Szczęście śpi na lewym bokuTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Szczęście śpi na lewym boku
Szczęście śpi na lewym boku
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 48,80  39,04 
Szczęście śpi na lewym boku
Szczęście śpi na lewym boku
Audiobook
Czyta Artur Barciś
23,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Projekt okładki i opracowanie graficzne:

Beata Kulesza-Damaziak

Copyright © Renata Piątkowska 2007

Copyright © Wydawnictwo BIS 2007, 2014

ISBN 978–83–7551–427–8

Wydawnictwo BIS

ul. Lędzka 44a

01-446 Warszawa

tel. 22 877-27-05, 22 877-40-33; fax 22 837-10-84

e-mail: bisbis@wydawnictwobis.com.pl

www.wydawnictwobis.com.pl


Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: kontakt@elib.pl

www.eLib.pl

Szczęście śpi na lewym boku

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Czterolistna koniczyna

Kominiarz, szczęście i guzik

Pieniążek na szczęście

Rozbite lustro

Czarny kot

Odpukać w niemalowane drewno

Podkowa i diabeł

Pechowa trzynastka

Lewa strona

Okładka tylna


Czterolistna

koniczyna

Dawno, dawno temu w wielkim warownym zamku mieszkali król, królowa i ich ukochana córka Rozalia. Królewna miała buzię jak aniołki na świętych obrazkach – troszkę pyzatą i rumianą z uroczymi dołeczkami w policzkach, z niebieściutkimi oczami i złotymi lokami opadającymi na ramiona. Niestety na tym kończyło się podobieństwo do aniołków. I nie chodzi tu o brak skrzydeł, lecz o pokaźne rozmiary Rozalii, która ważyła chyba więcej niż jej mama i tata razem wzięci.

Rozalia jak nikt inny potrafiła docenić talenty nadwornego kucharza. To jej apetyt sprawił, że na zamku podawano już nie tylko pierwsze i drugie, ale także trzecie, czwarte i piąte śniadanie. Zaraz potem był wczesny obiad, gdzie danie główne poprzedzały liczne zimne zakąski i gorąca zupa, a desery ciągnęły się niemalże do podwieczorku, po którym następowała wystawna kolacja. Wstając późną nocą od stołu, królewna kierowała swe kroki prosto do sypialni, gdzie usługujące jej damy dworu już rozścielały królewskie łóżko. A właściwie solidne łoże, które trzeba było porządnie wzmocnić, bo pod ciężarem królewny niebezpiecznie trzeszczało i groziło zawaleniem.

Tam, otulona puchową pierzyną, śniła Rozalia swoje najpiękniejsze sny. A w tych snach była zawsze wiotką jak trzcina dziewczyną, o której względy zabiegali najznakomitsi rycerze. Wszystkie księżniczki zieleniały ze złości, patrząc na lekką jak piórko królewnę. Te zielone panny podobały się Rozalii najbardziej, aż nieraz zaśmiała się głośno przez sen, budząc drzemiące pod drzwiami straże.

I tak upływały jej dni między suto zastawionym stołem a wygodnym łożem. Nadworni krawcy zużywali coraz więcej materiału na suknie dla królewny, a ona nauczyła się omijać wzrokiem swe odbicie w kryształowych lustrach, zdobiących zamkowe komnaty. Wolała stać w oknie i błądzić wzrokiem po królewskich ogrodach i po dziedzińcu, na którym zawsze działo się coś ciekawego.

Pewnego razu ujrzała tam rycerza w srebrzystej zbroi, który dosiadał siwego rumaka. Rycerz też dostrzegł w oknie śliczną buzię królewny i pokłonił się jej nisko. Nagrodzony promiennym uśmiechem, z wrażenia ledwo utrzymał się w siodle.


– Cóż to za anioł stoi tam w oknie? – spytał przejęty, ale w odpowiedzi usłyszał jedynie rżenie wiernego rumaka, jako że nikogo innego nie było w pobliżu.

Niejednego rycerza już zwiodła śliczna buzia stojącej w oknie królewny i niejeden koń już się uśmiał, widząc minę swego pana, który ujrzał potem Rozalię w całej okazałości. Bo obfite kształty wylewające się z obszernej sukni niczym strumień wody gasiły ognisty zapał rycerzy. Nic o tym nie wiedząc, srebrzysty rycerz przyrzekł sobie, że zrobi wszystko, by poznać bliżej tę cudnej urody dziewczynę. Również serce Rozalii fiknęło koziołka i od tej chwili błyszczący jeździec na siwym koniu na stałe zagościł w jej snach.

Królewna dobrze wiedziała, że chcąc go mieć u swego boku na jawie, musiałaby najpierw stracić te wszystkie wałki i wałeczki, których nie dało się już ukryć nawet pod najobszerniejszą suknią.

– Och, przy moim apetycie nigdy nie schudnę! A Srebrzysty tak pięknie wygląda na tym swoim koniu – jęknęła Rozalia, patrząc jednocześnie zazdrosnym okiem na smukłe damy dworu krzątające się wkoło.

– A może przepędzić z zamku naszego kucharza, który tak dobrze gotuje, i przyjąć na jego miejsce jakąś okropną kucharkę, która nic nie potrafi? Albo mogę zamknąć się w pokoju na cztery spusty i przez miesiąc każę podawać sobie tylko suchy chleb i wodę. Och! – Królewna ze złości tupnęła nogą, a w odpowiedzi zadrżały wszystkie żyrandole i szyby w oknach. – Musi być jakiś prostszy sposób – sapnęła i nadąsana opadła na stojące obok krzesło.

Wtedy przez okno wiatr przyniósł z ogrodu zapach kwitnących róż i głos starego ogrodnika, który rozmawiał ze swym pomocnikiem:

– Tak więc czterolistnej koniczyny na próżno byś szukał w naszym ogrodzie. Tu rosną tylko starannie dobrane kwiaty, a ziemia wokół jest dokładnie wyplewiona. Koniczyna zaś woli bujne łąki, gdzie ledwo ją widać wśród wysokich traw, a już ta czterolistna to prawdziwa rzadkość, która jakby specjalnie ukrywa się przed ludzkim okiem. Ten, kto ją znajdzie, może mówić o wielkim szczęściu, bo spełni się jego marzenie.

– Nie może być! – Pomocnik ogrodnika aż rozdziawił gębę ze zdumienia. – To wystarczy znaleźć jakieś zielsko w trawie i można mieć, co się chce?!

– To nie jest jakieś tam zielsko! – oburzył się ogrodnik. – Czterolistna koniczyna rosła kiedyś tylko w raju i zwykli śmiertelnicy pewnie nigdy by jej nie ujrzeli. Ale kiedy przepędzano z rajskich ogrodów Adama i Ewę, Ewa zdążyła zerwać jedną i zabrała ze sobą na szczęście. No i od tego czasu trochę się tych czarodziejskich koniczynek po świecie rozsiało...

Ogrodnik coś tam jeszcze mówił, ale Rozalia już go nie słuchała. Zerwała się na równe nogi, a drewniane krzesło skrzypnęło z ulgą.

– Znajdę ją! Znajdę tę koniczynę! Choć jedna musi przecież rosnąć na królewskich łąkach. A jak już ją będę miała, to spełnią się moje sny! – Uradowana królewna klasnęła w dłonie i okręciła się na pięcie, wygniatając obcasem spory dołek w podłodze.

Rozalia była osóbką porywczą i niecierpliwą, dlatego postanowiła zacząć poszukiwania natychmiast. Chciałoby się powiedzieć, że ruszyła biegiem na pobliskie łąki, ale bliższe prawdy będzie stwierdzenie, że z wolna potoczyła się w ich kierunku. Dopiero gdy stanęła po kolana w trawie, otoczona bezmiarem zieloności, zdała sobie sprawę, jak trudnego podjęła się zadania. Już łatwiej byłoby chyba znaleźć igłę w stogu siana. Może ktoś inny by się zniechęcił, ale Rozalia zacisnęła tylko zęby i rozgarnęła zielone łodyżki.

Jednak czterolistnej koniczyny nawet w bajkach nie znajduje się ot tak po prostu, królewna buszowała więc w trawie jeszcze do wieczora, a i tak wróciła na zamek z pustymi rękami. Za to była tak zmęczona, że nawet nie spojrzała na suto zastawiony stół, tylko rzuciła się na łóżko i zasnęła. A śniły się jej całe pęki zielonych koniczynek, które wyciągały do Rozalii swoje czterolistne główki. Po przebudzeniu królewna ruszyła na dalsze poszukiwania. Szkoda jej było czasu na wystawne śniadanie, więc porwała ze stołu rumiane jabłko i pobiegła na łąki. Od ciągłego pochylania się bolały ją plecy, pragnienie gasiła w pobliskim strumieniu, a głód nie dał się oszukać jabłkiem i zachęcał ją, by spróbowała poskubać soczystą trawę. Nie poddała się jednak. Wróciła na zamek razem z zapadającym zmierzchem i usnęła, jak tylko zrzuciła z nóg trzewiki.

Trudno w to uwierzyć, ale na poszukiwaniu koniczyny upłynęły Rozalii dwa kolejne miesiące. Każdego ranka wierzyła, że właśnie tego dnia los się do niej uśmiechnie. Dlatego wędrowała coraz dalej i setki razy pochylała się nad trawą, jakby biła przed nią pokłony. Zaniedbała zupełnie pory posiłków, król i królowa jadali więc teraz sami, ale niepokój o córkę odbierał im apetyt. Tymczasem nadworni krawcy każdego dnia musieli zwężać suknie królewny, kucharz zaś szukał sobie nowej posady, bo nikt już nie doceniał jego wyjątkowych talentów.

 

A Rozalia niestrudzenie przemierzała łąki, przeczesując palcami trawę. Czasem ogarniało ją zwątpienie, ale pół kroku za nim szła nadzieja. A nadzieja to takie błyszczące w słońcu cudeńko, które przysiada gdzieś blisko i szepce: „Próbuj, na pewno się uda. Próbuj dalej”. No i królewna próbowała, aż pewnego dnia wśród łodyżek traw zobaczyła okrągłe listeczki. Liczyła je bez końca i za każdym razem wychodziło jej cztery. Jeśli na łące nie rozległy się wtedy gromkie oklaski i wiwaty, to tylko dlatego, że oprócz Rozalii nikogo tam nie było. Ona sama stała bez ruchu, jakby nie mogła uwierzyć, że oto właśnie jej poszukiwania dobiegły końca. Szybkim ruchem zerwała koniczynkę i nietrudno zgadnąć, o czym pomyślała, trzymając ją delikatnie w palcach.

Zbliżający się tętent końskich kopyt zmieniał jej marzenie w rzeczywistość. Bo już po chwili przed Rozalią stanął rycerz w srebrzystej zbroi na swym siwym rumaku. Potem był piękny ukłon, nieśmiałe uśmiechy, błękitne spojrzenia i czynione szeptem wyznania, a wszystko to już na końskim grzbiecie w drodze do zamku. Srebrzysty cieszył się, że ma Rozalię blisko siebie, koń, że królewna jest taka lekka, a król i królowa, że ich córka nareszcie jest szczęśliwa i nie spędzi reszty życia, biegając po łąkach. Nadwornych krawców cieszyła myśl, że wkrótce szyć będą ślubną suknię, i nawet kucharz zdecydował się zostać na dworze, gdy usłyszał, że na weselną ucztę sproszono już tysiąc gości, a wśród nich wielu łakomczuchów.


Królewna Rozalia ususzyła czterolistną koniczynę i schowała ją do złotej szkatułki, wierząc, że ta rajska roślinka przyniosła jej szczęście. Ale stary król i mądra królowa, którzy niejedno już w życiu widzieli, byli pewni, że z koniczyną czy bez ich córka i tak osiągnęłaby to, co chciała, bo ona sama była – można by rzec – pięciolistną uparciuchą. Nawet gdyby nie zgubiła na łąkach zbędnych kilogramów, to i tak srebrzysty rycerz oddałby jej swe serce. Sprawiłaby to jej anielska buzia i fakt, że zakochani miewają słaby wzrok i widzą tylko to, co chcą widzieć.

No cóż, jeśli Rozalii podoba się myśl, że ta roślinka przynosi szczęście, to niech jej będzie. Choć równie dobrze można by sądzić, że jak ktoś znajdzie stulistną kapustę, to będzie mógł latać – pomyślał stary król, ale za nic nie powiedziałby tego głośno, bo jego uszczęśliwiała nie czterolistna koniczyna, tylko uśmiechnięta buzia ukochanej córki.



Kominiarz, szczęście

i guzik

Dawno, dawno temu w starym zamku wielkiego księcia zapanowało niezwykłe ożywienie. Cała służba, począwszy od kuchcika poprzez pokojówki, od ogrodnika aż po ochmistrzynię, miała pełne ręce roboty. Stoły przykryto śnieżnobiałymi obrusami, na których ustawiono zastawę z delikatnej porcelany, srebrne sztućce i pozłacane świeczniki. Ułożone ręką ogrodnika bukiety stały w kryształowych wazonach, rozsiewając wokoło delikatny zapach. Suche drewno w kominkach czekało na ogień. Pokojówki froterowały podłogi, muzykanci stroili instrumenty, a księżna sznurowała ciasno sztywny gorset córki, by pięknie na niej leżała utkana z koronek i falbanek suknia. A największe zamieszanie panowało w kuchni. Mięsa, jarzyny, zupy, sosy i pasztety czekały na swoją kolej, by je posiekać, udusić, zamieszać, przyprawić i upiec. Jednym słowem zamek szykował się na bal. Początkowo wszystko nawet szło dobrze, ale tylko do chwili, gdy ochmistrzyni pochyliła się nad piecem. Nadęła policzki niczym dwa różowe balony i dmuchnęła w palenisko. Piec odpowiedział jej chmurą czarnego dymu.

– Co jest, do licha? – mruknęła rozzłoszczona i złapała za pogrzebacz. Podrapała piec po brzuchu, ale zamiast czerwonych płomyków posypała się na kuchnię smolista sadza.

– W pokojach kominki też puszczają kłęby dymu i rozpalić się w nich nie da – szepnął kuchcik, patrząc ze strachem na zagniewaną ochmistrzynię.

– No to na co, ty gamoniu, jeszcze czekasz? Leć po kominiarza! I pośpiesz się, jeśli ci życie miłe! – wrzasnęła, wymachując chłopcu pogrzebaczem przed nosem. – Setka gości zjedzie dziś na ucztę i co ja im na stół podam?

Tego kuchcik nie wiedział, co sił w nogach popędził więc do wsi szukać kominiarza. A właściwie kominiarczyka, bo od niedawna kominy w chatach omiatał młody chłopak imieniem Jan, który tego fachu nauczył się od swego dziadka. A dziadek był mistrzem kominiarskim co się zowie.

– Janie, Jasiu, Janeczku, biegnij ze mną na zamek! – prosił kuchcik. – Tam piece plują sadzą, a w kuchni ciemno od dymu. Ochmistrzyni zła jak osa, a goście niedługo na bal zjeżdżać się zaczną.

Kominiarczyk włożył swe czarne spodnie, całe upstrzone łatami, i czarną bluzę, której jedyną ozdobą były guziki, dla fasonu żółtą farbą pomalowane. Na ramieniu powiesił różne liny, szczotki i miotełki i pobiegł za kuchcikiem.


Gdy wpadli na podwórze, czekała już tam na nich ochmistrzyni, która próbując wygrać z zalewającą ją falą złości, wrzasnęła:

– Gdzieście się tak długo podziewali?! Myślałam, że umrę tu ze starości, zanim się na was doczekam! Kiedyż ja zdążę wszystko upiec i ugotować? – jęknęła, łapiąc się za głowę.

Dzisiaj w takiej sytuacji można by zamówić pizzę, ale ochmistrzyni nie miała pojęcia o istnieniu pizzy, więc wymachując ścierką, pogoniła kominiarczyka na dach. Tam chłopak, pomny na nauki dziadka, dokładnie zbadał długie szyje kominów. Z jednego wyjął ptasie gniazdo, do drugiego zajrzał i nic nie zobaczył, ale i tak oba starannie oczyścił drucianą szczotką. Potem zabrał się do pieców i kominków, oglądał je długo, ostukiwał i przetykał. Gdy skończył, ogień równym płomieniem palił się pod blachą, na której w okamgnieniu stanęło ze dwadzieścia garnków, rondli i patelni. Coś w nich wrzało, skwierczało i bulgotało, a podrywane parą pokrywki tańczyły, głośno przytupując. Od zapachów ciasta, pieczeni, wywarów i korzennych przypraw aż kręciło się w głowie. Twarz ochmistrzyni wyraźnie złagodniała, a kiedy kobieta zobaczyła, że placki pięknie wyrosły, a pieczeń pokryła się złotą skórką, zaczęła sobie nawet podśpiewywać.

– A ty, miły chłopcze, jesteś pewnie głodny. Poczekaj, zaraz dam ci coś naprawdę dobrego – zwróciła się do kominiarczyka, który nie wiedział, co go bardziej ucieszyło: nieoczekiwany poczęstunek, czy to, że nazwano go miłym chłopcem. Już po chwili siedział przy kuchennym stole nad miską rosołu, który zerkał na niego swoimi okrągłymi oczkami. No i musiał być pyszny, bo w kuchni rozległo się głośne mlaskanie.

Tymczasem na dziedzińcu dały się słyszeć turkot kół i stukot kopyt. To pierwsze powozy zajechały przed zamek. Goście wypełnili pokoje wesołym gwarem. Muzykanci wzięli się do roboty, a panny podające do stołu roznosiły srebrne tace, pełne kieliszków z najprzedniejszym winem. W lustrach odbijały się tańczące pary, a wśród nich najpiękniej chyba wyglądała córka księcia. W koronkowej sukni przybranej falbankami wirowała po sali w ramionach coraz to innych tancerzy. Śledziły ją zachwycone oczy rodziców i zazdrosne oczka innych panien. Ale nikt nie zauważył chwili, gdy rozgrzana winem i tańcem dziewczyna wyszła do ogrodu trochę ochłonąć.

Byłoby lepiej, gdyby została na oświetlonym lampionami tarasie, ale ona ruszyła pomiędzy klomby róż, a potem dalej aleją ozdobnych drzew aż do stromego urwiska. Wiedziała, że tam w dole płynie głęboka rzeka, która niczym wielki wąż wije się wokół zamkowych ogrodów. Nie widziała jej w ciemności, ale słyszała chlupot fal i czuła bijący od wody chłód.

Chyba powinnam już wracać – pomyślała księżniczka i zgrabnie obróciła się na pięcie. I właśnie wtedy straciła grunt pod nogami. Obcas jej atłasowego pantofelka trafił w próżnię i księżniczka niczym strącona przez wiatr szyszka sturlała się po stromym zboczu. Pewnie wpadłaby do wody, gdyby nie krzaki głogu, które pochwyciły w swe kolczaste palce jej koronki i falbanki.

Gdy biedna księżniczka, przyszpilona do urwiska niczym motyl do ściany, płakała cichutko ze strachu, na balowej sali zauważono jej zniknięcie. Początkowo rozglądano się za nią bez wielkiego niepokoju, ale gdy służba nie znalazła księżniczki w żadnej zamkowej komnacie, wśród gości zapanowało poruszenie.

– Co się z nią stało?

– Gdzie się podziała?

– Przecież jeszcze przed chwilą tańczyła walca.

– Czy ktoś widział, jak wychodziła?

Takie pytania padały ze wszystkich stron. Podczas gdy zaproszone na bal damy zajęły się uspokajaniem roztrzęsionej księżnej, wszyscy panowie ruszyli na poszukiwania. Również służący, a wśród nich młody kominiarczyk, rozbiegli się po zamku i po ogrodach, nawołując co krok:

– Księżniczko Kornelio!

– Jaśnie panienko!

– Hop! Hop! Księżniczko!

Po księżniczce nie było jednak ani śladu. Nikomu nie przyszło nawet do głowy, że dziewczyna mogła zapuścić się aż nad rzekę. Tylko kominiarczyk, pewnie dlatego, że pogubił się w ciemnościach, szukał Kornelii wśród ozdobnych drzew, a te doprowadziły go aż nad strome urwisko. Bardziej usłyszał niż zobaczył rzekę, której fale mlaskały prawie tak głośno jak on przy rosole. Już miał wracać, gdy usłyszał coś jeszcze – cichy płacz. Jego przywykłe już do ciemności oczy dostrzegły na tle stromego zbocza jasną plamę balowej sukni. A potem wszystko potoczyło się bardzo szybko.

Kominiarczyk zdjął z ramienia zwój liny, jeden jej koniec owinął mocno wokół drzewa, a drugim przewiązał się w pasie i ruszył na pomoc księżniczce. Czy się bał? Pytany potem o to mówił, że nie, bo ponoć chodzenie po dachach wymaga większej odwagi. Ale nawet jeśli się bał, to i tak nigdy by się do tego nie przyznał. W każdym razie wyrwał księżniczkę z kolczastych objęć głogu i za pomocą liny zgrabnie wyciągnął na brzeg skarpy, a potem już we własnych objęciach dostarczył ją na zamek. Okazało się, że Kornelia, choć przestraszona, była cała i zdrowa, nie licząc kilku siniaków i zadrapań. A kominiarczyk? Kominiarczyk nigdy jeszcze nie usłyszał tylu pochwał i słów uznania, nigdy też nie był tyle razy poklepany przyjacielsko po plecach. W końcu wielki książę wezwał go do siebie i rzekł:


– Wspaniale się spisałeś, chłopcze. Nagroda cię nie minie. Powiedz tylko, jak mogę ci się odwdzięczyć.

Kominiarczyk nie musiał długo się zastanawiać. Od dawna miał jedno wielkie marzenie i choć mógł prosić o wszystko, powiedział:

– Chciałbym mieć taki prawdziwy kominiarski strój.

– Moi krawcy wezmą z ciebie miarę i za trzy dni twój strój będzie gotowy – obiecał książę, ujęty skromnością chłopca.

I jak powiedział, tak się stało. Po trzech dniach na kominiarczyka czekał strój – marzenie każdego kominiarza. Czarne jak sadza spodnie i pięknie skrojona bluza. Do tego elegancki czarny kapelusz i uszyte z najlepszej skóry buty. A prawdziwa wdzięczność księcia wyraziła się w guzikach. Były duże, ciężkie i – co najważniejsze – szczerozłote. Błyszczały w słońcu równie pięknie jak zachwycone oczy chłopca, który w tym stroju wyglądał już nie jak biedny kominiarczyk, ale jak prawdziwy, poważny kominiarz.

Wkrótce Janek został mistrzem w swoim fachu, sławnym w całej okolicy. I nie znał większego szczęścia, niż paradować po dachach w swym wyzłoconym mundurze. Podobno kiedyś podczas pracy zaczepił guzikami o wystającą z dachu blachę. Jeden się oderwał i potoczył na ziemię wprost pod nogi ubogiej staruszki, która nie mogła uwierzyć w swe szczęście. Schyliła się po ten skarb, który według niej spadł z nieba, i choć to nie przystoi osobom w jej wieku, wykonała kilka dzikich podskoków i okręciła się na pięcie. Była stara, biedna i samotna, nie spodziewała się już znikąd pomocy, a ta grudka złota mogła odmienić jej ciężkie życie. Mogła odmienić i odmieniła, bo kominiarczyk nie pożałował kobiecinie guzika i nigdy nie domagał się jego zwrotu. Lecz pozostałych guzików już dobrze pilnował i nie stracił więcej żadnego.

 

A ludzie zapamiętali z tego wszystkiego, że kominiarz, guzik i szczęście mają ze sobą coś wspólnego. Dlatego do dziś na widok kominiarza łapią się za guziki i nie wiedzieć czemu wierzą, że wtedy los się do nich uśmiechnie.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?