Mruk, opowiadania o kotkach, kotach i kociskachTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Mruk, opowiadania o kotkach, kotach i kociskach
Mruk, opowiadania o kotkach, kotach i kociskach
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 42,80  34,24 
Mruk, opowiadania o kotkach, kotach i kociskach
Mruk, opowiadania o kotkach, kotach i kociskach
Audiobook
Czyta Ewa Abart
24,90  18,18 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Renata Piątkowska

Mruk

Opowiadania o kotkach, kotach i kociskach

© by Renata Piątkowska

© by Wydawnictwo Literatura

Okładka i ilustracje:

Magdalena Kozieł-Nowak

Korekta:

Aneta Kunowska, Joanna Pijewska

Wydanie III

ISBN 978-83-8208-906-6

Wydawnictwo Literatura, Łódź 2019

91-334 Łódź, ul. Srebrna 41

handlowy@wydawnictwoliteratura.pl

tel. (42) 630-23-81

www.wydawnictwoliteratura.pl

Na zlecenie Woblink


woblink.com

plik przygotowała Weronika Panecka



WIERUSIA

Każdy kot to czarodziej, w którego głowie

dzieje się więcej niż możemy sobie wyobrazić.

Autor nieznany

– Dziadku, opowiedz mi coś – nalegała Emilka i robiła przy tym taką minkę, że nie sposób było jej odmówić.

Dziadkowi, który kiedyś był marynarzem, najlepiej wychodziły morskie opowieści. Wiedział jednak, że Emilka woli słuchać historii o kotach. Zwłaszcza odkąd w ich domu pojawiło się wielkie, rude kocisko, któremu dziewczynka dała na imię Bambosz. Kocur leżał teraz na jej kolanach i mrużył ślepia w kolorze winogron.

Dziadek odłożył gazetę, przygładził swoją rozwichrzoną brodę i zaczął tak:

– Musisz wiedzieć, moja panno, że prawdziwy okręt wojenny to pływający, stalowy kolos. Na takim okręcie nikt nie spodziewałby się spotkać ślicznego, puszystego kotka. A jednak, wcale nierzadko, pośród dzielnej załogi można było wypatrzyć cztery łapki, wąsiki i ogon. Bywały koty, które dosłużyły się nawet stopnia starszego marynarza. Co sprawiało, że wolały pływać po morzach i oceanach, zamiast wylegiwać się na miękkich kanapach? – nie wiadomo.

– A co te koty robiły na okręcie, dziadku? Spacerowały po pokładzie z fajką w zębach? A może strzelały z armaty? – chciała wiedzieć Emilka.

– Tak naprawdę robiły to, co koty potrafią najlepiej, czyli łapały myszy – wyjaśnił dziadek, a widząc zdziwioną minę wnuczki, dodał: – Na okrętach wojennych myszy czuły się jak u siebie w domu. Do brze wiedziały, gdzie kucharz przechowuje zapasy i nie było paczki sera albo worka z kaszą, w których nie wygryzłyby dziury. Gdyby nie koty, myszom powodziłoby się świetnie, a marynarzom burczałoby w brzuchach. Dlatego gdy pewnego razu, podczas postoju w porcie, na pokładzie naszego okrętu pojawiła się zwinna, pręgowana kotka, marynarze uznali to za dobry znak, nadali jej imię Wierusia i wpisali kicię na listę członków załogi.


– A ona łapała dla nich myszy? – domyśliła się Emilka.

– To była prawdziwa mistrzyni w swoim fachu. Kucharz nie mógł się jej nachwalić, a marynarze chętnie głaskali ją po grzbiecie, aż mruczała i podnosząc w górę ogon, ocierała się o nogawki ich spodni. Nie wiem, jak ta kotka sobie radziła, gdy okręt zmagał się ze sztormem, kiedy prowadził działania bojowe i był ostrzeliwany przez bombowce lub łodzie podwodne. I w końcu jak udawało się jej pogodzić tę ciężką służbę z opieką nad małymi kotkami? – Dziadek pokręcił z niedowierzaniem głową.

A kiedy opowiadał o piątce ślicznych pręgowanych kotków, które Wierusia urodziła pewnej nocy w okrętowej pralni, Emilka uśmiechnęła się i w myślach pogłaskała każdego koteczka po brzuszku.

– Tak, to była wspaniała kocia mama i jednocześnie dzielny marynarz. Wiesz, pamiętam taką niezwykłą historię – Emilka nadstawiła uszu, a dziadek rozsiadł się wygodnie w fotelu i opowiadał: – Pewnego razu podczas działań bojowych okręt uległ uszkodzeniu. Częściowo zalane zostały pomieszczenia na dziobie. W tym kabina, w której zamieszkała Wierusia ze swoimi kociętami. W takiej chwili nikt nie miał czasu, żeby zajmować się kotami. Wierusia musiała radzić sobie sama. Zewsząd słychać było wybuchy, odgłosy walki i łoskot uderzających o burtę fal. Po kolejnej eksplozji przez wyrwę w ścianie zaczęła wlewać się lodowata woda. Bezradne i przerażone kotki popiskiwały ze strachu, a ich mama rozpaczliwie szukała dla nich bezpiecznej kryjówki. Jednak na podłodze nie było już ani skrawka suchego miejsca. Wierusia przeniosła całą piątkę na blat niedużego stołu, ale poziom wody szybko się podnosił, więc tam również nie było bezpiecznie.


– I co? Co wtedy zrobiła? – Emilka nerwowo przygryzła wargę. Była pewna, że to wszystko źle się skończy.

– Wierusia przycupnęła na biegnących pod sufitem rurach. Ledwo się tam mieściła i z trudem utrzymywała równowagę. Niespokojnie rozglądała się po zalanej kajucie. Wody stale przybywało i wkrótce sięgała już stołu, na którym kuliły się wystraszone kocięta. Przeraźliwie miaucząc, unosiły w górę przemoczone łapki i podwijały ociekające wodą ogonki. Właśnie wtedy Wierusia zobaczyła błyszczące, metalowe miski. Z takich misek marynarze jadali posiłki – wyjaśnił dziadek.

– Wiem, wiem, przecież na okrętach wojennych nie było szklanek i porcelanowych talerzyków – niecierpliwiła się Emilka. – Ale opowiadaj, dziadku, co było dalej?


– Wierusia jednym susem wskoczyła na stół. Nie wiem, jak na to wpadła, ale znalazła sposób, by uratować swoje dzieci. Po prostu włożyła po jednym koteczku do każdej miski. Zaraz potem woda zalała stół. Miski unosiły się na jej powierzchni jak małe łódeczki, a na dnie każdej leżał zwinięty w kłębuszek kotek. Ich mama wróciła na biegnące pod sufitem rury. Wiedziała, że jej dzieci są już bezpieczne, ale na wszelki wypadek obserwowała je bacznie z góry. I tak zastali ją marynarze, którzy po jakimś czasie dotarli na zalany pokład i przyszli usunąć awarię. Koteczki spały w miskach kołyszących się na wodzie. A ich dzielna mama czuwała, żeby żadnemu nie spadł nawet włos z głowy.

– Mądra kicia. – Emilka odetchnęła z wyraźną ulgą.

– Tak, to był wyjątkowy kot, nad podziw zmyślny – przyznał dziadek.

Wtedy Emilka spojrzał na swojego kota.


– Ty też byś sobie poradził – szepnęła, drapiąc rudzielca za uchem. – No może nie wpadłbyś na pomysł, żeby wsadzić kotki do misek, ale na pewno byś je uratował. Już ja cię znam, Bamboszku. W mig nauczyłbyś je pływać albo zatkałbyś pupą tę dziurę, przez którą lała się woda. Coś byś wymyślił, prawda? – spytała Emilka.

A Bambosz w odpowiedzi łypnął zielonym okiem i miauknął na znak, że w zupełności się z nią zgadza.



FIODOR, MIŁKA I MIGLANC

Kto posiada kota, nie musi się obawiać samotności.

Daniel Defoe

Wiem, że trudno w to uwierzyć, ale jest na świecie taki hotel, w którym pracują koty. I nie myślcie sobie, że do ich obowiązków należy łapanie myszy. Nic podobnego, te mruczki mają całkiem inne zadanie. Siedzą w wyłożonych kocykami koszykach i czekają na gości. Każdy kto zawita do tego hotelu, oprócz klucza do swojego pokoju dostaje w recepcji – kota.

– Proszę, oto kot do towarzystwa. – Właścicielka z uśmiechem podaje koszyk z wybranym kotkiem. – Zapewniam, że jest łagodny, lubi pieszczoty, chętnie się bawi i pięknie mruczy. Sprawi, że pokój wyda się bardziej przytulny i że nikomu nie dokuczy samotność – dodaje.

I goście, jeden po drugim, ostrożnie wnoszą po krętych schodach ko-szyki, w których miauczą i wiercą się kule jedwabistego futra. Takie kudłate anioły z oczami wielkimi jak spodki. Bywalcy tego hotelu uwielbiają spędzać czas w ich towarzystwie.

A koty? No cóż, gdybyśmy potrafili rozszyfrować ich pomruki i miauknięcia, usłyszelibyśmy, jak po pracy dzielą się wrażeniami:


– Wczoraj zabrała mnie do swojego pokoju pewna starsza pani. Głaskała mnie po brzuszku i drapała za uchem chyba przez godzinę. Powtarzała przy tym, że jestem śliczny i milutki. Potem opowiedziała mi, jak jej minął dzień, a ja słuchałem, nie przerywałem i ani razu nie ziewnąłem – pochwalił się Fiodor, wielki biały kot o bursztynowych oczach.

 

– A ja spędziłam wieczór z wysoką, szczupłą kobie-tą, która miała mnóstwo piegów i pachniała rumiankiem. – Miłka z wdziękiem podrapała się za uchem. – Przytulała mnie, nosiła na rękach i szczotkowała mi futerko. Powtarzała, że dzięki mnie czuje się w tym hotelowym pokoju jak w domu.

– Nie wiem jak wy, ale ja najbardziej lubię bawić się z gośćmi kolorową piłeczką, a potem zasypiać w ich ciepłym łóżku na miękkiej poduszce – wyznał Miglanc, pręgowany kocur o niebieskich ślepiach. – Raz miałem dotrzymać towarzystwa pewnemu cudzoziemcowi, który przyjechał do naszego hotelu późną nocą. – Miglanc usiadł i zgrabnie zawinął ogon wokół przednich łapek. – Ten człowiek miał za sobą długą podróż i był bardzo zmęczony. W pokoju od razu położył się do łóżka i próbował zasnąć. Ale na próżno uklepywał poduszkę i przewracał się z boku na bok – sen nie nadchodził. Nie pomogło okrywanie się pierzyną po sam czubek nosa ani odrzucanie jej na bok. Biedak miotał się i wiercił bez końca, wzdychał i postękiwał. Cóż było robić, wskoczyłem na łóżko, pacnąłem go łapką w czoło i polizałem po uchu. On mnie leciutko pogłaskał, a wtedy ułożyłem się wygodnie, wtuliłem łebek pod jego brodę i zamruczałem. Mówię wam, nie minęło pięć minut, a spał jak suseł, i jeszcze się uśmiechał przez sen! – Miglanc był z siebie bardzo dumny.

– Oni wszyscy uwielbiają, jak wskakujemy im na kolana, zwijamy się w kłębek i mruczymy, albo jak przyciskamy nasze różowe noski do ich wielkich nosów – dorzuciła Miłka.

– Obserwują nas, jak spacerujemy sobie po półkach i parapetach i śmieją się, gdy włazimy do ich walizek. – Fiodor gładził języczkiem swoje białe futerko. – Kiedyś z ciekawości wskoczyłem do uchylonej szuflady. Ułożyłem się wygodnie na plecach, łapy wyciągnąłem do góry, a ogon zwisał mi na zewnątrz, bo szufladka była mała. No i, rzecz jasna, uciąłem sobie tam drzemkę. A oni przyglądali się, chichotali i robili mi zdjęcia. Zupełnie jak dzieci – westchnął kocur.

Bo tak to już jest, że ludzie nie lubią być sami w wielkim mieście i w obcym hotelowym pokoju. Czują się o wiele lepiej, kiedy ktoś chodzi za nimi krok w krok, ociera się o nogi i podstawia grzbiet do głaskania. Gdy mają towarzystwo kogoś skorego zarówno do zabawy, jak i gotowego na poważną rozmowę lub na wspólne oglądanie telewizji. Poza tym każdy kto ma kota, dobrze wie, że najlepiej zasypia się, mając u boku jedwabiste futerko, z którego wydobywa się cichutkie: wrrr, wrrr, wrrr.


Właścicielka tego niezwykłego hotelu też o tym wie. Dlatego zapewnia swoim gościom towarzystwo mądrych, wspaniałych kotów.

Te, którym posiwiały już mordki, przechodzą na zasłużoną emeryturę. Pozostałe nadal pracują i chyba im się ta praca podoba. Codziennie czekają na gości w swoich wymoszczonych kocykami koszykach. Obserwują spod przymkniętych powiek krzątający się wkoło personel. Mają przy tym takie miny, jakby to do nich należał cały ten hotel i jakby ludzie mogli w nim pracować tylko dlatego, że one, koty, łaskawie im na to pozwalają. No i kto wie, może tak właśnie jest?

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?