Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dla Czesuafa,

niech ma, bo poleca mi dobre wina

Złudzenie to westchnienie wyobraźni.

Ramón Gómez de la Serna

Rzeczywistość jest tylko iluzją, aczkolwiek bardzo trwałą.

Albert Einstein


Akt pierwszy

Obecn¿e

ul. Kośnego, Opole

Tego dnia przeszłe zdarzenia stały się przyszłością. Rzeczy, które Gerard Edling lata temu zostawił za sobą, nie tylko do niego wróciły, ale także wyznaczyły jego dalszą drogę.

Słysząc pukanie do drzwi w środku nocy, nie łudził się nawet, że to zwiastun czegokolwiek dobrego. Odłożył kieliszek z czerwonym winem, podniósł się z fotela i ruszył sprawdzić, kto niepokoi go po północy.

Szybkie zerknięcie przez wizjer wystarczyło, by rozpoznał Konrada Domańskiego, prokuratora okręgowego, z którym od czasu „Koncertu krwi” utrzymywał sporadyczny kontakt. Przełożony opolskich oskarżycieli z pewnością nie fatygował się bez powodu, a jego nerwowa mowa ciała dowodziła, że coś istotnego jest na rzeczy.

Edling poprawił beżową kamizelkę, przesunął dłonią po śnieżnobiałej koszuli, a potem powoli otworzył drzwi.

Domański natychmiast posłał mu zniecierpliwione spojrzenie.

– Blackberry ci się rozładował? – spytał. – Czy może jedna z tych twoich zasad każe ci wyłączać dzwonki po dwudziestej drugiej?

– Dobry wieczór – odparł Gerard.

Prokurator uniósł bezsilnie wzrok, choć powinien już dawno przywyknąć do tego, że Edling nigdy nie uchybi regułom savoir-vivre’u. Prawdopodobnie nawet, gdyby kończył się świat, Gerard w porę zdążyłby należycie pożegnać się ze wszystkimi.

– Wieczór nie był dobry – odparł Domański. – A noc zapowiada się jeszcze gorzej.

– Dla ciebie czy dla mnie?

– Dla nas obydwu – rzucił pod nosem Konrad i zajrzał do mieszkania. Od razu dostrzegł kieliszek z resztką czerwonego wina. – Dużo wypiłeś?

– Odpowiednio, by poznać finisz, ale jeszcze nie na tyle, by wykryć wszystkie nuty smakowe. Dekantacja trwa dłużej, niż…

– Jesteś trzeźwy czy nie, Gerard?

– Zależy, jaką miarę przyjmiemy. Poza tym przerwałeś mi w połowie zdania.

Domański pokręcił głową z jeszcze większą frustracją.

– Sprawa ci to przyjemność, prawda? – zapytał.

– Bynajmniej.

– Mniejsza z tym – rzucił prokurator, a potem wskazał Edlingowi płaszcz wiszący w niewielkim przedpokoju. – Wkładaj to i chodź ze mną.

– Dokąd?

– Na Silesię.

Gerard uniósł pytająco brwi.

– Kąpielisko przy Luboszyckiej – dorzucił Konrad. – To, na którym woda jest tak przezroczysta, jak na tropikalnej lagunie. Na Boga, ja nie jestem stąd, a od razu wiedziałem, o co chodzi.

– Mieszkasz tu już kilka lat. I należysz do gatunku ludzi, którzy lubią ekshibicjonizm plażowy.

Domański przez moment sprawiał wrażenie, jakby miał zamiar coś dodać, ale ostatecznie machnął ręką.

– Jak możesz się domyślić, tym razem nie chodzi o opalanie się – bąknął.

– A zatem o co?

– Znaleziono zwłoki w wodzie… a właściwie na wodzie.

Edling musiał przyznać, że obecność samego prokuratora okręgowego i fakt, że zjawił się z powodu zabójstwa, budziły w nim pewną ciekawość. Użyty przez Domańskiego przyimek tylko pogłębiał zainteresowanie Gerarda.

– Na wodzie? – spytał. – Masz na myśli to, że ciało znajduje się na jakiejś łódce?

– Niezupełnie.

– Co znaczy, że niezupełnie?

– Do cholery, Edling… – mruknął Konrad. – Najlepiej będzie, jeśli to zobaczysz.

Gerard nie miał zamiaru się wzbraniać. Szybko zostawił synowi liścik na stole, po czym narzucił jasną marynarkę i płaszcz. Swojego nieodzownego czarnego krawata nie miał zamiaru wiązać, wychodząc z założenia, że na miejscu przestępstwa na niewiele się zda.

Wyszli z klatki trzypiętrowego budynku i od razu skierowali się do samochodu zaparkowanego pod ogrodzeniem miejscowego przedszkola. Domański zerknął na plac zabaw, a potem spojrzał znacząco na towarzysza.

– Dobre sąsiedztwo – zauważył.

Edling wsiadł do samochodu w milczeniu, zajmując miejsce pasażera.

– Nie patrzyłem na okolicę, kiedy wynajmowałem mieszkanie – odezwał się. – Liczyło się, żeby Emil miał blisko na uczelnię.

– Jest teraz na trzecim roku?

– Zgadza się.

Gerard przegapił pierwsze lata syna na Wydziale Prawa i Administracji, ale zadbał o to, by niczego mu nie brakowało, przynajmniej pod względem finansowym. Sprzedawszy mieszkanie na Osiedlu Klonowym, pozbył się właściwie też wszystkiego innego. Sam za kratkami niczego nie potrzebował, a przypuszczał, że zanim wyjdzie, Emil dawno znajdzie pracę i założy rodzinę.

Stało się inaczej: marszałek Swoboda zastosowała akt łaski i postanowiła o zatarciu skazania. Edling był nie tylko wolny, ale także formalnie czysty – mógł wrócić do pracy w prokuraturze, o ile nie sprzeciwiliby się temu samorząd zawodowy lub minister sprawiedliwości. Po tym jednak, co zrobił dla polityków, mógłby być dobrej myśli.

Nie miał jednak zamiaru wracać do pracy śledczego. Zatrudnił się na uniwersytecie, zajął wykładaniem i w ostatnim czasie wreszcie uzyskał habilitację. Od tamtej pory formalnie mógł się tytułować profesorem UO.

Nie przypuszczał, że kiedykolwiek będzie go ciągnęło do dawnego zawodu. A jednak teraz bez wahania skorzystał z oferty Domańskiego. Czy kierowało nim to, o czym niegdyś mówiła żona Edlinga? Magnetyczne przyciąganie zbrodni?

Być może. Bardziej frapujący zdawał się jednak powód, dla którego prokurator okręgowy zjawił się akurat u niego.

– Powiesz mi, o co chodzi? – odezwał się Gerard, gdy ruszyli w kierunku Matejki. Szacował, że o tej porze dojazd na miejsce zdarzenia nie zabierze im więcej niż dziesięć minut.

– Mówiłem ci. Na wodzie są zwłoki.

– Tyle że ja nie jestem specjalistą od pontonów, ale od mowy ciała – zauważył Edling. – A martwe wiele nie powie.

– Znam takich, co sądzą inaczej.

– W takim razie powinieneś zwrócić się do nich – odparł Gerard i obróciwszy się do rozmówcy, przez moment wbijał w niego wzrok. – Dlaczego zjawiłeś się u mnie?

– Bo na piersi ofiary ktoś wypalił gigantyczny pytajnik.

Edling zamarł, nie potrafiąc dobyć głosu. Nie pamiętał, kiedy ostatnim razem zabrakło mu słów, nie kojarzył też, kiedy poczuł ciarki na całym ciele. Przełknął głośno ślinę i potarł nerwowo kark.

Ten ostatni gest przykuł uwagę Domańskiego. Podobnie jak wszyscy inni, tak i Konrad zdawał sobie sprawę, że Edling zawsze panuje nad każdą swoją reakcją, a mowa jego ciała zazwyczaj jest dla rozmówców nieprzenikniona.

Nigdy nie pozwalał sobie na tak niespokojne gesty.

– To niemożliwe… – powiedział cicho.

– A jednak. Znak zapytania jest wyraźnie widoczny.

Gerard robił wszystko, by zebrać się w sobie, ale wstrząs był zbyt duży. Ostatnim razem był tak zdezorientowany przy sprawie Horsta Zeigera, kiedy wyszły na jaw wszystkie fakty. Potem nigdy więcej nie miał styczności z podobnym uczuciem. W zasadzie zapomniał, że cokolwiek jest w stanie wprawić go w takie osłupienie.

– To nie może być on – odezwał się Edling. – Nie ma takiej możliwości.

– Więc pytajnik to przypadek?

– Może nie mieć żadnego związku z tamtym człowiekiem.

– Tylko że znak wygląda identycznie jak te, które zostawiał Iluzjonista.

Próba zakłamania rzeczywistości była jedynie reakcją obronną umysłu – i kiedy Gerard to sobie uświadomił, natychmiast odsunął wszystkie oczywiście błędne hipotezy. Przesunął palcami po jasnym zaroście okalającym usta i doszedł do wniosku, że pora spojrzeć prawdzie w oczy.

– Złapaliśmy Iluzjonistę w osiemdziesiątym ósmym – rzucił. – Doprowadziliśmy do osądzenia i skazania.

– Wiem.

– W takim razie pozostaje tylko jedna możliwość. Mamy do czynienia z naśladowcą.

Konrad zatrzymał samochód na czerwonym świetle, wrzucił na luz, a potem popatrzył na Edlinga z troską. Przywodził na myśl dobrego kumpla, który stara się ocenić, czy druga strona jest obłożnie, czy tylko trochę chora.

– Jest też inne wyjaśnienie – oznajmił Domański. – Że trzydzieści lat temu złapaliście niewłaściwego człowieka.

– Wykluczone.

– Bo jesteście nieomylni?

– Bo to była solidna sprawa. Obroniła się we wszystkich instancjach, nie było żadnej wątpliwości co do winy.

Domański rozejrzał się i nie dostrzegłszy żywej duszy, ruszył przez skrzyżowanie. Kątem oka złowił dezaprobatę, która pojawiła się w oczach pasażera.

– Oprócz tego żaden seryjny zabójca nie zdołałby wytrzymać trzech dekad bez popełnienia kolejnej zbrodni – ciągnął Gerard. – Złapaliśmy wtedy właściwą osobę, zapewniam cię.

Konrad milczał.

– Słyszysz? – upewnił się Edling.

– Trudno nie słyszeć. Prawie krzyczysz.

Nie mylił się. Gerard niepotrzebnie podniósł głos, ale zrobił to zupełnie bezwiednie. Sprawa sprzed trzydziestu lat nadal wzbudzała w nim emocje, których nie potrafiło wyzwolić nic innego.

 

Po tym jednak, co się wówczas stało, nie mógł się sobie dziwić. Większość osób na jego miejscu z pewnością skończyłaby dużo gorzej.

– Naśladowca to jedyna możliwość – powtórzył po chwili Edling.

Domański przyspieszył trochę, jakby nagle zaczęło zależeć mu na czasie, a potem na jakiś czas pogrążył się we własnych rozważaniach. Dopiero kiedy minęli stadion Odry Opole, zdawał się wrócić do rzeczywistości.

– Żeby to był naśladowca, musiałby mieć co powielać – odparował Konrad.

– Przecież ma.

– Co? Co konkretnie? – rzucił prokurator znacznie ostrzej. – Akta tej sprawy zaginęły, Edling. Upewniałem się co do tego kilkakrotnie, próbowałem też rozmówić się z ludźmi, którzy mieli na jej temat jakieś pojęcie. Wiesz, z jakim rezultatem?

– Nie.

– A mnie się wydaje, że wiesz.

Przez chwilę jechali w milczeniu. Niewypowiedziany zarzut był daleko idący, ale Gerard nie miał zamiaru na niego reagować.

– Wszyscy albo milczą, albo nie żyją – dodał Domański. – Jesteś pierwszą osobą, z którą w ogóle mogę wymienić parę słów na ten temat. I zachowujesz się, jakbyś nagle znalazł się na polu minowym.

Znów miał rację. Bardziej, niż sądził.

Edling szybko upomniał się w duchu, by więcej nie tracić kontroli. Nabrał tchu, wyprostował się i powziął mocne postanowienie, że od tego momentu nie wykona choćby jednego bezwiednego ruchu.

– Coś już na pierwszy rzut oka jest nie tak – dorzucił Konrad.

– Skoro tak sądzisz, być może nie powinieneś wieźć mnie na miejsce zdarzenia.

Jeśli miał zamiar się rozmyślić, powinien zrobić to teraz. Znaleźli się już na Luboszyckiej, a zatem do Silesii nie mogło być daleko.

– Wydaje mi się, że mimo wszystko powinienem – odparł Domański. – Bo możesz być jedyną osobą, która jest w stanie to rozwiązać.

– Co konkretnie?

– Zobaczysz.

Zatrzymali się nieopodal plaży znajdującej się na niewielkim cyplu. Teren był już ogrodzony policyjnymi taśmami, a mocne przenośne lampy wycelowano w taflę jeziora. Z oddali nie było widać wiele, ale kiedy Edling podszedł bliżej, mógł dostrzec kształt człowieka.

– Co to ma znaczyć? – spytał.

Z takimi pytaniami również rzadko wypalał. W dodatku nikt z zebranych nie potrafił udzielić mu odpowiedzi. Wszyscy zdawali się przyglądać przedstawieniu, którego prawideł nie rozumieli.

– Widzisz pytajnik? – odezwał się Konrad.

– Widzę.

Trudno było go nie zauważyć. Podświetlony lampami z brzegu, był wyraźnie widoczny na bladym torsie dość wysokiej kobiety. Górna część znaku zawijała się nad lewą piersią, a kropka na dole została wypalona wokół pępka. To jednak nie symbol przykuwał uwagę i powodował konfuzję wszystkich wokół, ale to, w jakiej pozycji znajdowała się ofiara.

Kobieta stała na tafli z szeroko rozłożonymi rękoma.

Nie unosiła się na niczym. Stała pośrodku zbiornika, jakby potrafiła chodzić po wodzie.

Jaskrawe światło LED-owych lamp zapewniało iluminację, która niemal pozwalała dostrzec dno. Nigdzie nie było żadnej konstrukcji, na której mogła stać ofiara. Wszystko to sprawiało wrażenie iluzji, a logika podpowiadała, że to, co widzą zebrani, nie ma racji bytu.

Edling musiał przyznać, że jeśli rzeczywiście mieli do czynienia z naśladowcą, to takim, który odrobił lekcję. Być może nawet przerósł mistrza.

Ledwo ta myśl nadeszła, Gerard zrozumiał, co powinien zrobić. Zignorował pytania, które w jego stronę zaczęli rzucać zgromadzeni, a potem ruszył przed siebie. Nikt nie protestował, dopóki szedł po plaży.

Głosy sprzeciwu podniosły się, kiedy wszedł na wodę i ruszył po jej tafli na środek jeziora.

N¿egdyś

ul. Sieradzka, Malinka

Młody asesor prokuratorski zjechał windą na parter, a potem opuścił klatkę jednego z nowych bloków z wielkiej płyty przy Sieradzkiej. Okolica powoli się zaludniała, ludzie kierowali się na najbliższy przystanek MPK i wsiadali do niespiesznie jadących w kierunku centrum ikarusów.

Gerard Edling miał własny samochód. Biały maluch czekał na niego pod blokiem, a dwadzieścia cztery konie mechaniczne pod maską i pojemność skokowa przekraczająca sześćset centymetrów sześciennych w zupełności wystarczały na sprawny i szybki dojazd do pracy. Więcej do szczęścia nie było mu potrzebne.

Mijał powoli wzbierającą falę polonezów i dużych fiatów, tu i ówdzie urozmaicaną pojedynczymi syrenkami i trabantami. Właściwie nie czuł potrzeby, by inwestować w większy samochód – jego długoletni związek z Brygidą chylił się ku upadkowi i nic nie wskazywało na to, by mogło dojść do powiększenia rodziny.

Edling bez problemu dotarł do centrum, a potem zaparkował niedaleko siedziby prokuratury, przy placu Thälmanna. Wysiadł z auta, po czym skierował się do niebieskiego kiosku Ruchu na rogu. Kolejka uformowała się już jak zawsze o tej porze, ale młody asesor nigdy nie stał w niej dłużej niż kilka minut.

– Dzień dobry – rzucił, nachylając się do okienka między podłużnymi, pionowymi deskami.

Kioskarz nie potrzebował nic więcej, by podać mu to, co zawsze. Gerard zapłacił pięćdziesiątych złotych, zabrał „Trybunę Ludu” i podziękował tak uprzejmie, jakby mężczyzna wręczył mu gazetę za darmo.

Do propagandy tuby Komitetu Centralnego partii był tak przyzwyczajony, że nie zwracał już na nią uwagi. Nie miał zresztą wielkiego wyboru, „Trybunę” kupował, bo stanowiła najlepsze źródło doniesień ze świata.

Zaraz potem skierował się do kolejnego miejsca, które odwiedzał co ranek. Nie jadł przed wyjściem z domu, głównie dlatego, że od pewnego czasu poranne rozmowy przy stole z żoną działały mu na nerwy. Wolał spożyć pierwszy posiłek bez Brygidy, siedząc w społemowskim barze w podwórku przy 1 Maja, którego jadłospis znał na pamięć. Miał tam swój stolik, mógł rozłożyć gazetę i spokojnie poczytać.

Tym razem nie miał jednak okazji zagłębić się w artykuły. Zobaczył tylko jeden z nagłówków informujących o tym, że „rolniczy trud przyniósł wielkie plony”, po czym całą uwagę przeniósł na mężczyznę, który wszedł do baru i wyraźnie szukał go wzrokiem.

Prokurator Bogdan Karbowski nosił brązowy garnitur, niebieską koszulę i szary krawat w paski. Mimo że wpisywał się w modę prezentowaną na ulicach, zdaniem Gerarda mógłby ubierać się lepiej – choć Bogiem a prawdą, nie potrzebował tego, by budzić respekt. Każdy bywalec baru doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że Karbowski to zawodnik wagi ciężkiej.

Bogdan rozejrzał się i szybko dostrzegł osobę, której szukał. Edling złożył gazetę. Podniósł się, świadom, że przełożony nie zjawił się bez powodu.

– Jadasz czasem w domu, Gerard? – spytał szef.

– Czasem.

Karbowski zerknął na naleśniki z serem i kubek kakao.

– Tym razem trzeba było – powiedział. – Bo teraz już nie zdążysz.

Zanim Edling zdążył zapytać, co jest powodem pośpiechu, przełożony skinął na niego w sposób, który nie pozostawiał wątpliwości, że nie ma czasu na żadne pytania. Gerard upił jeszcze łyk, odkroił kawałek naleśnika, a potem odstawił wszystko do okienka i podziękował kobiecie w wypłowiałym fartuchu.

Bogdanowi brakowało nie tylko ogłady, ale także cierpliwości. Udowadniał to nie raz, wytaczając najcięższe działa przeciwko podejrzanym jeszcze przed zebraniem całego materiału dowodowego.

Znalezienie się na celowniku Karbowskiego było równoznaczne z poważnymi problemami, bez względu na to, czy delikwent był winny, czy nie. Prokurator doprowadzał do skazania zbrodniarzy, krętaczy, ale także wielu opozycjonistów, co budziło sprzeciw Edlinga.

Ten ostatni nigdy jednak się na ten temat nie zająknął. Karbowski zaszedł tak daleko między innymi dzięki temu, że członkiem partii nie był jedynie na papierze.

Kiedy podczas aplikacji prokuratorskiej Gerarda pod skrzydła wziął właśnie ten człowiek, młody Edling odczuł pewien dysonans – z jednej strony nie mógł trafić lepiej. Z drugiej trudno, by trafił gorzej.

Ostatecznie szybko znaleźli wspólny język, a niemający dzieci Bogdan zaczął traktować aplikanta niemal jak syna. I z pewnością przyłożył rękę do tego, że po złożeniu egzaminu prokuratorskiego i mianowaniu na asesora Edling cieszył się specjalnymi względami.

Poparcie Karbowskiego w połączeniu z dobrymi wynikami egzaminu i udanym przebiegiem aplikacji sprawiły, że prokurator generalny powierzył Edlingowi pełnienie czynności prokuratorskich, dzięki czemu mógł on mniej więcej tyle, ile starsi koledzy – z kilkoma wyjątkami. Jako asesor nie miał prawa występowania przed sądami wojewódzkimi ani Sądem Najwyższym, nie mógł też stosować tymczasowego aresztowania.

Nic nie stało jednak na przeszkodzie, by wraz z Bogdanem pełnoprawnie uczestniczył w śledztwie. I niechybnie właśnie z tego względu przełożony wyprowadził Gerarda z baru mlecznego.

Przeszli przez podwórko, mijając szare elewacje i odrapane tynki, po czym wsiedli do kremowej łady 2103 Karbowskiego. Starego prokuratora z pewnością stać było na lepszy samochód, z jakiegoś powodu nie mógł jednak rozstać się z autem jugosłowiańskiej produkcji.

– Mamy denata – oznajmił Bogdan, włączając silnik.

– My? – spytał Edling. – W bagażniku?

– Nie czas na błaznowanie, Gerard. Sprawa jest poważna.

Karbowski włączył się do ruchu i skierował w stronę Młynówki. Ruch był minimalny, pojedyncze samochody kolebały się niespiesznie kocimi łbami ku centrum.

– Jesteś w stanie się skupić? – odezwał się Bogdan.

– Bez śniadania niełatwo, ale…

– Spróbuj – uciął przełożony, a Edling skinął głową. – Bo mamy wyjątkowo ciekawe zdarzenie.

– Jakie?

Karbowski nabrał tchu.

– Na scenie amfiteatru znaleziono zwłoki jakiejś kobiety – podjął. – Lat około trzydziestu, budowa ciała nieznana…

– Nieznana?

– Tak mi przekazano. Włosy jasne, kształt twarzy trójkątny, brak znaków szczególnych… może z jednym wyjątkiem.

– Jakim?

– Morderca wypalił jej na czole znak zapytania.

Gerard natychmiast się ożywił. W takiej sytuacji śniadanie rzeczywiście było zbędne, a może nawet niewskazane, jeśli wziąć pod uwagę widoki czekające na niego na miejscu zdarzenia.

– Oprócz tego sprawca zostawił list. A właściwie kartkę.

– Jest jakaś różnica?

– Taka, że w liście jest tekst. A ta kartka jest pusta.

Edling zmarszczył czoło i spojrzał na szefa, gdy mijali siedzibę Komendy Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej. Przypuszczał, że mundurowi są już na miejscu i zamknęli całą okolicę.

– Była w kopercie zaadresowanej do mnie – dodał Karbowski.

– Dlaczego akurat do pana? – spytał Gerard bez zastanowienia. – Znał pan ofiarę? Coś panu mówi ten symbol?

– Symbol mówi mi tyle, że mamy zagadkę. A ofiary jeszcze nie widziałem.

W głosie przełożonego zadrgała nuta niezadowolenia. Nie lubił informować o rzeczach oczywistych, a te właśnie takie były. Oprócz tego z pewnością nie spodobało mu się, że na moment znalazł się na pozycji przesłuchiwanego.

Do amfiteatru dojechali w milczeniu. Zgodnie z przypuszczeniami Gerarda teren był już niedostępny dla cywilów, a fakt, że ciało znajdowało się na scenie, sprawiał, że odseparowanie gapiów nie było trudne. Wystarczyło zamknąć cały obiekt.

Funkcjonariusze milicji powitali Bogdana z odpowiednim szacunkiem, Edlinga niemal nie dostrzegając. Nie dziwił się, sam na ich miejscu też nie poczuwałby się do obowiązku, by wylewnie witać młodzika z dalece większymi uprawnieniami niż oni.

Prokuratorzy weszli na scenę, ale zatrzymali się kilka metrów przed ciałem. Nie spodziewali się widoku, który zastali.

Ofiara znajdowała się w skrzyni umieszczonej na niewielkim podeście. Konstrukcja nie wyglądała na element wyposażenia teatru, przeciwnie, raczej na skleconą naprędce przez jakiegoś amatora. To, co znajdowało się nad nią, z pewnością było jednak dziełem kogoś, kto znał się na rzeczy.

Edling wlepił wzrok w duże koło zębate, przywodzące na myśl piłę. Znajdowało się nad skrzynią i wymierzone było tak, by rozciąć ją wpół. Utrzymujące je liny umocowano gdzieś przy dachu, choć z tej perspektywy nie sposób było dostrzec, do czego konkretnie.

Na scenie leżała zaadresowana do Karbowskiego koperta, obok gwóźdź, którym została przybita do desek, a kawałek dalej list wyjęty już przez milicjantów.

– Ktoś pozwolił wam to ruszać? – odezwał się Bogdan.

 

Kiedy nikt mu nie odpowiedział, rozejrzał się z frustracją.

– Gdzie jest jakiś oficer?

– Zaraz będzie na miejscu, towarzyszu prokuratorze.

Karbowski zerknął na oznaczenie stopnia rozmówcy i westchnął bezsilnie.

– Słuchajcie no, młodszy chorąży – rzucił. – Odsuniecie mi stąd waszych kolegów i niech nikt nic nie rusza, dopóki nie powiem. Jasne?

– Tak jest, towarzyszu prokuratorze.

– Czegoś oprócz listu tknęliście?

– Nie – odparł szybko chorąży. – Ciała nie dotykaliśmy, nawet do niego nie podchodziliśmy, bo nie wiadomo, czy ta piła nie opadnie.

Bogdan skinął lekko głową.

– A list dlaczego ruszaliście?

– Bo zaadresowany do pana.

– To od razu trzeba było podnieść i sprawdzić?

– Nie wiedzieliśmy, co…

– Mniejsza z tym – uciął Karbowski. – Odmaszerować. I nie wracajcie tu, dopóki nie powiem.

Młodszy chorąży machinalnie zasalutował, choć z pewnością nie zrobiłby tego przed żadnym innym oskarżycielem publicznym. Potem oddalił się, zostawiając prokuratorów samych.

Bogdan wyciągnął nieotwartą paczkę klubowych, oderwał papier z góry i wyciągnąwszy jednego, podpalił zapałką.

– Powinieneś się poczęstować, Gerard.

– Nie, dziękuję.

– Lepiej się przy tym myśli.

Przykucnęli obok listu, a potem obejrzeli go z każdej strony. Stojący w oddali za nimi funkcjonariusze Milicji Obywatelskiej przyglądali im się z konsternacją, niepewni, dlaczego śledczy zajmują się kopertą, a nie ciałem czy wiszącą nad nim piłą.

– Co sądzisz? – spytał Karbowski, wypuszczając dym.

– Że sprawca nieprzypadkowo wybrał scenę. Chce rozgłosu, spektaklu, widowiska.

– A to pudło?

– To element jego przedstawienia.

– Które nie doszło do skutku? Dlatego to koło zębate nie opadło?

– Możliwe. Coś mogło mu przeszkodzić. Lub ktoś.

– Twoim zdaniem jest jakimś magikiem?

– Raczej iluzjonistą.

Bogdan zaciągnął się głęboko, a następnie potarł dłonią świeżo ogolone policzki. Podniósł list, który wyjęli z koperty milicjanci, i uniósł go pod światło. Obaj przyglądali mu się przez chwilę, ale nie dostrzegli ani delikatnych odcisków, ani śladów tuszu.

– Może to wiadomość sama w sobie? – podsunął Edling.

– W jakim sensie?

– Tabula rasa. Czysta karta.

– I co ma znaczyć twoim zdaniem?

Gerard zdawał sobie sprawę, że przełożony już dawno o tym pomyślał. Zapewne znał też odpowiedź zarówno na to, jak i inne pytania. Zadawał je po prostu, by sprowadzić młodego asesora na właściwe tory.

– Zabójca może sygnalizować, że śmierć to nowy początek. Że w jakiś sposób zbawia ofiary, bo ofiaruje im…

– To zbyt daleko idące.

Właściwie wszystko na tym etapie takie było, ale Gerard zachował tę myśl dla siebie. Być może w ogóle nie powinni stawiać roboczych hipotez, wszak nie widzieli nawet zwłok. Karbowski znany był jednak z tego, że udowadniał wersję śledczą równie szybko, jak ją przyjmował.

Podniósł się, a potem zbliżył do pudła z ciałem. Edling zrobił to samo.

– Ta dziewczyna nie ma jeszcze trzydziestki – zauważył Bogdan. – Powiedziałbym raczej, że niedawno skończyła dwadzieścia lat.

Gerard przyjrzał się denatce. Kolor jej skóry świadczył o tym, że do morderstwa doszło stosunkowo niedawno. Nie pojawił się jeszcze trupioblady odcień, próżno było szukać plam opadowych.

– Śliczna – odezwał się Karbowski.

– Słucham?

Starszy prokurator potrząsnął głową i zbliżył się ostrożnie jeszcze o pół metra.

– Nie jest piękna, ale śliczna – rozwinął. – Naprawdę delikatne rysy twarzy.

– Więc chciał ją oszpecić tym pytajnikiem?

– Raczej się podpisać.

– I popisać.

Karbowski pokiwał głową, wciąż podchodząc. Stawiał kolejne kroki coraz śmielej, stopniowo przekonując się, że sprawca nie pozostawił żadnych pułapek. Kątem oka obaj śledczy kontrolowali jednak, co dzieje się z kołem zębatym zawieszonym nad pudłem.

– Może powinien pan uważać – przemówił Edling. – Ta piła nie wisi tam bez powodu.

– Nie widzę zagrożenia.

– A temu człowiekowi z pewnością chodzi właśnie o to, by pan go nie dostrzegał.

Bogdan popatrzył na niego z pobłażliwością, jakby chciał zasugerować, że to on powinien się martwić o podopiecznego, a nie odwrotnie. Edling zignorował spojrzenie, skupiając się na dziewczynie.

Szef miał rację, była śliczna. Miała niemal anielską urodę, zdawała się niewinna, zadbana i delikatna. Miała przed sobą całe życie, z pewnością dość ciekawe, bo nie sprawiała wrażenia osoby, która pozwoliłaby, by przeciekło jej przez palce.

Leżała na brzuchu, jej głowa zwrócona była w kierunku, z którego nadeszli prokuratorzy. Zupełnie jakby na nich czekała.

Karbowski podszedł jeszcze kawałek i nagle zamarł, opuszczając wzrok. Przywodził na myśl żołnierza na wrogim terenie, takiego, który właśnie nadepnął na minę.

– Coś nie tak? – odezwał się Gerard.

– Słyszałem trzask. Pod jedną z desek, na której stanąłem.

Edling natychmiast ruszył ku niemu, ale przełożony obrócił się i powstrzymał go ruchem ręki.

– Stój – rzucił.

– Ale…

– Daj mi się zastanowić.

– Ale jest pan pewien, że słyszał trzask?

– Cichy. Ale tak.

Karbowski oddychał nieco szybciej i mówił z wyraźnym roztrzęsieniem. Edling niczego nie słyszał, jeśli jednak rzeczywiście znajdowała się tu jakaś pułapka, z pewnością została skonstruowana tak, by do końca nie zasygnalizować niebezpieczeństwa.

Gerard poczuł, że serce bije mu mocniej. Czy to naprawdę możliwe, że zabójca zastawił tu na nich sidła? Nie, nie na nich. Bezpośrednio na Karbowskiego – w końcu to właśnie jego imię i nazwisko znajdowało się na kopercie.

Zanim Edling zdążył rozwinąć tę myśl, niemal nieświadomie wychwycił jakiś ruch przed sobą. Potrzebował chwili, by zrozumieć, co dostrzegł.

– Panie prokuratorze… – jęknął.

– Daj mi chwilę, do cholery.

Gerard miał trudności z przełknięciem śliny i sformułowaniem myśli. Zamrugał kilkakrotnie, niepewny, czy naprawdę dobrze widzi.

– Panie prokuratorze, proszę spojrzeć przed siebie – rzucił.

Bogdan w końcu przestał wbijać wzrok w podłogę. Machinalnie się cofnął, jakby coś odrzuciło go do tyłu.

– Na Boga, ona…

– Żyje – dopowiedział Edling, wbijając wzrok w dziewczynę.

Lekko się poruszała, choć sprawiała wrażenie, jakby budziła się z wyjątkowo głębokiego snu. Otwierała oczy tylko na moment, nie mogąc długo utrzymać podniesionych powiek. Głowa kiwała jej się bezwładnie na boki, a z ust wydobywał się cichy, niezrozumiały bełkot.

Jasna jak błyskawica myśl przecięła umysł Edlinga.

Dopiero teraz wisząca nad dziewczyną piła nabrała sensu. Przedstawienie się nie skończyło. Wprost przeciwnie, główny punkt programu dopiero miał nastąpić.

– Musimy ją stąd zabrać – odezwał się niepewnym głosem Gerard.

Szef uświadomił sobie, że mimo woli się wycofał i nie stał już na deskach, które wywołały w nim niepokój. Skinął głową, a potem obrócił się, by wydać milicjantom kilka krótkich komend.

W tym samym momencie rozległ się dźwięk łamiącego się drewna. Tym razem głośny i niepozostawiający wątpliwości, że coś uległo pod znacznym ciężarem. Edling natychmiast się rozejrzał, spodziewając się, że podłoga na scenie nagle się zapadnie albo sufit runie im prosto na głowę.

Zamiast tego dostrzegł, jak liny trzymające koło zębate puszczają. Dziewczyna w ostatniej chwili zorientowała się, co się dzieje. Z jej gardła wydobył się przeraźliwy, dziki pisk, a piła runęła z impetem wprost na pudło. Przecięła je oraz znajdujące się w nim ciało, z którego trysnęła ciemnoczerwona krew.

Ostro zakończone koło wbiło się w podłogę, dwie części pudła się rozjechały, ale dziewczyna nadal dziko krzyczała.

Edling stał jak sparaliżowany. Nie potrafił nie tylko się ruszyć, ale także zebrać myśli. Patrzył na krew i rozcięte na pół ciało i nie mógł pojąć, dlaczego dziewczyna wciąż żyje. Nie był to pośmiertny spazm, ofiara krzyczała coraz głośniej, błagając o litość.

Inne książki tego autora:
Nieodnaleziona
29,90 14,95
Rozwiń