Władza absolutna

Tekst
Z serii: W kręgach władzy #3
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dla tych nielicznych, którzy w polityce budują mosty, zamiast je palić



Nie rozmawiamy – okładamy się wzajemnie faktami i teoriami zaczerpniętymi z pobieżnie przejrzanych gazet, magazynów i streszczeń.

Henry Miller



CZĘŚĆ 1

Rozdział 1

Chaos na sejmowym korytarzu był wszechogarniający, Patryk Hauer robił jednak wszystko, by zachować spokój. Żona prowadząca jego wózek sprawnie torowała drogę do niewielkiego pomieszczenia przy sali plenarnej, a on wydawał krótkie, zdecydowane komendy przez telefon.

Nie miał żadnego ustawowego umocowania, by to robić, ale w tej sytuacji właściwie nikt go nie posiadał. Po śmierci prezydent oraz marszałków sejmu i senatu powstała luka w systemie władzy. Polska konstytucja nie przewidywała najczarniejszego scenariusza, ustawodawca nie założył, że kiedykolwiek dojdzie do ataku na jedyne trzy osoby mogące sprawować funkcję głowy państwa.

Tak zaplanowany zamach nie był przypadkiem. Nie chodziło tylko o uderzenie w organy władzy, ale o sparaliżowanie całego kraju. Hauer nie miał wątpliwości, że to, co się wydarzyło przy Wiejskiej, to dopiero początek.

Skończywszy wykrzykiwać stanowcze polecenia pod adresem szefa Biura Ochrony Rządu, wsunął komórkę do kieszeni marynarki, którą wcześniej naprędce narzucił na szpitalne ciuchy. Ścisnął mocno podłokietniki wózka i nabrał głęboko tchu. Powtórzył sobie w duchu, że nie potrzebuje konstytucyjnych kompetencji, by być tym, który odnajdzie jakiś porządek w trwającym pandemonium.

– Wszyscy są na miejscu? – zapytała Milena, umiejętnie lawirując między pędzącymi korytarzem politykami, dziennikarzami i funkcjonariuszami Straży Marszałkowskiej.

Nawet na tak proste pytanie trudno było znaleźć odpowiedź. Plan Hauera był wprawdzie nieskomplikowany – zakładał, by przy udziale premiera i prezesa Trybunału Konstytucyjnego czym prędzej zebrał się Konwent Seniorów – ale okazał się problematyczny w realizacji. Liczyła się każda chwila, tymczasem z częścią osób nie sposób było się skontaktować, inne zaś nie mogły dostać się do sejmu.

– Patryk?

Poseł Unii Republikańskiej obejrzał się przez ramię.

– Wszyscy są? – powtórzyła żona.

– Nie wiem – odparł. – BOR próbuje ich ściągnąć, ale widzisz, co się dzieje.

Jakby na potwierdzenie jego słów jeden z pędzących ku klatce schodowej parlamentarzystów niemal wpadł na wózek. Milena szarpnęła za uchwyt w ostatniej chwili, a Hauer musiał się zaprzeć, by nie wypaść z siedziska.

– Nieważne, kto się zbierze – oceniła. – Musimy działać natychmiast.

– I zadziałamy. Dowieź mnie tylko w jednym kawałku do ciemnego saloniku.

Ruszyła naprzód, nie zważając na gęstniejący tłum, jakby wózek był taranem. Konwent Seniorów miał zebrać się w jednej z dwóch niewielkich salek mieszczących się tuż za fotelem marszałka sejmu. Miejsce wydawało się odpowiednie, bo aby się do niego dostać, dziennikarze musieliby przejść przez salę plenarną, którą można było szybko zamknąć. Jego nazwa też nie była przypadkowa – salonik nie miał okien, znajdował się na uboczu i był skromnie umeblowany. Uczestnicy spotkania nie będą musieli przejmować się ani medialnym szumem, ani niepożądanymi osobami, które mogłyby przysłuchiwać się prowadzonym rozmowom.

Kiedy Milena i Patryk znaleźli się w środku, większość osób już na nich czekała. Brakowało jednak prezesa TK, premiera oraz dwóch ministrów.

Nikt z zebranych nie zwrócił uwagi na nowo przybyłych. W niewielkim pomieszczeniu panował zamęt nie mniejszy od tego na korytarzach sejmowych. Politycy przekrzykiwali się, prowadzili gorączkowe rozmowy przez komórki, wertowali konstytucję i przedstawiali własne recepty na rozwiązanie sytuacji. Chwila wystarczyła, by Hauer zrozumiał, że każdy ma swój sposób na zażegnanie kryzysu.

Jednocześnie do nikogo nie docierało jeszcze, co tak naprawdę się stało. Brakowało też osoby, która byłaby w stanie pokierować zebranym gremium. Gdyby znalazł się tu premier, być może mimo utraty reputacji udałoby mu się zaprowadzić porządek. Prezes TK mógłby zrobić to samo, wykorzystując prestiż zajmowanego stanowiska.

Jednego ani drugiego jednak nie udało się namierzyć. W ciemnym saloniku zebrali się przewodniczący klubów, liderzy partii i członkowie prezydium sejmu. Teresa Swoboda szarpała za rękę przewodniczącego SORP, Krystiana Hajkowskiego, starając się coś mu wytłumaczyć. Olaf Gocki z WiL-u żywiołowo dyskutował z Hubertem Korodeckim z Pedepu, a gdzieś między innymi politykami krążył szef BBN-u, starając się okiełznać rwetes. Kazimierz Halski z prawicowego JON-u, najbardziej zaprawiony z nich wszystkich, wydawał się całkowicie zagubiony.

Tuż za Hauerami do saloniku weszła chorąży Kitlińska, funkcjonariuszka BOR-u, która była bezpośrednio odpowiedzialna za bezpieczeństwo prezydent Seydy.

Rozmowy nagle ucichły, a cały chaos znikł jak ręką odjął. Wszyscy skupili wzrok na Kitlińskiej. Jej czarny żakiet był postrzępiony i zabrudzony, a białą bluzkę pokrywały plamy krwi. Kobieta wodziła wzrokiem po pomieszczeniu, jakby zastanawiała się, czy znalazła się we właściwym miejscu.

Patryk obrócił wózek w jej stronę, a potem skinieniem głowy podziękował strażnikowi, który przyprowadził funkcjonariuszkę.

– Niech pani powie, że ona nie zmarła – odezwał się Cezary Benke, którego naprędce ściągnięto jako znawcę prawa konstytucyjnego.

Kitlińska potrząsnęła głową.

– Że nie doszło do śmierci mózgu, że istnieje jeszcze…

– Doszło – ucięła.

Wszyscy doskonale wiedzieli, że chodziło o nadzieję na uratowanie nie tylko Seydy, ale także kraju. Gdyby nie nastąpił zgon w sensie prawnym, sytuacja byłaby do uratowania, przynajmniej w kwestii sukcesji władzy. Stanowczość w głosie Kitlińskiej nie pozwalała jednak na przyjęcie jakiegokolwiek optymistycznego scenariusza.

Hauer zaklął głośno, skupiając na sobie uwagę pozostałych. Wyprostował się, jakby miał zamiar wstać z wózka, i powiódł wzrokiem po zebranych.

– Sprawa jest jasna – powiedział, a potem odchrząknął. – Nie ma prezydenta ani marszałków sejmu i senatu. Konstytucja nie przewiduje, kto powinien objąć władzę, więc musimy jak najszybciej wybrać nowe prezydium i…

– A co do tego czasu? – wtrącił się Hajkowski. – Nawet jeśli teraz wybierzemy marszałka, i tak jesteśmy w ciemnej dupie. Mamy dziurę w systemie władzy, która jest nie do załatania.

Większość polityków spojrzała na profesora Benkego. Nieco ekstrawagancki konstytucjonalista oddychał nierówno, jakby pędził tu na złamanie karku. Być może tak było, wszak on najlepiej wiedział, jak wiele jest na szali.

– Pan przewodniczący ma rację – przyznał. – Ciągłość władzy państwowej została przerwana.

– Tym bardziej należy czym prędzej ją przywrócić – zauważyła Swoboda.

Cezary zamknął oczy i nabrał tchu. W normalnych okolicznościach żadnemu ze zgromadzonych nie musiałby niczego tłumaczyć. W chwilach paniki i zagubienia jednak nikt nie był już niczego pewien.

– To nie takie proste – powiedział Benke. – To tak, jakby pani samochód spadł z urwiska, a pani zamierzałaby po chwili kontynuować jazdę jakby nigdy nic.

– Nie przesadza pan? – włączyła się Milena.

– Nie. W tej chwili Polska została pozbawiona części władzy państwowej, samo jej istnienie jako bytu państwowego jest wątpliwe i… na Boga, teraz właściwie wszystko może się zdarzyć.

Cezary spojrzał na szefa BBN-u, jakby spodziewał się, że ten podejmie wątek.

– Z pewnością nasi sąsiedzi już reagują? – spytał profesor, nie doczekawszy się żadnej reakcji.

– Tak – przyznał nerwowo Wojciech Chmal. – Rosjanie uaktywnili się w obwodzie kaliningradzkim, Białorusini skierowali pod Brześć 38. Brygadę Desantowo-Szturmową Sił Operacji Specjalnych, a Ukraina wyraziła gotowość, żeby wspomóc nas w odparciu jakiegokolwiek ataku.

– Ataku? – jęknął Olaf Gocki. – To w ogóle możliwe?

– Wszystko jest możliwe – powtórzył Benke. – A interwencja w celu zapobieżenia upadkowi państwa jest dopuszczana nawet przez ONZ, jakkolwiek w takiej sytuacji powinna być zaaprobowana przez Radę Bezpieczeństwa i…

– W porządku – uciął Gocki, przenosząc wzrok na szefa BBN-u. – Na ile to prawdopodobne?

– Trudno powiedzieć. Mamy niespotykaną dotychczas sytuację.

Hauer starał się wyczytać z tonu głosu Chmala, jak realna jest groźba, ale właściwie wszyscy brzmieli, jakby świat miał za moment się skończyć.

– Jak zareagowała Unia? – spytał Patryk.

– Potępiono atak, wyrażono solidarność z Polską, a wysoka przedstawiciel do spraw zagranicznych i polityki bezpieczeństwa podkreśliła nienaruszalność granic – odparł szef BBN-u.

– To wszystko?

– Nie mieli czasu na nic więcej.

Wojciech Chmal miał rację. Od wybuchu minęło raptem pół godziny, dziennikarze nie zdążyli nawet dotrzeć do polityków, od których cokolwiek zależało. Cała komunikacja odbywała się zapewne za pośrednictwem Twittera i to na tej platformie pojawiały się wszystkie informacje.

– Niemcy, Czechy i Słowacja milczą – dodał szef BBN-u. – Litwa zapewniła o swojej gotowości do pomocy.

– W razie interwencji zbrojnej Rosji i Białorusi?

– Nie sprecyzowali.

– Oczywiście, że nie – skwitowała Teresa Swoboda. – W tej chwili każdy boi się zbyt daleko idących deklaracji.

Hauer przypuszczał, że milczenie większości krajów unijnych wynika raczej z tego, że ich przywódcy wiszą na telefonie z Trojanowem i innymi przedstawicielami drugiego bloku, starając się zachować status quo.

 

– Problem w tym, że Rosja nie będzie tak wstrzemięźliwa – dodała Teresa.

– Do cholery… – odezwał się Hajkowski. – Naprawdę się pani wydaje, że…

– Że Trojanow wykorzysta sytuację? – ucięła. – A byłby to pierwszy raz, kiedy Rosja robiłaby coś podobnego? Zapomniał już pan o Osetii? Afganistanie? Abchazji? Gruzji? Ukrainie?

Przewodniczący SORP milczał.

– Mam wymieniać dalej?

– Nie – odparł. – Ale to zupełnie co innego.

– Przed aneksją Krymu też tak mówiliśmy. A potem obudziliśmy się z ręką w nocniku – ciągnęła coraz bardziej stanowczo Swoboda. – W dodatku nie mamy pewności, kto był zamieszany w ten zamach.

– Chce pani powiedzieć…

– Że Rosji był wyjątkowo na rękę – dokończyła. – I że biorąc pod uwagę naszą historię, powinniśmy być wyjątkowo czujni.

Krystian Hajkowski przewrócił oczami i rozłożył ręce.

– Niewiarygodne, że nawet w takiej chwili jest pani gotowa uprawiać politykę.

– Politykę?

– Jak zwykle za wszystko wini pani Rosję.

– Tylko dlatego, że daje mi ku temu powody.

Hauer zdał sobie sprawę, że im dłużej ta rozmowa będzie trwała, tym bardziej oddalą się od kwestii, do których jak najszybciej powinni się zabrać.

Uderzył o podłokietniki wózka na tyle mocno, by skupić na sobie uwagę pozostałych. Milena położyła mu rękę na ramieniu, ale zignorował ten uspokajający gest.

– Dosyć tego – rzucił. – Najwyższa pora zająć się tym, na co mamy wpływ.

– Czyli? – spytał Hajkowski.

Patryk spojrzał na szefa BBN-u, a potem wskazał mu drzwi.

– Niech pan skontaktuje się z ministrem obrony narodowej, szefem sztabu czy kimkolwiek, kto w tej chwili ma władzę nad wojskiem – rzucił. – Musimy wysłać jasny sygnał, że nasze granice są nienaruszalne.

– Sygnał?

– Wystarczą dwie dywizje. Jedną trzeba rzucić na granicę z Rosją, drugą z Białorusią.

– Ale…

– Nie traćmy więcej czasu – przerwał mu Hauer. – Teraz liczy się tylko to, żeby pokazać, że kontrolujemy sytuację w kraju. Jeden zagraniczny żołnierz na naszym terytorium stworzy precedens, po którym już nie będzie odwrotu.

Chmal nie odpowiadał, a żona mocniej ścisnęła ramię Patryka. Właściwie nie powinna uczestniczyć w tym zebraniu, ale najwyraźniej w umysłach polityków panował taki chaos, że nikt o tym nie pomyślał. Jedynie Kitlińska raz po raz zerkała na Milenę z pewną rezerwą.

– Jeśli jakiekolwiek obce wojsko przekroczy naszą granicę, będziemy musieli zareagować – dodał Hauer, nie odrywając spojrzenia od szefa BBN-u. – Dojdzie do tragedii, rozumie pan?

– Tak, tyle że…

– Nasza suwerenność zostanie nie tylko zakwestionowana, ale także zagrożona. A my nie będziemy mieć innego wyjścia, jak odpowiedzieć na to siłą. Dojdzie do kryzysu, którego nie zażegnamy rozmowami i politycznymi wybiegami.

Patryk miał wrażenie, że kilku zebranych dopiero teraz zdało sobie sprawę z powagi sytuacji. Wojciech Chmal skinął zdecydowanie głową, a potem wyciągnął telefon i wybierając numer, opuścił pomieszczenie.

Jedna sprawa załatwiona, uznał Hauer. Teraz należało zabrać się do pozostałych. Polecił jednemu z ministrów zrobić wszystko, by namierzyć premiera, a potem przeniósł wzrok na Benkego.

– Panie profesorze – zaczął. – Co z artykułem dziesiątym b Regulaminu Sejmu?

Cezary otworzył usta, ale nie zdążył odpowiedzieć, gdyż Olaf Gocki klasnął głośno, jakby właśnie pojawiła się szansa na zażegnanie kryzysu. Jego entuzjazm szybko podzielił przewodniczący SORP.

– Oczywiście! – skwitował Hajkowski. – W sytuacji braku marszałka jego obowiązki sprawuje najstarszy wiekiem wicemarszałek.

Rozejrzał się, jakby szukał potwierdzenia, że faktycznie największy problem właśnie został rozwiązany.

– Kurwa! – dodał. – Dlaczego nikt wcześniej na to nie wpadł?

Oczywiste było, że przynajmniej jedna osoba już dawno o tym pomyślała. Jednak fakt, że Cezary Benke nie podzielał optymizmu, kazał sądzić, że nie było to rozwiązanie tak dobre, jak się wydawało szefowi SORP.

– Co jest nie tak? – spytał Krystian. – Przecież ten przepis mówi jasno o zastępstwie marszałka.

Profesor poprawił brunatną, kraciastą muszkę, która wedle wielu stanowiła manifestację całego jego stylu bycia.

– Wszystko jest nie tak – odparł. – Przede wszystkim to, że Regulamin Sejmu to nie ustawa.

– I?

– A także nie rozporządzenie czy jakikolwiek inny akt prawny o mocy powszechnie obowiązującej.

– Mimo wszystko…

– Jest uchwałą – ciągnął Benke, nie mając zamiaru dać sobie przerwać. – A zatem źródłem prawa wewnętrznie obowiązującego. Odnosi się jedynie do organów, które go wydają, w tym wypadku do sejmu.

– Żartuje pan sobie? – skontrował Hajkowski. – Są tam przecież przepisy, które obowiązują nie tylko posłów. Regulamin wywołuje efekty poza sejmem, to bardziej niż oczywiste.

– To nie znaczy, że można traktować go jako źródło prawa – zauważył Olaf Gocki. – Konstytucyjny katalog jest zamknięty, nie ma tam ani uchwał, ani regulaminu.

Pojawiło się jeszcze kilka innych zdań, po czym wszyscy skupili wzrok na Cezarym. Jedynie on i Teresa Swoboda milczeli, a Hauer szybko zrozumiał, dlaczego przewodnicząca jego partii nie zabiera głosu.

To ona była najstarszym wicemarszałkiem. To jej przypadłoby wykonywanie obowiązków prezydenta, gdyby uznano, że może się to stać na podstawie regulaminu.

– Mylę się, panie profesorze? – dodał Olaf.

– Nie – przyznał Benke. – Konstytucja wymienia w artykule osiemdziesiątym siódmym określone akty prawne i nie przewiduje, by ten katalog można było rozszerzyć.

– A więc nie możemy działać na podstawie regulaminu.

– To zależy.

– Od czego?

Cezary uniósł wzrok.

– Historię piszą zwycięzcy – rzucił. – A interpretację prawa ci, którzy są aktualnie przy władzy.

Wsunąwszy jedną rękę do kieszeni, a drugą żywo gestykulując, Benke zaczął wygłaszać stanowczo za długi i zbyt szczegółowy wykład na temat poglądów danych konstytucjonalistów. Najpierw przywołał opinię Wojciecha Sokolewicza, według którego zamknięty katalog źródeł prawa był wartością nadrzędną, a potem Kazimierza Działocha, który stał na odmiennym stanowisku.

Szybko stało się jasne, że zarówno jedno, jak i drugie spojrzenie da się obronić. Cezary przedstawił ich jeszcze kilka i przerwał dopiero wtedy, gdy Hauer uniósł dłoń ze zniecierpliwieniem.

Skierował wzrok na Swobodę.

– Musi pani natychmiast zwołać konferencję prasową i poinformować, że obejmuje pani władzę w kraju – powiedział, jakby to on był jej szefem, a nie odwrotnie.

Teresa nie odpowiadała.

– Moment – rzucił Hajkowski. – Może jednak warto się zastanowić.

– Nie ma nad czym – włączyła się Milena. – Każda chwila jest na wagę…

– A pani właściwie co tutaj robi? – zabrał w końcu głos Hubert Korodecki. Dotychczas sprawiał wrażenie, jakby był całkowicie przytłoczony świadomością śmierci Seydy. Była nie tylko jego szefową, ale także wieloletnią przyjaciółką. I to właśnie on ze wszystkich zebranych otrzymał najboleśniejszy cios.

– Nie należy pani do konwentu, nie została pani zaproszona – dodał. – Na dobrą sprawę nie jestem pewien, czy ma pani w ogóle prawo uczestniczyć w tym spotkaniu.

Kitlińska drgnęła nerwowo, jakby była gotowa wyprowadzić żonę Hauera na zewnątrz. Milena zupełnie zignorowała uwagę, skupiając się na pisaniu esemesa. Była to tak wyraźna manifestacja obojętności, że w przynajmniej kilku politykach obozu rządzącego musiało się zagotować.

– Spokojnie – zaapelował Patryk. – W tej chwili liczy się każda para rąk, a…

– Ale nie ta, która chce, żebyśmy podpisali na siebie wyrok.

– Jaki wyrok, do kurwy nędzy?

Korodecki zbliżył się do Patryka, pochylił się i spojrzał mu głęboko w oczy.

– Dobrze wiesz, że każdy niuans będzie potem analizowany jak przez lupę – oznajmił. – Jedno nasze potknięcie, niewielkie

spieprzenie nawet błahej sprawy, a cała społeczność międzynarodowa będzie musiała uznać, że mamy nielegalny rząd.

Uwadze Patryka nie uszła reakcja Gockiego, Hajkowskiego i kilku innych polityków niezwiązanych z prawicą. Czuł, że za moment straci grunt i na jakiekolwiek posunięcie ze strony Swobody będzie za późno.

– Panie profesorze – podjął, patrząc na Benkego. – Jakie jest pana zdanie?

– Cóż…

– Proszę mówić wprost: jest inne wyjście?

– Nie – odparł bez wahania Cezary. – Albo uznamy, że Regulamin Sejmu wystarcza, albo musimy zmierzyć się z faktem, że ciągłość władzy została przerwana.

Hauer odczekał chwilę, przypuszczając, że któryś z oponentów podniesie sprzeciw. Kiedy wydawało mu się, że nikt już tego nie zrobi, Hajkowski potrząsnął głową.

– Nie ma mowy – rzucił. – Nie pozwolimy na to, żeby UR przejęła całą władzę w kraju.

– Całą? – zaoponował Patryk. – Premier jest z Pedepu, rząd jest z Pedepu, a poza tym…

– Premiera nigdzie nie ma.

– Co nie znaczy, że…

– To może znaczyć wszystko – wpadł mu w słowo Korodecki. – A nas nie stać na to, żeby w takiej chwili dokonywać przewrotu na scenie politycznej.

– UR nie ma mandatu do rządzenia – przyznał Olaf.

Patryk potarł nerwowo czoło, nie dowierzając temu, co się dzieje. Przekrzykiwanie się, przerywanie sobie i wzajemne podejrzenia były naturalnymi elementami codziennej politycznej rzeczywistości, Hauerowi wydawało się jednak, że w sytuacji kryzysu zejdą na drugi plan.

– Zwariowaliście? – odezwała się Milena. – Chcecie rozgrywać to jak międzypartyjną wojenkę, kiedy trzeba ratować samo istnienie kraju?

Zanim ktokolwiek zdążył odpowiedzieć, Patryk znów podniósł rękę. Fakt, że siedział na wózku inwalidzkim, zdawał się nie odejmować mu estymy, ale jej dodawać.

– Wystarczy tych, kurwa, przepychanek – rzucił. – O kilka razy za dużo takie rzeczy w naszej historii doprowadziły do tragedii. Jeśli nie chcemy powtórki z tysiąc siedemset dziewięćdziesiątego piątego, pora się dogadać.

– I co niby proponujesz? – rzucił Hajkowski.

Patryk wymierzył palcem w Teresę.

– Pani premier przejmie obowiązki, zgodnie z prawem.

– Prawem, które jest wewnętrznie obowią…

– Daj spokój, człowieku – uciął Hauer. – Obce wojska stoją na granicy, gotowe dokonać pieprzonego rozbioru Polski, a ty będziesz rzucał nam kłody pod nogi tylko dlatego, że nie pasuje ci partia, z której pochodzi wicemarszałek sejmu?

– Nie pochodzi, ale jest jej przewodniczącą. To pewna różnica.

– Która niedługo nie będzie miała żadnego znaczenia – oświadczył Patryk. – Bo zaraz po przejęciu obowiązków i zapewnieniu stabilności państwa wybierzemy nowe prezydium sejmu, nowego marszałka.

– Ale…

– Parlamentarną większość wciąż ma Pedep z SORP, podejmiecie decyzję według własnego uznania.

Hajkowski wymienił krótkie spojrzenie z Hubertem.

– Taka jest moja propozycja – dodał Hauer. – Zapewniamy stabilność, a potem załatwiamy całą resztę. Wszystko po kolei.

Patryk znów zrobił pauzę – i tym razem nadzieja na konsens wydawała się uzasadniona. Nikt nie zgłosił sprzeciwu, choć nawet sama Teresa sprawiała wrażenie, jakby miała zamiar to zrobić.

Po chwili wespół z Hubertem zaczęła jednak układać swoje przemówienie. Wciąż nie było pewne, czy wszyscy zgodzą się, by to ona przejęła obowiązki prezydenta, ale stało się jasne, że powinna przynajmniej być na to gotowa.

Patryk odniósł wrażenie, że sprawy w końcu zaczynają iść w dobrym kierunku. I być może wszystko zakończyłoby się tak, jak powinno, gdyby nie to, że długie dyskusje i sprzeczki okazały się gwoździem do trumny.

Kiedy zdyszany szef BBN-u wpadł do ciemnego saloniku, dla wszystkich było oczywiste, że zwlekali zbyt długo.

Przyciskając komórkę do ucha, Chmal rozejrzał się nerwowo, jakby spodziewał się, że pod jego nieobecność wybrano nowego prezydenta.

– Rosjanie weszli – oznajmił. – To początek końca…