Trudna miłość. Mama i jaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Trudna miłość. Mama i ja
Trudna miłość. Mama i ja
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 74,98  59,98 
Trudna miłość. Mama i ja
Trudna miłość. Mama i ja
Audiobook
Czyta Joanna Jeżewska
39,99  29,19 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Pewnego dnia Parseghian, alaskan husky nazwany tak na cześć trenera drużyny futbolu amerykańskiego z Notre Dame, uciekł i ugryzł chłopca mieszkającego po drugiej stronie ulicy. Niedługo potem pies zniknął. Tata powiedział, że oddał go rodzinie mieszkającej na farmie, bo Parseghian źle się czuł w mieście. Uwierzyłam mu. Wierzyłam w to jeszcze po pięćdziesiątce. Pewnego dnia siedzieliśmy z rodzeństwem w mojej kuchni, wspominając nasze psy. Ktoś powiedział, jak było mu smutno, kiedy tata oddał Parseghiana.

Jeden z braci pokręcił głową.

„Tata wcale go nie oddał” – wypalił.

„Nie? To co się z nim stało?”

„Tata go zabił”.

„Jak to?!”

„Utopił go w naszym basenie za domem”.

Tata okłamał nas, że oddał psa na farmę, ale ten brat widział, jak topi Parseghiana. Mój biedny pies. I mój biedny brat.

A przecież jednym z moich najpiękniejszych wspomnień o tacie jest to, jak płakał po śmierci Chippera. Szlochał po nim, jakby stracił bliskiego przyjaciela. Jak to możliwe, że ten sam mężczyzna kochał jednego psa i zabił innego?

I gdzie była wtedy moja mama? Tam, gdzie zawsze, gdy tata kogoś krzywdził. We własnym świecie. Zbyt pogrążona w swoich myślach, by przyjść na ratunek.

Nie mam pojęcia, czy mama słyszała plusk wody i walkę naszego psa o życie, czy biedny Parseghian w ciszy poddał się swojemu losowi, ale wszyscy wiedzieliśmy, że na nasz płacz, krzyk taty i świst jego pasa mama była głucha.

Nigdy nie powiedziała ani słowa na naszą obronę. A gdy otwierała usta, obwiniała nas za zachowanie taty. To była nasza wina, że ktoś dostał lanie. Mogliśmy na niego nie skarżyć, nie podpuszczać go, nie kłócić się z nim o pistolet na wodę albo o to, czyja przypada kolej w grze.

Po laniu mama nie przytulała nas ani nie pocieszała. Udawała po prostu, że nic się nie stało.

Pamiętam tylko jedną sytuację, gdy przyszła do mojej sypialni na piętrze. Nigdy nie sprzątała pokoi dzieci – sami mieliśmy się tym zajmować. Według niepisanej umowy do niej należało tylko gotowanie i pranie, więc w każdą sobotę po porannych kreskówkach pucowaliśmy cały dom, łącznie z naszymi sypialniami. Tego wyjątkowego dnia zajrzała do mnie, bo źle się poczułam i zwymiotowałam na łóżko. Kiedy weszła do pokoju, spojrzała z obrzydzeniem na brudną pościel, westchnęła ciężko i zapytała: „Nie mogłaś zdążyć do łazienki?”.

Tata często sięgał po pas, ale i tak kochał nas bardziej niż ona.

*

Mama z natury nie była kochającą osobą.

Bez żalu zrywała relacje. Odcinała się od znajomych szybko i kategorycznie niczym chirurg operujący ostrym skalpelem. Wystarczyło raz jej podpaść, żeby więcej nie zadzwoniła. Ten, kto przekroczył tę niewidzialną granicę i czymś ją uraził, przestawał dla niej istnieć. Z czasem odwróciła się od niemal wszystkich przyjaciółek. Od własnej siostry też. Mama twierdziła, że to przez ciocię. Już nigdy nie dowiem się, z czyjej winy przestały ze sobą rozmawiać.

Uwielbiałam jej siostrę. Ciocia Annie przypominała dobrą wróżkę, która od czasu do czasu pojawiała się w naszym życiu, wnosząc w nie odrobinę magii. Była rozwiedziona (Skandal!), malowała usta jaskrawą szminką (A to latawica!) i paliła papierosy (Coś podobnego!). Kochałam w niej tę wolność. W odróżnieniu od naszej mamy umiała prowadzić. Przyjeżdżała do nas samochodem z oddalonego o godzinę drogi Akron – zupełnie sama! Poza tym pracowała na pełen etat. Kiedy mężczyźni poszli na wojnę, zatrudniła się jako kierowca autobusu w swoim mieście. Kiedy mężczyźni wrócili z wojny, nie zgodziła się na to, żeby któryś z nich ją zastąpił.

Mama skreśliła Annie po tym, jak ich ojciec dostał udaru i zmarł. Później w ten sam sposób potraktowała koleżanki: Fran, Lilly, Barbarę i Kathy. Zrezygnowała z kontaktu z niemal wszystkimi przyjaciółkami z dzieciństwa. Z nas też by zrezygnowała, gdyby tylko mogła. Czepiała się każdego ze swoich dzieci po kolei. Czasem wybierała sobie ulubieńca, ale w każdym momencie mógł stracić uprzywilejowaną pozycję w jej sercu. Sympatie i antypatie mamy zmieniały się jak w kalejdoskopie – dopóki nie zadurzyła się w księdzu. Od tamtej pory przez wiele lat wychwalała tylko jego. Nazywała go swoim dwunastym dzieckiem. Mówiła o nim częściej niż o nas wszystkich razem wziętych, aż w końcu pewnego dnia zupełnie o nim zapomniała.

Ubóstwiałam jej matkę. To od mojej słowackiej babci dostałam najwięcej miłości. Niestety, odkąd mama się z nią pokłóciła, nie pozwalała nam odwiedzać dziadków. Tata zabierał nas do nich po kryjomu, ale musieliśmy obiecać, że o niczym jej nie powiemy. Uwielbiałam ich farmę: strych na siano, stodołę, zapach wsi. W miejscu, z którego mama chciała uciec jak najdalej, ja czułam się jak w niebie.

Człowiekiem, do którego mama żywiła największą odrazę, był jej ojciec. Nienawidziła go i miała ku temu dobre powody. Dopiero na starość opowiedziała nam o niektórych z jego ekscesów. Nigdy nie wspomniała o przypadkach molestowania seksualnego, ale większość ludzi wiedziała, że dziadek miał takie skłonności. Jako siedemdziesięciolatek nawiązał romans z upośledzoną umysłowo dwudziestolatką, z którą uprawiał seks w swojej furgonetce. Bił moją babcię – kiedyś wymierzył jej policzek w restauracji. A skoro zachował się w ten sposób publicznie, można tylko przypuszczać, o ile gorzej traktował ją w domu.

Ciotka Marian, żona jednego z braci mamy, potwierdziła, że dziadek zachowywał się nieprzyzwoicie. Kiedy odwiedziłam ją w domu opieki, opowiedziała mi, że gdy przyjechała z wizytą na farmę, na której wychowała się moja mama, dziadek podglądał ją przy przebieraniu. Kiedyś poprosił, żeby podciągnęła spódnicę, bo chciał zobaczyć jej pończochy. Brzydziła się go. Marian miała dziewięćdziesiąt lat i wciąż była oburzona tymi próbami zbrukania jej niewinności, choć minęło już tyle czasu.

Nie umiem sobie nawet wyobrazić, co przeszła moja mama jako dziewczynka uwięziona na farmie z takim ojcem. Wiem, co zrobił mi. Dziadek obmacywał mnie w kuchni przy całej rodzinie. Łapał mnie od tyłu i przesuwał mi dłońmi po klatce piersiowej. Udawał, że to zwykły uścisk, ale jego palce szukały moich sutków. Nie miałam jeszcze piersi, więc nie rozumiałam, czemu to robi, ale wiedziałam, że tak nie wolno. Czułam, że coś jest nie w porządku. Usiłowałam wyrwać się z jego objęć, ale moje próby tylko go bawiły. Uwielbiał też patrzeć, jak tańczę. Mogłam mieć wtedy cztery albo pięć lat. Wyklaskiwał szybki rytm, bo gdy kręciłam się szybciej, unosiła mi się spódniczka i mógł zobaczyć moją bieliznę. Podejrzewam, że to z tego powodu mama nigdy nie zgodziła się, żebyśmy nocowali na jej rodzinnej farmie. Dziadek i babcia urządzili dla nas sypialnię na drugim piętrze. Wszystko było przygotowane: łóżka i wiklinowy fotel bujany. Bardzo mi się podobał ten pokój, ale nigdy z niego nie skorzystaliśmy.

Dziś jestem jej za to wdzięczna.

Mama ochroniła nas przed dziadkiem. Przed wszystkim oprócz jego dłoni.

Może zużyła na to wszystkie swoje siły. Może dlatego nie zdołała nas ochronić przed mężczyzną, za którego wyszła za mąż.

*

Mama uwielbiała księży. Zachwycała się nimi jak ukochanymi synami, którzy nigdy by jej nie zawiedli.

Kiedy byłam mała, księży traktowało się jak bogów. Często gościliśmy ich w domu na obiedzie. Moi bracia byli ministrantami i musieli uczyć się łaciny. W tamtych czasach większość katolickich rodzin miała nadzieję, że przynajmniej jeden z synów zostanie księdzem. Słuchaliśmy chrześcijańskich płyt z piosenkami o jasnym przesłaniu: „Dlaczego kłaniamy się księdzu i mówimy do niego »Ojcze«? Ksiądz jest jak Chrystus i nas ocenia – bo przyjął święcenia”. Darzyliśmy księży zaufaniem. Dla nas nie byli zwykłymi ludźmi, tylko prawdziwymi posłańcami Boga. Moja mama podchodziła do macierzyństwa z taką obojętnością, że zrzekła się nawet przywileju nadania nam imion. To ksiądz zadecydował, że będę się nazywać Regina Maria.

Kościół katolicki był w naszym domu największym autorytetem. Nad telewizorem wisiał ogromny krucyfiks z realistycznie przedstawionym konającym Chrystusem. Na cedrowym kufrze stała figurka Matki Boskiej, która wyglądała jak żywa. Rodzice mieli w sypialni relikwiarz, a w nim w hermetycznie zamkniętych medalionach leżały fragmenty kości świętej Anny i świętego Jana. Jedną ze ścian zdobił plakat z Jezusem w rozchylonej szacie, odsłaniającej krwistoczerwone serce z otwartą raną, otoczone cierniami. Stojący na regale w salonie Zbiór żywotów świętych służył za księgę imion dziecięcych dla katolików. Trzeba było nosić imię świętego, żeby pójść do nieba. W jadalni między zdjęciem prezydenta Johna Fitzgeralda Kennedy’ego a wizerunkiem papieża wisiała reprodukcja Ostatniej wieczerzy. W samochodzie taty z lusterka wstecznego dyndały różańce. Wsuwał je nam też pod poduszki.

Nasza wiara opierała się na trzech filarach, które łącznie tworzyły Trójcę Przeklętą. Były to wstyd, poczucie winy i strach. To trio stanowiło istotę i fundament naszego katolicyzmu. Myślę, że właśnie dlatego wierni tak często modlą się do Matki Bożej – rozpaczliwie potrzebujemy mamy, która ustrzeże nas przed całym tym wstydem, poczuciem winy i strachem. W dzieciństwie Matka Boża wydawała się nam najbardziej przystępną świętą. Godzinami odmawialiśmy różaniec. Ten sznur paciorków był naszą liną ratunkową, telefonem zaufania do Marii Panny, jedynej osoby, która mogła wstawić się za nami na Sądzie Ostatecznym u Boga, żebyśmy trafili do nieba, a nie do piekła.

Przystępowaliśmy do wszystkich sakramentów: chrztu, pokuty, komunii świętej, bierzmowania. Pokładaliśmy w kościele wiarę i ufność, wyrażając je również poprzez datki w kopertach. Nasz dom był pełen Boga. W każdym pokoju mieliśmy krucyfiks, różaniec albo butelkę wody święconej.

Więc dlaczego Bóg pozwalał, żeby tata nas bił, wyzywał i wykorzystywał? Gdzie był Bóg w te noce, gdy do mojej sypialni wkradało się zło? Często się nad tym zastanawiałam. Zapytałam o to nawet na terapii. Gdzie był wtedy Bóg?

 

Może nie pomógł mi dlatego, że na to nie zasługiwałam. Bo moja dusza była czarna od grzechów. Dowiedziałam się o tym w pierwszej klasie szkoły podstawowej, gdy nauczycielka nazywała nas „diabłami” i „złem wcielonym”. Nasz dom był pełen Boga, tylko w moim pokoju go zabrakło. Nie pomógł mi. Najwyraźniej stał po stronie tego, kto mnie krzywdził.

Później terapeutka powiedziała mi, że Bóg był przy mnie i płakał nad moim losem.

Wpadłam wtedy w złość. Nie potrzebowałam Bożych łez. Sama dość ich już przelałam.

*

Kto mi matkował?

Matkowaliśmy sobie wszyscy nawzajem.

A dokładniej siostrowaliśmy i bratowaliśmy sobie nawzajem.

Rodzeństwo nie może nikomu zastąpić rodziców, a mimo to od piątego roku życia tuliliśmy niemowlęta, śpiewaliśmy im kołysanki i przewijaliśmy je. Jeden z moich terapeutów określił to mianem parentyfikacji, która zachodzi, gdy dzieci chcąc nie chcąc zamieniają się w miniaturowych dorosłych. Kiedy twoi bracia i siostry muszą cię wychowywać, czasem bywa śmiesznie, a czasem strasznie.

Ludzie mają błędne wyobrażenia o dużych rodzinach. Wierzą w stereotyp, że najstarsi wychowują najmłodszych, co wcale nie musi być prawdą. Zdarza się, że starsze dzieci nie chcą wziąć na siebie tej roli – wybierają samotność i milczenie albo rozrywki z przyjaciółmi, a wtedy każdy musi zadbać o siebie sam. W naszym domu niektórzy odmawiali opieki nad rodzeństwem, a inni obsesyjnie się jej poświęcali. Staliśmy się dla siebie nawzajem ratownikami. Ciągle słyszeliśmy, że musimy troszczyć się o braci i siostry. Jeśli stało się coś złego, odpowiedzialność spadała na najstarsze dziecko w pokoju albo w samochodzie.

Nasi rodzice byli pierwszym pokoleniem imigrantów, dlatego nigdy całkowicie nie wyzbyli się zwyczajów z rodzinnego kraju. Żyli w trybie przetrwania. W tym byli mistrzami. A co z korzystaniem z życia? Nad tym moje pokolenie wciąż pracuje. Potrafimy poradzić sobie z biedą, głodem i złym traktowaniem – tę umiejętność mamy we krwi. Jaki jest nasz sposób na przetrwanie? Stawiać rodzinę na pierwszym miejscu, a siebie na ostatnim. Dostawaliśmy reprymendę, jeśli spędzaliśmy za dużo czasu z przyjaciółmi. „Traktujesz przyjaciół lepiej niż rodzinę!” – krzyczał wtedy tata.

Tworzyliśmy jedno wielkie stado i nie wiedzieliśmy, kim jesteśmy poza nim. Wszyscy wyglądaliśmy tak samo: byliśmy bandą chudych irlandzkich dzieciaków w brzydkich okularach, z kiepskimi fryzurami, bladą cerą oraz wystającymi kolanami i łokciami. Jakie były nasze indywidualne talenty, zainteresowania, sympatie i antypatie? Nie mieliśmy szansy ich poznać. Do szkoły chodziliśmy w mundurkach – ja i moje siostry nosiłyśmy plisowane spódnice w niebiesko-szarą szkocką kratę i białe bluzki z szerokim kołnierzem. Rzadko dostawaliśmy nowe ubrania, a jeśli już, to pochodziły z wyprzedaży albo przynosił je Święty Mikołaj. Nie wiedzieliśmy, co lubimy jeść ani jak lubimy się ubierać, bo rzadko mieliśmy wybór w tych kwestiach.

Panuje opinia, że rodzeństwo to nasi pierwsi rywale, ale prawdą jest też, iż więzi, które nas z nimi łączą, są nierozerwalne. Bracia i siostry mogą być twoimi najlepszymi przyjaciółmi – o ile akurat na ciebie nie skarżą, nie pożyczają twoich ubrań bez pytania, nie dokuczają ci i nie doprowadzają cię do łez łaskotaniem. Wiele się mówi o rywalizacji między rodzeństwem, ale rzadko słyszymy o wsparciu, jakie dostajemy od braci i sióstr. Moi pokazali mi, na czym polega odwaga w bezinteresownej, absolutnej miłości. Rozśmieszali mnie, kiedy płakałam po laniu od taty. Pomagali mi dojść do siebie, gdy mnie skrzywdził. Kochali mnie mocniej niż mama i tata razem wzięci.

W naszej rodzinie każdy odgrywał jakąś rolę: czarnej owcy, błazna, idealnego dziecka, ratownika. Najczęściej jednak cała nasza jedenastka była albo niewidzialna, albo niezniszczalna – stawaliśmy się ratownikami albo buntownikami, błaznami albo opiekunami. Ja byłam równocześnie czarną owcą i ratowniczką. Próbowałam chronić młodsze rodzeństwo. Nie chciałam, żeby czuło się tak niekochane jak ja. Śpiewałam im piosenki i nosiłam ich w ramionach. Dla jednej z młodszych sióstr przebierałam się w szlafrok, pod który wsuwałam poduszkę, i udawałam wesołą kobietę, która kochała ją bardziej niż matka.

Ale nawet ratując innych, można ich ranić. Z biegiem lat stawałam się coraz bardziej spragniona pochwał i wdzięczności. Próbowałam być świętsza od papieża, żeby chociaż na chwilę zwrócić na siebie uwagę i pokazać, jaka jestem pomocna, szczodra i niesamolubna. Niestety, bywałam przy tym wścibska, nadopiekuńcza i apodyktyczna – a wszystko po to, żeby „wspierać” bliskich i służyć im pomocą.

Za wszelką cenę chciałam czuć się potrzebna. Przedkładanie dobra innych ponad własne brzmi szlachetnie, ale ja robiłam to z niewłaściwych pobudek. Nie mogłam sprawić, żeby ktoś mnie pokochał, więc chciałam przynajmniej zdobyć jego lojalność. Odgadywałam potrzeby innych, stawałam w ich obronie i rozwiązywałam za nich problemy. Zdarzało mi się zmuszać ludzi, żeby przyjęli moją pomoc. Pewnego zimowego dnia siłą wcisnęłam nieznajomej kobiecie na wózku inwalidzkim swoje rękawiczki. Dosłownie wepchnęłam je na jej powyginane, sękate palce, bo miała gołe dłonie. Nawet nie zapytałam, czy marznie. Do teraz narzucam się innym. W ten pokrętny sposób przejawia się moje poczucie wyższości. Zawsze zakładam, że wiem najlepiej, co będzie dobre dla innych. Jestem niezastąpiona, ważna, nadmiernie zaangażowana. Robię różne rzeczy, żeby ludzie nie mogli się beze mnie obejść. Czuję się wtedy prawie tak, jakby mnie kochali, więc gra jest warta świeczki.

Od zawsze największą nagrodą były dla mnie słowa: „Bez ciebie nie dałbym sobie rady!”. Prawię nieznajomym tyle komplementów, że biorą mnie za niebezpieczną dziwaczkę i uciekają. Kiedyś na lotnisku podeszłam do Hinduski w zwiewnym sari, żeby powiedzieć jej, jak pięknie wygląda. W odpowiedzi posłała mi mordercze spojrzenie, po czym odwróciła się w drugą stronę. Nie potrzebowała pochlebstw od nieznajomej kobiety.

Włączam się w rozmowy, które mnie nie dotyczą. Jestem jak jasnowidzka z filmu Raport mniejszości, która idzie przez centrum handlowe z Tomem Cruisem, odgadując potrzeby mijanych osób i ostrzegając je przed niebezpieczeństwem. Mój radar zawsze działa na najwyższych obrotach. Jestem przeczulona. Bez przerwy pytam rodzinę i nieznajomych: „Potrzebujesz czegoś? Dobrze się czujesz? Wszystko w porządku?”. Bo w naszym domu zwykle coś było nie tak.

Dopiero niedawno zrozumiałam, że ludzie nie potrzebują ode mnie ratunku. Potrzebują ode mnie miłości. Jeśli mają miłość, już zostali uratowani. Wystarczy, że będę ich kochać takimi, jacy są, nie próbując nic w nich zmieniać.

Z czasem nauczyłam się odpuszczać. Pomogły mi w tym słowa jednej z terapeutek: „Gdy komuś jest ciężko, to jeszcze nie znaczy, że tonie. Nie musisz rzucać się mu na pomoc”. Kiedyś skakałam na ratunek, zanim ktokolwiek wpadł do wody – chociaż wcale nie jestem świetną pływaczką. Na kursie kajakarstwa uczono nas, co robić, gdy ktoś znajdzie się za burtą: próbujemy go dosięgnąć i wciągnąć do kajaka. Jeśli jednak jest za daleko, rzucamy mu kamizelkę ratunkową, a następnie, o ile to możliwe, podpływamy bliżej kajakiem. Skok do wody ma być ostatecznością, a nie pierwszym odruchem. W końcu zaczyna do mnie docierać, że ta sama zasada obowiązuje w relacjach.

A chociaż próbowałam spełniać potrzeby nieznajomych, moje własne często pozostawały dla mnie zagadką. W naszym domu dzieci nie mogły mieć żadnych potrzeb. Jeśli o coś prosiliśmy, tata najczęściej mamrotał pod nosem: „Nie potrzebujesz tego”. Nauczyłam się więc nie mieć żadnych potrzeb i byłam w tym dobra.

I do dziś jestem w tym tak dobra, że trudno mi ocenić, czego właściwie potrzebuję.

*

Jeśli nie kocha cię własna matka, coś w tobie pęka. Ja i moje rodzeństwo straciliśmy uczucie, którego nie mieliśmy nawet szansy poznać.

Jeśli wypatrujesz najdrobniejszych oznak miłości, a dostajesz tylko razy pasem, coś w tobie gaśnie. Jeśli nikt nie okazuje ci czułości, coś w tobie umiera. Jedna z moich terapeutek nazwała to zatrzymaniem rozwoju emocjonalnego.

Mama rzadko nas przytulała. Jeśli chodzi o mnie, nie pamiętam ani jednej takiej sytuacji. Tata nalegał, żebyśmy całowali go w policzek na dobranoc, nawet jeśli wcześniej nas zbił albo zamknął w piwnicy. A potem przychodziła noc, a wraz z nią milczące, potajemne molestowanie. Nauczyło mnie, że nie mam władzy nad swoim ciałem. Ono nie należało do mnie. Nie potrafiłam mówić „nie”. Nie wiedziałam nawet, że mam takie prawo. Pamiętam, jak mną wstrząsnęło zwierzenie przyjaciółki ze szkoły podstawowej. Opowiedziała mi, że ojciec dziecka, którym się opiekowała, położył jej rękę na udzie, kiedy odwoził ją do domu. Zgłosiła to rodzicom, a oni zrobili mu awanturę.

Nie zszokowało mnie to, że jakiś mężczyzna złapał ją za nogę, tylko to, że poskarżyła się na niego i została wysłuchana. Często wracałam myślami do tej historii. Zobaczyłam wtedy rzeczywistość, do której ja nie miałam dostępu. Mnie nawet nie przyszłoby na myśl, żeby się poskarżyć – bałabym się, że spotka mnie za to kara albo że zranię czyjeś uczucia. Moje własne uczucia nigdy się nie liczyły, nawet dla mnie.

Z pierwszej klasy liceum pamiętam niewiele. Szkoła była przepełniona, dlatego lekcje mieliśmy w budynku gimnazjum. Nie umiałam się tam odnaleźć. Po ośmiu latach w katolickiej podstawówce, którą siostry dominikanki zamieniły w obóz dla rekrutów, w szkole publicznej przeżyłam prawdziwy szok kulturowy. Kiedy podniosłam rękę, żeby zgłosić się do odpowiedzi, i wywołana wstałam z ławki, wszyscy parsknęli śmiechem. Musiałam oduczyć się swoich katolickich manier. Poczułam się trochę lepiej, kiedy zaczęłam chodzić na kółko teatralne, które stanowiło bezpieczną przystań dla wszystkich dziwaków w szkole. Brakowało mi odwagi, żeby stanąć na scenie, ale wykazałam się jako inspicjentka, kiedy wystawiliśmy sztukę Świadek oskarżenia.

W następnej klasie, gdy lekcje odbywały się już w budynku liceum, pewności siebie zaczęłam szukać w alkoholu. Uwielbiałam stan, w jaki mnie wprowadzał. Moje cierpienie znikało bez śladu. Nagle stawałam się inteligentna, seksowna, zabawna, ładna i popularna. Umiałam dostosować się do innych, ale wiedziałam też, jak zwrócić na siebie uwagę. Wystarczyło kilka piw, szotów albo drinków, żeby przenieść się do krainy zapomnienia, której byłam królową.

Nikt nie zaprosił mnie na studniówkę ani na żadną inną zabawę szkolną. Nigdy nie miałam chłopaka. W szkole mówili na mnie „nimfomanka”, „pijaczka” albo „Radykalna Regina”. Byłam tak spragniona miłości, że dawałam się wykorzystywać chłopcom, których interesowało tylko moje ciało. Nie chodziliśmy na randki, nie rozmawialiśmy przez telefon, tylko obściskiwaliśmy się na tylnym siedzeniu samochodu. I to wszystko. Rzadko szłam z nimi na całość, ale posuwałam się na tyle daleko, żeby pozostawić w nich niedosyt – miałam nadzieję, że dzięki temu będą pragnąć mnie bardziej. Seks nie był tym samym co miłość, ale niewiele jej ustępował. Wolałam to niż nic.

Człowiek molestowany seksualnie w dzieciństwie później przyciąga do siebie różnych dewiantów. Jest tak, jakby nosił na szyi niewidzialną tabliczkę z napisem: „Wybierz mnie!”, którą zauważą tylko zboczeńcy. W szkole średniej podczas przejażdżki wozami wypełnionymi sianem członek drużyny futbolu amerykańskiego zepchnął mnie na ziemię, przygniótł swoim ciałem i wepchnął mi język do ust. Całował mnie tak brutalnie, że byłam obolała jeszcze przez tydzień. Nie odezwał się do mnie nigdy wcześniej ani później.

Kiedy miałam siedemnaście lat, poznałam na imprezie dwudziestodwuletniego studenta. Jeszcze tego samego wieczoru rozebrał mnie na tylnym siedzeniu swojego samochodu. Byłam zbyt pijana, żeby go powstrzymać. Prawie się nie znaliśmy, ale zaczęłam się z nim regularnie spotykać. Nie umawialiśmy się na prawdziwe randki – to były spotkania w jednym celu. Któregoś dnia pojechałam na rowerze do jego domu, oddalonego o dziesięć kilometrów. Uprawialiśmy wtedy seks na obrzydliwie brudnej podłodze w jego sypialni. Pewnie nie chciał poplamić sobie łóżka. Nie wiedział, że tak naprawdę to był mój pierwszy raz. Wtedy po raz pierwszy zdecydowałam się na seks. Przez kilka miesięcy przemycał mnie do barów, kupował mi drinki, a potem uprawialiśmy seks w jego zapuszczonym mustangu. Potem odkryłam, że jest zaręczony. Zerwałam z nim, a następnego dnia upiłam się na imprezie. Wyszłam z niej z futbolistą z mojej szkoły. Pojechaliśmy do sklepu po piwo, a później całowaliśmy się na tylnym siedzeniu jego samochodu. On chciał czegoś więcej. Próbowałam go odepchnąć, ale był ode mnie dużo cięższy. Nie zwracał uwagi na moje „nie!”, chociaż powtarzałam je bez końca. Zaczęłam nawet błagać, żeby przestał, bo bałam się ciąży. Straciłam czucie poniżej pasa, ale zanim całkiem opuściłam swoje ciało, usłyszałam, jak mówi, że jeśli zajdę w ciążę, to będzie kochał mnie i nasze dziecko.

 

Zawirowało mi w głowie. Czy on powiedział, że mnie kocha? Albo pokocha? Na wpół sparaliżowana zrozumiałam tylko, że wspomniał o miłości.

Dla poranionej psychicznie dziewczyny zabrzmiało to jak obietnica. Dawało mi nadzieję, że ktoś może mnie pokochać. Złapałam się kurczowo tej myśli. Kilka razy spotkaliśmy się w tajemnicy na seks, ale nigdy nie przyznał publicznie, że coś nas łączy. Miał dziewczynę, która mijała mnie na korytarzu z szyderczym uśmieszkiem. W szkole rozniosło się, że ten chłopak mnie wykorzystuje, więc inni też zaczęli składać mi niedwuznaczne propozycje. Zbywałam je śmiechem, ale w głębi duszy czułam się smutna i zbrukana. Wtedy skończyłam tę znajomość. Zorientowałam się, że byłam dla niego tylko podbojem, którym można przechwalać się w szatni.

Potem zadurzyłam się w chłopaku, który najbardziej na świecie kochał narkotyki. On dochował mi wierności – oczywiście w pewnym sensie, bo nałóg był dla niego ważniejszy ode mnie. Gdy łykał różne tabletki i palił trawkę, ja piłam, żeby zagłuszyć ból w sercu. Ale kochał mnie. Tak przynajmniej twierdził.

Wiele lat później podczas terapii psychologowie wbijali mi do głowy pojęcie granic. Nie miałam pojęcia, co ono oznacza. Sama nie stawiałam granic i nie szanowałam granic innych ludzi. Kiedyś umówiłam się z chłopakiem jednej z moich sióstr. Poszłam też na randkę z byłym innej siostry tuż po ich zerwaniu. Często odwoływałam wspólne plany z przyjaciółkami, bo chciałam mieć wolny weekend, na wypadek gdyby jakiś facet nabrał ochoty na spotkanie.

Umawiałam się z mężczyznami, których było mi szkoda. Zakochiwałam się w ich „potencjale”. Czułam, że mogę im pomóc. Byli wśród nich alkoholicy i narkomani. Niektórzy partnerzy mnie zdradzali, inni zdradzali ze mną swoje żony. Uwielbiałam facetów, którzy budzili we mnie litość. Byłam przekonana, że nie zasługuję na miłość, więc chciałam być chociaż potrzebna.

Współczułam nawet tym mężczyznom, którzy mnie ranili. Na przykład mojemu tacie. Litowałam się nad człowiekiem, który wyrządził mi największą krzywdę. Jeśli nikt cię nie kocha, zadowalasz się poczuciem, że jesteś potrzebny. Ktoś kiedyś poradził mi, żebym pragnęła dla siebie miłości. „Podnieś innym poprzeczkę” – namawiał. Ale nie da się podnieść poprzeczki, która nie istnieje.

*

Moje starsze rodzeństwo wyrwało się z domu na studia. Uciekli na Uniwersytet Stanowy Ohio w oddalonym o dwie i pół godziny drogi mieście Columbus. Ja nie potrafiłam odejść tak jak oni. Rodzice ciągle powtarzali, jacy są rozczarowani ich wyjazdem. Wyprowadzka była dla nich równoznaczna ze zdradą, dlatego trójka środkowych dzieci – do których się zaliczałam – została w domu.

A potem zaszłam w ciążę.

W wieku dwudziestu jeden lat zostałam matką. Matką zupełnie nieprzygotowaną do macierzyństwa. Matką, która nie potrafiła ochronić swojego dziecka przed złem, zanim jeszcze wyszło z jej łona.

Zaczęłam spotykać się z mężczyzną, który tak jak ja pracował jako ratownik medyczny. Pierwszy raz okazał mi miłość, zamieniając się ze mną na zmiany w Ochotniczym Pogotowiu Ratunkowym Uniwersytetu Stanowego Kent. Studiował pielęgniarstwo i był dla mnie naprawdę dobry. Nie umiałam sobie z tym poradzić. Zerwałam z nim, kiedy napisał dla mnie wiersz i przyniósł mi kwiaty. Był za miły. Mili mężczyźni odstraszają takie kobiety jak ja. Od spokojnej przejażdżki na karuzeli wolimy jazdę na złamanie karku kolejką górską. Nie znamy niczego innego.

Dwa i pół miesiąca później zorientowałam się, że jestem w ciąży. Nie miało sensu odnawiać naszej znajomości. Skoro nie chciałam umawiać się z tym mężczyzną, to dlaczego miałabym wyjść za niego za mąż? Postanowiłam po prostu znaleźć swojemu dziecku innego ojca. Takie miałam wtedy pomysły. Wciąż myślałam jak nastolatka.

Zaczęłam dostawać gorsze oceny i odeszłam z uczelni. Po pierwszej sesji znalazłam się na liście najlepszych studentów. Po ostatniej miałam warunek i bardzo niską średnią. Rzuciłam też pracę przy dowożeniu ciał zmarłych do miejscowego domu pogrzebowego, bo nie mogłam już dźwigać zwłok. Chciałam, żeby moje życie toczyło się normalnie, więc poszłam na randkę z członkiem uniwersyteckiej drużyny sportowej. Byłam w piątym miesiącu ciąży, więc włożyłam luźną bluzkę. Znajomi ostrzegali mnie przed tym mężczyzną. Nawet jego najlepszy przyjaciel powiedział mi: „On wykorzystuje kobiety”. Żałuję, że im nie uwierzyłam. Na naszym pierwszym spotkaniu rzucił się na mnie. Był bardzo natarczywy, więc żeby uniknąć gwałtu, zaproponowałam, że zaspokoję go w inny sposób. Jakiś czas później znów się z nim umówiłam. W drodze powrotnej z baru zatrzymał samochód na parkingu i tym razem mnie zgwałcił. Płakałam i błagałam go, żeby przestał, ale mnie nie słuchał. Potem odwiózł mnie do domu, a gdy wysiadałam, parsknął śmiechem.

Dlaczego dałam mu drugą szansę? Dlaczego pozwoliłam, żeby mnie skrzywdził? Takie zagmatwane myśli nachodzą ofiarę gwałtu. Potrzeba mnóstwo czasu, żeby ułożyć sobie w głowie, co się właściwie wydarzyło. Próbujesz odnaleźć normalność w czymś, co nigdy nie będzie normalne. Próbujesz odzyskać kontrolę. Próbujesz poskładać swoje życie na nowo. Odseparowujesz się psychicznie od tego, co zrobił ci gwałciciel. Odsuwasz to na bok, chowasz na dnie duszy, ukrywasz nawet przed sobą. Kto umawia się ze swoim gwałcicielem na następną randkę? Zbyt wiele kobiet.

Gwałt to niezwykle złożone i dezorientujące zjawisko, w którym trudno się rozeznać. Mózg próbuje ukoić twoje wzburzenie, jakby chodziło o pomięte prześcieradło, które wystarczy wygładzić. Wmawiasz sobie, że jeśli następnym razem zgodzisz się na seks, będzie tak, jakby nigdy nie doszło do gwałtu. Ale nadal dygoczesz wewnętrznie. Wstyd, poczucie zbrukania, nieufność do mężczyzn i siebie samej może towarzyszyć ci do końca życia. Próbujesz udawać, że to była twoja decyzja, żeby pójść z nim do łóżka, bo jaką masz alternatywę? Nie możesz zgłosić się na policję. To byłoby zbyt trudne. Zbyt ryzykowne. Zbyt skomplikowane.

A jeśli jesteś mną, zagłuszasz ból alkoholem.

Ostatni raz w życiu upiłam się tydzień później, kiedy spotkałam tego sportowca na imprezie. Nie przeprosił za to, co mi zrobił. W ogóle nie zwrócił na mnie uwagi. Byłam zdruzgotana. Przekonałam się, że jestem dla niego niczym. Wykorzystywał kobiety, a potem szukał następnej ofiary. Zgwałcił mnie i zupełnie się tym nie przejął. Ze złości na niego zaczęłam pić. Złapałam butelkę i zaczęłam wlewać w siebie whisky. A później wsiadłam do samochodu i zaczęłam szukać dobrego miejsca, żeby się zabić. Tak naprawdę chciałam zabić nie siebie, tylko ból, który mnie wypełniał. Jeździłam po okolicy, rozglądając się za drzewem, na którym mogłabym się rozbić. Na szczęście jestem tchórzem. Ostatecznie zatrzymałam się na parkingu, próbując opanować mdłości. Wytoczyłam się z samochodu, wbiłam wzrok w granatowe niebo i zaczęłam błagać Boga o pomoc. Kimkolwiek lub czymkolwiek jesteś gdzieś w morzu tego granatu, ocal mnie, proszę, ocal mnie.

I zostałam wysłuchana. Tej nocy zaczęło się moje nowe życie.

*

Z całej naszej jedenastki to ja pierwsza zaszłam w ciążę. Mieszkaliśmy w małym miasteczku, więc czułam się jak bohaterka powieści Szkarłatna litera, która ma na ubraniu wyszyty znak swojej hańby. Bałam się powiedzieć rodzicom, że spodziewam się dziecka, dlatego napisałam im to w liściku, który przyczepiłam magnesem na lodówce.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?