Echo z otchłaniTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Echo z otchłani
Echo z otchłani
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 68,80  55,04 
Echo z otchłani
Echo z otchłani
Echo z otchłani
Audiobook
Czyta Krzysztof Plewako-Szczerbiński
36,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

4

Nie najlepsze lądowanie, skwitował w duchu Dija Udin. Z trudem opuścił kadłub, uważając, by nie zranić się powyrywanymi elementami poszycia. Wyszedłszy na zewnątrz, uznał, że już nigdzie nie polecą. Zniszczenia przekraczały możliwości naprawy.

– Żyjesz? – zapytał.

Nie otrzymał odpowiedzi. Rozejrzał się wokół, orientując się, że mógł trafić gorzej. Wbili się w hałdę ciemnego piachu, tymczasem już kawałek dalej znajdowały się postrzępione skały.

– Pytałem o coś, sukinsynu – dodał, nadal lustrując wzrokiem okolicę. Spodziewał się, że jeśli przetrwała tu jakaś grupa ludzi, mieszkańcy natychmiast popędzą do wraku. Wyspa była niewielka i niemal w całości zajęta przez wulkan – cały płaski teren w północno-zachodniej części można było przemierzyć truchtem.

Stwierdziwszy, że w pobliżu nikogo nie ma, Alhassan wrócił do roztrzaskanego wahadłowca. Podciągnął się na poszyciu i zajrzał do środka.

– Jeśli wyzionąłeś ducha, a ja tego nie widziałem, będę niepocieszony.

– Żyję… – odparł słabo Håkon.

– To wychodź. Pogoda piękna jak na Rah’ma’dul.

– Albo na Quae’hes.

– Gdzie?

– Tej planecie z pulsarem. Nie pamiętasz?

– Od tamtych przeskoków w czasie wszystko mi się zaczęło merdać. Wychodzisz?

Lindberg z trudem opuścił statek, w ostatnim etapie korzystając z wyciągniętej ręki Dija Udina. Ten dostrzegł, że towarzysz ma liczne urazy – wszystkie jednak zdawały się powierzchowne.

– Masz ryło zalane krwią – poinformował go. – Usiądź.

Posadził Lindberga przy promie, a potem jeszcze raz skontrolował okolicę. Do tej pory z pewnością ktoś powinien się tu zjawić.

– Daleko stąd jest to miasto? – zapytał Alhassan.

– To dość durne pytanie, nawet jak na ciebie, skoro nie wiem, gdzie się rozbiliśmy.

– W hałdzie piachu.

– Aha.

Håkon dotknął rękawem rozciętego łuku brwiowego, krzywiąc się. Ubranie natychmiast zabarwiło się na czerwono.

– Jedyne miasto, Edynburg Siedmiu Mórz, znajduje się na północy. Jeśli posadziłeś nas na równym terenie, to może dzielić nas od niego maksymalnie kilka kilometrów.

Lindberg przymknął oko, gdy strużka krwi spłynęła mu z czoła.

– Głębokie mam rozcięcia? – zapytał.

– Nie wiem.

– Sprawdź.

– Nie chcę patrzeć na twoją facjatę. Teraz wygląda gorzej niż kiedykolwiek wcześniej.

– Uratowałem ci tyłek, Alhassan, mógłbyś…

– Dobra, już dobra – uciął nawigator, po czym obejrzał obrażenia kompana. – Wezmę ze statku apteczkę – dodał, podnosząc się. – I dlaczego w ogóle mi pomogłeś?

– Bo wierzę, że możesz okazać się przydatny. Przecież ci mówiłem.

Dija Udin wszedł do kadłuba i zaczął przewracać pojemniki z racjami żywnościowymi.

– Równie dobrze sam mógłbyś sprawdzić, skąd ten pośpiech w wysłaniu Kennedy’ego. Alhassan zda się psu na budę.

– Jesteś przedstawicielem prastarej rasy – zaoponował Håkon słabym głosem.

– Tylko jednym z wielu klonów. W ogólnym rozrachunku jestem wart tyle, co Murzyn na polu bawełny w dziewiętnastowiecznej Wirginii.

– To porównanie nie od parady? – zainteresował się Skandynaw.

– Co?

– Mówiłeś mi kiedyś, że przebywałeś na Ziemi od dziewiętnastego wieku.

– Fakt, mówiłem – potwierdził Dija Udin, znajdując w końcu to, czego szukał. – Pamiętam też doskonale, w jakich okolicznościach. Torturowałeś mnie, sukinsynu.

– Który to był dokładnie rok, kiedy się tu zjawiłeś?

– Tysiąc osiemset czterdziesty pierwszy. Piękne czasy. Dwie Kanady połączyły się w jedno państwo, a Harrison został prezydentem USA. Biedny stary skurczybyk, kojfnął już w trzydziestym którymś dniu kadencji.

– Dija Udin…

– Thomas Cook zaczynał swoją działalność – ciągnął dalej rozrzewniony Alhassan. – Zorganizował pierwszą wycieczkę turystyczną na trasie z Leicester do Loughborough. Niestety cel był całkowicie haniebny. Pierwsi turyści chcieli dostać się na zlot abstynentów. Wyobrażasz sobie?

– Dija Udin…

– Czego? – zapytał, podciągając się na kawałku metalu.

Ledwo spojrzał na zewnątrz, a nie musiał już czekać na odpowiedź. Przed Håkonem stało kilkanaścioro ludzi, którzy przywodzili na myśl raczej mieszkańców jednej z planet dostępnych przez Terminal niż mieszkańców Ziemi. Dolną część ich twarzy zakrywały czarne, masywne maski, które w miejscu ust miały niewielką kratkę. Białka oczu mieli pokryte siatką czerwonych naczynek, a tęczówki i źrenice jakby wyblakłe. Kształt głowy także był nienaturalny niczym zduszony imadłem z obu stron.

Alhassan ostrożnie przełożył nogę przez kawałek poszycia, a potem opuścił się na piasek. Widział, że przybysze trzymają w dłoniach niewielkie urządzenia przypominające niegdysiejsze piloty. Nie ulegało wątpliwości, że to broń – na razie niewycelowana w nikogo.

– Co to ma być? – zapytał Dija Udin.

– Gospodarze, najwyraźniej.

– Nie wyglądają mi na twoich pobratymców.

– Bo przez kilkaset lat nie dostali nowej krwi – odparł astrochemik, gdy Alhassan przykucnął obok i podał mu apteczkę. – Jeszcze zanim rozpoczęła się Ara Maxima, ograniczona pula genetyczna tej wyspy doprowadziła do masowego występowania astmy i jaskry.

– W takim razie problem się pogłębił. Teraz mają jajowate łby.

– Jak faraonowie.

– Co?

– Egipskie rodziny królewskie nie mieszały krwi z ludźmi o niższym statusie społecznym, przez co zawierano małżeństwa wyłącznie z krewnymi. Zaowocowało to jajowatym kształtem głowy, który możesz zaobserwować na niektórych dziełach sztuki z Osiemnastej Dynastii.

– Żartujesz sobie?

– Nie.

– Mam na myśli to, że paplasz w najlepsze, a ci ludzie mają broń.

– Widzę, że mają – odparł Håkon, otwierając apteczkę. Wyjął z niej laserowy skaner i przesunął nim po miejscach, które ucierpiały najbardziej. Mieszkańcy Tristan da Cunha przyglądali się temu z obojętnością, podczas gdy Alhassan bacznie lustrował ich wzrokiem.

Nadal nie odzywali się słowem. Stali w bezruchu, jakby było im wszystko jedno, kim są nieproszeni goście.

– Pomóż mi wstać – powiedział Lindberg, gdy skończył diagnozę.

Alhassan niechętnie posłużył mu ramieniem, po czym ustawili się naprzeciw gospodarzy.

– Halo? – zapytał Dija Udin, patrząc w wyblakłe oczy jednego z nich. Od razu zrozumiał, że nie usłyszy żadnej odpowiedzi. Håkon również musiał zdawać sobie z tego sprawę – a mimo to podjął próbę nawiązania kontaktu. Przedstawił ich i oznajmił, że nie mają wrogich zamiarów.

Tubylcy nadal milczeli, nie poruszając się.

– Dziwna banda – ocenił Alhassan. – Trudno powiedzieć, o co im chodzi.

Skandynaw odepchnął go, a następnie uniósł otwarte dłonie. Gdy zaczął się do nich zbliżać, Dija Udin przygotował się na najgorsze.

– Nie wiem, czy to dobry pomysł – powiedział.

– Nie widzę innego wyjścia – odparł Håkon. – Musimy nawiązać kontakt.

– Może lepiej stacjonarnie.

– Martwisz się o swojego wybawcę, Alhassan?

– Niezbyt. Po prostu logicznie rozumuję, że lepiej byłoby, gdybyśmy obaj przeżyli.

Naukowiec zatrzymał się o krok od mieszkańców wyspy. Ci zdawali się wreszcie dostrzec przybyszy. Spojrzeli na nich zamglonym wzrokiem, jednak nadal się nie odezwali. Dija Udin zarejestrował, że jeden z nich uniósł nieznacznie broń. Pożałował, że służbowe beretty zostały gdzieś we wraku.

– Nazywam się Håkon Lindberg – powtórzył Skandynaw. – Byłem astrochemikiem na pokładzie ISS Accipitera, statku wchodzącego w skład misji Ara Maxima. Z pewnością o niej słyszeliście.

Stojący naprzeciw Håkona tubylec dał krok w tył. Zaraz później to samo zrobiła reszta, z wyjątkiem jednego. Najwyraźniej był to przywódca, bo gdy ruszył w przód, mijani mieszkańcy skłonili się lekko. Załoganci Kennedy’ego zrobili to samo.

– Czego tu szukacie? – zapytał chrapliwym, zniekształconym głosem. Posługiwał się lingua universalis, choć z dawną brytyjską manierą.

– Dobre pytanie – odparł Dija Udin.

Tubylec nawet na niego nie spojrzał. Wbijał beznamiętny wzrok w oczy Lindberga. Ten najwyraźniej poczuł się skołowany, bo nie był w stanie dobyć głosu.

– Nasz prom się rozbił – wyręczył go Alhassan, machnąwszy ręką w kierunku gruchota. – Co można też było ustalić drogą dedukcji.

– Czego od nas chcecie?

– Niczego – odparł Dija Udin.

– Przysłali was z Amalgamatu?

– Z czego?

– Nie wystarczy wam, że wyzyskujecie nas do cna? – zapytał mężczyzna, obracając się i wskazując rozległe pastwiska za sobą. Alhassan potrzebował chwili, by dostrzec owce i inne zwierzęta stadne.

– Nie rozumiem – odparł.

– Czego jeszcze chcecie?

– Od was? Niczego. Chyba że umiecie składać do kupy rozbite wahadłowce.

Gospodarz nie wyglądał na przekonanego, choć miał przed sobą namacalny dowód na to, że w istocie ma do czynienia z rozbitkami.

– Nie mamy z czego żywić dzieci – dodał mężczyzna. – Z każdym kolejnym pokoleniem nasze problemy stają się coraz większe… a wy nigdy nie przysłaliście nawet swojego wysłannika. Wciąż bezzałogowe łodzie. – Człowiek z maską urwał, po czym spojrzał na zniszczony prom. – Tym razem coś poszło nie tak, prawda? Tylko dlatego tu jesteście.

– Najwyraźniej – bąknął Alhassan.

– Nie mamy nic wspólnego z ludźmi, o których pan mówi – dodał Håkon.

– Bzdura! – krzyknął przywódca, a reszta tubylców nagle się ożywiła. Jak jeden mąż unieśli broń i wycelowali w nieproszonych gości.

Lindberg nadal trwał z uniesionymi dłońmi – teraz dołączył do niego Alhassan.

– Ożeż kurwa – ocenił. – Nie wygląda to dobrze.

– Bądź cicho, pozwól mi to jakoś…

– Wyzyskiwacze! – krzyknął mężczyzna, przerywając Håkonowi. – Jesteście zakałą nowego świata, nikczemnikami, którzy spluwają na nasze dziedzictwo! Stanowimy jedną rasę, jeden gatunek!

Kilka osób zbliżyło się do swojego lidera.

– Podłe kreatury! Macie instrumenty, by nas uratować!

 

– Chyba czas wracać do wahadłowca – zauważył szeptem Dija Udin. Wzrok zebranych nie był już obojętny. Teraz spoglądali na nich z czystą nienawiścią. Alhassan pomyślał, że przed momentem traktowali ich jako zagrożenie, szybko jednak przekonali się, że mają do czynienia z przypadkowymi rozbitkami, a nie z inwazją.

– Jak śmiecie wykrwawiać tę społeczność! – ryczał mężczyzna, rozkładając bezradnie ręce. – Giniemy! Giniemy na waszych oczach, a wy nie kiwniecie nawet palcem!

Dija Udin stwierdził, że temperatura tej rozmowy podniosła się stanowczo za bardzo. Niewiele dzieliło ich od punktu wrzenia.

– Spokojnie – powiedział Lindberg, cofając się. – My tylko…

– Zdrajcy ludzkości! – krzyknął ktoś z tyłu.

– Zabić! Nakarmić nimi świnie!

Z kakofonii okrzyków trudno było wyłowić poszczególne słowa. Tłum gęstniał, wciąż napierając na dwóch załogantów Kennedy’ego. Wycofywali się do promu, aż w końcu dotarli pod sam kadłub. Przylgnąwszy do niego plecami, spojrzeli po sobie.

Podniósł się dziki ryk, a potem jeden z napastników wysforował się przed resztę. Dija Udin zdążył obejrzeć się na niego akurat w porę, by zobaczyć, jak niebieska wiązka z jego broni mknie w ich kierunku. Machinalnie zamknął oczy, zginając się wpół, a potem padł na ziemię.

– Nie! – krzyknął przywódca.

Alhassan dopiero po chwili uświadomił sobie, że wszystkie wrzaski nagle ucichły. Kuląc się na ziemi, starał się stwierdzić, czy odniósł jakieś obrażenia. Gdy uznał, że jest cały, otworzył oczy i spojrzał po agresorach. Mężczyzna na przedzie sprawiał wrażenie zawiedzionego, pozostali wyglądali na zażenowanych.

Dija Udin uświadomił sobie, że chciano ich nastraszyć, ale nie atakować.

– Zbieranina zawszonych łachudrów – powiedział pod nosem, podnosząc się. – Czymkolwiek jest ten Amalgamat, najwyraźniej słusznie was…

Urwał, gdy zobaczył leżącego na ziemi Håkona. Był zwrócony twarzą do niego. W otwartych oczach przyjaciela Alhassan dostrzegł pustkę. Przeraźliwą, pozbawioną oznak życia pustkę.

– Co…

Padł przy Lindbergu, mimowolnie szukając miejsca, gdzie trafiła go wiązka. Zobaczył dziurę w klatce piersiowej. Wylewała się z niej krew, a głowa Skandynawa opadła bezwładnie na bok.

– Jak… – wydukał Alhassan. – Jak to…

Kątem oka dostrzegł, że przywódca tubylców zbliża się do niego. Dija Udin zignorował go i położył palec na tętnicy szyjnej przyjaciela. Nie wyczuł pulsu.

– Skurwysyny! – krzyknął, oglądając się na mężczyznę.

Potem owładnęło go szaleństwo.

5

Ellyse stała obok Jaccarda, gdy ten składał raport Wieronice Romanienko, oficer dowodzącej ISS Galileo. Była najstarsza stopniem w całej flocie, co niespecjalnie cieszyło Loïca – zdążył już przywyknąć, że do niego należy ostatnie słowo.

Kobieta patrzyła prosto w obiektyw, przez co dwoje załogantów na Kennedym miało wrażenie, że łypie im prosto w oczy. Romanienko miała krótkie rude włosy i tak wydatne kości policzkowe, jakby miały się przebić przez skórę. Nozomi oceniła, że ma na karku dobrą pięćdziesiątkę.

– Chcesz mi powiedzieć, że z pokładu uciekł człowiek, który wprowadził wirusa do naszych okrętów? Człowiek, który odpowiada za klęskę misji Ara Maxima i niezliczoną ilość ofiar?

– Pani pułkownik…

– Nie przerywaj.

Kategoryczność jej głosu sprawiła, że Loïc spuścił wzrok.

– Ostatnim razem, gdy mi raportowałeś, zapadł wyrok śmierci – dodała, po czym zawiesiła głos.

– Tak jest. Przeprowadziłem proces zgodnie z rozkazem.

– W takim razie nie rozumiem, dlaczego nie wykonano wyroku.

– Mieliśmy to zrobić dzisiaj w południe czasu pokładowego.

– Dlaczego nie od razu?

Jaccard nie miał dobrej odpowiedzi na to pytanie. Ellyse chciała przyjść mu w sukurs, ale prawda była taka, że po prostu im się nie spieszyło. Ktoś zaproponował, by odłączyć komorę później, w końcu dla skazańca nie miało to żadnego znaczenia. Teraz Nozomi uświadomiła sobie, że podsunął to Lindberg. Musiał już wtedy planować uwolnienie Alhassana, nie była to spontaniczna decyzja.

Jak tylko Håkon wróci, Ellyse zamierzała urządzić mu piekło na ziemi.

– Zadałam ci pytanie, majorze.

– Na które nie potrafię odpowiedzieć. Zaplanowaliśmy egzekucję na jutro, nie było powodu, by robić to od razu.

Wieronika głośno westchnęła, spoglądając w bok. Potem wróciła wzrokiem do obiektywu.

– Nie roztrząsajmy tego – powiedziała. – I tak nie mogę cię ukarać za twoją niekompetencję, prawda?

– Pani pułkownik…

– Nie zdegraduję cię przecież. Jesteś jednym z niewielu oficerów Międzynarodowej Floty, którzy przetrwali. Kogo jeszcze mamy? Tego wariata z Wolszczana?

Hans-Dieter Gerling. Ellyse widziała go tylko raz, gdy Kennedy nawiązał z nim połączenie tuż po przybyciu jednostki ISS Wolszczan na orbitę. Kapitan Gerling był ostatnim ocalałym na jego pokładzie – i bynajmniej nie zniósł dobrze lat spędzonych w samotności.

– Pani pułkownik, zapewniam, że…

– Wiem – ucięła rudowłosa Rosjanka. – Zrobisz wszystko, co w twojej mocy, żeby dopaść skazańca i wymierzyć mu sprawiedliwość. Czy tak?

– Znajdę go.

– I wykonasz wyrok.

– Oczywiście – odparł Jaccard głosem na pozór beznamiętnym. Nozomi jednak dosłyszała w nim nutę niezadowolenia. I niespecjalnie ją to dziwiło. Nie dość, że prawie cała spuścizna ludzkości przepadła w odmętach historii, to jeszcze ocaleni rozpoczęli odbudowę od barbarzyńskich działań. Tym w jej przekonaniu był zaoczny wyrok śmierci, bez prawa do drugiej instancji czy profesjonalnej obrony. Håkon robił, co mógł, ale wiedział o Międzynarodowym Kodeksie Karno-Wojskowym tyle, co Dija Udin o recytowaniu poezji.

– Czy mam zatem rozumieć, że schodzimy na powierzchnię? – zapytał Loïc.

– Tylko jeśli będzie to konieczne – odparła natychmiast Romanienko. – Wiecie, gdzie wylądował ten astrochemik?

„Ten astrochemik”, powtórzyła w myśli Ellyse. Nie tak dawno temu Wieronika zapewniała, że na Ziemi będą nazywać szkoły na ich cześć, tymczasem teraz sama nie pamiętała nawet, jak nazywa się jeden z nich.

– Tak jest – odparł major. – Tristan da Cunha.

– Macie wgląd w to, co tam się dzieje?

– Nie. Nadal pozostajemy na orbicie geosynchronicznej.

– Więc zabierz ten statek nad wyspę.

Jaccard skinął głową, po czym obrócił się do Nozomi. Ta podeszła do głównej konsoli maszynowni, następnie połączyła się z systemem nawigacyjnym. Wprowadziła kurs, a Kennedy natychmiast odpowiedział, zwiększając ciąg silników.

– Macie o pół wieku nowszy sprzęt – odezwała się Wieronika. – Skąd będziecie mogli coś dojrzeć?

– Wystarczy nam pułap dwudziestu tysięcy kilometrów.

– A więc technologia nie poszła specjalnie naprzód.

– Akurat ta od kilku wieków nie – odparł Loïc pod nosem.

Ellyse ustawiła nową trajektorię lotu, a Kennedy zawisł w przestrzeni kosmicznej nad południową częścią Oceanu Atlantyckiego. Odczyty systemów były standardowe – spadł poziom wysokoenergetycznych cząstek wiatru słonecznego, a promieniowanie kosmiczne zmniejszyło się kosztem większej ilości zjonizowanych cząstek.

– Pokaż mi tę wyspę – powiedział Jaccard.

Nozomi przywołała obraz z głównej kamery. Sprzęt był wysokiej klasy – i znacznie przewyższał ten na statkach Ara Maxima. Przede wszystkim był nowszy, Kennedy był ponadto jednostką eksploracyjną, która musiała zostać wyposażona w najlepszą aparaturę badawczą.

Na ekranie pojawiły się trzy wyspy. Największa z nich wyglądała, jakby niemal w całości tworzył ją wulkan.

– Nie widzę obrazu z Kennedy’ego – odezwała się Romanienko.

– Ellyse – upomniał podwładną Loïc.

Radiooperatorka szybko nawiązała połączenie z komputerem pokładowym ISS Galileo i ustanowiła przekaz na żywo.

– Ta największa to Tristan de Cunha? – zapytała Wieronika.

– Tak jest.

– A dwie pozostałe?

– Inaccessible i Wyspy Nightingale, czterdzieści pięć kilometrów na południowy zachód od Tristan. W naszych czasach niezaludnione.

– Można mniemać, że to się zmieniło.

– Tak jest – odparła Ellyse.

Gdy wykonywali przelot nad powierzchnią Ziemi, nieczęsto trafiali na miejsca, gdzie przetrwała roślinność. Te wyspy zaś kwitły. Na Inaccessible nie sposób było czegokolwiek dojrzeć – całe dziesięć kilometrów kwadratowych pokryte było gęstymi koronami drzew. W przypadku Nightingale było podobnie.

Inaczej zaś sytuacja przedstawiała się na Tristan da Cunha. Ellyse zrobiła zbliżenie, dostrzegając rozległe pastwiska na pokrytych zielenią zboczach wulkanu. Na jednym równinnym skrawku ziemi widniała gęsto zaludniona osada. Czerwone dachy, jeden przy drugim, przesłaniały to, co kryło się pod nimi.

– Jest prom – powiedziała Nozomi.

– Raczej to, co z niego zostało – zauważyła Wieronika. – Rozbili się.

Loïc ściągnął brwi i spojrzał pytająco na Ellyse. Nie miała dla niego odpowiedzi, jeszcze nie teraz. Nie pamiętała, kiedy ostatnim razem rozbił się jakikolwiek wahadłowiec z ISS-ów. Usterki się już nie zdarzały.

Sprawdziła warunki środowiskowe i zupełnie zbladła.

– Szaleje tam wiatr o prędkości trzystu kilometrów na godzinę. To jak przy porządnym tornadzie.

– Nie odnotowaliście takich zjawisk podczas przelotu nad innymi częściami globu?

Nozomi zamilkła, nie wiedząc, jak wyjść obronną ręką z opresji.

– Skupialiśmy się przede wszystkim na poszukiwaniu oznak cywilizacji, nie na analizowaniu prądów powietrznych – wyręczył ją Jaccard. – Najwyraźniej jednak w innych miejscach aż tak nie wiało, system by to odnotował.

– Nieważne. Zrób zbliżenie na ten prom.

Ellyse wykonała rozkaz z duszą na ramieniu. Wahadłowiec złamał się wpół, część poszycia była skręcona, jakby wykonano je z papieru, a nie grafenu. Obawiała się tego, co jeszcze może zobaczyć.

– Krew – powiedział Loïc, wskazując na czerwony płacheć ziemi.

Nozomi machinalnie oddaliła obraz i rozejrzała się po okolicy, szukając Håkona. Nigdzie nie dostrzegła żadnych postaci, więc na powrót zbliżyła poprzedni kadr.

– Nie ma ciał, to dobry znak – odezwała się Wieronika.

– Dobry? Dla pani zapewne…

– Ellyse – upomniał ją Loïc.

Oficer dowodząca Galileo spojrzała na nią z ukosa.

– Nie bądź bezczelna – powiedziała. – Zależy mi na każdym załogancie, a tym bardziej na astrochemiku. Mam sześć statków na orbicie, a na nich w sumie dwanaście osób. Nie stać mnie na utratę kogokolwiek.

Nie wspomniała o tym, że wśród jednostek był ISS Challenger, na którego pokładzie znajdował się cały bank zarodków, przyszłość gatunku. Trzynaście osób nie było zalążkiem nowego pokolenia ludzkości, nie mogło być. Co najwyżej strażnikami embrionów.

– Odnajdźcie go – powiedziała. – I jeśli to możliwe, sprowadźcie go z powrotem.

– Tak jest – odparł Jaccard. – A co z Alhassanem?

– Upewnijcie się, że nie żyje.

To rzekłszy, Romanienko rozłączyła się, a dwójka załogantów spojrzała po sobie i zawiesiła wzrok na obrazie z obiektywu. Kogokolwiek raniono, wylał z siebie całe litry krwi. Nie wyglądało to najlepiej.

– Jak pan myśli…

– Nie gdybajmy, Ellyse – uciął szybko Jaccard. – Przeskanuj teren pod kątem sygnatur termicznych.

Nozomi od razu aktywowała odpowiedni program. Obraz pociemniał, a załoganci starali się dostrzec jakikolwiek punkt świetlny. Szybko przekonali się, że to daremne – wyspa sprawiała wrażenie, jakby nie było na niej żadnej żywej istoty, prócz zwierząt hodowlanych na pastwiskach.

– Dachy muszą być wykonane z jakichś metamateriałów – zauważyła Ellyse. – Kamery termowizyjne nic tu nie zdziałają.

– W takim razie nagrywaj, co się tam dzieje. Chcę mieć podgląd dwadzieścia cztery godziny na dobę. – Loïc zrobił pauzę, patrząc na radiooperatorkę. – I nie znaczy to, że masz ślęczeć nad ekranem przez cały ten czas. Zrozumiano?

– Tak jest.

– Ustaw alert. I jak tylko pojawią się Lindberg lub Alhassan, daj mi znać.

Obróciła się do niego.

– I co wtedy?

– Jednego uratujemy, drugiego pozbędziemy się raz na zawsze – rzucił Jaccard na odchodnym, po czym skierował się na korytarz. Gdy Ellyse została sama w maszynowni, zrobiła głęboki wdech i wlepiła wzrok w obraz z kamery. Miała nadzieję, że Håkonowi nic nie jest.