Szpulki losów

Tekst
Z serii: Siostry Jutrzenki #3
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Szpulki losów
Szpulki losów
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,85  47,88 
Szpulki losów
Szpulki losów
Audiobook
Czyta Donata Cieślik
29,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


DWÓR PRZYTULISKO, LATO 1927


Złe wieści jak grom z jasnego nieba spadły na Przytulisko i spowodowały, że prawie zawisły nad nim gradowe chmury. Niestety nie wiadomo było, jak długo to potrwa, ani czym się zakończy, czy jedynie strachem, czy też trzeba będzie wylać jeszcze więcej łez, jak to było niegdyś.

Przez ostatnie lata dużo działo się w rodzinie Śmiałowskich, naprzemiennie dobrze i źle. Zarówno młodych, jak i tych starszych spotykały jednakowo radości i troski, mniejsze lub większe, czasem wręcz tragedie, z którymi radzili sobie, jak umieli, raz lepiej, raz gorzej. Nic ich dotąd nie złamało, a to, czego doświadczyli, nawet wzmocniło, przygotowało na więcej podarunków od losu, nie tylko tych wyczekiwanych. Wszak życie miało polegać na różnorodności i nie należało oczekiwać od niego jedynie słodyczy.

Nikt ich zatem nie wyglądał, gotów przełknąć i piołun, ale też w najczarniejszych nawet myślach nie spodziewał się tego, co zdarzyło się w chwili pojawienia się nadziei, że po tylu zawirowaniach wszystko zacznie wreszcie zmierzać ku dobremu. Nikt też nie wiedział za bardzo, co począć z powstałym ambarasem i jak go zakończyć, by nie przyniósł jeszcze więcej strat.

Bo na to się właśnie zanosiło, gdy wzięło się pod uwagę wszystkie okoliczności.

– Ale tylko ranny? Tak? Żyje? No mówże! – dopytywała niecierpliwie Rozalia, roztrzęsiona i zapłakana.

Szarpała ramieniem równie poruszonej siostry, mimo że ta odpowiedziała jej już tysiąc razy albo może i więcej.

– Żyje. Żyje! – powtarzała Klara raz po raz i ocierała łzy toczące się obficie po zarumienionych policzkach. – Ranny mocno, ale na szczęście nie śmiertelnie. Brzostowicki od razu powiózł go do szpitala. Już się tam nim zajęli, jak umieli najlepiej, hrabia zadbał o to osobiście.

– Jakie to szczęście, że wujcio miał akurat pod ręką swój nowy automobil – westchnęła Kasia, przyciskając obie dłonie do piersi.

– Na nic by się nie zdał, gdyby nie było w nim paliwa – dodał Antek z miną znawcy. – Ciotuchna Marcysia nieraz przy mnie narzekała, że w Bujanach nie ma pomp, jak gdzie indziej. A i w tutejszych składach chemicznych i aptekach benzyny jak na lekarstwo, w bańkach trzeba ją przywozić do Brzostowic, co nie na długo starcza.

– Najważniejsze, że dziś wystarczyło! W sam czas, bo inaczej to ja nie wiem, co by się mogło stać – załkała znów Rozalia, załamując ręce.

Klara, jak tylko umiała, starała się ją uspokoić i pocieszyć. Mimo że też ciągle się trzęsła i miała wilgotne oczy.

Zaledwie przed rokiem sama zamartwiała się o własnego syna. Wtedy, gdy już spakowana i gotowa do drogi musiała zostać w Warszawie, bo dokonano zamachu i obalono rząd, by powołać nowy. Franek wplątał się wówczas w jakieś polityczne sprawy, których jego matka do dziś nie pojmowała. Nie wiedziała, co się z nim działo ani gdzie się podziewał przez całe dwa dni i nie miała jak powiadomić o wszystkim jego ojca. Gdyby nie wsparcie Marcysi, umarłaby ze strachu o życie ukochanego syna. Bo była przekonana, że utraty drugiego z pewnością by nie przeżyła.

Na szczęście wrócił wreszcie o własnych siłach, choć pokaleczony i brudny. Do końca jednak nie wyjawił, gdzie był i co robił, nawet hrabiemu, który na to nalegał, więc nie wiadomo było, czy coś takiego się nie powtórzy, gdyby znów zdarzyły się zamieszki. Natomiast Klara, będąc już w domu przy mężu, nie będzie miała nawet świadomości, że jej dziecku coś zagraża. Dlatego nie pozostawało jej nic innego, jak lękać się o niego niemal na okrągło.

Z tegoż powodu obie z Rozalią ciągle zerkały na kołowrotek stojący w kącie izby. I na matkę siedzącą przy krosnach, niepewne, czy ich w końcu nie porzuci i nie zacznie prząść nici losu któregoś z wnuków. Zwłaszcza teraz, gdy jeden z nich leżał ranny w łomżyńskim szpitalu. Arachna jednak kręciła na to głową i wzdychała niecierpliwie, pochylając się coraz niżej nad ledwie napoczętą robotą. Już wcześniej przekonywała, w szczególności najstarszą córkę, że nie ma powodu do obaw, bo wszystko skończy się dobrze.

Również Janek nieustannie mitygował roztrzęsioną żonę i jak tylko umiał, starał się ją uspokoić.

– Gdyby z chłopakiem było bardzo źle, hrabia pierwszy by tu był, by nas do niego zabrać. A skoro nie widział potrzeby, żeby aż tak się śpieszyć, pewno skończy się jedynie na strachu – powtarzał bez przerwy. – Sama słyszysz, że rany nie są śmiertelne. Wygoją się, tylko trzeba czasu. Michał to mocny chłopak, niebawem się wykuruje.

– A gdy to już nastąpi, spiorę go na kwaśne jabłko za to, co zrobił! Tymi rękami! – wykrzyknęła Rozalia, znów zanosząc się płaczem. – Bo to, co wyprawia ten huncwot, prędzej czy później musiało się tak skończyć!

Wieści o kłopotach ich starszego syna dotarły do nich, gdy było za późno, by zapobiec nieszczęściu. Bo tylko nieliczni wiedzieli, w co wplątał się młody Śmiałowski.

– Pan Michał stanął dziś do pojedynku i został postrzelony! – Taką wiadomość przywiózł do Przytuliska jeden z brzostowickich stajennych. – Ale żyw! Żyw! – krzyczał, gdy matka rannego osunęła się zemdlona na ziemię, a odzyskawszy świadomość, wpadła w prawdziwą histerię. – Ten drugi też, bo ranili się wzajemnie, więc teraz trzeba mieć nadzieję, że nie będzie powtórki.

– Już moja w tym głowa, by do tego nie doszło – oznajmił stanowczo Witold, słuchając relacji z tego, co zdarzyło się wczesnym rankiem w Brzostowicach.

Nie miał żadnych wątpliwości co do powodu pojedynku i nie pomylił się ani trochę. Jego wnuk, podobnie jak on sam za młodu, miał słabość do koni i pięknych kobiet. Jednak Michał w przeciwieństwie do dziadka nie tylko bałamucił oczarowane nim panny, lecz także mieszał w głowach mężatkom, z czym specjalnie się nie krył. A to prędzej czy później musiało ściągnąć na jego głowę kłopoty i skończyć się w jedyny możliwy w takiej sytuacji sposób. Pojedynkiem.

Rozwścieczony do granic możliwości zdradzony mąż, jak się wkrótce okazało, znakomity strzelec i były wojskowy, nie zamierzał darować kochankowi żony zniewagi i własnej urażonej dumy ani też brudzić jego krwią pięści. Dlatego czym prędzej wysłał sekundantów, by ustalili miejsce, termin i rodzaj broni. Wszystko rozegrało się w ekspresowym tempie i nie miało możliwości nabrać rozgłosu. Pojedynek odbył się wczesnym rankiem następnego dnia.

Kula trafiła Michała w guzik przy rozporku, co nie pozostawiało wątpliwości co do miejsca, w które dokładnie celował rozjuszony przeciwnik. Trudno też było w obecnej sytuacji się temu dziwić. Na szczęście chybił, bo niemal w tej samej sekundzie został postrzelony w ramię przez – jak się okazywało – równie dobrego strzelca, byłego kawalerzystę.

Zaraz potem na miejscu zjawił się Brzostowicki. Dowiedział się swoimi drogami, co się święci. Zaklinany przez Marcjannę obiecał zapobiec nieszczęściu, niestety zdążył jedynie obu rannych odwieźć do szpitala Świętego Ducha w Łomży i oddać pod opiekę lekarzom.

Gdy upewnił się, że życiu wnuka jego najlepszego przyjaciela nic nie zagraża, a obrażenia są powierzchowne, osobiście poprosił Klarę, by wsparła zrozpaczoną siostrę i pomogła jej otrząsnąć się z szoku, którego ta doznała na wieść o pojedynku syna. Sam przywiózł ją po to do Przytuliska.

– Możemy jechać. Auto czeka gotowe – oznajmił, wkraczając do izby po tym, jak uzupełnił paliwo z przechowywanych w Brzostowicach zapasów. – Zbierajcie się do drogi – zwrócił się do Rozalii i Janka.

– Ja też bym chciał z wami – wyrwał się Antoni.

– A ty tam po co? – Matka obróciła się ku niemu zdziwiona.

Przyjęła wreszcie do wiadomości, że starszemu synowi nic poważnego nie dolega, więc nie widziała powodu, dla którego miałoby go odwiedzać aż tyle osób. Bo przecież jak każdy chory potrzebował spokoju.

– Mnie również leży na sercu zdrowie mojego brata – zapewnił chłopak żarliwie. – Chcę go zobaczyć i wesprzeć jak zwykle braterskim słowem.

– I zyskać sposobność wycieczki automobilem. – Ojciec powstrzymał go gestem, bo Antek, aż purpurowy z emocji, już szykował się do drogi. – Zostajesz!

– Znajdzie się miejsce i dla niego. – Na widok zawodu malującego się na twarzy chłopaka hrabia Henryk wstawił się za nim. – A Michał jeszcze prędzej ozdrowieje, jeżeli ujrzy przy sobie familię prawie w komplecie.

Nie było czasu na spory ani słowne przepychanki, więc ostatecznie pojechali wszyscy.

Nerwy i spazmy rzeczywiście okazały się na wyrost, co już na początku oznajmił im lekarz. To sprawiło, że Rozalia trochę się uspokoiła, choć nie przestała się zamartwiać, jak to matka.

Rannego zastali w dużo lepszej formie, niż można było się spodziewać. Był blady i osłabiony, ale humor mu dopisywał i wręcz nie przystawał do sytuacji, w jakiej się znalazł na własne życzenie. Kiedy go zobaczyli, uśmiechał się właśnie czarująco do siostry szarytki, która poprawiała mu pościel. Zakonnica na ich widok spuściła skromnie wzrok, przeprosiła i w pośpiechu odeszła. Natomiast Rozalia przypadła do syna i niespodziewanie znów się rozszlochała, wprawiając tym w konsternację męża i młodsze dziecko.

– Nie płaczcie, mamuś. – Michaś pogłaskał ją łagodnie po ramieniu i próbował uspokoić. – Sama widzisz, że zajmują się tu mną bardzo dobrze. Prędko wrócę do zdrowia.

– Chyba aż za dobrze – mruknął ojciec, zerkając na drzwi, za którymi zniknęła pielęgniarka. – Obyś tylko nie napytał tu sobie kolejnej biedy – dodał jeszcze ciszej, nachylając się, by po ojcowsku ucałować blade czoło chłopaka, gdy matka, wciąż głośno pociągając nosem, uwolniła go wreszcie z uścisku.

 

– No co też mi tu tatuś suponują?! – oburzył się, ale rumieniec, który wylał się mu na twarz, stanowił dowód, że obawy ojca były słuszne. Najwyraźniej po głowie rekonwalescenta znów kołatały się grzeszne myśli.

– Już ja cię znam – odparł groźnie mężczyzna. – Nie ma dla ciebie świętości, gdy chodzi o kobiety. Nawet zakonnicom nie darujesz.

– Przestałbyś już! – powiedziała Rozalia. – Dziecko prawie umierające, a ty mu takie rzeczy!

– Widzisz przecież, że niewiele co mu jest. Strachu nam tylko napędził co niemiara. Zwłaszcza tobie. Już prędzej reprymenda mu się należy niż współczucie i frasunek.

– Wybaczcie. Chciałem wam tego zaoszczędzić, miałem nadzieję, że się nie wyda.

– Wydałoby się i to jak! Gdyby cię tamten trafił… niżej – wtrącił niewinnie jego młodszy brat.

– Antek! – krzyknęła ostrzegawczo Rozalia.

– Ale nie trafił. I wcale nic by nie było, gdyby mi meszka do oka nie wpadła, akurat jak mierzyłem.

– Meszka? – Janek uniósł znacząco brew.

– A tak. Celowałem w ramię, żeby mu broń z ręki wytrącić, bo przecież nie zabić. Ale przez ten niefart nacisnąłem spust o ćwierć sekundy za późno.

– Tamten z kolei stanął do pojedynku z konkretnym zamiarem. – Janek wskazał wzrokiem owinięte bandażami biodra mężczyzny. – I może być, że ci nie daruje i będzie chciał próbować ponownie. Tak mówią w Brzostowicach.

– Nigdy się na to nie zgodzę! – wykrzyknęła Rozalia. – Jako matka mam prawo!

– Obawiam się, moja duszeńko, że kodeks honorowy nie przewiduje takiej możliwości – odparł spokojnie Janek. – Jeżeli tamten znów przyśle sekundantów, nic nie da się zrobić. Bo szczerze wątpię, czy owa pani, przez którą się pojedynkowałeś, ujęła się za tobą. No, chyba że jaka inna…

– Ale nie przyśle, tatku – Michał gwałtownie wpadł mu w słowo.

– A ty skąd wiesz?

– Bo dogadałem się z nim po dżentelmeńsku, jakeśmy tu jechali z panem Brzostowickim.

– Chcesz powiedzieć, że ci darował? – zdumiał się mężczyzna. – Taką zniewagę?

– Nie darował, albowiem… żadnej zniewagi nie było.

– Jak to nie było?

– Bo tak się składa, że ja jego żony nie tknąłem nawet palcem. Nie znam jej za bardzo. Raz ją widziałem albo może dwa, i to z daleka.

– Zatem dlaczego godziłeś się na pojedynek, skoro nie było powodu?

– Bo… Byłem pewien, że on jest mężem innej… kobiety. Znaczy, że się o całkiem kogo innego rozchodzi – odparł zmieszany. – Przypadkiem miał podobne nazwisko.

– Jak to innej? – Janek nagle wzburzony aż uniósł się z miejsca.

Jeżeli to była prawda, szykowały się kolejne kłopoty. Może nawet większe, jeżeli mąż prawdziwej kochanki Michała okazałby się jeszcze bardziej porywczy i przy tym mniej honorowy. A tak przecież mogło być!

– Tej, której mąż miałby prawo wyzwać mnie na pojedynek, gdyby tylko dowiedział się o istnieniu powodu. – Michał skruszony potwierdził podejrzenia ojca.

– Kim jest ta kobieta i jej mąż?

– Wybaczcie, ale tego nie mogę wam zdradzić. Dla dobra wszystkich.

Gdy to mówił, pochylił głowę zawstydzony, by nie patrzeć rodzicom w oczy. A to oznaczało, że zadawanie się z tamtą kobietą nawet jemu samemu wydało się zbyt haniebnym występkiem, by wdawać się w szczegóły.

– Boże przenajświętszy! – jęknęła Rozalia, zakrywając usta.

Widać było, że ledwie dowierza w to, co słyszy i zupełnie nie mieści jej się to w głowie.

– Ale spokojnie, matulu. On nic nie wie i się nie dowie, bo ja z tą panią już nie utrzymuję kontaktów. – Mówiąc to, znów przełknął nerwowo ślinę, a potem niespokojnie rzucił okiem w stronę szarytki, która wróciła, wezwana przez innego pacjenta. Ona jednak udała, że tego nie dostrzega, chociaż na jej twarzy pokazały się rumieńce. – Nie będę się więcej pojedynkował.

– Najlepiej by było, gdybyś znalazł sobie żonę – oznajmiła matka z całą stanowczością. – Przyprowadził do domu dobrą i mądrą kobietę, dzięki której w końcu byś się ustatkował.

– Już prędzej Antek się ożeni! – Michał szturchnął lekko brata. – I jemu bardziej żona potrzebna niż mnie, skoro ma niebawem gospodarzyć w Przytulisku.

– Mnie to wcale nie w głowie – bąknął ten zmieszany. – Żeniaczka, bo gospodarzyć mogę zacząć choćby dziś.

– Dostrzegłem, jakżeś łypał dopiero co na siostrę Zofię. – Brat skinął mało dyskretnie w stronę zakonnicy.

– Już chyba bardziej ty! Pierwszy widziałem. Nie zaprzeczaj!

– Wcale nie zamierzam! Bo siostrzyczka ma tak śliczną buzię, że grzech nie patrzeć i aż żal, że więcej zobaczyć nie można – powiedział to na tyle głośno, by dotarło do uszu szarytki. Ta jednak nadal udawała, że nie słyszy.

– Nie możesz się raz powstrzymać? – zgromiła go matka cicho. – Jak nie z przyzwoitości, to z szacunku do jej habitu.

– Ciekawe, czy ona okazałaby tyle samo szacunku mamusi, gdyby ujrzała, jak z babką Arachną zanosicie wołania i śpiewy do Jutrzenki?

– A czemuż miałaby nie mieć, skoro Poranną Jutrzenką nazywa się Maryję, Matkę Jezusa? – wtrącił trochę nerwowo Jan. – W liście Świętego Piotra zwiastuje nadejście Dnia Pańskiego.

– Tylko że mamusia z babką nie tyle w Maryję, ile w Mokosz wierzą – zaperzył się. – A ich Jutrzenka nie jest matką Jezusa, ale siostrą słońca i boginią świtu.

Rozalia spłoszyła się nieznacznie. Nie mogła zaprzeczyć słowom syna, ale nie lubiła, gdy ktoś głośno o tym mówił. Nie była gorliwą katoliczką, podobnie jak jej matka, ale szanowała wiarę swojego męża i nie chciała dopuścić do niesnasek na tym tle.

– To nie miejsce i czas na podobne rozmowy – odparła nerwowo. – Ani na podobne zachowanie. Więc z łaski swojej skup się na zdrowieniu, bo jeszcze chwila, a i mnie w chorobę wpędzisz.

– W jaką chorobę?

– Nerwową!

– Ja? – zdumiał się szczerze. – Niby jak, skoro nawet ruszyć się nie mogę?

– Ruszyć się to ty nie będziesz mógł już za chwilę, i to o wiele dłużej, niż było w planie. Tak mnie ręka świerzbi, żeby cię przywołać do porządku. Tyle kłopotu przez ciebie, jeszcze matkę denerwujesz – zbeształ go ojciec.

– Najważniejsze, że Antoś żadnych problemów nie sprawia.

– Za to ty robisz to za was dwóch. Od dzieciństwa.

– Ktoś musi, żeby nudy nie było – uśmiechnął się łobuzersko.

Złość malująca się na twarzy jego matki w jednej chwili stopniała. Rozalia pogładziła syna delikatnie po nieogolonym policzku.

– Zrób starej matce przyjemność i raz w życiu weź przykład z młodszego brata – poprosiła cicho. – I pozwól nam choć przez chwilę odetchnąć od twoich wybryków i zamartwiania się o ciebie.

– Obiecuję, że się postaram. A jak tylko Antek się ożeni – tu mrugnął do brata – też się ustatkuję. Bylebyście już o nic się nie zamartwiali.

WARSZAWA, JESIEŃ 1994


Miarowy stukot kół pociągu, który towarzyszył długiej monotonnej jeździe, na ogół pomagał zasnąć. Dzięki temu podróż stawała się mniej męcząca i szybciej mijała. Zwłaszcza gdy przedział był kuszetką. Można było wówczas wyciągnąć się wygodnie, wtulić głowę w poduszkę i zanurzyć się w marzeniach. Najpierw tych na jawie, a później sennych.

W ten właśnie sposób Michalina, Joasia oraz kilkudziesięcioro ich współpasażerów – studentów SGH – spędzili przed kilkoma dniami wielogodzinną podróż do Petersburga. Niestety powrotna okazała się dużo mniej spokojna. Nie dało się spać, ponieważ wagon, którym jechali, wypełniały dźwięki akordeonu. I to od kilku godzin. W dodatku nie zanosiło się na to, że umilkną przed końcem podróży.

– Może zrzućmy się dla niego jeszcze raz? Tym razem, żeby przestał grać? – jęknęła boleśnie Joanna z głową przykrytą kocem, który zapewne niewiele tłumił. – Bo chyba nie uda się go inaczej przekonać. Gadałam z nim i nic! Gra i gra!

– Ja już nie mam żadnych pieniędzy – odparła Michalina. – Oddałam mu wszystko.

Nikt nie pamiętał, kto wpadł na pomysł, by do puszki po piwie zebrać od wszystkich niewydane ruble i kopiejki, pozostałe w kieszeniach, i przekazać je sympatycznemu współpasażerowi, który umilał im czas, wygrywając na harmoszce skoczne rosyjskie pieśni, co początkowo każdemu wydawało się urocze.

– Balszoje spasiba, druzja! – dziękował uradowany, przekonując, że u siebie w Nowogrodzie nie zarobiłby tak dużo nawet w miesiąc. A zaraz potem obiecał, że za tyle pieniędzy będzie im grał choćby do samej Moskwy.

Jak powiedział, tak uczynił.

Na początku nawet im się podobało. Potem, z każdą kolejną godziną coraz mniej, a niektórzy, w tym Michalina i Joanna, znacznie szybciej zmęczyli się słuchaniem niż mężczyzna grą. Niestety nie udało się go delikatnie przekonać, by sobie odpoczął. Odparł, że wcale nie musi, bo grał tak już na niejednym weselu od rana do nocy i potem na poprawinach, więc ma wprawę. Że muzykowanie go w ogóle nie męczy, a jedynie raduje, bo robi to z serca. I że za tak wspaniały uczynek może grać aż do śmierci.

– Chyba naszej – załkała Joasia. – Bo ja to już na pewno za chwilę umrę, jeżeli on nie przestanie.

– Dajmy mu wódki! – zaproponował któryś z jej kolegów. – Upije się, zaśnie i będzie po kłopocie.

– Nie mamy tyle – rzucił ktoś markotnie. – Nawet jeśli wszyscy oddadzą to, co im jeszcze zostało, jemu może nie wystarczyć.

– Ja w ogóle nie mam – odparła odruchowo Michalina, trzymając się za głowę, przekonana, że jeszcze chwila, a ta eksploduje.

Nie tylko od rosyjskiej muzyki ludowej, lecz także od nadmiaru wrażeń. Wciąż nie ochłonęła po tym, co udało jej się odkryć w Petersburgu – mieście, w którym prawdopodobnie nadal żyli potomkowie siostry pradziadka Michaliny, Jana Śmiałowskiego. A zaledwie miesiąc wcześniej nawet jej się nie śniło, że będzie miała w ogóle ku temu okazję. Teraz otrzymała więcej, niż mogła sobie wyobrazić.

Wszystko to zawdzięczała Joannie.

Dwa tygodnie po rozpoczęciu roku akademickiego przyjaciółka przyszła do niej z zaskakującą propozycją.

– Ludzie od nas z wydziału organizują wycieczkę do Petersburga. Tak normalnie pewno nie chciałoby mi się jechać, ale dla ciebie się poświęcę.

– Dlaczego dla mnie? – zdziwiła się Michalina.

– Już nie pamiętasz? Przecież tamta Ruska na targu była stamtąd. Ta niby twoja rodzina. Od razu pomyślałam, że zechcesz się z nami zabrać.

– I co? Odnaleźć ją? Nie wiedząc nawet, jak wygląda? Bez adresu ani niczego? W Petersburgu? – roześmiała się Michalina. – Zwariowałaś? Niby jak?

– Nie wiem, ale już chyba prędzej tam niż tutaj, skoro do dziś nie wróciła na targ. I jak człowiek jest tak blisko, czasem może się coś zdarzyć. Są różne sposoby, żeby kogoś odnaleźć nawet w takim dużym mieście.

– Jakie?

– Skąd mam wiedzieć? Ale jeśli ludzie się nieraz odnajdują po latach, to chyba muszą jakieś istnieć, nie? – Dziewczyna wzruszyła niecierpliwie ramionami. – Poza tym ten wyjazd jest za naprawdę śmieszne pieniądze, z pobytem w ekstrahotelu. Grzech nie skorzystać.

– Niestety nie mam w tej chwili nawet śmiesznych pieniędzy. Ostatnio wystarcza mi dosłownie na styk. Jedzenie i akademik, ekstrawydatki odpadają.

Michalina skrzywiła się kwaśno. Zwykle miała jakieś oszczędności, ale wydała prawie wszystkie na strój do jazdy konnej. Co prawda w warszawskiej stajni nie był jej potrzebny, mogła sobie wypożyczać toczek i kamizelkę ochronną. Jednak gdy zdecydowała się korzystać ze stajni w Brzostowicach, uznała, że powinna kupić sobie porządne bryczesy, toczek, sztylpy do ochrony łydek i specjalne buty.

Zrobiła to zaraz po tym, jak Bogusia powiedziała jej, że zatrudniono tam wreszcie hipoterapeutę. Już pracował z Emilką i były tego wyraźne efekty. Dziewczynka niemal z dnia na dzień zmieniała się na lepsze. Wciąż zachowywała się dziwnie i nietypowo, jak na dziecko w jej wieku, ale zdarzało się to o wiele rzadziej, a objawy nie wyglądały już tak niepokojąco i można je było przypisać specyficznym cechom charakteru, które dotyczą introwertyków.

Nadal zamykała się we własnym świecie i trudno było jej nawiązywać relacje z nowo poznanymi ludźmi. Ale zupełnie nie dotyczyło to koni. W ich obecności z cichutkiego dziecka przeobrażała się w gadułę, której buzia nie zamykała się nawet na chwilę. Co prawda przemawiała głównie do zwierząt, ale nie unikała wówczas kontaktu z ludźmi. A głównie tego oczekiwali od niej zaniepokojeni rodzice. By nauczyła się żyć pomiędzy ludźmi i radzić sobie w nowych dla siebie sytuacjach bez pomocy matki, siostry czy ojca. Dzięki koniom miała szansę się tego nauczyć.

 

Michalina była z tego powodu bardzo szczęśliwa i nie mogła się doczekać spotkania z Danielem Bravem. Po to, by mu podziękować. I przy okazji poprosić o wyjaśnienie powodu, dla którego zataił przed nią to, że mają wspólnych przodków. Nie miała wątpliwości, że zrobił to celowo, nie potrafiła jedynie odgadnąć dlaczego. Niestety nie dane jej było się tego dowiedzieć, ponieważ mężczyzna w ogóle nie pojawił się w stadninie. Mimo że spodziewano się jego wizyty.

– Pożyczę ci kasę na ten wyjazd – zaofiarowała się Joanna, jakby nagła zmarszczka na czole Michaliny miała być wynikiem żalu, że nie może jechać. – I nie dziękuj, to dla mnie żaden problem. Oddasz, jak będziesz miała. Nie śpieszy mi się. W domu nie przyznałam się, że teraz więcej zarabiam, więc dostaję od rodziców tyle samo pieniędzy, co wcześniej. Bo na pewno by mi je obcięli, gdybym im powiedziała. A tak mogę sobie odłożyć to, co mi zostaje. Albo na razie dać trochę tobie.

– Dzięki, ale nie mam pojęcia, kiedy ci to zwrócę. Nie spodziewam się w najbliższym czasie wygranej w totka, spadku ani niczego takiego.

– To nic. Nie potrzebuję ich teraz. Składam sobie na mieszkanie. Nie mogę przecież w nieskończoność mieszkać u ciotki. To pewnie jeszcze potrwa, ale najważniejsze, że kiedyś mi się uda. Teraz już to wiem. – Uśmiechnęła się z zadowoleniem.

Marzenie było śmiałe, ale całkiem realne. Jeszcze przed wakacjami Joanna zrezygnowała z pracy w hotelu i zatrudniła się w banku jako corporate banking associate. Na Michalinie zrobiło to niemałe wrażenie, zwłaszcza gdy przyjaciółka zdradziła jej wysokość swoich zarobków. Z zaznaczeniem, że to tylko na początek, bo z czasem miały wzrosnąć.

– I to gdy nawet jeszcze nie skończyłaś studiów – zauważyła odrobinę zazdrośnie.

Sama nie mogła marzyć o takiej pensji ani teraz, ani nawet w przyszłości. Szczególnie jeśli ostatecznie zostanie nauczycielką, co niespecjalnie jej się uśmiechało również z innego powodu. Praktyki w szkole podstawowej przekonały ją, że raczej kiepsko odnajdzie się w zawodzie, a w liceum było niewiele lepiej. W roli prowadzącego lekcje czuła się nawet gorzej niż w roli uczennicy i bardziej się stresowała. Słabo robiło jej się na myśl, że tak miałoby być już zawsze. Dlatego wciąż zastanawiała się nad innym możliwym zajęciem, ale nic mądrego, ani tym bardziej odpowiednio dochodowego, nie przychodziło jej do głowy.

– Eee, tam, bez przesady. – Joasia tymczasem zarumieniona z dumy machnęła niby lekceważąco ręką. – W takich miejscach teraz bez przerwy szukają pracowników. Nie patrzą, kto jest po jakich studiach i czy w ogóle je skończył, byle cokolwiek zaczął, choćby i filozofię. Jedynie angielski trzeba dobrze znać. Też byś mogła tam złożyć papiery, musiałabyś tylko podszlifować język.

– Podszlifować? – Michalina wybuchnęła śmiechem. – Ledwie znam podstawy!

W przeciwieństwie do Joanny, która angielskim posługiwała się właściwie swobodnie. Michalina przekonała się o tym, gdy pewnego razu zaczepił je na ulicy jakiś obcokrajowiec. Pytał o coś, a ona już układała w głowie w miarę poprawną gramatycznie odpowiedź, że nie pomogą, ponieważ nie mówią po angielsku. Nie zdążyła, bo do akcji niespodziewanie wkroczyła Joasia, która nie dość, że sprawnie wytłumaczyła, jak trafić na ulicę Chmielną, to jeszcze wdała się z mężczyzną w pogawędkę graniczącą z flirtem, na co wskazywały niewielkie rumieńce na jej twarzy, gwałtowne przewracanie oczami i uśmiechy.

– Chciał nas zaprosić na kawę, ale powiedziałam, że porządne dziewczyny nie umawiają się z mężczyznami poznanymi dopiero co na ulicy i poradziłam, by poszukał sobie podobnych atrakcji w jakimś nocnym klubie – oznajmiła jak gdyby nigdy nic, podczas gdy Michalina nadal nie mogła otrząsnąć się z zaskoczenia.

– Kiedy zdążyłaś tak dobrze nauczyć się angielskiego?

– Jak to kiedy? – roześmiała się. – Jesteśmy tu już ponad trzy lata. A ja od początku każdy zarobiony grosz wydawałam na prywatne lekcje. Bez tego w mojej branży mogłabym co najwyżej parzyć kawę w sekretariacie jakiegoś dyrektora albo prezesa. A ja… – zająknęła się lekko i uniosła dumnie podbródek. – Kiedyś zamierzam sama zostać takim dyrektorem albo prezesem.

– A mężczyźni będą parzyć ci kawę? Jako sekretarki? – Michalina wybuchnęła śmiechem.

– Raczej sekretarze – odparła Joasia, nie podchwyciwszy żartu. – I czemu nie? Zobaczysz, przyjdzie czas, że takie coś będzie zupełnie normalne. Faceci zaczną pracować w zawodach, które teraz są tylko dla nas, będą pielęgniarzami albo wychowawcami w przedszkolu. A kobiety prezeskami, dyrektorkami, a nawet prezydentami miast. Tak samo często jak mężczyźni.

– Marzenie! – Michalina roześmiała się pobłażliwie. – I jeszcze żeby zarabiały na tych stanowiskach tyle samo, ile faceci.

– Ja na pewno nie będę zarabiać mniej, bo niby czemu? Prezes to prezes, co za różnica baba czy chłop?

Powiedziała to z takim przekonaniem, że Michalina sama była skłonna uwierzyć, że to kiedyś nastąpi i że Joanna w końcu dopnie swego. Być może nie zajdzie aż tak wysoko, ale na pewno sobie poradzi bez wsparcia rodziców, czego potrzebowała większość młodych, startując w dorosłość.

Michalina podejrzewała, że sama też tego nie uniknie, skoro nie miała pojęcia, czym zajmie się w przyszłości. Rozważała więc powrót do Bujan, podczas gdy jej przyjaciółka wprost przeciwnie. Była zdecydowana odciąć się całkowicie od środowiska, z którego pochodziła. I o dziwo całkiem nieźle jej się to udawało, wbrew temu, do czego niejednokrotnie przekonywała ją Michalina. Że co by nie robiły, już zawsze pozostaną prowincjuszkami, tak bardzo nasiąkły wschodnią prowincją. I nigdy nie przyswoją tak do końca miejskiej mentalności.

– Bo taka prawda. Chłopu łatwiej pańskich zasad się nauczyć niż panu chłopskich. Tak było zawsze – oznajmiła dziewczyna, gdy Michalina pewnego dnia przyznała się do pomyłki, dodając, że ostatnio nie poznaje Joasi, tak bardzo się zmieniła. – I masz rację. Najbardziej widać to po tych, co zgodnie z dzisiejszą modą wyprowadzili się z miasta na wieś i do dziś nie umieją się tam odnaleźć ani wpasować. A ludzie ciągle się naśmiewają z ich wielkopańskich manier, które okazują się nie do wyplenienia.

Podczas gdy jej rzeczywiście udało się pozbyć niektórych cech wynikających z tego, gdzie się urodziła. Coraz mniej przypominała dawną siebie, mimo że zupełnie nie zmienił jej się charakter i pewnego rodzaju szorstkość w obyciu. Za to wsiąkała w miasto i tym samym odstawała od prowincji. Pozornie wydawała się taka sama, jednak w jej zachowaniu pojawiło się coś nowego, co nie pasowało do dawnej Joanny.

Lubiła się popisywać i udawać kogoś innego. Nawet tylko przed samą sobą. Z upodobaniem wymieniała zagraniczne marki drogich ubrań i kosmetyków, które dopiero planowała sobie kupić, natomiast w Petersburgu posługiwała się językiem angielskim, zamiast rosyjskim, który znała równie dobrze.

Michalina obserwowała to wszystko z pewnym niedowierzaniem i żalem, że przyjaciółka tak bardzo się zmieniła. Z drugiej jednak strony podziwiała jej upór i determinację w dążeniu do celu, który sobie obrała na samym początku, by wyrwać się ze wsi i zostać „kimś”. Zwłaszcza że sama nie skorzystała z wielu możliwości oferowanych przez stolicę.

Dlatego teraz w duchu zazdrościła Joasi doskonałej znajomości języka i bardzo żałowała, że za jej przykładem nie wykupiła sobie dodatkowych lekcji angielskiego, chociaż marzyła o tym jako dziecko.

Obecnie była jednak wdzięczna przyjaciółce, że namówiła ją na wyjazd do Rosji. Petersburg okazał się zadziwiająco pięknym miastem pełnym niespodzianek.

Pierwszą sprawiła im pogoda. W Warszawie trwała ciepła słoneczna jesień, pod nogami szeleściły rudozłote liście i jeszcze gdzieniegdzie na drzewach rosły zielone, dlatego niemal wszyscy uczestnicy wycieczki, nieświadomi tego, co zastaną na miejscu, zwiedzali dawną stolicę Imperium Rosyjskiego w sportowych butach albo nawet w pantoflach, brnąc po kostki w śniegu. I głównie po ciemku, tak prędko zapadał tu zmrok i późno wschodziło słońce. Przy pierwszej pobudce Michalina była przekonana, że recepcjoniście pomyliły się godziny. Gdy zaspana usiłowała wymacać słuchawkę telefonu, w pokoju było zupełnie ciemno. Tymczasem dochodziła dziewiąta. A kiedy po śniadaniu wyszli na Newski Prospekt – główną ulicę Petersburga – mimo ciągłego półmroku kręciło się tam tylu ludzi, ilu w środku dnia.