Nigdy nie jesteś samaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

CZĘŚĆ PIERWSZA. ODROBINA SZCZĘŚCIA

ROZDZIAŁ 1. Historia Wiktorii

ROZDZIAŁ 2. Córki

ROZDZIAŁ 3. Dobrze, że miał skrzydła

CZĘŚĆ DRUGA. PRZYJACIÓŁKI I WROGOWIE

ROZDZIAŁ 1. Życie toczy się dalej

ROZDZIAŁ 2. Wojny bliźniaczek

ROZDZIAŁ 3. Świat nas woła

CZĘŚĆ TRZECIA. MOJA SIOSTRA MILKA

ROZDZIAŁ 1. Zmiany

ROZDZIAŁ 2. Wyjazd Milki

ROZDZIAŁ 3. W wielkim mieście

CZĘŚĆ CZWARTA. ŚWIAT ANIELI

ROZDZIAŁ 1. Dotknąć marzenia

ROZDZIAŁ 2. Gdzie trawa bardziej zielona

ROZDZIAŁ 3. Wielki plan

CZĘŚĆ PIĄTA. SIOSTRY SYJAMSKIE

ROZDZIAŁ 1. Bill i Róża

ROZDZIAŁ 2. Nareszcie razem

ROZDZIAŁ 3. Szpital

CZĘŚĆ SZÓSTA. POWROTY

ROZDZIAŁ 1. Agata

ROZDZIAŁ 2. Mąż

ROZDZIAŁ 3. Co krzyczy północny wiatr

Opieka redakcyjna: Maria Zalasa

Redakcja: Katarzyna Nawrocka

Korekta: Karolina Pawlik

Projekt okładki: Joanna Wasilewska

Zdjęcie na okładce: © Andrei Aleshyn / Shutterstock

Copyright © Renata Adwent-Johnston, 2017

Copyright for this edition © Wydawnictwo JK, 2017

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być powielana ani rozpowszechniana za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych bez uprzedniego wyrażenia zgody przez właściciela praw.

ISBN 978-83-7229-657-3

Wydanie I, Łódź 2017

Wydawnictwo JK Wydawnictwo JK, ul. Krokusowa 3, 92-101 Łódź tel. 42 676 49 69 www.wydawnictwofeeria.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Siostry

Rankiem 27 grudnia nad miasteczkiem wreszcie zabłysło długo niewidziane tu słońce. Niewiele spałam już od trzech nocy. Wiatr ciągle gwizdał, dudnił i złościł się okropnie, a morze krzyczało w odpowiedzi, jakby podjudzając go do jeszcze większych szaleństw. Obudzona ciszą, która zapadła po sztormie, wstałam cichutko z łóżka i dodatkowym kocem troskliwie otuliłam śpiącego męża. W kuchni powoli wypiłam kawę. Delektowałam się każdym łykiem, bo poranna kawa zawsze smakowała mi najlepiej. Jak co rano uporczywie wpatrywałam się też w dwa zdjęcia przypięte magnesami do drzwi lodówki. Na tym czarno-białym byłyśmy jeszcze dziećmi – ja i moje trzy siostry: Agata, Milka i Róża. Kolorowa fotografia powstała dwa lata temu. Były na niej moje siostry, mama i trzy siostrzenice, a na odwrocie napisane było: „Brakuje tylko Anieli”. Szeptałam im co rano „dzień dobry” i przez chwilę zastanawiałam się, co u nich słychać, a potem odpędzałam od siebie te duchy przeszłości. Tak zrobiłam i dzisiaj, a na koniec westchnęłam ciężko i wstawiłam pusty kubek do zlewu. Wślizgnęłam się do sypialni i nie zdejmując piżamy, włożyłam dżinsy i wełniany golf, który niemile elektryzował. Owinęłam się szczelnie szalikiem, nasunęłam na głowę wielką czapę z nausznikami, niedbale zawiązałam sznurówki butów, wciąż ubłoconych od wczorajszego spaceru po lesie, i wyszłam z domu. Gdy otworzyłam drzwi, z żywopłotu odfrunął rudzik. Uśmiechnęłam się do niego. Rozejrzałam się wokół. Ulica była pusta, a okna u sąsiadów wciąż ciemne, tylko mgła wiła się i plątała po otaczających miasteczko wzgórzach. Pachniało wodorostami, które morze w męczącym kaszlu wypluwało z siebie ostatniej nocy, i słodkawym dymem palonego drzewa, wydobywającym się z komina domu stojącego kilka przecznic dalej. Morze było bliskim sąsiadem – minuta szybkiego marszu wzdłuż ulicy, na której końcu mieszkaliśmy, potem chwila wąską ścieżką między domami do równoległej drogi. Po przejściu na drugą jej stronę, obok starej łodzi, w której wiosną kwitły kwiaty, już mogłam przywitać się z morzem. Małe ptaki o srebrno-niebieskich skrzydłach podskakiwały na piasku, a mewy, pikując w wodę, krzyczały przeraźliwie. Pod wpływem ich wrzasku przypomniałam sobie surrealistyczny sen, który męczył mnie ostatniej nocy w tych krótkich chwilach, kiedy udawało mi się zasnąć. Był on jak ujęcie z awangardowego filmu – na pierwszym planie ekscentryczna kobieta z powiekami w kolorze jaskrawoniebieskim i dopasowaną do nich odcieniem pomadką na ustach, przytulająca chłopca o twarzy pluszowego misia. Jego brązowe futerko miało piękny połysk, a uszy sterczały filuternie. Chłopiec rozkapryszonym głosem krzyczał coś niezrozumiale, wkładał ośliniony kciuk do buzi i próbował się ukryć przed moim wzrokiem w ramionach matki, która wciąż dramatycznie domagała się pomocy, aby zapewnić dziecku jakąś przyszłość. Skąd taki sen i co niby miał oznaczać? Tego nie wiedziałam. Kiedy dotarłam na plażę, przez dłuższą chwilę stałam nieruchomo i obserwowałam, jak dzień wstawał z wolna, a morze cicho mruczało i śliniło się białą pianą. Kilka odcieni różu rozchodziło się po niebie w rytmie fal i słońce rozmazywało się po nim złotymi smugami. Wdychałam głęboko słone powietrze, a wraz z nim spokój, który pragnęłam przechować w sobie jak najdłużej. Rozmyślałam o moich siostrach. Rodzina zawsze była czymś, od czego uciekałam i do czego lgnęłam. Obrany kierunek zależał wyłącznie od tego, ile miałam w danym momencie lat i co się działo w moim życiu. Kochałam swoją rodzinę i z nią walczyłam, bo ta dawała mi wiele, ale też sporo wymagała. Czasami pozwalała mi odejść, ale bywało, że nakazywała wrócić.

Raz po raz wzdychałam ciężko i starałam się prostować zgarbione plecy, ale wiejący znów uparcie zimny wiatr powodował, że się kuliłam i zapadałam w siebie. Patrząc wstecz na swoje życie, byłam przekonana, że nikomu już nie potrafię na ślepo zaufać, ani Bogu, ani ludziom, ani nawet sobie samej. Dawniej pod warstwą nieufności miałam głęboko zakorzenioną wiarę w innych. Ale to się zmieniło. Co więcej, teraz wiedziałam, że nic nigdy nie zależało wyłącznie od moich wyborów. Mój własny los był ciasno spleciony niewidoczną z zewnątrz, a mimo to bardzo mocną nicią z losami moich sióstr, które – czułam to doskonale od kilku dni – znów zaczynały mnie wołać, przekrzykując cichym szeptem najpotężniejszy sztorm. Wzbudzało to we mnie tęsknotę i jednocześnie niepokój. Chciałam sobie wszystko dobrze przemyśleć, zanim odpowiem na to wołanie lub je zignoruję. Dlatego nie spieszyło mi się teraz wcale do domu, ukrytego w leniwym miasteczku położonym pomiędzy wzgórzami a piaszczystą plażą, w którym przez ostatni rok byłam tak szczęśliwa, ani do męża, którego z każdym dniem kochałam i doceniałam coraz bardziej. Miałam ochotę rozpłynąć się w tej mlecznej mgle i ciszy zimnego poranka nad wyjątkowo dziś spokojnym morzem.

CZĘŚĆ PIERWSZA. ODROBINA SZCZĘŚCIA

CZĘŚĆ PIERWSZA

ODROBINA

SZCZĘŚCIA

ROZDZIAŁ 1. Historia Wiktorii

ROZDZIAŁ 1

Historia Wiktorii

Każda opowieść ma swój początek, a początkiem historii każdej kobiety jest historia jej matki. Poskładana cierpliwie ze wspomnień ciotek i wujków, ilustrowana poblakłymi zdjęciami z zakurzonych albumów, musi zostać opowiedziana i zapamiętana, żeby jej nić mogła snuć się dalej. Mama Anieli, Wiktoria, odkąd skończyła dziesięć lat, marzyła o tym, żeby być pielęgniarką na oddziale dziecięcym. Najstarsza z licznego rodzeństwa, nauczona od dzieciństwa ciężkiej pracy i odpowiedzialności, wytrwale podążała za swoimi marzeniami. Patrzyła na życie jak na listę zadań do wykonania. Z domu rodzinnego wyprowadziła się wcześnie i po ukończeniu szkoły średniej zamieszkała w internacie dla studentek pielęgniarstwa. Potem wyszła za mąż. W prostej białej sukni podążyła ze swoim wybrankiem po czerwonym dywanie neogotyckiego kościoła, żeby powiedzieć mu spokojnie i głośno, zdecydowanym, chociaż ciepłym głosem „tak”. Dla niej było to „tak” na zawsze, nieodwołalnie i mimo wszystko. W dniu ślubu miała zaledwie dwadzieścia lat, choć jej ukochany dziadek i tak twierdził, że zdecydowała się na ten krok bardzo późno, bo jego matka, a Wiktorii prababka, jako osiemnastolatka miała już dwoje dzieci, a żoną została niecałe dwa lata wcześniej.

 

– Za moich czasów byłabyś już dawno starą panną – powtarzał. – Ciesz się, że znalazłaś takiego, co cię jeszcze chciał, bo w ostatniej chwili zdążyłaś być panną naprawdę „młodą” – śmiał się i puszczał do niej oko. Wiktoria wiedziała, że bardzo ją kocha, i nie przejmowała się docinkami.

Mężczyzna, za którego wyszła, sam ją odnalazł, pokochał, a potem wystarał się o miejsce w jej życiu. Miłość była szczęściem, które przyszło do niej niespodziewanie i bez jej wielkich trudów. Wiktoria często odtwarzała tę historię w sali kinowej swojej pamięci, analizując jej najdrobniejsze szczegóły oraz zapachy i smaki, jakie towarzyszyły wydarzeniom. Z czasem stała się reżyserem tego filmu i nie była już pewna, co wydarzyło się naprawdę, a co jest tylko wytworem jej umysłu. Godzinami też wpatrywała się w ślubne fotografie. Badała szczegółowo ich jakby przydymione tło oraz każdy detal jego szeroko uśmiechniętej twarzy. Wiktoria przechowywała te zdjęcia jak największy skarb.

Była to miłość, która podrzuca do góry i wywija koziołki oraz sprawia, że przestaje się jeść, spać i myśleć o czymkolwiek innym poza ukochaną osobą. Najpierw zakochał się on. Zauważył Wiktorię na ulicy pewnego wiosennego dnia, kiedy wyjątkowo – z powodów, których nie potrafił sobie potem przypomnieć, więc nazywał je przeznaczeniem – wyszedł z pracy w warsztacie samochodowym dużo wcześniej niż zwykle. Wędrował wolnym krokiem, z rękami w kieszeniach, mrużąc oczy i przyglądając się światu i ludziom z pewnym zdziwieniem, bo późnym wieczorem, kiedy zazwyczaj wracał do domu, ulice były opustoszałe. Tak jak w wielu miłosnych historiach, tego dnia, nie wiedzieć czemu, dostrzegł właśnie ją. Pojawiła się na jego drodze w rozgadanym i kolorowym tłumie studentek opuszczających budynek uczelni. Przemknęło mu przez głowę pytanie, co to za uczelnia i dlaczego nigdy wcześniej jej nie zauważył, chociaż mijał ten budynek dwa razy dziennie. Ale ponieważ nie dochodził z niego warkot silników, szybko porzucił myśl o budynku. Poczuł jednak, że ta dziewczyna, na której widok zatrzymał się na środku chodnika i zapomniał, kim jest, po co i dokąd idzie, musi stać się częścią jego życia. Wiktoria go nie zauważyła. Była bardzo przejęta przygotowaniami do jednego z trudniejszych egzaminów i rozpoczynającymi się niedługo praktykami w szpitalu dziecięcym. Szła szybko, miała zaczerwienione policzki, rozwiane włosy i nieobecne spojrzenie. Potknęła się na nierówno ułożonych płytach chodnikowych i prawie upadła. On chciał pospieszyć z pomocą, ale ubiegł go jakiś inny przechodzień. Postanowił, że następnym razem będzie szybszy i wykorzysta okazję. Śledził ją przez chwilę wzrokiem, a potem podążył za nią, nie zdając sobie zupełnie sprawy z tego, co robi. Otrząsnął się, kiedy zniknęła we wnętrzu baru mlecznego. Nie miał odwagi wejść. Przez chwilę obserwował przez okno, jak wita się z dwiema koleżankami, zdejmuje płaszcz i poprawia sukienkę. Śmiech dziewczyn i ich swobodne zachowanie przypomniało mu koleżanki ze szkoły i własną paraliżującą nieśmiałość w ich obecności. Na to wspomnienie przeszedł go niemiły dreszcz i szybko oddalił się w stronę swojego osiedla. W nocy nie mógł spać. Spokojne życie, z którego był do tej pory tak zadowolony, teraz wydawało się zupełnie pozbawione sensu, skoro nie było w nim jej.

Od tamtego dnia, zamiast pracować do późnego wieczoru, codziennie wychodził z warsztatu równo po ośmiu godzinach, a następnie z rosnącą nadzieją na kolejny szczęśliwy zbieg okoliczności zmierzał w kierunku uczelnianego budynku i wypatrywał jej wśród przechodniów. Nasłuchiwał jej głosu w gwarze rozmów studentek opuszczających uczelnię oraz stukotu jej obcasów na chodniku wśród dźwięków ruchliwej ulicy. Wydawało mu się, że powietrze wokół niej pachniało mandarynkami, a słońce wyjątkowo lubiło tańczyć na jej potarganych włosach. Im częściej ją obserwował, tym bardziej mu się podobało to, co widział. Po trzech tygodniach znał już godziny, w których w poszczególne dni kończyła zajęcia i wracała do internatu. Rozpoznawał jej koleżanki i z ulgą zanotował, że nigdy nie czekał na nią pod uczelnią żaden mężczyzna. Wiedział też, gdzie Wiktoria mieszka i w którym pokoju światło zapala się niedługo po tym, jak weszła do budynku i odebrała klucz w recepcji. Odkrył również, że we wtorki kończy zajęcia niemal o tej samej porze, kiedy on wychodzi z pracy. Mijali się wtedy, przechodząc obok maleńkiej kawiarni. Wreszcie po dwóch bezsennych nocach podjął decyzję, że właśnie wtorek jest najlepszym dniem na zawarcie znajomości. Martwił się tylko, żeby w kluczowym momencie nie zabrakło mu słów i pewności siebie. Nie za bardzo znał się na prowadzeniu rozmów z kobietami i nigdy tak naprawdę nie chodził z dziewczyną. Jeszcze ze szkoły pamiętał, że dziewczyny zwykle tylko chichotały, szeptały sobie coś na ucho i wszędzie chodziły w grupkach. On zwykle myślał, że naśmiewały się z jego długich nóg i ramion, ogromnych dłoni albo rudych włosów. Czuł się w ich obecności niezręcznie, więc szybko i z ulgą przestał się nimi interesować, a cały swój wolny czas, każde pieniądze i trochę zdrowia poświęcił samochodom. Szybko się okazało, że ma do tego smykałkę i potrafi naprawić każdy wóz. Dlatego po ukończeniu szkoły podstawowej bez problemu znalazł pracę w warsztacie, a potem za namową szefa przez pięć lat uczył się jeszcze w wieczorowym technikum mechanicznym. Kiedy jego rówieśnicy oddawali się randkowaniu, studiom i muzyce, on wsłuchiwał się w dźwięk silników, bezbłędnie diagnozując, co trzeba wymienić lub naprawić. Szef go doceniał, ponieważ był najlepszy i chętnie zostawał po godzinach. W efekcie po kilku latach był w stanie wpłacić depozyt na małe mieszkanie, gdzie i tak spędzał niewiele czasu, ale cieszył się swoją własną przestrzenią i samotnością. Dopiero widok Wiktorii przypomniał mu, że na świecie istnieją również kobiety. Jego rutyna została zaburzona, a wartości się przetasowały. Oto nagle rano mnóstwo czasu zaczęło mu zajmować podjęcie decyzji, w co powinien się ubrać. Nawet przetarł z kurzu lustro w przedpokoju, żeby się upewnić, czy koszula pasuje mu do krawata. Pewnego popołudnia wybrał się do fryzjera i kupił najdroższy męski zapach, jaki znalazł na półce w drogerii.

Tak przygotowany, ale wciąż niepewny efektu swoich starań, wolnym krokiem wracał z pracy we wtorek, uważnie rozglądając się wokół. Dotarł pod budynek uczelni i patrzył obojętnym wzrokiem na dziewczyny, które wychodziły parami i grupami. Żadna nie była tak wyjątkowa jak ona, chociaż obiektywnie patrząc, niektóre były ładniejsze, miały zgrabniejsze nogi i bardziej perlisty śmiech. Nie zauważał wcale ich ukradkowych spojrzeń i tego, że czasami wpatrywały mu się uparcie w twarz, starając się podchwycić jego wzrok, by znaleźć pretekst do nawiązania rozmowy. Widział tylko to, że wśród nich nie było jej, i rozczarowany zastanawiał się, co mogło się stać. Kiedy z budynku przestały już wychodzić studentki, wiedziony trochę niepokojem, a trochę ciekawością, ruszył w kierunku internatu. Okno w jej pokoju było zamknięte i do tego, pomimo pięknej pogody, zasłony były szczelnie zasunięte.

Może była ciężko chora? Może coś się jej stało? – zadawał sobie pytania. Los zupełnie mu jeszcze nieznanej, a dziwnym sposobem tak bliskiej osoby stał się nagle najważniejszy na świecie. Ciemne okno, pod którym stał, było teraz centralnym punktem na ziemi. Dlatego spędził resztę popołudnia na ławce w pobliskim parku, z widokiem na to właśnie okno, udając, że czyta gazetę i cieszy się popołudniowym słońcem. Późnym wieczorem zasypiał z obrazem jej twarzy pod powiekami i było dla niego oczywiste, że wróci następnego dnia pod uczelnię i będzie znów na nią czekał. Wiedział, że w środy kończyła zajęcia później niż on pracę i jeżeli chciał ją zobaczyć, musiał zostać w warsztacie nieco dłużej, a potem iść naprawdę wolnym krokiem, wstępując do pobliskiego sklepu po coś do jedzenia. Zwykle miał jeszcze czas, aby postać chwilę w pobliżu drzwi wejściowych do jej szkoły, niecierpliwie oskubywać skórki wokół paznokci oraz przecierać chusteczką spocone dłonie. Tego dnia był bardziej niespokojny niż zwykle. A jeśli wyjechała na stypendium na rok? Albo rzuciła szkołę, bo zapadła na nieuleczalną chorobę? Wobec takich zagrożeń, czyhających na jego szczęśliwą przyszłość z tą właśnie jedyną w swoim rodzaju dziewczyną, postanowił wtedy, w środowe popołudnie siódmego maja, że nie powinien już więcej marnować czasu, tylko po prostu ją zagadnąć i zrobić wszystko, żeby została jego żoną. A ich pierwsza rozmowa powinna się zdarzyć tuż po tym, jak dziewczyna wyjdzie z budynku uczelni. Kolejne dziesięć minut było męczarnią. Poprawiał włosy, wyjmował ręce z kieszeni i zaraz je chował, kilka razy upuścił chusteczkę. Układał sobie przy tym nerwowo w głowie, jak rozpocznie rozmowę. Gdy wreszcie wyszła, podbiegł do niej natychmiast, żeby już nie było czasu stchórzyć. Jednak kiedy stanął naprzeciwko niej, nie pamiętał ani słowa z tego, co miał powiedzieć. Popatrzył na jej jasną cerę, brązowe włosy i przejrzyste, niebieskoszare oczy, a wzruszenie ścisnęło go gdzieś w środku i zablokowało zupełnie. Mając ją tak blisko, na wyciągnięcie ręki, i patrząc w jej oczy, w których zaczynał pojawiać się znak zapytania, wiedział już na pewno, że na tę dziewczynę czekał całe życie. Teraz to z nią chce zamieszkać, mieć dzieci i wspólnie żyć.

Tymczasem nieświadoma niczego, nieco zaspana Wiktoria miała za sobą ciężki dzień na uczelni i nie w głowie były jej romanse ani miłosne uniesienia. Wczoraj po raz pierwszy opuściła zajęcia, a wszystko przez nagły telefon z domu, że dziadek gorzej się poczuł. Cierpiący od lat na astmę, ale wciąż raźny staruszek na jej widok od razu odzyskał wigor. Zapewniał przy tym, że najlepsze lekarstwo, mały kieliszek wódki do obiadu, utrzymuje go wciąż w dobrej formie. Wiktoria spędziła z nim cały dzień, obiecała odwiedzać go częściej i porannym pociągiem wróciła wprost na uczelnię.

W momencie kiedy pachnący nowymi perfumami, elegancko ubrany i niesamowicie zdenerwowany Daniel pokonywał ostatnie kroki dzielące ich od wspólnej przyszłości, Wiktoria bardzo spieszyła się do internatu. Zastanawiała się po drodze, czy może pozwolić sobie na luksus krótkiej drzemki, czy raczej powinna spędzić całe popołudnie nad książkami i notatkami, nadrabiając to, co straciła przez nieobecność na zajęciach anatomii dzień wcześniej. Tymczasem na jej drodze wyrosła przeszkoda. Wysoki cień przesłonił majowe słońce i ktoś uparcie blokował jej przejście. Wiktoria pomyślała, że najbardziej denerwująca rzecz w mieście to ludzie, którzy ucinają sobie pogawędki dokładnie na środku chodnika. Zrobiła krok w bok, ale jej przeszkoda zrobiła to samo. Zdumiona podniosła wzrok i dostrzegła wysokiego mężczyznę, stojącego tak blisko, że mogłaby dotknąć jego twarzy. Zakodowała, że był starannie i czysto, wręcz odświętnie ubrany, niepewnie się uśmiechał i miał lekko odstające, zaróżowione na koniuszkach uszy. Poczuła miły zapach jego wody kolońskiej, a następnie ulgę, że jest środek dnia, a ona stoi na ruchliwej ulicy, bo nie była pewna intencji nieznajomego. Nie bała się, zaczynała się tylko jeszcze bardziej niecierpliwić, miała przecież dużo nauki i niewiele czasu. Mężczyzna tymczasem przełknął ślinę i przemówił:

– Dzień dobry… – Po czym zamilkł i stał dalej przed nią, z wyczekiwaniem patrząc w jej oczy, a kiedy ona nic nie odpowiedziała, próbował ratować się chłopięcym, ujmującym uśmiechem.

Wiktoria zanotowała od razu i nie wiadomo po co, że ten szeroki uśmiech dodawał mu uroku i jakby zmniejszał dystans pomiędzy jego odstającymi uszami, które tak uparcie zwracały na siebie uwagę. Chciało jej się z tego śmiać, ale zachowała powagę, starając się mężczyzny nie prowokować. Jego oczy też się do niej śmiały, a on sam, o czym Wiktoria oczywiście nie wiedziała, miał ochotę podskakiwać z radości, bo dostrzegł iskierki rozbawienia w jej oczach. Serce waliło mu przy tym bardzo mocno, a jego dłonie trochę drżały. Wiktoria nie była pewna, jak powinna postąpić, więc popatrzyła na nieznajomego ze zdziwieniem i jakby naganą w nieco surowych w tej chwili oczach. A kiedy mimo karcącego wzroku mężczyzna nie zszedł jej z drogi, przycisnęła tylko mocniej torebkę do boku, rozejrzała się wokoło, a następnie zdecydowanie go ominęła i ruszyła żwawo przed siebie. Wtedy dopiero, słysząc za sobą jego kroki, odpowiedziała stanowczym głosem:

– Dzień dobry. My się znamy?

– Nie, właśnie chciałem się przedstawić. Jestem Daniel, pracuję tu niedaleko i często cię widuję, jak wychodzisz z uczelni. – Szedł tuż za nią, stawiając jeden krok na każde jej dwa, co go trochę bawiło i wybuchnąłby śmiechem, gdyby tylko nie był tak przejęty tym, że oto wreszcie z nią rozmawia. – Zawsze miałem ochotę cię zagadnąć – kontynuował. – I wreszcie dziś się odważyłem… – przerwał, bo zabrakło mu powietrza, a potem przełknął głośno ślinę, czym zestresował się jeszcze bardziej, więc już w milczeniu nadal podążał za nią, czekając na odpowiedź.

 

Wiktoria przystanęła i odwróciła się. Daniel, nie chcąc jej potrącić, zatrzymał się w pół kroku, nadeptując sobie boleśnie na stopę. Starał się nie okazać bólu, twarz wykrzywił mu tylko niewielki grymas. Patrzyła teraz na niego bardzo uważnie, jakby obserwowała jakiegoś owada pod lupą. Pomyślał, że się pomylił i ona wcale nie jest słodka ani krucha i wymagająca opieki. W tym czasie absolutnie wszystkie komórki mózgowe Wiktorii pracowały na najwyższych obrotach, starając się ocenić stojącego przed nią człowieka, oszacować jego zamiary i podjąć odpowiednią decyzję.

Od czasu pierwszych młodzieńczych randek, odbywających się z rzadka wieczorami, Wiktoria nie dała szansy żadnemu mężczyźnie. Nudziło ją całe to patrzenie sobie w oczy i odstraszały nieudolne zapędy w kierunku jej biustu. Wiktoria była dojrzalsza niż jej koleżanki. Nie interesowały ją ich opowieści o pierwszych porywach uczuć i marzenia o idealnej miłości. Starała się bywać na imprezach domowych i szkolnych, ale chłopaków trzymała na dystans. Uznała, że jeżeli miłość ma ją znaleźć, to na pewno kiedyś tak się stanie, i odpuściła sobie udział w głupich gierkach. Tym sposobem przetrwała szkołę średnią. W ciągu ostatnich dwóch lat była na randce tylko raz, ze znajomym koleżanki, z którym umówiła się do kina. Przemiły chłopak miał jednak ogromnego pecha, gdyż zdaniem Wiktorii był po prostu za niski. Tego dnia Wiktoria nie zakochała się ani nawet nie obejrzała filmu. Tuż po zakupieniu przez młodzieńca biletów przeprosiła go na chwilę i udała się do toalety, a potem, korzystając z okazji, że on zrobił to samo, po prostu z kina uciekła i wróciła do internatu. Nie była wcale dumna z tego, co zrobiła, i nawet było jej trochę żal chłopaka, ale zwyczajnie nie wiedziała, jak mu powiedzieć, że nie jest zainteresowana i nigdy nie będzie. Meandry miłości nie były dla niej. Teraz jednak stał przed nią wysoki mężczyzna, który rzekomo zawsze chciał z nią porozmawiać i dziś się odważył, a w pobliżu nie było toalety, dającej możliwość ucieczki.

– Żartujesz sobie ze mnie… – bardziej stwierdziła, niż zapytała.

– Nie, nie! Wcale nie żartuję – zaprotestował gorąco i poczuł, że oblewa się potem, robi czerwony na twarzy i znów nie ma czym oddychać. Wciągał powietrze szybkimi haustami. Ale ze mnie dureń, krzyczał głos w jego głowie, a on rozpaczliwie starał się panować nad sobą. Było już jednak za późno, nerwy wzięły górę i nie mógł wydusić z siebie ani słowa więcej. Stał jak kołek, patrzył na czubki swoich butów i nerwowo wpychał dłonie w kieszenie marynarki. Miał wrażenie, że za głośno sapie, i bał się na nią spojrzeć, żeby nie zobaczyć litości w jej oczach.

– Jestem Wiktoria – usłyszał wtedy jej miękki głos, w którym pobrzmiewał śmiech i coś jakby czułość. Nie, musiał się mylić. Ukradkiem spojrzał na nią, czując się głupio z rumieńcem na twarzy i niekomfortowo z kropelkami potu spływającymi powoli wzdłuż pleców.

– Chciałbym cię zaprosić na kawę – powiedział z ulgą na widok jej pogodnej twarzy.

Rozbrajający uśmiech, tak bardzo działający na kobiety, chociaż zupełnie bez jego wiedzy i kontroli, znów wygiął mu usta. Wiktoria jednak nie chciała się poddać jego czarowi i pokręciła przecząco głową. Złudzenie niespotykanej więzi, jaką sobie Daniel pomiędzy nimi wymarzył, gwałtownie prysło.

– Niestety nie mam czasu, ale miło było cię poznać. Pa! – Pomachała mu lekko i podbiegła do zbliżającego się właśnie autobusu, który już zwalniał, żeby zatrzymać się na przystanku. Kiedy otworzyły się drzwi, Wiktoria z wdziękiem wskoczyła do środka. Jak obłoczek jakiś, pomyślał Daniel. Nabrał powietrza w płuca i zaczął się śmiać, nie wiadomo czemu. Mimo że właśnie spotkała go odmowa, czuł się tak, jakby wygrał los na loterii. Wiedział, że będzie próbował dalej! Najpierw zaprosi ją na kawę – układał sobie w głowie scenariusz wydarzeń – potem sprawi, żeby go pokochała. Tak go ucieszyła ta myśl, że aż podskoczył w miejscu, kopnął leżący na chodniku kamyk i szybkim krokiem ruszył przed siebie. Już wiedział, że dobrze wybrał, Wiktoria jest przecież taka mądra i wspaniała! I będzie ją kochał już zawsze. Wiktoria, Wiki, moja Wikusia – powtarzał sobie jej imię w różnych wariantach przez całą drogę do domu, a potem z tym imieniem na ustach zasnął i obudził się rano.

Tego popołudnia po raz pierwszy i jedyny w życiu Wiktorię przyłapano na jeździe bez biletu. Stała przy oknie z zamglonymi oczami i szerokim uśmiechem, którego nie starła z jej twarzy nawet konieczność wyjścia z autobusu i odebrania mandatu. Tak naprawdę to nie musiała jechać autobusem, bo przecież jej internat był parę kroków od uczelni, a wskoczyła do niego tylko dlatego, że miała ogromną ochotę roześmiać się bardzo głośno i tego nieznajomego, słodko nieśmiałego chłopaka pocałować prosto w usta! I tak ją to przeraziło, że uciekła, bo przecież nie mogła tego zrobić!

Oczywiście nazajutrz po południu Daniel też na nią czekał. Przez cały dzień w pracy zastanawiał się, jak Wiktoria będzie ubrana. Czy będzie miała włosy rozpuszczone, czy spięte? Czy będzie go wypatrywać, gdy wyjdzie z uczelni? Czy się uśmiechnie i zagadnie do niego pierwsza? Tymczasem Wiktoria, przekorna i uboższa o 100 złotych, które rano wypłaciła z konta, żeby pokryć mandat za wczorajszą jazdę na gapę, wyszła z uczelni z koleżanką. Śmiały się głośno i trzymały pod ramię. Daniel z rozczarowaniem stwierdził, że nawet go nie zauważyła, a przecież on czekał na nią i układał sobie od kwadransa, jak zacznie rozmowę. Zakłopotany takim obrotem sprawy szybko skręcił w poprzeczną uliczkę.

Cholerne koleżanki, z tym chichotaniem to się im z wiekiem nic nie zmienia! – złościł się w myślach. Mimo tego zawodu wrócił pod uczelnię następnego dnia i jeszcze kolejnego, za każdym razem odchodząc z kwitkiem. Wiktoria była mistrzynią w wymyślaniu wymówek i zawsze znalazła pretekst, żeby odmówić pójścia z nim na kawę. Daniel tymczasem wobec jej oporu przestał wybiegać myślami w przyszłość, zawierającą datę ich ślubu oraz imiona dzieci, a marzył już tylko skromnie, by z nią usiąść przy stoliku w kawiarni i zwyczajnie porozmawiać. Nic innego go nie interesowało. Nie smakowały mu ulubione dania, a nawet po raz pierwszy wziął wolny dzień w pracy. Stało się to zresztą za namową szefa, gdyż Daniel mówił od rzeczy, słaniał się na nogach i patrzył wokoło wzrokiem pustym i bez wyrazu. Chory z miłości pojechał wtedy swoim motocyklem, najszybciej jak się da, gdzieś za miasto, żeby przewietrzyć umysł i wpuścić wiatr w serce, żeby ostudziło swój zapał i cierpliwie poczekało na to, co przecież musi się wydarzyć. Wreszcie po miesiącu próśb, ponawianych niemal każdego dnia, Wiktoria dała się zaprosić na kawę. Kiedy Daniel to usłyszał, poczuł się tak, jakby samego Pana Boga złapał za nogi. Ale jego zapał szybko ostudziły jej słowa, że czas ma dopiero w przyszłym tygodniu. Gdy wreszcie ten dzień nadszedł i usiedli razem w kawiarni, oczy Daniela błyszczały i prawie miał gorączkę ze zdenerwowania. Wcale nie zauważył, że Wiktoria spoglądała na niego z podziwem, kiedy słuchała, jak świetnie radził sobie, pracując i ucząc się jednocześnie. Umknęło mu również to, że kiedy zdjął marynarkę i podwinął nieco rękawy koszuli, Wiktoria lekko zaczerwieniła się na widok tatuażu na jego przedramieniu. Rozmawiali wtedy długo i na każdy temat. Wypili po dwie kawy i trzy herbaty, zjedli każde po kawałku ciasta marchewkowego, sernika i szarlotki. Wiktoria opowiadała Danielowi o swoim dziadku i jak bardzo jej zależy, żeby zostać pielęgniarką i pracować z dziećmi. Daniel opowiadał jej o swoim motocyklu i potrzebie posiadania rodziny. Nie mieli ochoty się rozstawać. Od tego dnia spotykali się codziennie, chociaż Daniel wcale o to nie prosił, nie umawiali się też specjalnie ani tego nie planowali. Spotykali się po prostu w drodze z pracy i uczelni, a potem spacerowali, szli do kina lub na obiad. Wiktoria dostrzegała, jaki był męski i opiekuńczy. Podobało jej się to, że kiedy coś go bardzo rozśmieszyło, to odrzucał głowę do tyłu i wybuchał gromkim śmiechem, płosząc ptaki z najwyższych drzew i wydając przy tym dźwięki, jak bardzo rozbawiony Święty Mikołaj. Mieli podobne poglądy na ważne dla nich tematy i zgodnie postanowili nie kłócić się o sprawy błahe. Daniel podziwiał jej kobiecy wygląd, naturalność i pełną wdzięku dyplomację w relacjach z ludźmi. Czasami ona gotowała im coś we wspólnej kuchni w internacie, czasami on zabierał ją na piknik za miastem. Stali się nierozłączni, więc decyzja mogła być tylko jedna. Powiadomili swoje rodziny, załatwili formalności i pobrali się trzy tygodnie później w małym kościele, bez orkiestry, limuzyny czy sukni typu beza. Zaprosili wyłącznie najbliższą rodzinę. Obie mamy, chociaż wcale się jeszcze dobrze nie znały, siedziały obok siebie i zgodnie płakały ze wzruszenia. Kiedy zmierzali do ołtarza, śmiały się im oczy, a gdy nieco później tańczyli swój pierwszy taniec w maleńkiej restauracji, dokąd po uroczystości w kościele udali się wszyscy goście, Elvis Presley śpiewał im dokładnie to, co oboje chcieli sobie nawzajem powiedzieć: