Słowiański amuletTekst

Z serii: Siostry Jutrzenki #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


DWÓR PRZYTULISKO, WIELKA BITWA NIEBIESKA ŚWIATŁA I CIEMNOŚCI 1920

Nad zatroskanym czołem Arachny lśniła srebrzysto-złota aureola z grubego warkocza okalającego jej głowę. Pszeniczne pasma włosów poprzetykane siwymi niteczkami mieniły się w słońcu przy każdym, nawet najdrobniejszym geście. Gra dwóch tak szlachetnych barw urokliwie podkreślała subtelność rysów niemłodej już, lecz nadal pięknej kobiety. Natomiast drobne zmarszczki wokół oczu i kącików ust zdradzały pogodne usposobienie i skłonność do częstego śmiechu.

Niestety ostatnimi czasy nie miała ku temu nazbyt wielu okazji. Za to znalazło się sporo powodów do łez. I chociaż lęgła się nadzieja, że wszystko zmierza ku dobremu, a wojenna zawierucha wreszcie ku końcowi, Arachna często bywała smutna. Jakby zło nadal czaiło się gdzieś blisko i niebawem miało zebrać nowe żniwo, a nad tymi, którzy ocaleli, wciąż wisiało niebezpieczeństwo.

– Co tam widzisz, mój Haniołku? Dokąd biegną twoje myśli i wzrok? O co ciągle się martwisz? O… kogo? – pytał cicho jej mąż, Witold, patrząc na ukochaną kobietę z czułością i podszytym troską niepokojem.

Brakowało mu odwagi, by spytać ją wprost. Bał się tego, co może usłyszeć. Spodziewał się, że jego żona niedługo znów wprawi w ruch stary, skrzypiący kołowrotek i uprzędzie nową nić, chroniąc ją przed zerwaniem tak, jakby od tego zależało czyjeś życie.

Podobnie zachowywała się po śmierci babki Małgorzaty. Przeczuwała rychły wybuch wojny. Śmierć. Drżała o to, że pośród zabitych znajdą się jej najbliżsi, a ona nie będzie w stanie ich ocalić. Teraz, mimo że tamto prawie odeszło, ów lęk niespodziewanie powrócił. W dodatku wydawał się jeszcze silniejszy.

– Chciałabym umieć prząść więcej nici naraz. Lub chociaż dwie… – oznajmiła któregoś dnia. Na jej twarzy malowała się dojmująca bezradność. – Mogłabym chronić każdego jednakowo i nikogo nie tracić z oczu. Oddałabym wszystko za to, żeby się tego nauczyć.

– Jest tylko jeden sposób i wcale nie wymaga poświęceń – odparł Witold. – Trzeba się modlić. Z wszystkich sił, każdego dnia! Prosić pokornie Boga o łaskę i ocalenie.

– Myślisz, że mnie też wysłucha?

– Pewnie, że tak! – zapewnił ją żarliwie. – A czemuż by nie? Pan kocha wszystkich jednakowo.

Witold głęboko w to wierzył. Nawet gdy jego żona czciła inne bóstwa, których szukała między kłosami zbóż, w gwiazdach, burzowych chmurach, pośród leśnej zwierzyny, ptaków i owadów, a nawet w pajęczej sieci i osiadłych na niej kropelkach rosy.

Arachna w przeciwieństwie do znanych mu kobiet nie bała się pająków i nie omiatała z domowych kątów pajęczyn. A zamiast tego darzyła owe odrażające dla innych stworzenia wielkim szacunkiem, niemal czcią. Natomiast pajęcze sieci nazywała koronkami utkanymi na zamówienie Mokoszy. Boginka, uznawana za prządkę ludzkiego losu, była Arachnie najbliższa. Z niej brała przykład, przędąc swoją nić z samodzielnie uprawianego lnu o błękitnych jak niebo kwiatach.

To był jej najważniejszy cel. Wierzyła, że jeżeli tylko nić się nie zerwie, zostanie ocalone czyjeś życie. Może nawet wiele ludzkich istnień, bo do tego dążyła w szczególności.

– Czy Bóg spełni każdą z moich próśb? – spytała z powagą. – Zawsze?

– Musisz mu jedynie zaufać. Im większą pokładasz w nim nadzieję, tym większa szansa, że się nad nimi pochyli.

– Czyli może tak być, że się nie pochyli i moje pragnienia się nie ziszczą?

Witold potarł brodę, usiłując ukryć zakłopotanie.

– Może – odparł z ociąganiem. – Ale tylko Bóg wie, co dla nas najlepsze, i nie należy się z nim spierać. Za to uważnie go słuchać i postępować zgodnie z jego wskazówkami. Bo pokora to jedna z najważniejszych cnót – dodał już nieco pewniej.

– Ale pokora to też uległość i bezczynność – oznajmiła jego żona. – Do niczego nie zawiedzie. Bezwolne czekanie na spełnienie pragnień jest daremne. Tak jak stanie w miejscu i wołanie w próżnię. Jeżeli cokolwiek ma się wydarzyć, musi być ruch! Jak w kołowrotku! – wykrzyknęła z zapałem, unosząc ręce ponad głowę.

– Masz rację, kochana. Dlatego właśnie należy się modlić. To też jest działanie. Na chwałę Pana.

Witold postanowił mimo wszystko trwać przy swoim, wierny temu, w czym pokładali ufność jego przodkowie. Jednocześnie pewien, że nie przekona żony, skoro nie udało mu się to przez ostatnie czterdzieści cztery lata, spędzone szczęśliwie u jej boku.

Nie mógł inaczej. W przeciwnym razie czułby, że zdradza wiarę swoich praojców, podczas gdy miał obowiązek być jej wierny, nie tylko ze względu na siebie, lecz także Hanielkę, właśnie dlatego, że ona tego nie rozumiała. Po to, by ocalić ją przed potępieniem. By już w innym życiu, tym wiecznym, nie zostali rozdzieleni.

– Ale po co, skoro nie wiadomo, czy to coś da? – spytała, tłumiąc łzy bezradności. – Sam ledwie przed chwilą wspominałeś, że modlitwa może nie pomóc. Bo Bóg sam decyduje, jak ma być, i wszystko wie najlepiej. Więc na cóż prośby i błagania? Jaki miałyby mieć sens?

Witold milczał chwilę, zastanawiając się nad najlepszą odpowiedzią. Jego żony nie dało się zbyć byle czym.

– Czy kiedy przędziesz swoją nić, zawsze wiesz, że się nie zerwie? – spytał w końcu.

– Nigdy tego nie wiem. – Pokręciła głową. – Mogę jedynie starać się, by była jak najmocniejsza. Bo jeżeli przestanę, wtedy zerwie się na pewno.

– Podobnie jest z modlitwą. Nie wiem, czy Bóg przychyli się do twoich albo moich próśb, ale by się o tym przekonać, należy mu je przedstawić.

– Więc zrób to, proszę, również w moim imieniu. Módl się gorąco, a ja będę przędła, ile starczy mi sił. Może wtedy wszystko się uda?

– Co się uda? – dopytywał, przepełniony trwogą. Zastanawiał się, co oznaczają jej słowa, i jednocześnie odrzucał jedyną możliwą odpowiedź, bo wydawała mu się zbyt przerażająca. – Kogo i przed czym mamy chronić? Przecież najgorsze jest już za nami. Nieprawdaż? Wojna lada moment się skończy. Wreszcie będzie spokój.

Nie odpowiedziała, jednak wyraz jej twarzy nie pozostawiał złudzeń. Podobnie jak gest, którym dotykała swojego tajemnego amuletu, srebrnej ladanki w kształcie kołowrotka.

Najgorsze nie tylko nie minęło, lecz miało dopiero nadejść.

Witolda ogarniała coraz silniejsza panika oraz złość na samego siebie. Jak mógł zapomnieć, że kiedyś już tak było? Jego żona zachowywała się podobnie. Czyżby to, co przeczuwała wówczas, miało wydarzyć się dopiero teraz? Bo dzięki jej osobliwym, niezrozumiałym dla niego zabiegom udało się to jedynie odwlec w czasie?

Krótko przed wybuchem wojny widział w oczach Haneczki identyczny, niepohamowany strach, który zapowiadał znacznie więcej niż to, co nastąpiło później. Mimo tragedii, jaka dotknęła tak wielu ludzi. Dlatego powinien przewidzieć, że to jeszcze nie koniec.

Popełnił błąd, wierząc, że cios, który spadł wówczas na jego rodzinę, był pierwszym i jednocześnie ostatnim. Dostatecznie bolesnym, by nie posypały się kolejne. Przez to utracił czujność.

Nastąpiło to w dniu, w którym do Boguduchów dotarły tragiczne wieści o śmierci Heleny Śmiałowskiej. Odeszła na łono Pana z dala od swojego gniazda, po długiej i wyczerpującej chorobie, rzeczywistej, jak się okazało, przyczynie odkładania powrotu do domu. Nie wspominała o tym w listach, by nie martwić bliskich, wiedząc, że to niczego nie zmieni. Przeczuwała śmierć, lecz do końca ufała, że odzyska siły na tyle, by wrócić w rodzinne strony i w spokoju spocząć wiecznie obok ukochanego ojca, Walentego Jabłonowicza.

Tak się jednak nie stało.

Ciężka choroba okazała się prawdziwym powodem jej wyjazdu do Petersburga, a chęć wywiązania się z matczynego obowiązku wobec ukochanej córki opuszczającej dom tylko wymówką.

Helena nie skarżyła się nikomu, że od dawna niedomaga, lecz spostrzegło to bystre oko Marcjanny, krótko przed jej wyjazdem do ojczyzny męża. Zatroskana namówiła matkę, by im towarzyszyła, a w Petersburgu dzięki mężowskiej protekcji znalazła dla niej najlepszych lekarzy. Otoczyła rodzicielkę troskliwą opieką i zadbała o odpoczynek, na który Helena nie mogła sobie wcześniej pozwolić, zajęta codziennymi trudami i prowadzeniem gospodarstwa. Starania córki przedłużyły jej życie o dobrych kilkanaście lat, niestety śmierć w końcu się o nią upomniała.

Pochowano ją na cmentarzu Wyborskim w Petersburgu, w cudzej ziemi, pośród obcych. I właśnie to, a nie sama śmierć, spędzało nieustannie sen z powiek jej męża, Jędrzeja, i było przyczyną prawdziwego cierpienia. Bolało go to nawet bardziej niż świadomość, że już nigdy jej nie zobaczy. Stracił szansę na ostatnie pożegnanie z żoną. Z tego powodu jego celem i swego rodzaju obsesją stała się potrzeba odmówienia modlitwy na jej grobie. Miał jednak świadomość, że sam tego nigdy nie zrobi ze względu na zaawansowany wiek i nie najlepsze już zdrowie, dlatego przeniósł ten obowiązek na starszego syna.

– Musisz to uczynić, jeżeli przynajmniej ja mam zaznać po śmierci spokoju – nalegał niemal każdego dnia, jeszcze wtedy, gdy trwała wojna. – A wiedz, że mój kres jest bliski – dodawał, kiwając smutno głową. – Nieszczęsna dusza twojej biednej matki tuła się gdzieś, wygląda tych, którzy godnie jej nie pożegnali.

– Ależ ojcze, przecież matuchna nie odeszła w samotności – uspokajał go Jasiek cierpliwie. – Marcysia była przy niej do samiutkiego końca.

 

– Córka to nie to samo, co mąż. I co najważniejsze, syn! Tyś jako jedyny nie zadeptał do końca dziedzictwa naszych przodków, uświęconej tradycji. Nie zbezcześcił ich jak tamten…

Wydawało się, że zamierza splunąć sobie pod nogi, ale rozmyślił się i prychnął jedynie z odrazą. Od lat nie wypowiadał na głos imienia młodszego syna, który opuścił dom zaraz po tym, jak starszy przyprowadził żonę.

Został krawcem, a nie księdzem, jak postanowił ojciec, i to było największą przyczyną zgryzoty Jędrzeja. Nie mógł tego darować synowi. Dlatego Janek również nie wspominał nigdy Stasiulka przy ojcu. Widział, jak źle to na niego wpływa. Teraz też się powstrzymał, chociaż bolało go serce. Brakowało mu brata i nie mógł pojąć, dlaczego ojciec nie chce pogodzić się z jego wyborem, skoro nie było już odwrotu. Zwłaszcza że chłopak osiągnął niebywały sukces, pracował w najsłynniejszym warszawskim domu mody i doskonale mu się powodziło.

– Marcysia, gdy chodzi o mamę, zrobiła wszystko jak należy. Tak opisała w liście. – Janek nie przestawał gładzić ojca po spracowanych dłoniach, chcąc go uspokoić. – Była przy matuli, trzymała ją za rękę, zamknęła jej oczy. A potem dopilnowała godnego pochówku. Na katolickim cmentarzu.

– Co z tego, skoro w ruskiej ziemi? I pod nieobecność ukochanego męża i syna, którzy nie mogli nawet zapalić w jej intencji gromnicy! – wybuchł Jędrzej, ocierając toczące się po policzkach łzy.

– Wieści dotarły do nas zbyt późno! Nie ma w tym naszej winy, tatku! – Janek padł na kolana i przywarł policzkiem do ojcowskich dłoni. – Przez wojnę nic nie mogliśmy zrobić.

– Lecz i tak jesteśmy winni! – Jędrzej gwałtownie odtrącił syna. – Obaj! Bo jej nie zatrzymaliśmy. A i ona nie jest tu bez winy, niech jej ziemia lekką będzie. – Przeżegnał się szybko. – Mogła nie wyjeżdżać! Miejsce żony jest przy mężu! To u jego boku powinna trwać do ostatnich dni. Jemu być wierna, tak, jak przysięgała przed Bogiem. Mówiłem jej to nieraz i gdyby tylko mnie posłuchała, nie byłoby tego wszystkiego. Tego całego… kłopotu!

– Ale nie da się już niczego cofnąć, więc i roztrząsać nie ma sensu – odparł Janek ze smutkiem. – Można się tylko za nią modlić.

– Nie można, lecz trzeba! – zagrzmiał ojciec. – I nie tu, ale tam, gdzie spoczywają jej doczesne szczątki. To jedyny sposób, by naprawić zło, które już się zdarzyło. Ocalić jej duszę. Musisz się tym zająć, synu, zanim i ja zamknę oczy. Bym odszedł z tego świata w spokoju ducha i czystości sumienia.

– To nie jest takie proste, ojcze. Czasy są nadal niebezpieczne. Trzeba zaczekać. A i wy przecież nigdzie się jeszcze nie wybieracie. Pożyjecie dość, by poznać prawnuki. Może nawet razem pojedziemy na maminy grób.

– Nie wydaje mi się, bym tego doczekał. Ten twój starszy basałyk, Michał, jest całkiem jak mój brat. Hulaka i lekkoduch. Tylko zabawy mu w głowie, konno na oklep po polach ganiać, a jak przyjdzie co do czego, to prędzej jaką ladacznicę tu sprowadzi niż porządną dziewkę. A od takiej lepiej wcale prawnuków nie mieć, bo dziedziców i tak z nich nie będzie. Prędzej już wolałbym ogień pod to wszystko podłożyć niż oddać im rodowy majątek. – Dramatycznym gestem zatoczył ramieniem krąg i westchnął boleśnie.

– Nie mówcie tak, ojcze! – Janek znów chwycił go za ręce, tym razem nie pozwalając się odepchnąć. – Michaś to dobry chłopak. Może trochę narwany, przez młodość niewyszumianą, ale szlachetny i honorowy. Oddany całym sercem ojczyźnie, do wojaczki się rwie, ledwie go można utrzymać w domu. Mówi, że jak tylko wiek odpowiedni osiągnie, wstąpi do wojska na ochotnika.

– Rychło w czas, skoro wojna ma się ku końcowi – mruknął Jędrzej z nieskrywaną ironią. – Lada chwila podpiszą, co trzeba, i po kłopocie. Wreszcie będzie można odetchnąć, zająć się gospodarstwem, pozałatwiać zaległe sprawy.

– Gdyby to było takie proste – odrzekł jego syn z troską w głosie. – Słuchy chodzą, że jeszcze nic nie jest przesądzone. Nawet pan Brzostowicki, gdy ostatnio odwiedzał stryja, przestrzegał, że to wcale nie koniec, tylko cisza przed burzą. Bo prawdziwe kłopoty dopiero przed nami.

– A kto by tam słuchał tego mąciwody! – Jędrzej machnął lekceważąco ręką. – Już zapomniałeś, że to za jego namową siostra twojej żony wybyła za ocean i coś wcale nie zamierza wracać?

– Nie miała innego wyboru – mruknął Janek.

– A jakże! Skoro dała sobie zrobić brzuch… – zaśmiał się złośliwie.

– Ojcze – szepnął Janek ostrzegawczo, ale Jędrzej coraz bardziej się rozkręcał.

– A gdyby tylko chciała, mogła inaczej ten ambaras zakończyć. Pozbyć się kłopotu, nim kto co zauważył…

– Ojcze!

Jan zacisnął pobielałe z wściekłości wargi. Nerwowo zerkał na Rozalię, która akurat weszła do kuchennej izby i zaczęła krzątać się przy piecu.

Jędrzej też ją zauważył, jednak wcale nie zamilkł.

– Albo należało chociaż zmusić tamtego huncwota do ożenku – oznajmił stanowczo. – Niechby wziął odpowiedzialność za to, co zrobił. Czci dziewce by przez to nie zwrócił, ale przynajmniej wszystko inne odbyłoby się po bożemu.

– Balbinka nigdy nie zgodziłaby się na takie rozwiązanie – odezwała się niespodziewanie Rozalia.

Rzadko zwracała się do teścia bezpośrednio. Gdy czegoś od niego chciała, rzucała słowa w przestrzeń w nadziei, że ten zareaguje. Teraz patrzyła mu hardo w oczy, gotowa mówić dalej. Najwyraźniej to, co usłyszała, musiało bardzo ją poruszyć.

– Bo nie ma innej rady, jak zostać panną z dzieckiem na wygnaniu, gdy się już nie może być tą na wydaniu. – Jędrzej roześmiał się rubasznie, jakby próbował po swojemu obrócić wszystko w żart. – Bo na taką amator już raczej się nie znajdzie, choćby nie wiem jak była urodziwa.

Udał też, że nie dostrzega, jak twarz jego syna wykrzywia się w źle skrywanym grymasie złości i rozczarowania.

– Pisała, że jej tam dobrze i wszystko się układa – oświadczyła Rozalia, z trudem pohamowując rozdrażnienie. – I tylko dlatego nie zamierza wracać. Tam dziś jest jej drugi dom.

– Tak dobrze, jak i naszej Marcysi – odparł z przekąsem Jędrzej. – Jej matka pisała nieraz, że nasza córka, gdyby tylko mogła, zaraz rzuciłaby tam wszystko i zjechała do domu. Tak jej brakowało naszych Boguduchów! Ojczystych lasów, łąk i rzeki przy dworze. Więc patrzeć tylko, jak tu powróci i będzie błagać ojca o łaskę, by ją na powrót przyjął. Może nawet z tobą się zabierze przy okazji, gdy już tam pojedziesz? – Skierował znów słowa do syna.

– Nie wróci – odparł sucho Janek, przełykając nerwowo ślinę. – Sami mówiliście, że miejsce żony jest przy mężu. A męża przy żonie. I ja też z tego powodu na razie nigdzie się nie wybieram. Nie zostawię was tu samych, zwłaszcza ojca, skoroście słabi. I nie porzucę gospodarstwa na pastwę losu. W oborze dwie cielne krowy, zboże niebawem dojrzeje, trzeba będzie zebrać. A niedługo potem kartofle wykopać, oziminę wysiać.

– Zdążysz ze wszystkim, boś zaradny, jako mój nieodrodny syn. Zbierzesz i wysiejesz na czas. A zaraz potem spakujesz tobołek, weźmiesz oszczędności, jakie tam masz, i ruszysz żwawo w drogę. Póki jeszcze nie jest za późno. Bo różnie może być, jeśli zbyt długo będziesz zwlekał.

– Dobrze, ojcze, będzie, jak sobie życzycie. – Janek przytaknął zrezygnowany, pewien, że i tak nie wygra tej słownej potyczki.

Dla niego podróż na wschód, gdy bolszewicy szykowali się na Polskę, była najgorszym możliwym rozwiązaniem. Liczył, że ojciec w końcu sam to zrozumie i się opamięta. Wychodzenie naprzeciw wrogowi było jak bezmyślne pchanie się pod topór. Poza tym zdrowi i silni mężczyźni mogli być potrzebni na miejscu. Należało bronić domu i ojczyzny przed obcymi.

Znów – pomyślał Janek z żalem i goryczą, bo wiele by dał, by wreszcie nastąpił koniec owej szarpaniny i można było żyć spokojnie. Bez zamartwiania się o przyszłość i bezpieczeństwo bliskich.

Nie minęło wiele czasu, gdy jego obawy przybrały realne oblicze.

Wojna wbrew pozorom i temu, co mówiono, nie dobiegła końca i rozpoczęły się nawoływania, by znów stawać do poboru. Niestety niewielu garnęło się do nadstawiania karku w myśl idei, których nie pojmowali tak do końca. Spory o granice państwa nie zajmowały szczególnie miejscowych, jeśli owe granice nie przechodziły przez ich pole. Sami nie czuli się zagrożeni, a za innych nie mieli ochoty ginąć.

Janka niebywale oburzała tak samolubna postawa. Sam niemal gotów był przeciwstawić się ojcu i przyłączyć do nielicznych ochotników, gdy nieoczekiwanie wyręczył go w tym jego własny syn.

Początkową ojcowską dumę z czasem jednak zastąpił lęk o życie pierworodnego. Ambicja i honor nie pozwalały chłopakowi zmienić decyzji, ale pojawiła się nadzieja, gdy sprawy w swoje ręce wzięła Rozalia. Długo zaklinała syna na wszystkie świętości, by został w domu. Niestety bez skutku.

– I tak będziecie musieli radzić sobie beze mnie, skoro mam się dalej kształcić, co od dawna było ustalone – tłumaczył cierpliwie młody dziedzic, gdy matka ze łzami w oczach przypominała mu o obowiązku opieki nad rodziną pod rychłą nieobecność ojca, który co prawda wówczas jeszcze nie szykował się do drogi i wciąż miał nadzieję tego uniknąć, ale w tak dramatycznej sytuacji każda wymówka wydawała się właściwa i usprawiedliwiona. – Zresztą dziadek Witek obiecał w razie potrzeby zająć się i naszym gospodarstwem. Wuj Ignacy z Frankiem i Stefkiem też pomogą w polu, gdy tylko będą mogli. A i Antek już nie taki mały, by nie wziąć się do lepszej roboty niż ganianie kur czy pasanie gęsi.

– Pewnie, że pomogą, jak zawsze! Ale sam wiesz, syneczku, że nie o to chodzi – oponowała słabo.

– A o cóż niby?

– Bo co innego nauka, a co innego wojsko. W szkole nie będą do ciebie strzelać, za to w wojsku… – Umilkła na moment, gdy załamał jej się głos. – I na wakacje do domu raczej nie przyjedziesz – załkała.

– Ani pewno ze szkoły, bo za daleko.

– Jakże za daleko? – zdziwiła się. – To gdzie ona miałaby być?

– W Wilnie za niedługo otwiera się na nowo uniwersytet – oświadczył Michał nieco mniej pewnie, być może z obawy przed reakcją rodziców, z którymi dotąd nie podzielił się swoimi planami. – I to tam chciałbym podjąć nauki. Ale to jeszcze nie teraz! – dodał szybko. – Bo wpierw muszę iść na kursy studenckie, przygotować się do egzaminów, maturę wreszcie zdać. Nadrobić wojenne zaległości. Dopiero potem ze wszystkim wyjadę na wschód.

– Ale jak, ze wszystkim? – zreflektował się Jan, lecz nie otrzymał odpowiedzi, bo w słowo wpadła mu Rozalia.

– Nie zgadzam się! – wykrzyknęła łzawo. – To o wiele za daleko!

– Wybaczcie, mateńko, ale nie widzę dla siebie innej drogi.

– Dlaczego właśnie tam? A nie do stolicy, jak Franio od Ignasiów? – dopytywał niecierpliwie ojciec, któremu coraz mniej się to wszystko podobało.

Plany starszego syna nie przypadły mu do gustu i nie zamierzał im przyklaskiwać.

– Franek? – Michał roześmiał się znacząco. – On to tylko patrzeć, jak się za żeniaczkę weźmie, i tyle będzie z tej jego nauki w Warszawie.

– Czy to znaczy, że ma już kogo na oku? – zainteresowała się Rozalia, prawie zmieniając ton.

– Mieć to może i ma, tylko że w wielkiej tajemnicy trzyma. Wiadomo, że zakochany, bo tego nie ukrywa, ale w kim? Zdradzić nie chce.

– Dlaczegóż to? – zdziwił się Jan.

– A mnie skąd wiedzieć? Może nieładna i wstydziłby się pokazać.

– A cóżże ty za głupoty wygadujesz! – skarciła go matka. – Skoro nie mówi, musi mieć ważny powód. Może taki, że wpierw chce szkoły pokończyć, wykształcenie zdobyć, pracę dobrą znaleźć, a dopiero potem pannie się deklarować. To mądry i rozsądny chłopak. A ty… – Wysunęła oskarżycielsko palec w stronę syna. – Przykład powinieneś z niego brać. I też do Warszawy iść, na politechnikę. Tam przynajmniej mógłbyś zatrzymać się u stryja Staśka. Dopilnowałby cię, pomógł we wszystkim na początek.

– Umiem doskonale radzić sobie sam. Dorosły jestem. Jakby nie wojna, tobym pewnie całe gimnazjum wyższe miał już za sobą. I nie imienia Kościuszki w Łomży, ale Lelewela albo króla Zygmunta Augusta. W Wilnie. Bo… to stamtąd mnie cosik woła, nie z Warszawy.

Michał Śmiałowski nie zmienił decyzji i trwał przy niej uparcie również wtedy, gdy sam Witold na prośbę Rozalii osobiście usiłował go od niej odwieść. Chłopak powtórzył dziadkowi niemal słowo w słowo to, co oznajmił rodzicom.

– Jak to woła? – Hanielka wydawała się wręcz przestraszona.

Od początku przysłuchiwała się rozmowie dziadka z wnukiem z nieskrywanym zaciekawieniem, ale i rosnącym niepokojem.

– Nie wiem, babuniu. Tak… po prostu. Nie umiem tego wytłumaczyć. – Chłopak wzruszył lekko ramionami. – Już do gimnazjum wileńskiego marzyłem wstąpić, ale ojciec mi zakazali i do pijarów w Łomży zapisali. Jednak teraz zabronić mi już nie mogą. Niczego – zająknął się lekko. – A to dlatego, że lata mam ukończone i decydować mogę o sobie sam. Zarobić na siebie też dam radę, już nawet w Łomży z korepetycji miałem niezły dochód. Z domu prawie grosza nie wziąłem. Więc teraz też tak będzie.

 

– Ale dlaczego akurat Wilno? – nie ustępowała babka.

Zbliżyła się do wnuka i zajrzała mu w twarz z taką natarczywością, że aż cofnął się zmieszany i spłoszony.

Witold obserwował tę scenę pełen niejasnych, ale bez wątpienia niezbyt dobrych przeczuć. W zachowaniu żony odkrył coś dziwnego, nieuchwytnego i budzącego niepokój. Drżały jej ręce, usta i głos, jakby się czegoś obawiała. Wciąż uciekała gdzieś wzrokiem, oglądała się za siebie. Zupełnie jak wtedy, gdy ktoś wypytywał ją o to, co się z nią działo, zanim zjawiła się w Boguduchach. Jakby demony przeszłości mimo upływu lat wciąż jej nie opuściły.

Czyżby teraz chodziło o to samo?

– A dlaczego nie? – spytał przekornie, by upewnić się co do swoich przeczuć, ignorując zdziwienie zdezorientowanego wnuka.

– Bo… – zająknęła się spłoszona. – Bo skoro Rozalka mówi, że lepiej do Warszawy, to pewno ma rację.

– Ale ja nie chcę do Warszawy, tylko do Wilna – orzekł hardo Michał. – Na Litwę.

– Dlaczego? – Witold i Arachna spytali tym razem niemal jednocześnie.

– Bo to tam mnie ciągnie, nie do stolicy – powtórzył chłopak z niecierpliwym westchnieniem. – Jakby to właśnie tam było moje miejsce. Nawet nie tutaj, gdzie się urodziłem, ale w tamtych stronach – podkreślił.

Przy jego ostatnich słowach Arachna wzdrygnęła się nieznacznie i pobladła jeszcze mocniej.

– Widać tak musi być – szepnęła bardziej do siebie. – Nie da się oszukać przeznaczenia.

– Przeznaczenia? – podchwycił Witold. – Tego, od którego sama od tylu lat uciekasz?

Czekał na odpowiedź, właściwie pewien, że jej nie otrzyma. Arachna znów unikała jego wzroku. Bała się, że uda mu się coś z niego wyczytać.

– Czy to stamtąd przybyłaś prawie pół wieku temu? – dociekał mimo to dalej. – Tam był twój dom? Ten, o którym nie chcesz mi opowiedzieć?

– Nie! – Potrząsnęła energicznie głową, wciąż nie podnosząc wzroku. – To nigdy nie był mój dom. Ale… mogło tak być, gdyby wszystko potoczyło się inaczej.

– Inaczej, czyli jak?

– Może tak, jak teraz się potoczy, gdy los znów się o to upomni. Mam tylko nadzieję, że dla mojego wnuka będzie łaskawszy.

– Czy to znaczy, że coś mu grozi? – Przeniósł przepełniony obawą wzrok na Michała, który teraz bez słowa, lecz z rosnącym zaciekawieniem przysłuchiwał się rozmowie.

Zastanowiła się chwilę.

– Raczej nie – rzekła wreszcie. – Tamto… już minęło.

– Co minęło? – Witold po raz pierwszy tak natarczywie nalegał na odpowiedź, ale był niespokojny o los ukochanego wnuka. – I czy wobec tego mogę mieć nadzieję, że kiedyś mi wreszcie o tym opowiesz?

Skinęła wolno głową.

– Kiedyś – odparła niespodziewanie.

– A mnie, babuniu? Czy mnie też to opowiecie? – podchwycił Michał.

Dopytywał o to już wcześniej. Miał powód, ponieważ jego drugi dziadek – brat pierwszego, niejednokrotnie opowiadał o okolicznościach poznania się Witolda i Arachny. Robił to w chwilach wyjątkowego rozgoryczenia, gdy z nostalgią wspominał przeszłość, snując rozważania o tym, co by było, gdyby wszystko potoczyło się inaczej. Po jego najlepszej myśli. Gdyby wszyscy członkowie rodziny Śmiałowskich żyli tak, jak Pan Bóg przykazał, w zgodzie z tradycją i mając na względzie pragnienia innych, zamiast gonić za samolubnymi mrzonkami.

– Dowiesz się tyle, ile będzie trzeba, gdy tylko zaczniesz gotować się do drogi – obiecała z powagą.

Wbrew nadziejom Rozalii i Jana nastąpiło to szybciej, niż się spodziewano. Ku ich uldze Michał nie zaciągnął się do wojska, za to wyruszył na Litwę już jesienią osiemnastego roku, by podjąć naukę w wyższym gimnazjum. Wcześniej odbył długą, cichą rozmowę z babką Arachną, lecz nikomu nie zdradził tego, co od niej usłyszał. Dało się jednak zauważyć, że wyjeżdżał odmieniony, jakby przybyło mu parę lat i z młokosa przeistoczył się w pewnego siebie mężczyznę.

Po tylu perypetiach rozpoczął wreszcie wymarzoną, choć żmudną edukację w wileńskich szkołach, po czym… nagle zmienił plany. Rzucił naukę, wstąpił do partyzanckiego oddziału kawalerii pod dowództwem rotmistrza Łupaszki i stanął do walki o Wilno.

Od dziecka kochał konie i miał w sobie patriotycznego ducha walki, więc zostając polskim ułanem, spełnił swoje największe marzenie. Być może to właśnie było jego prawdziwym, choć wcześniej skrywanym życiowym celem.

Bitwa z bolszewikami zakończyła się zwycięstwem. Oddział podpułkownika Jerzego Dąmbrowskiego sforsował Niemen i wycofał się do Brześcia, a potem przedostał się do Mińska. Jednak po zwycięskiej bitwie pod Berezyną latem dziewiętnastego roku, gdy wszyscy byli przekonani, że Michał powróci wreszcie do domu, okazało się, że nie nastąpi to zbyt prędko. Nadeszła fatalna dla rodziny wiadomość, że po rozpadzie oddziału młody Śmiałowski wstąpił do Pułku Ułanów Nadniemeńskich, by dalej walczyć o wolność ojczyzny.

Mimo tak niekorzystnego układu zdarzeń, a może właśnie tym zachęcony, Janek zdecydował się ruszyć wreszcie na wschód. Porzucił nadzieję, że ojciec z czasem zmieni zdanie i przestanie go ponaglać do wyjazdu oraz zmówienia modlitwy w jego imieniu na grobie matki. Jędrzej z każdym kolejnym dniem nękał go tym coraz częściej. Zwłaszcza wtedy, gdy najpilniejsze prace w gospodarstwie miały się ku końcowi, a całe zboże zostało zwiezione do stodoły i wymłócone. Dlatego syn w końcu mu uległ i wyruszył samotnie w długą i niebezpieczną podróż.

Tak jak przewidywał, po drodze napotkał niebezpieczne przeszkody i niekiedy musiał podążać okrężną drogą, lecz mimo to udało mu się po kilku tygodniach trudnej tułaczki szczęśliwie przedostać do dawnego Petersburga, już pięć lat wcześniej przemianowanego na Piotrogród. Spotkał się z Marcjanną i odmówił modlitwę na matczynym grobie.

Niestety wojna domowa w Rosji uniemożliwiła mu bezpieczny powrót do domu, dlatego pozostał u Nikitinów znacznie dłużej, niż zamierzał. Od czasu do czasu różnymi możliwymi sposobami przesyłał jedynie do Boguduchów krótkie wiadomości, z których wynikało, że choć nie jest dobrze, jego życiu nic nie zagraża. I że wrócić wciąż nie może ani nie wie, kiedy to nastąpi.

Kolejne miesiące mijały w niepewności, nerwach i strachu o to, co jeszcze może się zdarzyć, bo wieści ze wschodu, już nie tylko te od Janka, nadchodziły coraz gorsze. Armia bolszewicka rozprzestrzeniała się jak stonka. Zarówno szlachta, jak i okoliczni włościanie obawiali się, że lada moment dotrze na Podlasie.

Rozalia, przepełniona troską i niepokojem o los syna i męża, niecierpliwie wyglądała wiadomości od jednego i drugiego, a gdy tylko taką otrzymywała, przez chwilę oddychała swobodnie. Jednak kiedy kolejnych wieści zbyt długo nie było, podobnie jak Witold z napięciem obserwowała Arachnę i jej kołowrotek, który od wielu miesięcy stał bezczynnie.

Jednak prządka coraz częściej spoglądała w jego stronę.

Przeczucia obojga okazały się słuszne, ponieważ pewnego dnia Arachna nagle porzuciła niedokończone kobierce i odeszła od krosien, którym od wielu miesięcy poświęcała każdą wolną chwilę. Mimo zapadającego już zmierzchu, gorszego światła i zbliżającej się pory spoczynku zasiadła do przędzenia nici, jak zwykle skupiając na tym całą swoją uwagę.

By nić była mocna i by się nie zerwała.

Jak zawsze, gdy miało zdarzyć się coś złego.

Witold przyglądał się jej z coraz większą trwogą. Ciągle odrzucał przerażającą myśl, że nić snująca się z lnianej kądzieli pod palcami jego żony może symbolizować życie któregoś z bliskich, i jednocześnie był tego niemal pewien. W końcu zdesperowany zaczął wypytywać milczącą uparcie prządkę, błagać ją, by tym razem cokolwiek zdradziła. Przekonywał, że być może wtedy da się w inny sposób zapobiec nieszczęściu.

– Nie mogę – odparła zniecierpliwiona. – Nie mogę ci nic powiedzieć, ponieważ sama nie wiem, co się wydarzy. I nie mam na to zbyt wielkiego wpływu, chociaż bardzo bym chciała.