EkspozycjaTekst

Z serii: Komisarz Forst #1
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

15

W pierwszej chwili Szrebska miała ochotę zwyzywać kobiecinę od najgorszych jędz. W porę jednak się zmitygowała, stwierdzając, że została urobiona przez ojca dyrektora – w tym przypadku wyjątkowo przyjął taką samą linię jak wszystkie inne media.

Zaraz potem do dzieła przystąpił Wiktor.

Nastawił RMF, Zetkę, Trójkę, TOK FM… przeszedł przez wszystkie stacje, na których w kółko nadawano informacje na temat dwojga zbiegów poszukiwanych przez organy ścigania. Nie trzeba było wiele, by staruszka uwierzyła, że to wszystko zmowa żydomasońskiego konglomeratu medialnego. Sprawę uwiarygadniał fakt, że w Radiu Maryja przebąknięto tylko na ten temat, a potem do niego nie wracano.

Forst długo rozwodził się nad tym, że najwyraźniej w toruńskiej rozgłośni przejrzano na oczy i zorientowano się, że to wszystko mistyfikacja.

– Ale po co to wszystko? – zapytała nieprzekonana jeszcze babinka.

Wiktor długo milczał, patrząc na kobietę, jakby wahał się, czy może wyjawić jej tajemnicę.

– Odkryliśmy prawdę o Smoleńsku – powiedział w końcu. – Mamy dowody.

Od tego do rosyjskiego spisku było już niedaleko.

Teraz chowali się w niewielkiej komórce za kuchnią. Nie była to wymarzona kryjówka i nie mieli z niej żadnej drogi ucieczki. Nie była też w żaden sposób zakamuflowana – wystarczyło wejść do kuchni i otworzyć niewielkie drzwi po drugiej stronie.

Pomieszczenie miało może sześć metrów kwadratowych. Słoiki z ogórkami i kompotami stały jedne na drugich, a dwoje uciekinierów znajdowało się w odległości kilku centymetrów od siebie.

– Co teraz, Forst?

– Gdybyś była hetero…

– Pytam poważnie – ucięła czym prędzej Szrebska. – Zaraz tu wpadną.

– Nie wybiegałem tak daleko myślami – odparł, wpatrując się w jej oczy. – Prosta zasada mówi, by gasić trwające pożary i nie przejmować się tymi, które dopiero wybuchną.

Olga pokręciła głową.

– Mogliśmy próbować ucieczki – powiedziała.

– Zaraz by nas ściągnęli. Widziałem lufę snajperki za drzewem.

Szrebska spuściła wzrok i spojrzała na pistolet, który trzymał jej towarzysz. Nie sądziła, by był gotowy go użyć. Potrafił wprawdzie działać lekkomyślnie, ale z pewnością nie na tyle, by porywać się z motyką na słońce.

– Ilu ich tam jest? – zapytała.

– Przypuszczam, że kilkudziesięciu. Ściągają wszystkich z okolicy, więc będzie ich coraz więcej.

– Może jakoś się z nimi dogadamy?

– Z całą pewnością – odburknął.

– To co proponujesz?

– Pożegnalne zbliżenie, zanim nas rozdzielą.

Olga uśmiechnęła się i lekko go popchnęła. Zaraz potem usłyszeli głosy w kuchni. Zamarli, wsłuchując się w wymianę zdań.

– Osica – szepnął Wiktor. – Ściągnęli tu mojego przełożonego. To rodzi pewien problem.

– Nie możesz jakoś się z nim dogadać?

– Raczej nie. Zbałamuciłem jego córkę.

– Ile miała lat?

– Była pełnoletnia.

Szrebska przypuszczała, że ledwo. Przez chwilę przysłuchiwali się, jak babinka tłumaczy policjantowi, co zaszło. Potem Osica wyszedł z kuchni i zwołał posiłki.

– Teraz albo nigdy – odezwał się Forst, otwierając drzwi.

– Jezus Maria, zwariowałeś?

– Chodź – powiedział, opuszczając komórkę.

– Żartujesz? Schowaliśmy się tylko po to, żeby teraz…

– Nie martw się – odparł. – Nie sądziłaś chyba, że działam bez żadnego planu?

– Robiłeś takie wrażenie.

– Jestem mistrzem zakonspirowanych motywów.

– Ale…

– Ufasz mi, Szrebska?

Olga nie odpowiedziała, patrząc na siedzącą przy stole kobietę. Obróciła się do nich zaniepokojona i bezsilna, sprawiając wrażenie, jakby naprawdę chciała pomóc, ale nie wiedziała jak. Dziennikarce zrobiło się jej szkoda.

– Nie, wcale ci nie ufam – odezwała się Szrebska.

– To musisz zacząć. Siadaj przy stole.

Wiktor zasiadł po przeciwnej stronie staruszki, po czym wskazał Oldze miejsce obok. Słysząc dźwięk ciężkich policyjnych butów, Szrebska zobaczyła oczyma wyobraźni kilkudziesięciu funkcjonariuszy, którzy pędzą do głównego wejścia.

– Zwariowałeś? – zapytała, nerwowo się rozglądając.

– Zaufaj mi.

– Możemy uciekać, Forst! Kiedy wszyscy się tu zbiegną, możemy…

– Nie – uciął. – Nadal będą pilnować obejścia.

– Posłuchaj…

– Siadaj, do cholery – wycedził. – Nie ma innej możliwości.

Olga spojrzała w stronę drzwi, a potem przeklęła w duchu całą sytuację i zajęła miejsce obok staruszki. Nie ufała komisarzowi, ale uznała, że nie ma innego wyjścia. Wiktor wyciągnął broń na stół i spojrzał na kobietę. Ta skinęła głową ze zrozumieniem.

– Chciałem, żeby wszyscy się zlecieli – powiedział Forst. – W innym przypadku musielibyśmy tę szopkę powtarzać.

Olga wbiła wzrok w jego oczy.

– Jesteś szalony – powiedziała.

– Nie pierwszy raz to słyszę. I mam nadzieję, że nie ostatni.

Zaczerpnął nerwowo tchu, a staruszka posłała mu budujące spojrzenie.

– Nie martwcie się, dzieci – odezwała się. – Pomogę wam.

Szrebska wątpiła, by cokolwiek mogło im pomóc. Z trudem przełknęła ślinę, słysząc jak jakaś kobieta na korytarzu wydaje swoim ludziom rozkazy.

– Muszę do ciebie wycelować – powiedział Wiktor.

– Domyśliłam się, że powtarzamy scenariusz z parkingu.

Skinął głową, a potem podniósł pistolet i wymierzył do niej. Wylot lufy nie był najprzyjemniejszym widokiem, nawet jeśli wiedziało się, że broń nie wystrzeli.

Palec na spuście robił jeszcze gorsze wrażenie.

– Jest zabezpieczony? – zapytała.

– Nie. Zobaczyliby i zorientowali się, że to podpucha.

Szrebska wzięła głęboki oddech, czując, że robi jej się gorąco.

– Tylko uważaj – powiedziała. – Lepiej, żeby ci się palec nie omsknął.

– Powiesz mi teraz, czy z tą orientacją to prawda?

– Nie.

– Wiesz, że ten glock dysponuje siłą rażenia w postaci dziewiętnastomilimetrowych…

Forst urwał, gdy do kuchni wpadł jeden z funkcjonariuszy.

– Rzuć broń! – ryknął, natychmiast celując do Wiktora.

Potem rozpętało się piekło.

16

Krzykom nie było końca. Pierwszy z policjantów darł się wniebogłosy, informując resztę, że odnalazł uciekinierów w kuchni. Forst bynajmniej nie widział powodów do ekscytacji – wszak nie chowali się, a siedzieli przy stole.

Starał się przebić przez dzikie ryki, ale ostatecznie musiał poczekać, aż funkcjonariusze się uspokoją. Wciąż trzymał Szrebską na muszce i dzięki temu to on miał wszystkie najmocniejsze karty w tym rozdaniu. Żaden ze stróżów prawa nie zaryzykuje życia cywila.

Wiktor czuł chłód języka spustowego na opuszku palca i wiedział, jak niewiele trzeba, by glock wystrzelił. Wiedzieli to także funkcjonariusze.

– Jeden krok, a ta suka padnie trupem – powiedział komisarz.

Miał nadzieję, że Olga będzie robiła odpowiednio przerażone wrażenie. Gospodyni w każdym razie wyglądała, jakby miała zaraz zejść na zawał.

Rozległy się kolejne dzikie nawoływania. Za kilkoma stojącymi w progu policjantami ustawili się kolejni. Szczęśliwie kuchnia nie była widna, więc nikt nie mierzył do niego z okien.

– Dawać tutaj Osicę – rzucił Wiktor, nie odrywając wzroku od dziennikarki.

Obecność dowódcy dodatkowo komplikowała sprawę, ale wolał rozmówić się z nim jako pierwszym. Edmund znał go na tyle dobrze, by zdawać sobie sprawę, że nigdy nie strzeli do niewinnego cywila. W gestii Forsta leżało przekonanie go, że się myli.

– Rzuć broń! – ryknął kolejny funkcjonariusz.

Wiktor wymierzył między oczy Szrebskiej i przymknął oko.

– Jeszcze jedno słowo, a będziecie ścierać jej mózgowie ze ściany – powiedział.

Zaraz potem rozległy się pierwsze uspokajające rozkazy i jakaś kobieta szybko okiełznała poruszenie podkomendnych. Wiktor wiedział, że ci policjanci nie stanowią problemu – gorzej będzie ze snajperami, którzy czaili się gdzieś nieopodal. Jeśli zdoła stąd wyjść i za progiem ustawi się pod niefortunnym kątem, rozłupią mu czaszkę.

Gasić obecne pożary, potem przejmować się tymi, które dopiero wybuchną.

Po chwili pojawił się Osica, wymijając pozostałych stróżów prawa.

– Z drogi – burknął. – No, już, odsuwać się.

Robili mu miejsce z oporami, nie spuszczając Wiktora z muszki.

– Opuścić broń – dodał Edmund, mijając ostatniego funkcjonariusza. – Nie widzicie, że celowanie do niego nic nie da? Kaśkiewicz, uspokój ich i wyprowadź stąd.

– Tak jest – powiedziała kobieta, a potem wydała jeszcze kilka krótkich rozkazów. Jej ludzie wycofywali się niechętnie, ale ostatecznie wszyscy opuścili kuchnię. Stanęli tuż za progiem, opuszczając broń. W ułamku sekundy mogliby znów ją podnieść, ale Forst zdawał sobie sprawę, że nikt nie będzie ryzykował wymiany ognia w tak małym pomieszczeniu.

Skupił wzrok na najwyższej stopniem policjantce. Była całkiem ładną blondynką. Nieco pulchną, ale to tylko dodawało jej uroku.

– Widzę, że się rozgościłeś – powiedział na powitanie Osica.

– Niech pan siada obok babery – rzucił Wiktor. – I ręce na blat.

Edmund skinął głową i bez wahania wykonał polecenie. Starał się sprawiać wrażenie rozluźnionego, jakby znał Forsta na wylot i wiedział doskonale, że dalej się nie posunie.

– I co teraz? – zapytał podinspektor.

– Wytłumaczę panu, co musicie zrobić, żebym nie rozwalił jej głowy.

– Bzdura.

Wiktor uśmiechnął się półgębkiem. Nie miał zamiaru odstawiać przed dowódcą teatrzyku, na który nie był w stanie go nabrać. Nie było to jednak konieczne.

– Dobrze wiem, że ta kobieta działa z tobą, Forst – odezwał się cicho Osica. – Kogo chcesz zrobić w bambuko?

– Z pewnością nie pana.

– Ano nie.

– Ale gdyby pana tu nie było, być może by się udało.

– Wątpię – odparł pewnym tonem Edmund. – Każdy głupi wie, że dziennikarka nie jest tu przetrzymywana wbrew własnej woli.

 

– Może i tak.

Forst rozpromienił się, przesuwając broń. Powoli wycelował w swojego dowódcę, a ten natychmiast pobladł.

– Zaraz, zaraz…

– Szrebska, doposaż się kosztem inspektora.

– Będę tego żałowała – odparła Olga, sięgając pod stół.

Funkcjonariusze w progu drgnęli, gotowi znów unieść broń, ale Kaśkiewicz szybko ich powstrzymała. Zerknąwszy na nią, Wiktor zauważył, że nie jest specjalnie zdziwiona rozwojem sytuacji. A przynajmniej nie dawała tego po sobie poznać.

Szrebska wyciągnęła służbowego glocka z kabury Osicy, a potem obróciła pistolet w dłoni.

– Będzie pani żałowała – wydukał Edmund. – Będzie pani błagała Boga, żeby cofnął czas…

– Nie sądzę.

– To, co pani robi, to poważne przestępstwo – odparł podinspektor.

– Co robię? Do nikogo nie celuję, nikomu nie grożę.

– Wszyscy wiemy, że to bzdura – zaoponował Edmund, spoglądając po siedzących przy stole ludziach. Na dłużej zawiesił wzrok na gospodyni, która patrzyła na niego z odrazą.

– Zdrajca narodu – syknęła.

– Słucham?

– Ślepia wykolę – odezwała się babinka. – Niech nie zezuje.

Osica oderwał od niej spojrzenie. Skupił się na powrót na dziennikarce.

– Wie pani, że ten sukinsyn potrafi urobić – oznajmił.

– Oczywiście.

– Zmanipulował obie panie – dodał Edmund, nie patrząc jednak na starą. – I nie będzie z tego nic dobrego. Ani dla niego, ani dla was. Musicie zdawać sobie z tego sprawę.

Forst przypuszczał, że dowódca będzie próbował zasiać ferment między nim a Szrebską. Nie miał innego wyjścia, bo inaczej z tej sytuacji nie sposób było się wyplątać. Osica nie był jednak mistrzem perswazji, a nawet gdyby, Wiktor był pewien, że Olga się od niego nie odwróci.

Nie żeby jej ufał – co to, to nie. Wiedział jednak doskonale, że nagroda Grand Press i rozgłos jaki zyska sprawiały, że gra była dla niej warta świeczki.

– Wszyscy wiemy też, że do mnie nie strzeli.

– Jeśli chcesz się przekonać, Edmund, to wykonaj jakiś ruch, który mnie zaniepokoi.

Osica nawet na niego nie spojrzał. Skupiał całą uwagę na Oldze.

– Może gdyby wiedziała pani, co zrobił mojej córce, nie pokładałaby pani…

– Lubi pan tak ględzić, co? – ucięła Szrebska. – Ale obawiam się, że nie mamy na to czasu. Musimy się stąd zbierać.

– Dokąd?

Forst wzruszył ramionami.

– Jest pewne miejsce, gdzie możemy znaleźć odpowiedzi – odparł. – A ty przez część drogi będziesz nam towarzyszył. Potem wysadzimy cię w jakimś ustronnym miejscu.

Osica milczał.

– A teraz chciałbym dostać samochód i trochę pieniędzy – dodał Wiktor. – I paczkę fajek.

Forst obrócił się w kierunku wejścia. Kaśkiewicz opierała się o futrynę, rozkładając szeroko ręce. Jak zawsze w takich sytuacjach, wszyscy starali się stwarzać wrażenie, że nie dzieje się nic nadzwyczajnego. Miało to wpływać na podświadomość przestępcy – i mimo że było kompletnie bzdurnym podejściem, praktykowano je bezustannie.

– Życzyłbym sobie, żeby fajki pojawiły się już – dodał Wiktor, podnosząc wzrok na blondynkę. – Albo inspektor odniesie pierwsze rany.

Policjantka ani drgnęła. Zerknęła na Osicę i dopiero gdy ten skinął lekko głową, obróciła się przez ramię i wydała kilka krótkich rozkazów. Po chwili jeden z policjantów podał jej paczkę elemów lightów. Forst spojrzał na nią z dezaprobatą.

– Co teraz? – zapytał Edmund. – Wypalisz papierosa, potem drugiego… trzeciego i czwartego, ale twoja sytuacja się nie zmieni. Wiesz dobrze, jak to wszystko działa.

– Wiem.

– Więc zdajesz sobie sprawę, że jakikolwiek samochód dostaniesz, będzie miał nadajnik GPS. Jakąkolwiek forsę ci dadzą, będzie znaczona. I jakiekolwiek papierosy zapalisz, będą spryskane jakimś środkiem, który…

– Nie fantazjuj, Edmund. Paczka jest fabrycznie zamknięta.

– Już nie takie rzeczy robiliśmy.

– Starasz się wpędzić mnie w paranoję? Uważaj, bo mogę stać się nieobliczalny.

Osica uśmiechnął się niewyraźnie.

– Nie staniesz się – odparł. – I czego byś teraz nie powiedział, wątpię, żeby…

– Kaśkiewicz – rzucił Wiktor. – Zamknij drzwi, z łaski swojej.

Policjantka wbiła w niego wzrok, najpewniej zastanawiając się, czy ocena Osicy jest zgodna z prawdą. Forst przypuszczał, że dowódca ma mniej więcej dziewięćdziesięcioprocentową pewność, że do niego nie strzeli. W przypadku zagrożenia życia jednak nawet jeden promil wystarczyłby, żeby tańczyć tak, jak zagra facet trzymający broń.

– Nie ma mowy – powiedziała.

– Zamykaj drzwi, albo strzelę.

– Nie.

Forst skinął głową. Potem pociągnął za spust.

17

Wolałby, żeby drzwi były zamknięte. Nie byłoby ryzyka, że któryś z funkcjonariuszy przedwcześnie zareaguje, narażając życie swojej dowódczyni i postrzelonego inspektora.

Kaśkiewicz na szczęście zachowała zimną krew. Widząc, że był to pojedynczy strzał, natychmiast krzyknęła, by reszta zachowała spokój i wstrzymała ogień.

Wiktor nie patrzył nawet w kierunku jej ludzi. Obserwował wyjącego z bólu Osicę, który ściskał się za przegub ręki. Dłoń krwawiła obficie, ale Forst miał nadzieję, że nie uszkodził jej na stałe. Celował wprawdzie w skraj śródręcza, ale wszystko działo się na tyle szybko, że nie mógł być pewien, czy nie przestrzelił jakiegoś ścięgna.

– Ty skurwysynu! – ryknął Edmund, a potem wydał z siebie przeciągły jęk. – Przestrzeliłeś mi rękę!

Forst spojrzał na dziennikarkę. Wyglądała, jakby była zaskoczona i trudno było jej się dziwić. Cóż, mógł ją uprzedzić.

Przeniósł wzrok na dłoń dowódcy i zalany krwią stół. Nie wyglądało to najlepiej, ale Wiktor nie miał innego wyjścia. Gdyby nie okazał bezkompromisowości, obezwładniliby go zaraz po opuszczeniu budynku.

Kaśkiewicz nadal uspokajała swoich ludzi.

– Szrebska – odezwał się. – Zatamuj krwawienie.

Olga podniosła się, niepewnie patrząc na rannego policjanta. Ten wciąż cedził przekleństwa, ściskając nadgarstek z całej siły.

– Ręce precz! Psychopaci zasrani!

Zareagował gorzej, niż Wiktor się spodziewał, ale tym lepiej dla ogólnego efektu. Za jakiś czas podinspektor zapewne zrobi wszystko, by odpłacić mu pięknym za nadobne, ale innego wyjścia nie było.

– Ma pani jakiś spirytus? – zapytała Szrebska, patrząc na gospodynię.

Staruszka z przestrachem obserwowała całą sytuację. Przez moment trwała w bezruchu, a potem wskazała dziennikarce komórkę, w której wcześniej się chowali.

– Tam znajdzie się jakaś butelka… niegdyś mąż pędził samogon.

Olga wyjęła spirytus i obficie oblała nim ranę. Potem staruszka wskazała jej, gdzie trzyma gazę. Osica protestował, ale Szrebskiej udało się założyć całkiem przyzwoity opatrunek.

Wiktor nie odrywał wzroku od Kaśkiewicz. Nie wydawała żadnych rozkazów, ale nie musiała. Ktoś na zewnątrz z pewnością wezwał już ABW lub antyterrorystów. Forst miał tylko nadzieję, że nikt nie pomyśli o tym, by na miejscu zdarzenia pojawił się GROM. Wówczas mógłby już układać epitafium na swój grób.

Gdy Olga upewniła się, że bandaż się nie zsunie, Forst podniósł się z krzesła i kazał Osicy zrobić to samo. Potem posłał staruszce uśmiech.

– Dziękujemy pani za gościnę – powiedział, stając za dowódcą. Przyłożył mu pistolet do skroni i lekko go popchnął. Edmund opornie ruszył do przodu. Olga szła tuż za nimi.

– Boże drogi… – jęknęła tylko gospodyni.

Wiktor zignorował ją, starając się nie myśleć o tym, ile problemów mógł przysporzyć kobiecie.

– Szrebska – odezwał się. – Jak tylko wyjdziemy, wyceluj mu w głowę.

– W porządku – powiedziała cicho, beznamiętnym głosem.

Spojrzał na pistolet służbowy dowódcy, który nieporadnie trzymała.

– Gdyby któryś ze snajperów mnie ściągnął, ty przestrzelisz czerep Osicy – powiedział bardziej do zebranych policjantów, niż do niej.

– Rozumiem.

Forst popatrzył na wprost.

– A teraz cofać się! Już! – krzyknął.

Kaśkiewicz szybko spełniła żądanie, a stłoczeni w sieni funkcjonariusze poszli w jej ślady.

– I opuścić broń! – dodał Wiktor, przyciskając lufę mocniej do skroni Edmunda.

Szczerze mu współczuł, ale od początku wiedział, że to wszystko nie mogło skończyć się inaczej.

Funkcjonariusze opuścili budynek, a zaraz za nimi wyszedł Edmund i dwoje uzbrojonych ludzi. Wiktor potoczył wzrokiem wokół, szukając snajperów. Tym razem nie dostrzegł żadnego steyra, choć z pewnością wszystkie były wycelowane w jego głowę.

– Jakie mają rozkazy? – zapytał, obracając głowę do Kaśkiewicz.

– Słucham?

– Snajperzy. Kto ma im dać sygnał do strzału?

– Komisarz, który teraz dowodzi.

– Doświadczony człowiek?

Policjantka się nie odezwała, co Forst wziął za odpowiedź twierdzącą. Wiedział, że żaden wprawiony funkcjonariusz nie wyda rozkazu, by strzelać, póki napastnik trzymał zakładnika na muszce. A bez tego strzelcy nawet się nie poruszą.

Ruszyli w stronę kilku policyjnych samochodów zaparkowanych pod domem. Podeszli do pierwszego z nich, a potem Wiktor zerknął do środka i upewnił się, że alfa ma kluczyki w stacyjce. Mogli wziąć którekolwiek z tych aut – wszystkie miały wmontowane urządzenia namierzające.

Nie miało to żadnego znaczenia. Potrzebowali środka transportu tylko na kilkanaście najbliższych minut.

– Usiądź za kierownicą – polecił Oldze.

Gdy zajęła miejsce za kółkiem, otworzył drzwi i wprowadził Osicę na siedzenie pasażera, a sam zajął miejsce z tyłu. Spuścił go z muszki tylko na sekundę, ale dopóki na miejscu nie było GROM-owców, nikt nie mógł z tego skorzystać.

– Jeśli zobaczę cokolwiek podejrzanego w lusterku, inspektor tego nie przeżyje – powiedział do Kaśkiewicz.

Nikt mu nie odpowiedział. Zamknęli drzwi samochodu i Olga odpaliła silnik. Ruszyła powoli w kierunku drogi dojazdowej do posesji, a potem wyjechała na drogę gminną. Daleko było Wiktorowi do poczucia ulgi, ale cieszyło go, że wszystko do tej pory szło po jego myśli. Balansowali na granicy życia i śmierci, niemniej ryzyko się opłaciło.

– Oszalałeś, Forst? – zapytała nagle Szrebska. – Będziesz teraz strzelał do ludzi?

To już nie był teatr. Teraz dziennikarka naprawdę sprawiała wrażenie, jakby sądziła, że Wiktor spalił za sobą o jeden most za dużo. I najgorsze było to, że mogła mieć rację.

– Nie mam innego wyboru.

Edmund zaklął pod nosem, poprawiając nerwowo pas. Forst był pełen uznania, że dowódca w takiej sytuacji zadbał o to, by go zapiąć. Cały Osica.

– Jesteś chory psychicznie – dodał podinspektor.

– Nie mówiłby pan tak, gdyby przez chwilę się pan nad wszystkim zastanowił.

– Niby nad czym?

– Nad tym, że odsunięto mnie od śledztwa, a potem sprowokowano na parkingu.

– I? Jedno ani drugie jakoś…

– Ktoś to wszystko zaaranżował.

Osica zaśmiał się nerwowo, spoglądając w bok.

– Co ty sobie wyobrażasz, Forst? – zapytał. – Że jakaś grupa wewnątrz policji się na ciebie uwzięła?

Wiktor wyciągnął zamkniętą paczkę papierosów.

– Nie jesteś na tyle istotny – dodał Edmund. – Nikt nie zadałby sobie trudu dla kogoś takiego, jak ty. Owszem, działasz na nerwy wszystkim w jednostce, traktujesz ludzi z góry i wydaje ci się, że pozjadałeś wszystkie rozumy, ale nikt nie uważa cię za osobę na tyle ważną, by się na ciebie uwziąć! Jesteś śmieciem, Forst, zwykłym śmieciem!

– Panie inspektorze… – zaapelowała Olga.

– Daj mu się wygadać – wtrącił Forst. – W tym jest najlepszy.

Osica jednak powiedział wszystko, co miał do przekazania. Przez moment jechali w milczeniu. W tylnym lusterku nie dostrzegli żadnego samochodu, ale Wiktor zdawał sobie sprawę, że cała grupa spod domu od razu za nimi ruszyła.

Nie było najmniejszych szans, by zgubić ogon. Dotarł do kolejnego pożaru i tym razem nie wiedział, jak go ugasić. Olga raz po raz nerwowo patrzyła na niego w lusterku, czekając na dalsze instrukcje.

– To koniec – oznajmił po chwili Osica.

Oboje milczeli, nie mając ochoty na polemikę.

– Ale jeszcze możecie wygrzebać się z tego gnoju – dodał.

Forst obejrzał się przez ramię, ale nadal nikogo nie dojrzał. Otworzył paczkę papierosów i poczuł przyjemny zapach tytoniu.

– Wszystko jest jeszcze możliwe – kontynuował Edmund. – Nie zabiliście nikogo.

– Jeszcze nie.

Wiktor wbił spojrzenie w oczy dowódcy. Ten pokręcił głową, ale się nie odezwał.

– Gdzieś tu musi być mapa, albo GPS – mruknął Forst. – Niech pan otworzy schowek.

Osica sięgnął do niego ręką obwiniętą bandażem. Był już cały zakrwawiony, ale przełożony nie sprawiał wrażenia, jakby odczuwał ból. Przez moment szperał w schowku, grając na czas.

– Proponuję, żeby się pan pospieszył – odezwał się Wiktor, znów przystawiając glocka do głowy dowódcy.

Po chwili Osica podał mu nawigację. Forsta niespecjalnie dziwiło, że znajdowała się w alfie – bez niej funkcjonariusze nigdy nie trafiliby na to zadupie. Komisarz włączył urządzenie, poczekał aż odnajdzie sygnał z satelitów, a potem zaczął przeglądać okolicę na mapie.

 

– Dokąd mam jechać, Forst? – zapytała w końcu Olga.

– Na razie skręć w pierwszą lepszą drogę w bok.

– Nie nastrajasz mnie optymistycznie.

– Bo sam nie jestem tak nastrojony.

Sądził, że Osica skorzysta z okazji i podejmie kolejną daremną próbę przekonania ich, że istnieje jeszcze droga odwrotu, ale ten siedział cicho. Olga zjechała z gminnej drogi w prawo.

– Nie mam tego zjazdu na mapie – powiedział komisarz.

– To chyba dobrze?

– Może i tak – przyznał. – O ile to nie ślepa uliczka.

Przez kilka minut policyjna alfa romeo podskakiwała na wybojach. Forst dostrzegł zadowolenie na twarzy dowódcy i nie mógł się temu dziwić. Nigdzie tu nie było skomplikowanej pajęczyny dróg, która umożliwiłaby zbiegom ucieczkę. Okolica zapewne została już obstawiona, a każda szosa w promieniu kilku kilometrów zablokowana. Gdziekolwiek wyjadą, natkną się na policję.

– Skąd te absurdalne tezy o spisku? – odezwał się Edmund, gdy przednie koło wpadło w głęboką koleinę i zawieszenie zawyło z bólem.

– Intuicja – odparł Wiktor.

– Pierdolę twoją intuicję, Forst.

– To pański problem, nie mój.

Osica zaśmiał się pod nosem, jakby to stwierdzenie nie mogło bardziej mijać się z prawdą.

– Załóżmy na moment, że masz rację – powiedział Edmund. – Że ktoś naprawdę zrobił wszystko, żeby podciąć ci skrzydła. Dlaczego? Co miałby osiągnąć?

– Może nie chodzi o mnie per se.

Dziennikarka zerknęła na swojego towarzysza.

– Mów do mnie po ludzku – odparł Osica.

– Niech pan się zastanowi. Może usunięto mnie nie dlatego, że byłem komuś nie na rękę, ale po to, żebym zwolnił miejsce.

Edmund pokręcił głową.

– Może ktoś chciał zastąpić mnie swoim człowiekiem.

Żwirowa droga przeszła w ledwo uklepany dukt. Forst powiódł wzrokiem wokół, uświadamiając sobie, że to dopiero początek problemów. W oddali nie widać było żadnego miejsca, gdzie mogliby się ukryć. Przed nimi rozciągał się bezmiar pól, a kilka kilometrów dalej wyrastała z ziemi kępka wynędzniałych krzewów. Śmierdziało nawozem. Wysokie marcowe temperatury sprawiły, że rolnicy wywalali kompost, który swoją wonią potrafił zwalić z nóg niejednego komisarza obeznanego z odorem śmierci.

– Twierdzisz, że ktoś chciałby umieścić Gomołę, jako prowadzącego w tej sprawie? – spytał półgębkiem Edmund. – Większej bzdury dawno nie słyszałem.

Forstowi wydawało się jednak, że usłyszał w głosie dowódcy zaciekawienie.

– Tu nie chodzi o Gomołę – powiedział Wiktor. – Rzecz na pewno jest bardziej skomplikowana.

Podinspektor zamilkł, nieobecnym wzrokiem przeczesując pola. Tym razem jednak sprawiał wrażenie, jakby tylko stwarzał pozory i Forst zrozumiał, że od początku musiał to robić. Uśmiechnął się blado, a potem wyjął papierosa. Obrócił go kilka razy między palcami, przyglądając mu się.

– Co tak pan zamilkł? – zapytał.

– Zastanawiam się nad tym, co powiedziałeś.

– Gówno prawda. – Wiktor rzucił niezapalonym papierosem na podłogę. – Stara się pan tylko nawiązać nić porozumienia z porywaczami. Chodziłem na te same kursy, czytałem te same podręczniki.

– Bzdura – odparł Osica, oglądając się przez ramię.

Spojrzeli po sobie jak dwaj przeciwnicy tuż przed rozpoczęciem pojedynku.

– Więc rzeczywiście jest pan gotowy przyjąć, że to spisek?

– Będę gotowy, jeśli przedstawisz dowód.

– Nie mam żadnego.

– W takim razie nie mamy o czym rozmawiać, Forst. I wysadźcie mnie gdzieś tutaj, bo zaraz wezmą się za was snajperzy, a ja chciałbym być wówczas co najmniej kilkaset metrów dalej.

Olga spojrzała na Forsta.

– Jeszcze nie – powiedział. – Muszę mieć pewność, że nas nie zabiją.

Ale wiedział, że nie będzie jej miał. Przynajmniej dopóki nie przekroczą granicy białoruskiej, która znajdowała się jakieś sto kilometrów na północny-wschód.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?