czy żałowalibyśmy wtedy, że nie przyłożyliśmy się wystarczająco do tego, aby jej zakazać na całym świecie?

Od ponad trzydziestu lat badam i opisuję dzieje broni jądrowej. Z tej długiej drogi wyniosłem przede wszystkim uczucie podziwu dla głębi i potęgi świata przyrody oraz fascynację skomplikowaną i niewolną od ironii, niekończącą się przygodą naszego gatunku z techniką. Mimo wszystko w ciągu tych siedmiu dziesięcioleci – składających się niemal na długość mojego życia – udało nam się chwycić w nasze niezgrabne ręce nowe, nieograniczone źródło energii, utrzymać je, przyjrzeć mu się, zbadać je, obejrzeć ze wszystkich stron, oszacować jego znaczenie i zaprząc do pracy, nie wysadzając przy tej okazji w powietrze samych siebie. Kiedy wreszcie znajdziemy się na drugim brzegu – gdy cała broń nuklearna zostanie zdemontowana, a jej zawartość przerobiona na paliwo do reaktorów atomowych – staniemy w obliczu mniej więcej takiego samego poczucia politycznej niepewności, z jaką mamy do czynienia dziś. Istnienie bomb mu nie zapobiegło i nie da się mu zapobiec, odkładając je na bok. Świat z pewnością będzie miejscem bardziej przejrzystym, ale technologia informatyczna powoduje, że i tak zmierza w tym kierunku. Różnica, jak zauważył Jonathan Shell, polegać będzie na tym, że działać odstraszająco będzie raczej groźba ponownego wyścigu zbrojeń niż groźba wybuchu wojny nuklearnej.

Myśl o świecie wolnym od broni jądrowej nie jest dla mnie jakimś utopijnym marzeniem; to raczej obraz świata, w którym odpowiedź na bieżące wydarzenia celowo będzie wydłużana do miesięcy, a nawet lat, czemu towarzyszyć będą odpowiednio dłuższe okresy przejściowe pozwalające na rozwiązywanie sporów bez uciekania się do wojny. W takim świecie, jeśli negocjacje zawiodą, jeśli konwencjonalne potyczki nie przyniosą rezultatu i obie strony wrócą do zbrojeń jądrowych – wtedy w najlepszym razie ponownie staniemy na skraju przepaści, przed którą znajdujemy się dziś.

Odkrycie tego, w jaki sposób można wyzwalać energię jądrową, podobnie jak wszystkie wielkie odkrycia naukowe, trwale zmieniło strukturę ludzkich spraw.

O tym, jak do tego doszło, staram się opowiedzieć w tej książce.

Richard Rhodes, Half Moon Bay, luty 2012