Jak pokochać freakaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 3

Cher Papa,

J’ai été enlevé par des étrangers. S’il te plaît, envoie de l’aide.

Cordialement1 Alex Trebek

Kerry tłumaczy nam, że codziennie będziemy wybierać z wachlarza różnych możliwości spędzenia czasu, od działań artystycznych i rękodzieła po jazdę konną, ale im dłużej mówi, tym trudniej jest mi się skoncentrować na czymś innym niż stojący obok mnie chłopak.

– To wy określacie swoje ścieżki – tłumaczy Kerry. – Opiekunowie są po to, by was prowadzić, ale jesteście już wystarczająco dorośli, żeby samodzielnie podejmować decyzje. Jedynym, czego codziennie wymagamy, to udział w sesji terapii grupowej w waszych domkach. – Kończy przemowę i informuje nas, że za godzinę będzie kolacja. Choć słońce świeci mi w oczy, wpatruję się w tego kolesia obok.

– Grover Cleveland? Jak ten prezydent? – pytam.

Grover kiwa głową i sięga do tylnej kieszeni. Wyciąga notesik i długopis.

– A ty jesteś?

Odsuwam się o krok od niego i przelatuję w myślach listę zaburzeń, jakimi sypnęła Cassie.

– Czy ci się zdaje, że jesteś Groverem Clevelandem, czy to twoje prawdziwe dane?

– Kluczowa jest tu właśnie kwestia prawdziwości. Ty jesteś prawdziwa?

– Tak, jestem prawdziwa.

Grover stuka się długopisem w brodę i potrząsa głową.

– Ale nawet gdybyś była urojeniem, i tak byś twierdziła, że jesteś prawdziwa, żebym tak właśnie myślał. Wypytywanie więc nic mi nie da.

– Słucham?

– Próbuję ustalić, czy jesteś prawdziwa.

– Właśnie ci powiedziałam, że jestem.

– To niczego nie dowodzi. Nadepnij mi na nogę.

– Co? – pytam.

– Nadepnij mi na nogę.

– Nie mam zamiaru cię deptać.

Grover stuka językiem o podniebienie.

– Cholera, jesteś urojeniem.

– Nie jestem urojeniem.

– To czemu nie nadepniesz mi na nogę?

– Bo sprawiłoby ci to ból.

– Fizyczny, możliwe, ale by się zagoiło. Natomiast zranisz mnie bezgranicznie, jeśli okażesz się urojeniem – odpowiada Grover. Wysuwa przed siebie stopę. – Śmiało, wytrzymam.

– Nie mam zamiaru cię deptać – powtarzam głośniej. – A ty nie odpowiedziałeś na moje pytanie. Czy uważasz się za Grovera Clevelanda, czy jesteś Groverem Clevelandem?

– Jestem Groverem Clevelandem.

– Prezydentem?

– W praktyce tak.

Chowam twarz w dłoniach.

– O Boże.

– Nie, Grover. – Zaczyna coś pisać na kartce.

– Co robisz? – Zerkam przez palce i całkiem się prostuję, żeby zobaczyć, co ma w notesie.

– Notatki.

– Na jaki temat?

– O tobie. – Grover długo mi się przygląda i wraca do pisania. – Czarne włosy. Oczy piwne. Wygląda na jakieś szesnaście lat. Skąd jesteś?

– Z Arizony.

– Dziwne. Nie znam nikogo z Arizony – mówi, wciąż pisząc.

– Co w tym dziwnego?

– To po prostu interesujące, że moja pierwsza halucynacja jest z Arizony.

– Nie jestem halucynacją – oświadczam z jeszcze większym naciskiem.

Grover szczerzy się i nie przerywając notowania, mówi:

– Miły uśmiech.

– Uważasz, że mam miły uśmiech?

– Jeszcze tego nie wiem. Dotąd się nie uśmiechałaś. To hipoteza. Planuję przeprowadzenie licznych eksperymentów, żeby sprawdzić, czy tak jest faktycznie. – Zapisuje w swoim notesie jeszcze kilka rzeczy. – Wiedziałaś, że prawdopodobieństwo posiadania autentycznie zielonych oczu wynosi jeden do pięćdziesięciu?

– Co?

– To fakt. – Grover wkłada długopis do ust. – Cholernie byłoby szkoda, gdybyś się okazała nieprawdziwa.

Policzki mnie palą i wbijam wzrok w ziemię.

– Już ci mówiłam. Jestem prawdziwa.

– Ktoś musi rozstrzygnąć ten spór. Chodź. – Grover łapie mnie za rękę i ciągnie pod słupek z piłką na uwięzi tuż koło stołówki. Kółeczko gapiów patrzy, jak Cassie kopie w piłkę przyczepioną sznurem do słupka. Z wrednym uśmiechem raz po raz wali nią w głowę jakiegoś chłopaczka, nie więcej niż trzynastoletniego.

– Leżysz i kwiczysz, pierdoło! – krzyczy, kiedy wygrywa. Koleś, z którym grała, odbiega z płaczem.

– Hej, Patyczak! – woła Grover. – Musisz mi pomóc.

– Rewelacja. – Wyrywam się Groverowi, bo już nadchodzi Cassie, a jej nieskrępowane stanikiem cycki podskakują pod koszulką.

– Co jest, Cleve?

– Wy się znacie? – pytam.

Cassie przewraca oczami i nie odpowiada.

– W czym mam ci pomóc?

Grover się uśmiecha i wskazuje mnie palcem.

– Widzisz ją?

– Niestety tak. – Cassie wypycha biodro do przodu. – Zander naprawdę istnieje, Cleve.

– Zander? Jest więc prawdziwa i ma imię. Miło mi cię poznać, Zander. – Wyciąga do mnie dłoń.

Przyglądam się jej, bo jeszcze nie wiem, czy rzeczywiście chcę poznawać kogoś z tego obozu. Kiedy tak rozważam podanie mu ręki, ucisk w żołądku powraca. Jest niepożądany i niemiły, więc pozbywam się go głębszym wdechem, a do Grovera tylko macham. Raz.

– Skoro więc ustaliliśmy, że jesteś prawdziwa… – Grover kołysze się na piętach, wpatrzony w swoją wciąż pustą dłoń, a potem ją opuszcza. – Co cię sprowadza w ten piękny zakątek Michigan, Zander?

Cassie wybucha śmiechem.

– Zander jest tutaj, bo „rodzice ją zapisali”.

Grover zakręca długopis.

– Interesujące.

– Nie zanotujesz tego w swojej książeczce? – pytam.

– Zapisuję tylko rzeczy na tyle ważne, żeby nigdy o nich nie zapomnieć.

– A więc chodzisz z notesem, żeby nie zapomnieć?

– Nie – zaprzecza Grover. – Żeby sobie przypominać.

– Co przypominać? – pytam.

Obrzuca wzrokiem obóz i zaciąga się tak, jakby wąchał kwiaty.

– Jak było dawniej.

Cassie staje obok Grovera. Wreszcie sprawia wrażenie, jakby się czymś przejęła.

– Cleve to PW.

– PW? – dociekam.

– Przyszły Wariat – odpowiada Grover, chowając notes w tylnej kieszeni. – Kiedyś mnie to czeka.

– Skąd wiesz?

– Mój tata rozmawia z nieżyjącymi prezydentami.

– I oni mu powiedzieli? – pytam.

Grover odrzuca głowę do tyłu i wybucha śmiechem.

– Jedni dziedziczą po rodzicach zielone oczy. Inni schizofrenię. Jak widać, nie dostały mi się zielone oczy.

– A więc to imię…

– Mój ojciec darzy ogromną miłością dawnych prezydentów. I miał to szczęście, że nasze nazwisko pasuje.

– Ale przecież z tobą jest wszystko w porządku? Co więc tutaj robisz?

Grover kieruje na mnie te swoje wielkie niebiesko-brązowe, kreskówkowe oczy.

– Niektórym wystarcza czekanie na to, co nieuchronne. Ja nigdy nie lubiłem czekać. Jak to jest z tobą, Zander?

Przełykam gulę, która nagle rodzi mi się w gardle. Fini. Skończone. Kres to zawsze kres, kiedy by nie nadszedł. Czekanie tylko przysparza bólu. Luźny kosmyk łaskocze mnie w kark, trę więc sobie tam skórę odrobinę za mocno.

– Nienawidzę czekać – przyznaję.

– Człowiek się tylko bardziej broni. – Oczy Grovera jeszcze chwilę się mocno we mnie wpatrują, a potem chłopak chowa ręce w kieszeniach. – Jeśli czeka mnie taka przyszłość, równie dobrze mogę już teraz zacząć się z nią oswajać. Mój tata był PW do czasów studiów i pewnych zajęć z historii, kiedy to w drzwiach pojawił się Teddy Roosevelt. Zakładam, że jeśli mi szczęście dopisze, mam jeszcze przed sobą kilka dobrych lat.

– Skąd się znacie z Cassie?

Grover obejmuje ją za szyję.

– Patyczak i ja przyjeżdżamy tu od ósmej klasy. – Uśmiecha się do Cassie i szepcze jej coś do ucha tak cicho, że nic nie słyszę. Poklepuje przednią kieszeń swoich dżinsów.

– O co chodzi? – pytam.

– Nie twoja sprawa. – Cassie patrzy na mnie złym wzrokiem. – W imię obozowej przyjaźni, Cleve, powinnam cię ostrzec. Zander fatalnie robi laskę.

Grover sięga po swój notes, ale go powstrzymuję.

– Wcale nie. I nie zapisuj tego!

Śmieje się.

– Zamierzałem jedynie zapisać, że Zander wygląda słodko, kiedy się rumieni.

Łapię się za policzki.

– Wcale się nie rumienię.

– Ale przyznajesz, że już robiłaś laskę? – naciska Cassie.

Piorunuję ją wzrokiem.

– Mam chłopaka.

– A to pech – mówi Grover.

– Ma na imię Coop.

– Podwójny pech. Nie mów, że gra w futbol.

– Gra – potwierdzam.

– Chcesz powiedzieć, że nie powinienem robić sobie nadziei?

Wpatruję się w rozszerzone oczy Grovera. Obserwują, jak na niego patrzę. Przez to, że odbija się w nich słońce, wyglądają, jakby zaraz miały popłynąć z nich łzy.

– Zakneblujcie mnie – mówi Cassie, gdy nagle słychać dźwięk dzwonu. Mną aż rzuca.

– Po co? Przecież sama świetnie sobie radzisz – odpowiada Cassie Grover, wskazując na jej za chude ciało. – Daj spokój. Mój niestabilny emocjonalnie mózg domaga się pożywienia. Chodźmy coś zjeść. – Rusza w stronę stołówki. Cassie tuż za nim. Ja wciąż stoję i może dlatego komar gryzie mnie w nogę. Odganiam go i drapię się w to miejsce. Grover ogląda się przez ramię z uśmiechem. Na co czekam?

Jeśli mam się męczyć z tymi owadami jeszcze przez pięć tygodni, warto będzie pożyczyć jakiś sprej.

* * *

W stołówce odstajemy swoje w kolejce, a potem łapię za owinięte w serwetkę sztućce i plastikową tacę. Jedzenie wyłożono na długim stole, jak w bufecie, pozostaje mi więc dokonać wyboru. Uwzględniono wszelkie typy żywności żółtej – łącznie z makaronem, frytkami, białym pieczywem i syropem kukurydzianym o wysokiej zawartości fruktozy. Moja mama byłaby wstrząśnięta. Coop, ilekroć przyjdzie do mnie do domu, żali się, że u nas nigdy nie ma co jeść. Mama uwielbia to prostować. „Jedzenia w tym domu nie brakuje. Rzecz w tym, że ty przywykłeś do tego śmieciowego”. Potem proponuje mu miskę winogron lub batonik muesli.

 

Odpuszczam sobie żółte i kieruję się do baru sałatkowego na samym końcu stołów. Napełniam talerz jak największą liczbą kolorów tęczy – zieleniną, żółtą papryką, czerwonymi pomidorami i czarnymi oliwkami, a zamiast sosu do sałatki biorę łyżkę twarożku. Nawet biorę wodę, rezygnując z mleka, żeby się nawodnić.

Kiedy mijam kosz jabłek, stopy odmawiają mi posłuszeństwa. Wpatrzona w stos owoców, podnoszę jedno jabłko i przysuwam je do twarzy. Jego gładka powierzchnia tak połyskuje w przyćmionym żółtawym świetle stołówki, że czerwona skórka wygląda bardzo apetycznie. Ma właściwości odżywcze, przez chwilę więc rozważam dodanie go do swojej tacy.

– Zastanawiasz się, czy nie zjeść zakazanego owocu? – pyta zza moich pleców Grover.

Nie odrywam wzroku od jabłka.

– U nas w domu się ich nie je.

– Alergia?

– Nie.

– Czyli ogólna niechęć?

Nie mogę się przemóc, chociaż zjedzenie jabłka mogłoby mi dobrze zrobić. Odkładam je. Za nami zrobiła się już kolejka.

– Coś w ten deseń – przyznaję i biorę bułkę pełnoziarnistą. Bez masła.

Siadamy z Cassie i Groverem przy wolnym stole. Podczas gdy na jego tacy piętrzy się makaron z serem i paluszki z kurczaka, Cassie wystarcza mizerna porcja sałaty lodowej i pięć marcheweczek.

– Ta sałata nie ma wartości odżywczej. – Wskazuję jej tacę. – To praktycznie sama woda.

– A wyglądam ci na zainteresowaną wartościami odżywczymi? – Cassie odrywa liść sałaty i wpycha go sobie do ust.

– Raczej nie – przyznaję i przystępuję do łamania mojej bułki na trzy części. Kiedy byłam mała, mama nauczyła mnie, że to grzecznie podzielić coś na trzy kawałki. Nie bardzo rozumiem, co takiego niegrzecznego byłoby w dwóch lub siedmiu, czy na przykład w trzech milionach, ale mama stanowczo obstaje przy zasadach savoir-vivre’u i wszystkim, co liściaste i zielone. Trzyma się tego jak jakiejś kamizelki ratunkowej, która miałaby uchronić ją przed utonięciem, choć przecież łamanie kromki na trzy części nikogo nie uratuje. A jeśli za mocno się czegoś trzymamy, to coś zmarnieje nam w rękach.

Znów zerkam na tamten kosz pełen jabłek. Ale nawet mama byłaby ze mnie zadowolona, że zostawiłam go w spokoju.

– Zander – mówi Grover.

– Co takiego?

– Masz nadzieję, że te okruszki doprowadzą cię do domu? – Z uśmiechem wskazuje moje ręce. Podziubałam swoją bułkę na mnóstwo kawałeczków i zasypałam nimi stół. Czym prędzej je zbieram i odkładam na tacę.

Nie patrząc na Grovera, odpowiadam:

– Nie spieszy mi się do domu.

Kiedy już wszyscy przewinęli się wokół stołów z jedzeniem, na przód stołówki wychodzi Kerry i zarządza ciszę.

– Tradycją tego obozu jest to, że przed posiłkiem modlimy się do świętego Antoniego Padewskiego, patrona rzeczy zagubionych. Poświęćmy chwilę i pochylmy głowy.

Zamiast go posłuchać, rozglądam się po sali. Głowy opuścili wszyscy opiekunowie. Kiedy Cassie łapie za nóż i udaje, że podrzyna sobie gardło, parskam cichym śmiechem. Nie mogę się powstrzymać.

– Modlimy się do świętego Antoniego Padewskiego o trzy sprawy. O odnalezienie drogi przez zagubionych. O uwolnienie duszy. O życie wieczne.

– I żebym się z kimś przespał – dodaje Grover. Kerry podnosi wzrok, z oburzeniem. – Czyż to nie patron rzeczy straconych? Ja nie mogę się doczekać straty dziewictwa.

– Proszę traktować to poważnie – mówi Kerry.

– Jestem poważny, możesz wierzyć. – Grover kreśli na sercu znak krzyża.

– Jedzmy. – Kerry kręci głową i idzie usiąść przy tym samym stole, co reszta opiekunów.

– To było niezłe, Cleve – odzywa się Cassie, biorąc kolejny kęs sałaty.

– Nic na to nie poradzę. To przez tę niestabilność emocjonalną. Na usta same cisną mi się rzeczy, które powinny. Choćby to, że Zander ma piękne oczy. – Grover odkłada widelec i patrzy na mnie. Tak naprawdę patrzy, unosząc kącik ust.

– Są po prostu brązowe. Mnóstwo ludzi ma brązowe oczy.

– Dokładnie co druga osoba.

Cassie jęczy.

– Z nią niczego nie stracisz. Już powiedziała, że ma chłopaka. Najwyżej może zjeść cię chcica.

Grover nie odrywa ode mnie wzroku.

– Ktoś mówił coś o chcicy? – Mruga do mnie. Wbijam oczy w talerz zasłany okruszkami, a policzki mnie palą. Przy Coopie się nie rumienię. Wystarczają francuskie koniugacje i to mi pasuje.

Zerkam na Grovera, skrępowana tym, że między nami jest tak niewiele miejsca, a tu nagle ktoś siada koło mnie. Mały i gruby blondasek z prostą grzywką dyszy ciężko, wpatrując się we mnie wielkimi oczami.

– Oni próbują mnie zabić – oznajmia.

– Kto? – pytam.

– Opiekunowie.

– Dlaczego? – Grover przechyla się do niego przez stół, zaintrygowany.

Chłopak błędnym wzrokiem rozgląda się po sali. Siada wygodniej.

– No dobra, nie próbują mnie zabić, ale słyszałem, że nocami przeprowadzają tajemne eksperymenty na obozowiczach.

– Naprawdę? – pytam.

Grubasek kiwa głową.

– To dlatego nas zamykają. – Szturcha mnie w ramię i wybucha śmiechem. – Żartowałem.

– Jak ci na imię, kolego? – Grover wyciąga swój notes.

– Tim. – Chłopak porywa z mojej tacy kawałek chleba i pakuje sobie do ust.

– Miło cię poznać, Tim. – Grover wyciąga do niego rękę. – Skoro panie cię widzą, zakładam, że jesteś prawdziwy. Jak więc tutaj trafiłeś?

– Zabiłem kogoś – odpowiada Tim z pełnymi ustami, potrząsając ręką Grovera. – A w sumie, to jestem Pete.

– I kogo zabiłeś, Pete? – docieka Grover.

Pete sięga po moją wodę i bierze łyk.

– Znowu żartowałem. I tak naprawdę to jestem George.

– Okej, George. – Grover coś sobie notuje. – Niech zgadnę… – Przykłada długopis do warg. – Patologiczny kłamca?

– Nie jestem patologicznym kłamcą. – Chłopak odchyla się na krześle, ściąga brwi i potrząsa głową. – No dobra. Może jestem, ale to też może być kłamstwo.

Piorunuję go wzrokiem, całkiem skołowana.

– To jak się naprawdę nazywasz?

Tim/Pete/George patrzy mi prosto w oczy. Wygląda co najwyżej na pierwszaka z liceum o różowych jak u niemowlaka policzkach i jasnej cerze, która, tak samo jak moja, bez ochrony w pięć minut spiecze się na słońcu.

– Alex Trebek.

– Jak ten starszy gość, co prowadzi teleturniej2? – upewniam się.

– Pierdolisz, nie możesz się tak nazywać – jęczy Cassie.

– A właśnie że tak.

– Skąd mamy wiedzieć, że nie kłamiesz?

– Bo nie kłamię.

– Ale skoro jesteś patologicznym kłamcą, wszystko, co powiesz, może być łgarstwem. – Grover stuka długopisem w bok stołu.

– Może kłamię, że jestem patologicznym kłamcą. – Alex Trebek znów popija moją wodę.

– To oznacza, że jesteś patologicznym kłamcą. – Grover mruży oczy, jakby jego umysł pracował na pełnych obrotach.

– Ale naprawdę nazywam się Alex Trebek.

Grover kręci głową.

– To równie dobrze może być kłamstwo.

– Zasadniczo więc nie powinniśmy wierzyć w nic, co mówisz – wtrącam się.

– Zgadza się – potwierdza Alex.

– A jeśli teraz też skłamał? – Grover celuje palcem w Alexa i rzuca: – To by oznaczało, że możemy wierzyć w to, co mówi.

– Głowa mi pęka. – Opuszczam ją, przyciskając czoło do zimnego blatu.

Grover poklepuje mnie po plecach.

– To fascynujące – mówi i ciągnie ten temat. Ja jednak potrafię się skupić jedynie na jego dłoni na moich plecach. Nawet przez ubranie czuję, jaka jest gorąca. Kiedy już nie jestem w stanie dłużej tego znieść, odklejam się od stołu i odsuwam od Grovera wraz z krzesłem.

Alex Trebek resztę kolacji spędza przy naszym stole. Zjadam pozostałości swojego pieczywa i sałatkę. Szpinak zostawia na zębach okropny osad, ale po wodę nie sięgam, bo połowę wypił Alex. A skoro powietrze jest takie wilgotne, wcale nie jestem pewna, czy rzeczywiście bez picia się odwodnię.

Kiedy już wszyscy skończyliśmy jeść, Kerry wprowadza nas w dosyć rozbudowany regulamin sprzątania po posiłku.

– Tace kładziecie tutaj. Tu się wyrzuca resztki jedzenia. Talerze składamy tutaj. Serwetki wędrują do kosza na recykling. Sztućce natomiast przekazujecie opiekunowi na końcu tego ciągu. – Pokazuje stojącego za stołem mężczyznę, który ma przed sobą pojemnik.

– Ja się tym zajmę – mówi Grover, zbierając nasze tace na swoją. Cassie i Alex Trebek, czy jak tam on się naprawdę nazywa, oddają mu swoje chętnie. Ja mojej nie puszczam.

– Sama to zrobię.

– Ale dla mnie to nie problem. – Grover uśmiecha się do mnie.

Jeszcze mocniej ściskam tę tacę.

– Dzięki, ale nie.

– Feministka. Zander, coraz bardziej mi się podobasz.

Grover zabiera się do sprzątania, a ja trzymam się na dystans. Nie jestem pewna, czego się spodziewałam po takim obozie, ale jak dotąd ten dzień przechodzi najśmielsze oczekiwania. Patrząc na Cassie, Alexa i Grovera, nie potrafię powiedzieć, gdzie jest właściwie moje miejsce. Zapewne nigdzie, i to jest dobre. Gdyby moi rodzice potrafili zrozumieć, że „nigdzie” jest miejscem rzeczywistym, a tylko nie takim, jakie sobie dla mnie wymarzyli, wszystko byłoby okej. Bo nieźle mi tutaj. Właśnie nieźle.

Chwilę później na końcu stołu z jedzeniem, w miejscu, gdzie opiekun odbiera sztućce, robi się zadyma.

– Mam tu tylko osiem sztuk. – Tamten gość obwinia Grovera nawet spojrzeniem. – Gdzie jest dziewiąta?

Chłopak wzrusza ramionami, nic jednak nie mówi. Im dłużej milczy, tym mocniej wkurzony wydaje się opiekun.

Siadam i spoglądam na Cassie, która rozwala się na krześle, wyraźnie uradowana tym przedstawieniem. W końcu pojawia się też Kerry, żeby przyjrzeć się aferze. Kiedy się orientuje, że oskarżenie padło na Grovera, wypuszcza z siebie przesadnie ciężkie westchnienie.

– Grover, gdzie jest widelec?

– Nie mam pojęcia.

– Właśnie, że masz. Dobrze wiesz, gdzie jest.

– Kerry, akurat ty powinieneś wiedzieć, że czasem rzeczy znikają w sposób niewytłumaczalny. Po prostu je tracimy. Gdyby było inaczej, miałbym pewność, że nigdy nie postradam rozumu, a statystycznie rzecz biorąc, jest całkiem prawdopodobne, że on pewnego dnia po prostu weźmie i mnie opuści. Stracę rozum. Już na zawsze. – Grover nabiera tchu. – Podobnie jest z tym widelcem.

Kerry przewraca oczami.

– Gdzie siedziałeś?

Cały obóz patrzy w milczeniu, jak Grover prowadzi go do naszego stołu. Kiedy Kerry podchodzi do nas, skupiam się na swoich dłoniach.

– Cassie. – Właściciel ośrodka znów sapie. – Mogłem się tego spodziewać.

– To znaczy czego? – kontruje dziewczyna.

– Że masz z tym coś wspólnego.

– A w ogóle skąd u ciebie ta obsesja na punkcie sztućców? – pyta Cassie.

– Zacznijmy od tego, że pieniądze nie rosną tu na drzewach. – Kerry odlicza swoje argumenty na palcach. – Po drugie, zgodnie z obietnicą z naszej ulotki, gwarantujemy bezpieczeństwo wszystkim naszym obozowiczom. Oznacza to również liczenie sztućców. Gdzie więc jest ten widelec?

– Nie wiem. – Cassie patrzy w bok, wcale się nie przejmując zaistniałą sytuacją.

– Na pewno wiesz. – Twarz Kerry’ego rozsadza teraz złość, aż nabrzmiewa mu żyła biegnąca przez środek czoła.

Cassie znów na niego patrzy, a jej niewinna mina jest przeciwieństwem jego wyrazu twarzy.

– Stale coś ginie. Ten świat jest niedoskonały – mówi.

Kerry zaciska zęby i przenosi srogi wzrok na Alexa Trebeka.

Grover wraca na swoje krzesło i prostuje nogi pod stołem.

– Z niego nic nie wyciągniesz. A już na pewno nie prawdę.

– Czy wiesz, gdzie jest ten widelec? – pyta Kerry Alexa.

– Co to jest widelec?

Kerry jęczy. Teraz patrzy na mnie.

– Ty jesteś Zander, zgadza się?

– Skąd pan wie? – pytam.

– Stawiam sobie za punkt honoru znać wszystkich obozowiczów. – Kerry kątem oka zerka na Cassie. – Dlatego żądamy przy rejestracji waszych zdjęć. To też ze względów bezpieczeństwa.

Prostuję się na krześle, czując się cokolwiek zdradzona. Rodzice wysłali Kerry’emu moje zdjęcie? Co jeszcze mu o mnie powiedzieli? Zaczynam się wiercić, poruszona faktem, że ten całkowicie obcy mi człowiek może wiedzieć o mnie rzeczy, do których bym się nikomu nie przyznała. I że ujawnili mu je moi rodzice.

 

– Zander, czy wiesz, gdzie jest ten widelec? – pyta Kerry.

– Ja… – Przenoszę wzrok z Grovera na Alexa, a potem na Cassie, która siedzi z zaciśniętymi ustami i z założonymi rękoma. Wiem, że Cassie ma ten widelec, ale nie chcę, żeby Kerry go odzyskał, tak samo jak nie chciałabym, żeby Madison uczyła mnie jeździć konno lub malować paznokcie. Cassie przygląda mi się ze zmrużonymi oczami, jakby to był jeden wielki egzamin. – Nie wiem, o czym pan mówi – kończę.

– W porządku. – Kerry znów patrzy na Cassie. – Ktoś będzie musiał przez resztę pobytu obyć się bez widelca.

Cassie wydyma wargi.

– Jakbym jadała coś, do czego jest potrzebny.

Kiedy Kerry oddala się od naszego stołu, Grover, Alex, Cassie i ja popatrujemy na siebie tak, jakby uszła nam na sucho jakaś zbrodnia. Usta Grovera rozciągają się w szerokim uśmiechu.

Kerry donośnie obwieszcza reszcie obozowiczów, że kolacja oficjalnie dobiegła końca.

– Niełatwo jest szukać czegoś, co zgubiliśmy – mówi. – Zwłaszcza wtedy, gdy sami też musimy się odnaleźć. Czas iść spać. Tych, którzy potrzebują leków, zapraszam do centrum medycznego.

Cassie natychmiast się podnosi i bez słowa opuszcza stołówkę. Nawet nie myśli nam dziękować za to, że uratowaliśmy jej tyłek.

– Zander, coś cię chyba martwi – mówi Grover, podchodząc do mnie.

– Nie jestem zmartwiona.

– To dobrze – słyszę.

Już się oddala, ale go zatrzymuję.

– A jeśli wybuchnie pożar? Będziemy przecież pod kluczem.

– Tym się nie przejmuj – uspokaja. – Fizyczne niedogodności bledną w porównaniu z psychicznymi. Powtarzaj więc za mną. Módlmy się do świętego Antoniego Padewskiego. O odnalezienie zagubionych. O uwolnienie duszy. O życie wieczne.

1 (fr.) Drogi tato, zostałem porwany przez obcych. Proszę, wezwij pomoc. Pozdrawiam [wróć]

2 Alex Trebek prowadził szereg teleturniejów. Najpopularnieszy z nich to Jeopardy, którego polską wersją był Va banque (nadawany w latach 1996–2003 w TVP2). [Wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza]. [wróć]