Nigdy nie jesteś samaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Patrz, jaka rozkoszna z tymi dołeczkami – zachwycała się ciocia Zuzia, a wujek Jacek od razu wyciągał z kieszeni pięć złotych i już smarkuli wrzucał do skarbonki. Milka udawała, że jej nie zależy, ale to była nieprawda, bo tę scenę pamiętała w szczegółach i wypominała Róży jeszcze długo. Na liście wyrzutów były również warkoczyki, których dokładnie trzydzieści siedem Agata cierpliwie zaplotła Anielce w pewien sobotni wieczór, ale dla Milki już jej czasu i cierpliwości zabrakło. Jedyne momenty triumfu Milka przeżywała, kiedy okazywało się, że najmłodsze siostry nie miały jednak tak różowo, jak by się wydawało. Niewiele im było wolno, na wszystko były za małe albo zbyt chorowite, musiały się mocno nagimnastykować, żeby wywalczyć rzeczy, które ona dawno już mogła robić. Miały siedzieć cicho i nie przeszkadzać, gdy dorośli rozmawiają. Albo być słodkie, wskakiwać na kolana i jak najdłużej pozostać małe, bo są takie kochane. I tak dobrze im w różowym!

– Kupimy ci tę śliczną sukieneczkę – zachwycała się mama w sklepie nad czerwoną z zażenowania Anielką, która stała z ramionami rozłożonymi szeroko i wyglądała w tiulowej kreacji jak strach na wróble.

– Mamo, ja bym chciała te przetarte dżinsy – proszącym głosem zawodziła Anielka.

Ale mama już na nią nie patrzyła. Zachwycała się Różą, która ku goryczy Anieli nawet w tej obrzydliwej kreacji wyglądała przepięknie, z gracją wirując na środku sklepu.

– No chyba zwariowałaś, nowe i przetarte! – oburzyła się mama, najwyraźniej jednak usłyszawszy słowa Anieli. – Przebierzcie się dziewczynki, a ja zapłacę – powiedziała i Róża na te słowa w podskokach ruszyła do przymierzalni, a Aniela skurczyła się jak przekłuty balonik. Milka stała na zewnątrz i żuła gumę z twarzą przyklejoną do szyby, próbując Anielkę rozśmieszyć swoim spłaszczonym nosem. Szczęściara, ma swoje nowe dżinsy, pomyślała Anielka. Bez dziur, co prawda, ale przynajmniej nie wyglądała jak kretynka w różowej sukience i nie stała w niej na środku sklepu akurat wtedy, kiedy do środka wchodził jej kolega z klasy ze swoją mamą. Aniela umarła w tym momencie, spalona ze wstydu. Na pewno właśnie przez tę przeklętą sukienkę i brak dżinsów Maciek zamiast na nią częściej patrzył od tej pory na Kaśkę, to do niej się uśmiechał i zagadywał, a nawet tańczył z nią na szkolnej dyskotece.

Mimo posiadania dżinsów Milka również toczyła z mamą walki na temat własnej garderoby. Jako mała dziewczynka robiła wszystko, żeby wyglądać i zachowywać się jak mama: skrapiała się ukradkiem jej perfumami, obijała obcasy jej szpilek, biegając w nich po mieszkaniu, gdy mama była jeszcze w pracy, a stojąc przed lustrem, stroiła miny i ćwiczyła uśmiechy, żeby być dokładnie jak ona. Nawet spódnice zwykle miały takie same, bo kiedy mama szła do krawcowej z materiałem na nową kreację, to właśnie Milka domagała się, żeby i jej uszyła spódniczkę na gumce albo chociaż pasek do sukienki. Jako nastolatka robiła wszystko, żeby się od mamy odróżnić. I to w każdej dziedzinie, począwszy od poglądów na życie, a na aktualnej modzie kończąc.

– Boże, mamo, w takich butach się chodziło sto lat temu – grymasiła przed wyjściem na imieniny do cioci Celinki, z obrzydzeniem unosząc w dwóch palcach czarne lakierki ze złotą klamerką.

– Jakie sto lat? Tak je lubiłaś zeszłego roku. – W głosie mamy była łagodna zachęta.

– Teraz się nosi martensy! – Milka przewracała oczami.

– Będziesz nosić takie buty, jakie masz. – Mama jakimś cudem zachowywała spokój i starannie wiązała apaszkę na szyi.

– Na pewno nie wyjdę z domu w tych głupich butach!! – Milka cisnęła butami o podłogę.

– Owszem, wyjdziesz i będzie to dokładnie za dziesięć minut – powiedziała mama głosem z żelaza.

Milka wybiegła z pokoju, trzasnęła drzwiami i rzuciła się na łóżko, przykrywając głowę poduszką.

– Nienawidzę starych ludzi – mruczała do siebie. – Starodawne ciuchy, nieżyciowe poglądy, może od razu habit włożę? – wściekała się.

Piętnaście minut później mama i jej cztery córki, a wśród nich Milka z bardzo nadąsaną miną i w czarnych lakierkach z klamerką, wyszły z domu i udały się w kierunku domu cioci Celinki.

– Małe dzieci, mały kłopot, duże dzieci, duży kłopot – mówiła mama, siedząc z ciocią Celinką przy kawie, a ta kiwała tylko głową ze zrozumieniem. Sama miała córkę w wieku Milki.

Aniela, która oczywiście słyszała tę cichą rozmowę dorosłych na temat kłopotów z nastoletnimi córkami, udawała, że ogląda MTV i całkiem skupia się na najnowszym teledysku Take That. Stwierdziła jednak po cichu, że nie tylko dorośli mają problemy z nastolatkami. Ona sama też je ma, bo wraz z dojrzewaniem wszystko się zmienia, i to na gorsze. Pojawiają się tajemnice dzielone wyłącznie z koleżankami, pierwsze miłości i jakieś damskie sprawy, o których mama rozmawia tylko z Agatą. Milka co prawda mówiła, że wie, o co im chodzi, ale wcale nie chciała Anieli powiedzieć. Naiwna Aniela jeszcze nie wiedziała, że te nowo stawiane granice między siostrami były nieuniknione. Ich kapryśna siostrzana więź, powstała z ogromnych ilości przywiązania, poprzetykanego konfliktami jak srebrną nicią, ciasno opleciona bliskością, najpierw stworzyła ich młode „ja”, a później zaczęła uwierać. Kolejno wyplątywały się więc z niej, żeby odkryć siebie na nowo. Bo siostry są darem i przekleństwem jednocześnie, a dzieciństwo nie trwa wiecznie.

– Zobaczysz, powiem mamie, że znowu chodziłaś w jej butach z kokardką – zagroziła siostrze Milka i wykrzywiając złośliwie twarz, wpakowała do ust pół batona.

– Nic jej nie powiesz, krowo, bo ci nie pożyczę spodni! – odgryzła się Róża, waleczna i sprytna manipulantka.

– Jak mi nie pożyczysz spodni, to powiem Agacie, że podbierałaś jej pachnący balsam do ciała! – Milka też miała w zanadrzu haka na swoją siostrę.

– To już nigdy w życiu się do ciebie nie odezwę, ale za to powiem Jackowi, że się w nim podkochujesz! – brzmiała natychmiastowa riposta.

– Nie zrobisz tego, świnio! – Milka rzuciła w nią kulką z papierka po batonie.

– Jak będę chciała, to powiem – chichotała triumfalnie Róża, bo wiedziała, że uderzyła w czuły punkt.

– Weź zejdź mi z oczu, bo powiem mamie, że przeszkadzasz mi w nauce! – Milka otworzyła zeszyt.

– Aha, akurat w nauce, list miłosny piszesz, serca widzę. – Róża nie dała się spławić.

– Mamo! – krzyknęła Milka, a Róża uciekła szybko do ogrodu.

Mama słyszała całą wymianę zdań, jednak była mądrą kobietą i nauczyła się już, kiedy nie zwracać uwagi na dramatyczne wołanie. Znała swoje dzieci i robiła wszystko, żeby w ich towarzystwie nie zwariować. Ratowały ją ukochane chwile pracy w ogrodzie. Rzadko ingerowała w spory pomiędzy siostrami, interweniowała tylko w przypadku konfliktów nierozwiązywalnych. Resztę mądrze pozostawiała im samym. Takie mamy idą prosto do nieba, a ich córki wyrastają na silne kobiety.

ROZDZIAŁ 2. Wojny bliźniaczek

ROZDZIAŁ 2

Wojny bliźniaczek

W szkole średniej Róża zgodnie ze swoim imieniem rozkwitła. Miała szczęście, że trafiła na nauczycieli, którzy potrafili docenić jej artystyczne uzdolnienia i je pielęgnować. Ilustrowała artykuły do szkolnej gazetki, brała udział w konkursach plastycznych, recytowała wiersze na akademiach i śpiewała w szkolnym chórze. Bez wyrzutów sumienia odpływała za to w marzenia na przedmiotach ścisłych. Miała wewnętrzne przekonanie co do swojej przyszłości, więc machała ręką na wszystko, co do jej wizji nie pasowało. Godziła się z uśmiechem na tróje z fizyki, średnie oceny z chemii i warunkowe zaliczanie wychowania fizycznego. Nie lubiła biegać, wolała się włóczyć po łąkach, zrywając naręcza ziół i kwiatów. Nie odnajdywała się w drużynie, więc zwykle siedziała na ławce, gdy cała klasa grała w koszykówkę, ale jeżeli znalazła się w zespole, to umilała sobie czas, balansując na białej linii boiska i wyobrażając sobie, że jest to wąska kładka nad przepaścią w górach. Jej drużyna zawzięcie walczyła o punkty, a Róża przeżywała uniesienia w wyobraźni. Przywoływał ją już zupełnie inny, rozległy świat, który w większym stopniu niż na zewnątrz mieścił się w jej wnętrzu. Przelewała go potem z pomocą farb na papier, wygrywała na skrzypcach i nadawała mu kształt w swoich grafikach.

W tym samym czasie Anielę ogarniała nie pasja tworzenia, ale chęć destrukcji, i prawie się zniszczyła. W przeciwieństwie do swojej siostry bliźniaczki nie widziała w sobie nic ciekawego czy wartościowego ani żadnych uzdolnień. Od środka zżerał ją lęk, a towarzyszący mu smutek o nienazywalnej jeszcze przyczynie wymazywał kolory z jej życia. A najbardziej samotna czuła się w szkole. Dopóki jeszcze były to literki, cyferki i jedna ulubiona pani, jakoś jej szło, ale w kolejnych klasach było już tylko gorzej. Nie siedziała w jednej ławce z Różą od czasu, gdy skończyły trzecią klasę szkoły podstawowej. Róża brylowała w towarzystwie licznych koleżanek, a Aniela trzymała się na uboczu i było jej z tym dobrze. Bliźniaczki, pomimo pragnień mamy oraz jednakowego DNA, były sobie coraz bardziej obce. Skazane na swoją obecność w domu i w szkole przez dziesięć długich miesięcy, w wakacje mogły od siebie wreszcie odpocząć. Kolejno wyjeżdżały do cioci Zuzi, a gdy wracały, w letnim powietrzu wśród motyli znów unosiły się bolesne żarty.

– Muszę od was odpocząć – oświadczyła im wreszcie mama przy śniadaniu w drugim tygodniu sierpnia.

– Od własnych córek? – Róża położyła obie dłonie na sercu dramatycznym gestem i równocześnie przyglądała się swojemu odbiciu w lustrze, obiecując sobie wykorzystać tę pozę na zajęciach kółka teatralnego.

– Idiotka – syknęła cicho Aniela, obserwując jej wygibasy.

– Tak, pragnę jeszcze dwóch tygodni spokoju. – Głos mamy był zimny, jakby się wydobywał wprost z lodówki.

Aniela i Róża przez krótką chwilę w zupełnym milczeniu przyglądały się mamie, mając nadzieję, że ta zaraz wybuchnie śmiechem i powie, że żartowała.

 

– Dojrzewacie i to jest normalna kolej rzeczy, ja wszystko rozumiem – kontynuowała mama, smarując dżemem dwie kromki chleba, które wcześniej pokryła już grubą warstwą masła. – Kocham was bardzo, ale dziś nienawidzę waszych hormonów! – zakończyła swoją przemowę, po czym z apetytem zaczęła jeść słodkie kanapki.

Róża parsknęła wesoło, chcąc rozładować atmosferę, a przy okazji zobaczyć w lustrze, jak będzie wyglądała z uśmiechem na ustach. Mama jednak pozostała poważna. Aniela w tym czasie z niezwykłą uwagą wpatrywała się w swoje paznokcie i w głębi duszy przyznawała się przed sobą, że bywa często podła wobec Róży, a czasami też w stosunku do mamy, ale to wszystko jest silniejsze od niej i nie da się nad tym zapanować. Co z tego, że natychmiast tego żałuje, jeżeli już wykrzyczała to, co najgorsze, rozpłakała się, a potem wyszła i trzasnęła drzwiami? Nie miała zamiaru przyznawać się do swoich przemyśleń mamie, a zwłaszcza siostrze, więc tylko wzruszyła ramionami i oświadczyła smutnym głosem:

– Córki są na całe życie, a nie tylko od święta.

Róża w tym momencie jak na zawołanie zrobiła wielkie, smutne oczy, ale i to nie pomogło. Mama już podjęła decyzję, a nawet zaczęła wprowadzać ją w czyn.

– Dzwoniłam już do babci Basi. Bardzo się cieszy, że ją odwiedzicie i co więcej, zostaniecie na całe dwa tygodnie.

– Nieee! – zabrzmiały dwa głosy, a mama na chwilę zatkała uszy i zamknęła oczy.

– Pora, żebyście zaczęły same rozwiązywać konflikty między sobą i uczyć się pokojowego współżycia jako dwie prawie już dorosłe osoby – dokończyła mimo chóralnych jęków rozpaczy i głośno okazywanego niezadowolenia.

I tego żelaznego postanowienia nic już nie mogło zmienić, nawet zapewnienia, że taki wyjazd zakończy się tragedią i któraś z sióstr zostanie poważnie ranna lub brutalnie otruta przez swojego największego wroga, czyli siostrę bliźniaczkę. Mama niespiesznie zakończyła śniadanie, a potem swoją kawę i dyskusję. Wszelkie próby negocjacji wakacyjnych planów zbywała surowym spojrzeniem, milczeniem lub krótkim:

– Porozmawiamy za dwa tygodnie.

Aniela z Różą spakowały więc plecaki, a następnie z zaciśniętymi gniewnie ustami, nie odwracając się nawet w stronę mamy, która z pogodną twarzą, ale i z wyraźną troską w oczach machała im białą chustką na pożegnanie, w grobowym milczeniu ruszyły na spotkanie swojej wakacyjnej przygody. Czekając na pociąg, pokłóciły się o to, która będzie spała w mniejszym, zielonym pokoju u babci. Kiedy ulokowały się w przedziale, Aniela wyjęła ze swojego plecaka książkę, której, zgodnie z poleceniem Róży, miała nawet nie dotykać. Siostra próbowała ją wyrwać Anieli z rąk i oczywiście rozdarła się okładka. Ponieważ książka była pożyczona od najlepszej przyjaciółki Róży, dziewczyna wpadła w furię:

– No i co ja mam teraz zrobić, ty głupia kretynko?! – wrzeszczała na Anielę, która uśmiechała się złośliwie i z wielką satysfakcją.

– A co mnie to obchodzi? To twoja wina. Jakbyś nie próbowała mi jej wyrwać z ręki, to nic by się nie stało. – Aniela ostentacyjnie przyglądała się krajobrazowi za oknem, co dodatkowo rozwścieczyło Różę. Poleciały wyzwiska i podniosły się krzyki, a atmosferę podgrzała dodatkowo wścibska współpasażerka, która próbowała łagodzić konflikt i strofować siostry za używany język.

– Żeby dziewczyny tak się do siebie odzywały, i to jeszcze bliźniaczki? – karcącym głosem interweniowała, osiągając skutek dokładnie odwrotny od zamierzonego.

– To wcale nie jest moja siostra, to przygarnięta z litości sierota – burknęła Róża.

– Tę kretynkę mama znalazła w kapuście i zamiast ją tam zostawić, niestety zabrała do domu – dodała Aniela.

– Kochaniutkie, takie jesteście do siebie podobne i jak na siebie krzyczycie, to jakbyście siebie samą obrażały. – Kobieta ewidentnie miała misję pokojową do spełnienia.

Róża tylko przewróciła na to stwierdzenie oczami, ale Aniela oczywiście się nie powstrzymała od komentarza.

– Aha, i co pani jeszcze myśli, że jak ja coś zjem, to ona już nie jest głodna? No przecież! Bo takie jesteśmy do siebie podobne!

Kobieta zbladła, ale Aniela wcale nie zamierzała jeszcze jej odpuścić.

– I co? Może jeszcze umrę dzień po tym, jak ona wreszcie zejdzie z tego świata? – dodała okrutnie.

Pełną dobrej woli starszą panią zatkało zupełnie i tylko pokiwała głową z dezaprobatą. Zrezygnowała ze swojej misji pojednawczej, ale nadal szeptała coś do ucha kobiecie, która siedziała obok niej, i już do końca podróży obie przyglądały się siostrom badawczo.

– Dziękuję za cudowny początek wspólnego wyjazdu – powiedziała jeszcze z ironią Róża do Anieli.

– A nie ma za co, będzie tego znacznie więcej – obiecała ta z przekąsem. I od tej chwili zapadło między nimi milczenie, które przerwała dopiero babcia, witająca je z wielką radością na progu swojego domu.

Kolejne dni wspólnego wakacyjnego wyjazdu były dużo spokojniejsze i w trakcie całego pobytu u babci Basi walka między bliźniaczkami zeszła do podziemia. Działo się tak, ponieważ babcia była najcieplejszą, najwspanialszą i najpobożniejszą kobietą na świecie, którą ranił krzyk, kłótnie i brak manier, szczególnie u młodych dziewczyn. Starsza pani wierzyła mocno w ludzką, a zwłaszcza swoich wnuczek, dobroć, szlachetność i piękno duszy. Wspaniałomyślnie wszystko wybaczała, błędy tłumaczyła skrzętnie niesprzyjającymi okolicznościami, całkowicie niezależnymi od sprawcy kłopotów i złych uczynków. Róża i Aniela uważały babcię Basię za anioła w ludzkiej postaci i chciały ze wszystkich sił podtrzymać w jej oczach swój wizerunek dwóch małych aniołków. Babcia pielęgnowała go uparcie i przechowywała bezpiecznie wraz ze zdjęciami w rodzinnych albumach i kosmykami po raz pierwszy obciętych włosów. Dodatkowo, tej wierze w ich niewinność i dobroć towarzyszyło silne przekonanie, że przynajmniej jedna z nich zostanie zakonnicą. Oczywiście, druga wyjedzie z pierwszą na misję jako opiekunka ubogich i chorych, bo przecież rozdzielenie byłoby dla nich niemożliwe do zniesienia. Babcia Basia wierzyła, że ładne jest dobre, a najmłodsze wnuczki były dla niej zawsze najpiękniejsze. Dziewczyny pod taką presją wiary i silnej nadziei babci czuły, że nie mają wyjścia i muszą dopasować się do jej nierealistycznych oczekiwań. W efekcie hormony okresu dojrzewania nie dawały się babci wcale we znaki. Bliźniaczki nie skarżyły się jej, nie donosiły i nie krzyczały na siebie, co babcia relacjonowała mamie przez telefon, dziwiąc się niezmiernie, że jej synowa w ogóle o takie rzeczy pyta!

– A jesteś pewna, że to Róża i Aniela do ciebie przyjechały, a nie jakieś inne dziewczyny? – upewniała się żartobliwie mama.

– No, a kto by inny? – Babcia poczciwym i kochającym wzrokiem ogarniała swoje wnuczki, które właśnie w zupełnej ciszy obierały razem ziemniaki na obiad. – A jak mi pomagają, takie pracowite i zgodne – zachwycała się babcia.

– Szkoda, że w domu takie nie są – wzdychała ciężko mama, czego dziewczyny już nie słyszały. Zresztą wcale nie starały się podsłuchiwać tej rozmowy, gdyż bardziej zajęte były wrzucaniem obranych ziemniaków do garnka w taki sposób, żeby jak najobficiej spryskać się nawzajem wodą. W czasie pobytu u babci Basi wykonywały takie właśnie drobne, perfidne gesty, posuwały się do złośliwych przeoczeń oraz starannie zaplanowanych pomyłek.

– Babciu, gdzie mój deser? – pytała na przykład Aniela tuż po tym, jak wpadła zdyszana do kuchni, a zaraz potem zaczęła intensywnie przeszukiwać lodówkę.

– A w lodówce jest, na drugiej półce od góry – odpowiadała babcia życzliwie i już odkładała swoją krzyżówkę, gotowa wstać z fotela, mimo iż bardzo bolało ją kolano, żeby pomóc ukochanej wnuczce znaleźć sernik na zimno.

– No nie ma tutaj, babciu – niecierpliwiła się łakoma Aniela.

– Ojej, jaka szkoda… To był twój? – odezwała się na to ze słodyczą w głosie Róża, wylegująca się z książką na kanapie. – Myślałam, że ty już zjadłaś swój kawałek, a ten był dodatkowy. – Patrzyła Anieli prosto w oczy i uśmiechała się bezczelnie.

Oczy Anieli zwęziły się niebezpiecznie i zacisnęła dłonie w pięści, ale zanim zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, babcia już była na nogach i zaradzała tej jakże trudnej sytuacji.

– Och, dziewczynki, jutro przygotuję więcej, a teraz chodź, kochana moja, coś ci zrobię innego. – Objęła Anielę ramieniem. Dziewczyna uśmiechała się do babci z wdzięcznością, a za jej plecami rzuciła Róży jadowite spojrzenie i wyszeptała paskudne słowo.

I tylko babcia uważała, że czystym przypadkiem i niezwykłym zbiegiem okoliczności było, że jeszcze tego samego dnia, tylko nieco później, Róża z wrzaskiem wybiegła z sypialni, wytrząsając olbrzymiego chrząszcza ze swoich długich włosów.

– A gdzież on tam wszedł, niemądry? Przecież dopiero co zmieniłam pościel – natychmiast troskliwie interweniowała babcia. – Chodź tutaj, wypuszczę go do ogrodu. – Delikatnie wzięła przerażonego sprawcę całego zamieszania w ręce. – No, już go nie ma. – Wytrzepywała dokładnie poduszki i kołdrę, uspokajając przy tym roztrzęsioną Różę, która brzydziła się wszelkimi robalami. Jedno spojrzenie na szeroko uśmiechniętą twarz siostry i już wiedziała, z czyją pomocą chrząszcz dostał się do jej łóżka.

Takich sytuacji było mnóstwo w ciągu całego pobytu u babci. Któraś z bliźniaczek „zapominała” na przykład, że druga jest w pokoju na poddaszu i zamykała drzwi, których nie dało się otworzyć od środka, zmuszając siostrę do wołania, pukania i stukania miotłą w podłogę. Były też „przypadkiem” niewysuszone na czas ubrania, sandały z cienkimi paseczkami „przez pomyłkę” zostawione obok szczeniaka, który na nich ćwiczył sobie maleńkie, ale ostre ząbki. Dla babci to wszystko były sytuacje śmieszne i niewarte roztrząsania. Mama niewiele o tych wydarzeniach wiedziała, ponieważ postąpiła bardzo mądrze i otworzyła zaledwie jeden list, jaki napisały do niej bliźniaczki. A w nim zamiast opisów tęsknoty za matką i radosnych wakacyjnych przygód, czytała z pionową zmarszczką na czole dramatyczne doniesienia na temat podłości drugiej siostry. Aniela przekazywała: Mamo, ja już nie mogę znieść obecności tej osoby, o której wszyscy uparcie mówią, że jest moją siostrą! To niemożliwe, jesteśmy przecież takie różne, ja jestem spokojnym człowiekiem i nie wchodzę jej w drogę, a ona ciągle mnie zaczepia i odbiera ochotę do życia. Mamo, jesteś pewna, że to moja siostra? Jeszcze nie jest za późno, żeby się od niej uwolnić, oddajmy ją do szpitala jako dawcę narządów!

Róża z kolei pisała na oddzielnej kartce, włożonej w tę samą kopertę, lecz skrzętnie zaklejonej na rogach i sczepionej kilkoma zszywkami, aby wścibska Aniela nie mogła niczego przeczytać: Mamo, prawie skończyłam drugi tom mojej książki i wakacje są świetne! Jest tylko jedna rzecz, która kładzie się cieniem na moim błękitnym niebie, i tylko ty możesz mnie od niej uwolnić. Proszę cię, jak tylko wrócimy do domu, zwróć tę dziewczynę, co wygląda prawie jak ja, do tego domu dziecka, z którego ją wzięłaś zaraz po urodzeniu, gdyż bardzo przypominała mnie z wyglądu. Wiem, że chciałaś mieć zapasową kopię na wszelki wypadek, ale ja już przeszłam wszystkie dziecięce choroby i będę żyła!

Po tej lekturze mama ignorowała kolejne listy, spodziewając się następnej porcji wyrzutów, oskarżeń i podejrzeń. Kontaktowała się z babcią Basią telefonicznie, upewniając się, że dziewczyny są zdrowe i nie dochodzi między nimi do rękoczynów.

– Jakich rękoczynów, no co ty? – dziwiła się babcia. – Bardzo ciche dziewczyny, a tak podobne do siebie, że czasami mam trudności, żeby je rozpoznać. Jeden chłopak od sąsiada też się pomylił. Niedawno umówił się z Różą, ale Anielka myślała, że to na nią czekał, więc zanim się Róża wystroiła, to ona pojechała z nim do kina – śmiała się poczciwie babcia. – I wcale mu się nie przyznała, wrażliwa dziewczyna. Nie chciała, żeby mu się głupio zrobiło, że tak się pomylił.

– Aniela wrażliwa? – Wiktoria zdziwiła się na taki przejaw empatii ze strony swojej córki, która do tej pory raczej była znana z tego, że niefrasobliwie mówiła każdemu prosto w oczy całą prawdę bez ogródek. – A co na to Róża? – chciała jeszcze wiedzieć Wiktoria, oczekując relacji z karczemnej awantury pomiędzy bliźniaczkami.

– Różyczka to taka dobra dziewczyna, pewno było jej trochę smutno, ale cieszyła się, że Aniela film zobaczyła ciekawy, bo chłopak to taki niezbyt interesujący jednak był, tylko o grach komputerowych ciągle coś tam Anieli opowiadał.

– A mają wszystko, nie trzeba im czegoś kupić? – dopytywała jeszcze troskliwie mama.

 

– Nie, nie, wszystko mają – zapewniała babcia. – Tylko Anielce się ten jej ulubiony biały podkoszulek zafarbował na różowo. Tak przez przypadek Róża wrzuciła go do prania razem ze swoją czerwoną koszulką.

Wiktoria tylko wzdychała cicho i nie wyprowadzała babci z błędu. Te przypadki, pomyłki i spokojne dziewczynki składały się jej w jedną dobrze znaną całość – siostrzana wojna trwała w najlepsze. Pocieszała się, że miały chociaż tyle rozsądku, żeby nie wciągać w nią babcię, bo własnej matki nigdy nie oszczędzały. Czuła ulgę, że jest teraz wystarczająco daleko i nie musi w wojny ingerować jak międzynarodowa organizacja pomocy humanitarnej. W te wakacje po raz pierwszy od długiego czasu naprawdę odpoczęła, dzięki czemu mogła na nowo kochać swoje córki, kiedy wróciły już do domu. Nadzwyczaj zgodny komunikat, jaki wydały tuż po przekroczeniu progu brzmiał:

– To jest ostatni raz, kiedy spędziłam z nią na wakacje!

– Jak tylko skończę osiemnaście lat, zerwę z nią wszelkie kontakty już na zawsze!

Na tym zakończyło się powitanie i przez resztę wakacji siostry się unikały. W domu panowała błoga cisza i spokój, przerwane tylko żywiołową reakcją Milki po jej powrocie z pierwszych wakacji w mieście. Milka bowiem nieopatrznie przyznała, że jej studenckie wakacje były wspaniałe i z przejęciem opowiadała, ile nowych osób poznała i ile pieniędzy zaoszczędziła.

– Tak? – zainteresowała się podejrzanie uprzejmie Aniela. – Moje wakacje były do bani! – Ton jej głosu wskazywał wyraźnie, że cudowne miejskie wakacje Milki też były tego bezpośrednią przyczyną.

– Weź nie przesadzaj, na pewno nie było tak źle – odpowiedziała Milka radośnie, czym nieopatrznie zbagatelizowała spokojny i przeraźliwie zimny ton głosu swojej siostry, który powinna była znać, bo zawsze zwiastował kłopoty.

– Nie zwracaj na nią uwagi. – Róża lekceważąco machnęła ręką. – Ona jest po prostu wkurzona, bo Mati od sąsiada babci wolał się ze mną spotykać niż z nią. I to pomimo że perfidnie poszła za mnie na pierwszą randkę. – Róża nie odmówiła sobie przyjemności podręczenia Anieli i pokazania swojej wyższości.

– Zamknij się, głupia krowo! – wybuchła Aniela i rzuciła w nią zszywaczem. Róża się uchyliła, a zszywacz trafił w Milkę.

– Auć! – Milka ze zbolałą miną masowała przedramię.

– Nie przypominam sobie, żeby któraś z moich córek miała na imię Głupia Krowa – włączyła się do rozmowy Wiktoria.

– Tak, bo przez pomyłkę w dokumentach wpisano imię Róża i tak się już utarło – brzmiała natychmiastowa riposta Anieli.

– Przestań, mam tego dość! Czemu wy się tak nienawidzicie? – szybko straciła cierpliwość Wiktoria i zadała niepotrzebne pytanie, na które i tak nikt nie znał odpowiedzi.

Róża i Aniela wyjątkowo zgodnie i w denerwujący, a właściwy jedynie nastolatkom sposób wzruszyły ramionami. Też nie wiedziały dlaczego, po prostu nie mogły się ścierpieć i już. Jak zdarzy ci się takie uprzedzenie w stosunku do obcej osoby, to unikasz jej, nie zapraszasz na swoje urodziny i tak dalej. Ale jak zdarzy ci się to z własną siostrą, i to jeszcze identyczną bliźniaczką, to nagle otoczenie głupio oczekuje, że będziecie się mimo wszystko i wyłącznie z powodu tych samych genów kochać.

Po tym incydencie Aniela zamilkła na całe popołudnie, a Róża zaśmiała się tylko triumfalnie i poszła do ogrodu ze swoim szkicownikiem i kocem pod pachą. Zmartwiona Wiktoria zwierzała się później Agacie z narastających konfliktów między bliźniaczkami i własnej bezradności w tej sprawie. Jej starsze córki uważały, że bliźniaczki się zwalczają, ponieważ ze względu na ogromne podobieństwo fizyczne muszą jakoś zaznaczyć swoją odrębność.

– Ale kiedy wreszcie już to zaznaczą na tyle, że przestaną? – W głosie Wiktorii była rezygnacja. – Przecież zawsze starałam się je traktować jak dwie różne osoby, nawet ich nie ubierałam w identyczne ubrania, chodziły na różne zajęcia. Co tylko chciały! To co ja mam jeszcze zrobić?

– Ty już nic nie możesz zrobić, mamo, to one muszą coś z tym zrobić – stwierdziła Agata krótko. A po chwili milczenia, które wypełniała tylko matczyna troska, jeszcze dodała: – Jak kiedyś będą żyć oddzielnie, to wreszcie docenią siebie nawzajem.

– Ja chyba tego momentu nie dożyję. – Wiktoria nie wierzyła w szczęśliwe zakończenia.

I miała dużo racji. No bo jakim sposobem to, co ciemne, miałoby lubić to, co radosne i jasne? Siostry po prostu się odpychały i nic nie dało się z tym zrobić. Róża odnajdywała swoją tożsamość kontaktach z rówieśnikami, a Aniela w ich unikaniu. Tłumaczyła sobie, że trudno jej zdefiniować siebie, gdy ciągle ma pod bokiem doskonalszą kopię siebie samej.

Bardzo namacalnie odczuła to w pewien piątkowy wiosenny dzień. Oczywiście nikt nic nie zauważył, bo wszystko rozgrywało się gdzieś głęboko w zakamarkach jej umysłu i serca, tak jak to zwykle się dzieje z ludźmi, którzy przeżywają pewne sprawy za mocno. W klasie było duszno, po szybie chodziła duża, włochata mucha, a za oknem słychać było szum przejeżdżających samochodów. Polonista bezbarwnym głosem przedstawiał, co autor wiersza miał na myśli, a zgromadzonej grupie uczniów i tak wszystko było obojętne. Skrzętnie jednak notowali i przybierali skupiony wyraz twarzy, żeby go nie rozzłościć. Do dzwonka brakowało zaledwie dziesięciu minut. Był piątek i nikt nie miał ochoty oberwać jedynki ani sprowokować sarkastycznych uwag. Nawet włochata mucha nie lubiła momentów, kiedy łysiejący pięćdziesięciolatek pokazywał uczniom, kto tu rządzi, chociaż oczywiście z nikim się tym nie dzieliła. Aniela udawała, że słucha, ale jej oczy błądziły po niewłaściwej stronie podręcznika. Co chwila też spoglądała na zegarek. Bazgrała na marginesie zeszytu i obserwowała na przemian włochatą muchę oraz profil swojej siostry siedzącej niedaleko, w środkowym rzędzie. Róża właśnie zakrywała sobie usta dłonią, tłumiąc chichot, a Jolka, z którą siedziała w ławce, pokazywała jej coś, co narysowała na własnej dłoni. Aniela miała nadzieję, że ściągną tym na siebie uwagę nauczyciela i chociaż raz się im dostanie, ale oczywiście jej marzenie się nie spełniło. Znudzona zaczęła czytać wiersz Iłłakowiczówny z podręcznika:

Było nas dwóch braci na pustym globie:

Kain i Abel.

Jeden baranki pasał, drugi na roli robił,

jeden był mocny, drugi – słaby.

Ostatni wers przykuł jej uwagę, po czym, nie wiedzieć czemu, znów spojrzała na Różę. Pochylona nad zeszytem pisała coś pilnie, ale Aniela była pewna, że powodem nie był wcale nagle obudzony pęd do wiedzy, tylko wzrok polonisty spoczywający na niej i Jolce. Lizuska i pozerka, jak zawsze świetnie udaje, oczywiście z korzyścią dla siebie, pomyślała jadowicie Aniela. Dodatkowo, dla większego efektu, Róża podparła teraz głowę na dłoni i patrzyła na polonistę, kiwając głową, jakby się zgadzając z tym, co mówił. Patrząc na twarz polonisty, Aniela wyczytała aprobatę dla Róży, tej jednej jedynej uważnie go słuchającej i najwyraźniej inteligentnej uczennicy. W sercu Anieli zapadł mrok, jakby ktoś wykręcił tam ostatnią żarówkę. Wróciła do wiersza, który zaczęła wcześniej czytać, i teraz przeskoczyła wzrokiem do ostatniej zwrotki:

Było nas dwóch braci, któryś z nich pozazdrościł

– Abel? Kain?

pokłóciliśmy się u ofiarnych ołtarzy,

słaby silnego zabił… To się powtarza…

I nie wiem dalej.

Aniela pomyślała, że dwaj bracia mogliby być siostrami i szybko przestraszyła się swoich uczuć. Czym prędzej chwyciła się jak koła ratunkowego monotonnego głosu polonisty:

– Każdy ma swojego bohatera. Bez ideałów i wzoru do naśladowania nie da się żyć – wygłaszał swoje jedynie słuszne prawdy polonista. – I waszym zadaniem będzie napisać wypracowanie o tym, kto jest waszym bohaterem. Nie muszę chyba przypominać, że należy swój wybór uzasadnić oraz zadbać o trójczłonową kompozycję wypowiedzi.