EkspozycjaTekst

Z serii: Komisarz Forst #1
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

7

Spotkanie w McDonaldzie przy alei Pokoju nie było idealnym miejscem do rozwikłania zagadki z antyczną monetą, ale Szrebska uznała, że lepiej zachować przezorność, niż potem żałować. Choć nie należała do zwolenników teorii spiskowych, pośpiech przełożonych Forsta rzeczywiście był niepokojący.

Usiedli przy stoliku obok okna. Wiktor nieustannie omiatał okolicę wzrokiem – niby zblazowanym, ale czujnym. Nie zwracał na siebie uwagi, ale jednocześnie bacznie lustrował wszystkich wokół. Osobliwy gość, skwitowała w duchu.

– Wydaje ci się, że odkryjemy jakąś starożytną tajemnicę? – zapytała.

– Co?

– Wyglądasz, jakbyś tak sądził. I jakbyś oczekiwał, że zaraz zaatakują nas szafarze tej tajemnej wiedzy.

– Myślę bardziej przyziemnie – odparł. – Jacyś ludzie na mnie polują, a ja nie znam powodu. Żeby nie obudzić się z ręką w nocniku, wolałbym dostrzec ich, zanim oni dostrzegą mnie.

– Rozsądnie.

Z tego, co udało jej się dowiedzieć, rzadko tak działał. Informator twierdził, że Forst zazwyczaj był lekkomyślny i podejmował niepotrzebne ryzyko – wszystko dlatego, że nie stronił od picia. Miał odpowiednio wiele osiągnięć i stażu pracy, by zostać zastępcą komendanta, a mimo to nadal trzymano go w terenie jako szeregowego członka wydziału zabójstw.

Nie bez powodu. Alkoholików nie umieszcza się na świeczniku, a ten facet jej zdaniem do nich należał. Wprawdzie obserwowała go od kilku godzin i nie widziała, by w tym czasie coś chlapnął, ale z pewnością już się do tego przymierzał.

– Idzie – powiedziała Szrebska, dostrzegając mężczyznę, na którego czekali.

Wiktor obejrzał się i Olga dostrzegła, że jego ręka machinalnie dotknęła miejsca, gdzie powinna znajdować się kabura.

Chudy siedemdziesięciolatek nie zauważył swojej znajomej – powiódł wzrokiem wzdłuż kontuaru, a potem podszedł do niego i zamówił frytki. Kiedy się odwrócił, Szrebska uniosła rękę. Tym razem ją zobaczył i skierował się do ich stolika.

– Skąd znasz tego gościa? – zapytał Forst.

– Robił dla mnie kiedyś analizę na antenie.

– Miał być zaufany.

– Ufam mu. Pracuje na Jagiellonce.

– Nie przekonuje mnie to. Znam przynajmniej jednego wykładowcę UJ, który był niezrównoważony.

Mężczyzna z frytkami podszedł do stolika, zlustrował nieprzychylnym wzrokiem Wiktora, po czym zdawkowym skinieniem powitał Olgę. Usiadł obok niej, kładąc przed sobą tackę. Jeszcze raz spojrzał na obcego mężczyznę, po czym zjadł frytkę.

– Widzę, że profesor jest bardzo wylewny – bąknął Forst.

– Nie przybyłem tutaj na deliberacje.

Komisarz spojrzał z niedowierzaniem na swoją towarzyszkę. Szrebska wzruszyła ramionami. Przed kamerą naukowiec nadawał jak najęty i sądziła, że teraz też usta nie będą mu się zamykały. Najwyraźniej jednak wówczas przeważyło parcie na szkło.

– Moja koleżanka naświetliła panu problem? – odezwał się policjant.

– Owszem.

– I co pan sądzi?

– Muszę zobaczyć rzeczony przedmiot.

– Dostał pan MMS-a, prawda?

– Słucham?

– Wysłaliśmy panu awers i rewers monety – wtrąciła Olga. – Czego więcej pan potrzebuje?

Mężczyzna wziął kolejną frytkę, po czym wytarł koniuszki palców w serwetkę.

– Potrzebuję mieć w dłoni ów falsyfikat. Inaczej nie stwierdzę, kto jest za niego odpowiedzialny.

– W tej chwili to niemożliwe – odparła Szrebska.

– Dlaczegóż to?

– Bo ten bilon trafił do policyjnego schowka – włączył się Forst.

– W takim razie nie pomogę, pomimo najszczerszych chęci.

– Pomoże pan, pomoże – zapewnił go Wiktor. – Niech pan powie, co to za moneta?

– Tetradrachma.

Oldze nic to nie mówiło. Ponagliła starca wzrokiem, starając się uraczyć go przy tym jednym z firmowych, telewizyjnych uśmiechów.

– To równowartość czterech drachm – oznajmił profesor.

– Mniejsza z przelicznikami – odparł Forst. – Niech pan powie, co…

Naukowiec cmoknął głośno i spojrzał na Wiktora spode łba.

– Nie będę tolerować takiego zachowania – zapowiedział, jakby komisarz był jednym z jego studentów.

– Nie musi pan niczego tolerować, wystarczy, że powie nam pan to, co chcemy wiedzieć.

– Ma pan tupet.

– Nie większy, niż pana ego.

– Panowie… – zaapelowała Olga, rozkładając ręce. Spojrzała na nich jak na dwóch chłopców w piaskownicy i miała nadzieję, że tyle wystarczy. Forst pokręcił głową, a profesor westchnął ostentacyjnie.

– Mój kolega ma pewne problemy – powiedziała koncyliacyjnie do starca.

– Widzę.

Wiktor skrzywił się, ale się nie odezwał.

– A teraz proszę, panie profesorze, opowiedzieć nam o tej monecie.

W jego oczach pojawił się błysk. Zauważyła go bez trudu – widziała go już, gdy perorował na antenie NSI. Pamiętała, że tamten program dotyczył wyłącznie kultury antycznej. Przez większość czasu niemal przysypiała, podczas gdy rozmówca rozpływał się w uwielbieniu dla samego siebie.

– Nie wiem, co mogę państwu powiedzieć – zastrzegł z pozorowaną skromnością.

– Cokolwiek – odparła z uśmiechem Olga. – Zacznijmy od awersu. Co to za kolumny?

– Nie uważała pani w liceum?

– Wtedy skupiałam się na tym, by nie zawalić roku przez chemię.

Uczony spojrzał na nią spode łba.

– Cóż… – zaczął. – Ewidentnie widzimy kolumny porządku doryckiego. Wyraźnie widoczne są echinusy.

– W rzeczy samej – burknął Forst.

– Jak państwo wiedzą, styl ten był obecny w architekturze już w siódmym wieku przed naszą erą. Nie znaczy to jednak, że moneta pochodzi z tamtych czasów.

Szrebska skinęła głową z pietyzmem i rozchyliła lekko usta. Oparła się łokciami o blat, po czym splotła dłonie pod brodą. Wpatrując się w naukowca, zapytała:

– A zatem z jakiego okresu pochodzi?

– Nie sposób jednoznacznie przesądzić. Zdjęcie jest małe, a poza tym muszę mieć numizmat w ręku. Bez tego mogę jedynie spekulować, że w grę wchodzi okres od około pięćsetnego roku przed naszą erą w górę. Do mniej więcej czterdziestego tetradrachma była w powszechnym obrocie, choć pojawiała się także później. Szczególnie na rubieżach cywilizowanego świata.

Dwójka ludzi spojrzała po sobie. Olga miała nadzieję, że uda się z numizmatu wyciągnąć nieco więcej. Z drugiej strony, jeśli morderca sam zostawił ten obol w ustach zmarłego, nie powinna spodziewać się cudów. Ktoś, kto zdołał zainscenizować całe to przedstawienie na niemal dwóch tysiącach metrów, nie zostawiłby po sobie istotnego śladu.

Szrebska przeniosła wzrok na profesora.

– To wszystko? – zapytała.

– A co więcej mogę powiedzieć bez monety?

Zastanawiała się przez moment, po czym nagle wyciągnęła otwartą dłoń do Forsta. Ten spojrzał na nią skołowany i dopiero po chwili zrozumiał, o co chodzi. Wyciągnął komórkę z kieszeni i podał ją dziennikarce.

– Niech pan spojrzy, może na tym telefonie będzie lepiej widać – powiedziała.

Starzec powoli wyjął futerał z okularami i westchnął. Przez chwilę przyglądał się zdjęciu, a potem zsunął okulary na czubek nosa i spojrzał na rozmówców spode łba.

– Przejście z didrachm na tetradrachmy nastąpiło na początku piątego wieku przed naszą erą – poinformował. – Sama tetradrachma wywodzi się oczywiście z Aten, ale swoje wersje miały także Sparta, Troja, Sycylia… generalnie rzecz ujmując, ateńskiej monety używano powszechnie w hellenistycznym świecie, nawet w miastach wrogich samym Atenom.

– To fascynujące – wtrącił Wiktor. – Ale…

– Niechże pan nie przerywa.

– Chciałem tylko zaproponować, by podkręcił pan tempo.

Naukowiec obrzucił komisarza pełnym dezaprobaty spojrzeniem.

– Tradycyjna tetradrachma na awersie miała podobiznę Ateny, na rewersie zaś sowę. Ponieważ jednak jej cyrkulacja była tak powszechna, powstały różne odmiany. Waluta ta dotarła do Azji Mniejszej, Wielkiej Grecji i innych krain w basenie Morza Śródziemnego. Wraz z Aleksandrem Wielkim znalazła się na terenach dzisiejszych Indii i Iranu.

– A skąd pochodzi nasza? – zapytała Olga, nadal opierając brodę na rękach. – Da się to ustalić? – dopytała, jakby chodziło co najmniej o odkrycie wzoru na wykrywacz ciemnej materii.

– Odpowiedź można uzyskać bardzo łatwo.

– Więc niech pan nas oświeci – wtrącił Forst.

– Wystarczy przeczytać inskrypcję na rewersie.

– Moja znajomość greki jest nieco przykurzona – odparł Wiktor.

Starzec przewrócił oczyma.

– Dla wolności Jerozolimy – powiedział. – Tak głosi napis.

Zapadło milczenie. Szrebska zastanawiała się przez moment nad tym, jaki związek może mieć Jerozolima z ofiarą na Giewoncie. Nic nie przychodziło jej do głowy.

– Ponadto na rewersie widnieje palma, co każe nam sądzić, że mamy do czynienia z numizmatem bitym około pierwszego wieku naszej ery. Wcześniej byłoby to niemożliwe z oczywistych względów, a później nie może być mowy o użyciu tetradrachmy, gdyż wyszła z obiegu.

Forst i Szrebska znów wymienili się zdezorientowanymi spojrzeniami.

– Co to może oznaczać? – zapytała Olga, bardziej siebie niż towarzyszy.

– Nie mnie to oceniać – odparł profesor, po czym wziął torebkę z frytkami i się podniósł. Przez moment patrzył na rozmówców, jakby się nad czymś zastanawiał. – Mogę zapytać, o co chodzi w tej sprawie?

– Nie – odparł Wiktor.

– Mniemam, że ma to coś wspólnego z tym nieszczęśnikiem na Giewoncie?

– Po czym pan wnosi?

– Widziałem panią Szrebską w telewizji, u zbocza góry. A teraz jest tutaj, poszukując informacji o antycznej monecie. Nie trzeba wiele, by powiązać jedno z drugim.

Olga uśmiechnęła się blado i skinęła głową. Nie zamierzała grać głupa, wiedząc, że tylko urazi tym uczonego.

– Dziękujemy panu za pomoc – powiedział Forst.

Starzec przez chwilę trwał w bezruchu, po czym skinął głową i ruszył do wyjścia. Wiktor i Szrebska siedzieli w milczeniu, obserwując, jak kolejne osoby odchodziły od kontuaru z bombami kalorycznymi na tackach.

 

– Co teraz? – zapytała Olga.

Forst podniósł się z miejsca.

– Przeszukamy archiwa NSI – powiedział.

– Co takiego?

– Pojedziemy do tutejszej siedziby twojej stacji telewizyjnej, a następnie zagłębimy się w archiwach.

– I do czego ma nam się to przydać?

– Do znalezienia sprawcy.

– Chowa się w archiwum NSI?

– Niezupełnie.

– Więc po co ta wycieczka?

– Wychodzę z założenia, że skoro sukinsyn tak sobie z nami pogrywa, być może ma już doświadczenie.

– Myślisz, że zabijał wcześniej?

Forst wzruszył ramionami i spojrzał w kierunku wyjścia. Gdy Olga nie poruszyła się ani o centymetr, spiorunował ją wzrokiem.

– Jeśli chcesz coś jeszcze przekąsić, weź na wynos – burknął.

– Nie.

– Więc czemu siedzisz jak kołek?

– Bo zamiast jeździć do archiwum NSI, mogę poszperać w Internecie – odparła, wyciągając z torby macbooka. Postawiła go na stole i otworzyła. – I gdybyś był tak uprzejmy, przynieś mi mcwrapa.

Otaksował ją i uniósł brwi.

– Coś nie tak? – zapytała.

– Twoja figura jakoś nie pasuje do fast foodów.

– Pozwalam sobie na rozpustę, ilekroć badam sprawę trupa powieszonego na krzyżu.

Po chwili postawił przed nią placek z kurczakiem, a sobie wziął pepsi. Pociągnął łyk, stając obok niej.

– Masz coś? – zapytał.

– A jak myślisz? – odparła, nie odrywając wzroku od monitora. – Z pewnością kojarzylibyśmy inne morderstwo, gdyby ktoś umieścił obol w ustach ofiary. Tymczasem nic takiego nie pamiętam, a ty?

Pokręcił głową.

– Jeśli coś takiego naprawdę miało miejsce, to Wikipedia i Google również cierpią na amnezję.

– Sprawdzaj dalej – powiedział, siadając po drugiej stronie stolika.

– Taki mam zamiar.

Wróciła wzrokiem do ekranu macbooka. Przez moment się zastanawiała, a potem zalogowała się do bazy danych NSI. Być może nie było sensu przekopywać się przez archiwa, ale jeśli podobne morderstwo miało kiedykolwiek miejsce, powinien być po nim ślad w zdigitalizowanych zasobach.

Niczego jednak nie znalazła. Żadnych monet, żadnego nawiązania do Jerozolimy.

Kiedy Forst skończył paczkę gum, oboje uznali, że wrócili do punktu wyjścia.

8

Starzec siedział zgarbiony przed komputerem. Na Onecie przeczytał o nietypowym posunięciu, na które zdecydowała się dziennikarka NSI. Nie do końca pojmował istotę portali społecznościowych, ale zrozumiał, że Szrebska zamieściła w publicznym miejscu stopklatki z nagrania. Powiększenie było na tyle duże, że można było wyraźnie zobaczyć ofiarę.

Gdy stary zobaczył twarz Marka Chalimoniuka, zupełnie zdębiał.

Potrzebował chwili, by dojść do siebie.

Kątem oka dostrzegł, że jego grubawy kot zbliżył się do krzesła i teraz niepewnie ocierał się o jego nogę. Antoniusz nieśmiało zabiegał o uwagę, jak zawsze. Za chwilę napuszy się i tyle będzie z czułości. Starzec dobrze znał swoje zwierzę.

– Zaczyna się – powiedział.

Kot miauknął cicho w odpowiedzi.

Łysiejący mężczyzna wszedł na stronę TVN24. Trochę trwało, zanim się załadowała, a dodatkowo nie działały filmy. Kilkakrotnie dzwonił w tej sprawie do wnuka, ale ten ciągle zwlekał z odwiedzinami. Mężczyzna zaczynał zastanawiać się nad wynajęciem informatyka.

Gdy strona się załadowała, znowu zaniemówił.

„Dziennikarka udostępniła kolejne zdjęcia” – informował napis na żółtym tle. Starzec czym prędzej na niego kliknął, czując, jak niezdrowo przyspiesza mu serce.

Zaraz potem zobaczył fotografię, która przyprawiła go o palpitacje.

„Dziennikarka NSI, Olga Szrebska, twierdzi, że moneta widniejąca na zdjęciu znajdowała się w gardle zmarłego. Podobnie jak w przypadku poprzedniego wpisu, prosi o pomoc w identyfikacji. Wedle jej wstępnych ustaleń, jest to…”.

Starzec przestał czytać.

Doskonale zdawał sobie sprawę, że to tetradrachma.

A zatem miał potwierdzenie. Więcej nie musiał wiedzieć.

9

Wyszli z McDonalda i Forst skrzywił się, czując, jak impuls bólu przemyka mu między skroniami. Mógł zapytać Szrebską o paracetamol lub kupić go na stacji benzynowej, jednak ogólnodostępne, proste preparaty nigdy mu nie pomagały. Brał saridon, dostępny bez recepty, ale o bardziej złożonym składzie.

Lekarze nie wiedzieli, skąd biorą się jego bóle głowy. Robił prześwietlenia, chodził do neurologów, ale żaden z nich nie umiał udzielić konkretnej odpowiedzi. Zresztą nie tylko oni rozkładali ręce – migrena wciąż pozostawała jedną z niezgłębionych tajemnic mózgu. Nikt nie wiedział, skąd się bierze, ani co tak naprawdę ją wywołuje.

Zmrużył oczy i popatrzył na Olgę. Szła w kierunku opla z nosem w komórce, uśmiechając się przy tym.

– Dobre wieści? – zapytał.

Podniosła wzrok, a potem pokazała mu ekran telefonu.

– Żartujesz? – zapytał z niedowierzaniem Forst. – Znów wrzuciłaś fotkę na Facebooka?

– Crowdsourcing już raz się sprawdził, prawda?

– Ale wtedy nie zdobyłaś materiałów nielegalnie.

– Teraz też nie. Sam przesłałeś mi zdjęcie.

Wiktor pokręcił głową, ale w duchu pochwalił dziewczynę za to, że nie traci czasu – i niespecjalnie przebiera w środkach, co jeszcze bardziej mu się podobało. Sam zawsze działał wiedziony instynktem. Nie kalkulował, nie planował rzeczy z wyprzedzeniem i nie przejmował się konsekwencjami. Nieraz powodowało to komplikacje – o czym mógł poświadczyć austriacki turysta nad Morskim Okiem – ale koniec końców Forst zawsze wychodził z opresji obronną ręką. Poza tym nawet gdyby chciał, nie potrafiłby się zmienić. Twierdził, że jego charakter jest jak dieta – ulega zmianom tylko na chwilę.

– Wyłącz lepiej telefon – zaproponowała Olga. – Przypuszczam, że cała małopolska policja zaraz będzie się do ciebie dobijać.

Skinął głową, uznając to za prawdopodobny scenariusz. Wyłączył smartfona, a potem przekonał się, że paczka Big Redów świeci pustkami. Zgniótł ją i wsadził z powrotem do kieszeni.

– Gdybyś wciąż palił, powiedziałabym, że brakuje ci tylko kowbojskiego kapelusza.

– Co?

Otaksowała go wzrokiem.

– Wyglądasz jak Marlboro Man.

– Z tego co wiem, Marlboro Man zmarł na raka.

– Ty nie zamierzałeś?

– Bynajmniej. Ja paliłem westy.

– To rzeczywiście lepiej rokowało – skwitowała.

– Bez prozdrowotnych gadek. Rzuciłem między innymi po to, żeby ich nie słuchać.

Uniosła otwarte dłonie.

– Ode mnie nigdy byś ich nie usłyszał – powiedziała, a potem wskazała na nalepkę o dostępności sieci w McDonaldzie. – Wychodzę z założenia, że w świecie, w którym łatwiej o darmowe Wi-Fi, niż o darmowe jedzenie, każdy może zabijać się w sposób, jaki uzna za najgłupszy.

Wiktor zatrzymał się i powiódł wzrokiem dokoła. Bez słowa zawrócił, pozostawiając zdezorientowaną dziennikarkę przed centrum handlowym. Wszedł do środka i skierował się do Inmedio. Stanął przed całym panteonem papierosów i przez moment wodził wzrokiem po opakowaniach. Zmieniły się przez te dwa lata, które upłynęły na robieniu wszystkiego, by nawet nie patrzeć w ich stronę.

– Co podać? – zapytała ekspedientka.

Forst przełknął ślinę. Nie zastanawiał się nad tym, co zamierzał zrobić. Podjął decyzję szybko, zanim zdążył się rozmyślić. A teraz klamka już zapadła.

– Paczkę westów poproszę – powiedział.

– Niestety nie mam. Marlboro może być?

Przez moment wbijał wzrok w kobietę. Potem pokręcił głową i wyszedł z powrotem do holu centrum handlowego. Nie miał zamiaru zaprzepaścić prawie trzydziestu miesięcy niepalenia dla jakichkolwiek innych papierosów.

Mógłby pójść do innego sklepu, ale zrezygnował. Wyszedł na zewnątrz i zobaczył, jak spod McDonalda odjeżdża czerwony opel astra. Tego się nie spodziewał.

Szrebska zatrzymała auto tuż przed wyjazdem, a potem mrugnęła prawym i lewym kierunkowskazem. Wiktor powolnym krokiem skierował się do auta. Po drodze wyrzucił pustą paczkę gum i otworzył nową. Wsiadł do samochodu w milczeniu.

Spojrzeli na siebie.

– Wiesz, na czym polegają relacje międzyludzkie, Forst?

– Mniej więcej. Moja córka usilnie mnie ich uczy.

– Masz córkę? – spytała z niedowierzaniem.

– Nie – odparł. – Ale pasowałbym na samotnego ojca, prawda?

Wywróciła oczami, a potem ruszyła przed siebie. Wyjechała na aleję Pokoju i skręciła w prawo. Forst poczuł niepokój, gdy wjeżdżała na rondo Dywizjonu 308, bo nie zauważył, by choć rzuciła okiem, czy coś nadjeżdża.

– Dokąd jedziemy? – zapytał.

– Na kawę.

– Jeśli ta w McDonaldzie ci nie odpowiadała, obok było Coffeeheaven.

– Miałam na myśli coś czarnego i oleistego jak smoła.

Olga skręciła w Nowohucką i po minięciu stadionu AWF-u zjechała w lewo. Zaparkowała nieopodal jednego z wydziałów Politechniki Krakowskiej, a potem wskazała Wiktorowi stary wagon tramwajowy. Forst wytężył wzrok i dostrzegł, że w środku klienci popijają kawę.

– Pantograf Cafe – oznajmiła, wychodząc z auta. – W jakiś sposób to miejsce mi do ciebie pasuje.

Gdy weszli do środka, Wiktor omiótł wzrokiem wnętrze osobliwej kafejki. Przywodziła na myśl klimat lat dziewięćdziesiątych. Widząc stare kasowniki, Forst miał ochotę sięgnąć do portfela po bilet.

Usiedli przy dwuosobowym stoliku, zamawiając po filiżance kawy, rzekomo prosto z Papui-Nowej Gwinei. Smakowała tak, że już po pierwszym łyku miał jeszcze większą ochotę zapalić.

– Pomyślmy – odezwała się Szrebska. – Co Jerozolima i antyczna Grecja mogą mieć wspólnego z naszym umarlakiem?

– Nic.

– Wykładał podstawy współczesnej archiwistyki, ale może prowadził też inne wykłady?

– Wygląda na to, że nie.

– Trzeba popytać – zaoponowała Olga, wyciągając telefon. Szybko odnalazła numer do dziekanatu Uniwersytetu Rzeszowskiego, a potem podała imię, nazwisko i swoją medialną afiliację. Forst stwierdził, że otwiera ona drzwi szybciej niż policyjna odznaka.

Nie minęło pięć minut, a Szrebska zdołała dowiedzieć się, że doktor Marek Chalimoniuk prowadził także fakultet o historii Słowiańszczyzny.

– Kolejny ślepy zaułek – skwitowała Olga, gdy się rozłączyła. – Chyba że nie wiem o jakichś związkach Słowian z Jerozolimą i Grecją.

Forst odpowiedział, wbijając wzrok w menu. Dziennikarka zamówiła „śniadanie kanara”, on wziął dla siebie szynobułę, nie bardzo wiedząc, czego się spodziewać. Potem opróżnił filiżankę i rozejrzał się, jakby gdzieś tutaj mógł znaleźć odpowiedzi na pytania, które piętrzyły się w jego głowie.

Nie był specjalistą od portretów psychologicznych, ale mimo to starał się sprofilować mordercę. Sprawca z pewnością nie chciał pozostać całkowicie anonimowy, inaczej nie zostawiłby numizmatu. Oznaczało to, że chciał powtórzyć swój czyn, ponownie się podpisując – albo że już to kiedyś zrobił i zostało to niezauważone.

FBI w stosunku do takich ludzi posługiwało się typologią Holmes and Holmes. Opierała się ona na analizie zachowania sprawcy na miejscu zdarzenia i wyróżniała kilka rodzajów zwyrodnialców. W tym przypadku mogła być mowa o drugiej grupie – morderców skupionych na procesie. W przeciwieństwie do tych, dla których liczył się sam czyn, ci zabijali powoli. Napawali się cierpieniem i czerpali nieludzką przyjemność z tego, co prowadziło do śmierci ich ofiar.

Zabójca z Giewontu pasował do tej grupy. Wyróżniano w niej dwa podtypy: morderców hedonistycznych i maniaków mocy i władzy. Ci drudzy najczęściej mieli pełną kontrolę nad miejscem zabójstwa, często dusili ofiary i pokazywali, że są panami sytuacji.

Uważali się za bogów. Władców życia i śmierci.

Forst potrząsnął głową i odsunął pustą filiżankę. Kawa sprawiła tylko, że głowa zaczęła boleć go jeszcze bardziej.

– Co teraz? – odezwała się Szrebska. – Co robicie w wydziale, kiedy budzicie się z ręką w nocniku?

– Kluczymy po znanych terytoriach dopóty, dopóki czegoś nie wyłowimy.

– Więc gdzie pokluczymy?

– Nigdzie – odparł Wiktor.

Spojrzała na niego wyczekująco, ale nie miał nic do dodania. Prokuratura sprawdzi wszystkie najbardziej oczywiste tropy, zapewne nie odnajdując niczego znaczącego. Oni zaś mogli liczyć tylko na nieoficjalne metody – i wszystko wskazywało na to, że już wszystkie wyczerpali.

Forst podniósł bułę wypchaną warzywami, serem i szynką, i zaczął zmagania, by jakoś ugryźć kawałek.

– Znam pewnego emerytowanego dziennikarza śledczego – powiedziała Szrebska.

– Gratuluję – odbąknął z pełnymi ustami. – Ja mam w rodzinie topiarza fryty.

– Słucham?

– Mój chrzestny topił frytę. Tę używaną do wyrobu ceramiki, bynajmniej niezwiązaną z KFC czy McDonaldem. Choć z drugiej strony…

– Świetnie, ale on nam się nie przyda.

– A emeryt tak? Zrozumiałbym, gdybyś znała jakiegoś mincerza antycznego, ale…

 

– Zna wszystkie sprawy, jakie miały miejsce po osiemdziesiątym dziewiątym – ucięła Olga. – I to bezpośrednio, bo blisko się im przyglądał.

– Nie wiem, czy to dobrze o kimkolwiek świadczy.

– Wcześniejsze morderstwa też zna, choć raczej z przekazów medialnych i opracowań. To prawdziwy znawca tematu.

Forst również orientował się w tej materii, ale nie na tyle, by być chodzącą encyklopedią polskich morderców. Dopiero gdy Szrebska przeszperała Internet, przypomniał mu się szereg degeneratów, których normalni ludzie nie chcieli pamiętać.

Skorpion zabił pięć osób w dwa tysiące pierwszym. Wampir z Zagłębia w latach sześćdziesiątych – czternaście kobiet. Frankenstein z Bytomia – sześć ofiar. Zabójca Dżentelmen – trzydzieści. Był też morderca z Sulejowa, skazany w dziewięćdziesiątym trzecim na karę śmierci, na którą wówczas obowiązywało moratorium. A był to tylko wierzchołek góry lodowej. Biorąc to wszystko pod uwagę, trudno było się dziwić, że ostatecznie doszło do czegoś tak spektakularnie wynaturzonego, jak zabicie Chalimoniuka na Giewoncie.

– Więc jak? – zapytała dziennikarka.

– Dzwoń. I tak nie mamy innego tropu.

Szrebska wybrała numer i szybko dowiedziała się, że znajomy emeryt przebywa obecnie na wakacjach w Chorwacji.

– To ważna sprawa, Janek – powiedziała. – Tak, wiem, że ciebie też kosztuje ta rozmowa… tak, zwrócę ci co do grosza, jak tylko… owszem, chodzi o tego trupa w Tatrach.

Forst wydął usta.

– W porządku – dodała pod nosem. – Mogę zadzwonić za chwilę. Wyślij mi SMS-a, jak… okej, do usłyszenia.

Odłożyła iPhone’a na stół i wbiła wzrok w wyświetlacz.

– Nie może teraz rozmawiać, musi nasmarować się kremem – burknęła.

– Jest marzec.

– Nie chciałam wnikać. Na emeryturze różne pomysły przychodzą człowiekowi do głowy.

– Mnie będą przychodzić tylko takie, żeby przetestować wszystkie gatunki whisky.

– Wiele ich chyba nie ma.

Komisarz uniósł brwi.

– Szkocka single malt, szkocka zbożowa, szkocka mieszana, irlandzka single grain, burbony Kentucky i non-Kentucky, Tennessee whiskey…

– W porządku, w porządku. – Olga uniosła ręce, nadal nerwowo spoglądając na telefon.

Zamilkli i Forst skorzystał z okazji, by zastanowić się nad tym, jakie konsekwencje będą mu groziły, gdy w końcu zgłosi się na komendę. Emerytury raczej nie doczeka. Zrobienie zdjęć materiałom dowodowym zasadniczo było równoznaczne z wyniesieniem ich z miejsca przestępstwa. Z pewnością nie skończy się na naganie.

Ale wolał teraz o tym nie myśleć.

Póki jeszcze był na wolności, chciał odkryć jak najwięcej kart w tej dziwnej rozgrywce. Przeszło mu przez myśl, że skoro Szrebska zamieściła zdjęcia monet w mediach społecznościowych, ktoś prędzej czy później się do nich odezwie. Jeśli istniał związek z jakimiś starymi sprawami, to właśnie w crowdsourcingu trzeba było upatrywać nadziei na jego odkrycie. Wiszenie na linii z Chorwacją nie miało większego sensu.

Mimo to z niecierpliwością wpatrywał się w iPhone’a. W końcu przyszedł SMS i Szrebska znów wybrała numer znajomego. Szybko wyjaśniła mu sprawę i to, czego od niego oczekują. Potem przez chwilę milczała i Wiktor nie słyszał, by rozmówca coś mówił. Włączyła głośnik i położyła smartfona na stole.

– Jesteś, Janek? – zapytała.

– Sięgam pamięcią daleko – zaczął mężczyzna. – Ale nie kojarzę niczego podobnego.

– Ale…

– Poczekaj Szrebska, nie skończyłem.

– No, mów.

– Niczego podobnego w Polsce – dopowiedział. – Nasi rodacy zdolni są do wyjątkowych bezeceństw, o czym zapewne wie twój policjant, ale w tym przypadku to nie na nich należy zwrócić uwagę.

– Mój policjant?

– Jak się rozłączyliśmy, dzwoniłem do żony – odparł stary dziennikarz. – Za to połączenie też mi zapłacisz.

– Nie jesteś tam z nią?

– Z tą heterą? Zwariowałaś? – prychnął. – Powiedziała mi, że w mediach trąbią o waszej dwójce. Rzekomo tego faceta szuka Komenda Wojewódzka.

Wiktor spojrzał na dziennikarkę i wzruszył ramionami.

– Słucha tego, co mówimy, prawda? – zapytał Janek.

– Tak.

– W takim razie niech się dwa razy zastanowi, zanim zrobi kolejny krok. Niebawem wszyscy się na niego rzucą. Media, przełożeni, zwykli ludzie.

– Chyba już się zastanowił.

– Wątpię – odbąknął rozmówca. – Gdyby to zrobił, wiedziałby, że pora wynosić się z kraju. I tobie proponuję to samo, Szrebska, bo skoro media już zwęszyły, że mu pomagasz, to niebawem służby wezmą się i za ciebie.

– Przejdziesz do rzeczy?

– Tak – odparł i zaczerpnął tchu. – Pamiętam pewną sprawę, może z dziewięćdziesiątego pierwszego.

Forst nachylił się do telefonu.

– Rzecz miała miejsce na Białorusi, więc nie wiemy wiele. Chodziło o jakiegoś nastolatka, który został pocięty siekierą czy innym podobnym narzędziem. Na domiar złego morderca starał się wepchnąć biedakowi monetę między górne jedynki. Nie udało mu się, przynajmniej dopóki nie pomógł sobie nogą.

Szrebska się skrzywiła.

– Nic przyjemnego, choć chłopak już wtedy nie żył – ciągnął dalej rozmówca. – Nie pamiętam dokładnie, co to była za moneta, ale coś starego. Wyjątkowo starego, może nawet antycznego.

– KGB RB znalazło sprawcę? – włączył się Wiktor.

– Nie. I z tego co pamiętam, wówczas na Białorusi było jeszcze KGB BSRR. Choć pewien nie jestem, dziewięćdziesiąty pierwszy to był przejściowy rok.

– Skąd pan wie o tej sprawie? – zapytał komisarz.

– Za sprawą agenta rosyjskich służb, który kiedyś opowiedział mi o niej przy wódce. Ponieważ ichniejsze i białoruskie KGB nie namierzyło mordercy, cała sprawa została wyciszona. Reputacja służb to wyznacznik ich bytu, ale o tym wie pan doskonale.

– Janek – odezwała się Olga. – Potrzebujemy więcej informacji o tej sprawie.

– Mogę dać wam namiar na tego agenta. Obecnie robi w FSB. Ugodowy facet, o ile macie dolary lub euro, rubli nie przyjmuje.

Spojrzeli po sobie, a potem Szrebska wyciągnęła kartkę i zapisała imię, nazwisko i adres.

– A numer telefonu? – zapytała.

– Nie znam. Facet chętnie bierze w łapę, ale jest ostrożny.

– To jak można się z nim skontaktować? – zapytał Forst.

– Na miejscu. Pod adresem, który wam podałem.

Po chwili rozmówca się rozłączył, a Wiktor i Szrebska spojrzeli po sobie. Zdawali sobie sprawę, że pozostało im tylko jedno. Trudno im było jednak łudzić się, że powiedzie się plan opuszczenia granic województwa, a co dopiero kraju.

Komisarz ugryzł szynobułę.

– Ten facet mógłby wiele nam powiedzieć – odezwał się.

– Co ty powiesz?

– I w Rosji nie bylibyśmy na celowniku.

– W Rosji każdy jest na celowniku – odparła.

– Słuszna uwaga – powiedział Wiktor, zgarbiwszy się nieco. Potarł skronie, przypuszczając, że cokolwiek by nie postanowili, najgorsze dopiero nadejdzie.

– I potrzebne byłyby nam wizy – dodała. – Nie mówiąc o moim paszporcie, który jest w Warszawie.

– O ile zamierzalibyśmy legalnie przekroczyć granicę.

– No tak – odparła Szrebska w zamyśleniu, wpatrując się gdzieś za okno. Po chwili przeniosła wzrok na Forsta i ściągnęła brwi. – Apetyt ci dopisuje – powiedziała.

– Jak się denerwuję, dużo jem.

– Nie widać po tobie.

– Bo biegam rano. Spalam wszystkie grzechy dnia poprzedniego.

– Alkohol?

Wzruszył ramionami.

– Bieg wprost idealnie zeruje promilowy stan konta – powiedział.

– Szkoda, że zawodowego ci nie wyzeruje – odparła, znów wbijając wzrok w budynek za oknem. – Dlaczego chcą cię udupić, co? Zastanowiłeś się nad tym porządnie?

– Nie.

– To może najwyższa pora?

– Nie mam pomysłu.

– Wcześniej też nie byłeś lubiany w jednostce?

– Nieprzesadnie.

Nie miał zamiaru się nad tym rozwodzić, bo takie gdybanie do niczego nie prowadziło. Nikt w komendzie nie potrafił podać mu powodu dyscyplinarki, więc tym bardziej nie wykoncypuje tego sam, siedząc w uziemionym tramwaju.

– Ale teraz nie ja jeden jestem persona non grata polskiej policji – dodał, wskazując na nią.

– Nie żartuj sobie.

– Nie żartuję. Jak tak dalej pójdzie, zaczną szukać czegoś także na ciebie.

Olga zaśmiała się pod nosem i pokręciła głową.

– Jak tak dalej pójdzie, dostanę za ten reportaż nagrodę Grand Press.

– Na to liczysz?

– Oczywiście – odparła. – Z jakiego innego powodu miałabym tu z tobą siedzieć?

Spojrzał na nią badawczo. Dotychczas oboje podchodzili do całej sprawy raczej lekko, ale był to tylko mechanizm obronny. W końcu trzeba było spojrzeć prawdzie w oczy – dalsze podążanie tą drogą zaprowadzi ich oboje do więzienia.

Wiktor zaczął zastanawiać się, czy warto ryzykować.

Może białoruska moneta miała coś wspólnego z tą, którą znalazł w ustach Chalimoniuka, a może nie. Nawet jeśli istniał jakiś związek, to czy opłacało się go sprawdzać?

Komisarz nie zdążył się nad tym zastanowić, bo Szrebska nagle podniosła się i skierowała do lady. Uregulowała rachunek, a potem skinęła na policjanta i ruszyła na zewnątrz.