Republika Smoka

Tekst
Z serii: Wojna makowa #2
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Republika Smoka
Republika Smoka
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 87,33  69,86 
Republika Smoka
Republika Smoka
Audiobook
Czyta Paulina Holtz
49,90  36,93 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Zabij Daji od razu, przy pierwszej nadarzającej się okazji. – Kapitan Eriden dźgnął tępym końcem włóczni, mierząc prosto w głowę Rin. – Nie zwlekaj, nie pozwól się oczarować.

Przed pierwszym ciosem zdołała się uchylić. Drugie pchnięcie ugodziło ją w nos. Otrząsnęła się z bólu, skrzywiła i z powrotem przyjęła właściwą postawę.

Zmrużonymi oczyma śledziła ruchy stóp przeciwnika, starała się przewidzieć zamiary kapitana, obserwując jedynie dolną połowę jego ciała.

– Będzie chciała nawiązać rozmowę – podjął Eriden. – Zawsze tak robi, bawi ją widok wijącej się przed śmiercią ofiary. Nie czekaj, nie pozwól, by się rozgadała. Poczujesz morderczą ciekawość, Daji działa w ten sposób na wszystkich, ale musisz wykorzystać szansę, zanim przeminie.

– Nie jestem idiotką – wysapała Rin.

Kolejną serię raptownych ciosów Eriden skierował na jej tors. Zdołała zablokować mniej więcej połowę. Pozostałe niemal ją wykończyły.

Oficer cofnął włócznię, co zwiastowało chwilę wytchnienia.

– Nie rozumiesz. Pani Żmija nie jest zwyczajną śmiertelniczką. Słyszałaś zresztą opowieści. Twarz ma tak oszałamiająco piękną, że kiedy wybiera się na przechadzkę, spod chmur spadają otumanione ptaki, a skołowaciałe ryby same wypływają na powierzchnię.

– Tak czy inaczej, to tylko twarz – zauważyła Rin.

– Nie, to nie jest tylko twarz. Na własne oczy widziałem, jak urok Daji opętywał najsilniejszych i najbardziej racjonalnych mężczyzn, jakich znałem. Wystarczy kilka słów, a padają przed nią na kolana. Jeszcze częściej robi to samym tylko spojrzeniem.

– Ciebie też oczarowała? – zainteresowała się dziewczyna.

– Wszystkich – odparł, lecz nie raczył rozwinąć. Rin nie potrafiła z Eridena wyciągnąć niczego poza prostolinijnymi, lakonicznymi odpowiedziami. Gwardzistę cechował wygląd i osobowość przeciętnego nieboszczyka. – Bądź ostrożna i nie patrz jej w oczy.

O tym już wiedziała. Wpajał jej to od wielu dni. Ulubiony oręż Daji stanowiły właśnie oczy – wężowe ślepia, zdolne schwytać ludzką duszę w potrzask jednym spojrzeniem i sprawić, że ofiara ujrzy dowolną wizję, jakiej życzyła sobie cesarzowa.

Wyjściem było zatem unikać wzroku cesarzowej. Eriden szkolił Rin tak, by nauczyła się walczyć, spoglądając wyłącznie na nogi przeciwnika. Toczone w ten sposób pojedynki okazały się niemałym wyzwaniem. Tak wiele zależało przecież od ukradkowych, przelotnych spojrzeń, od kąta, pod jakim obracał się tułów. Kapitan jednak ostro karcił Rin za każdym razem, gdy jej wzrok wędrował zbyt wysoko.

Bez ostrzeżenia skoczył naprzód. Tę sekwencję ciosów przyjęła z nieco większym powodzeniem. Nauczyła się patrzeć nie tylko na stopy, lecz również na biodro – zwykle obracało się pierwsze, wprawiając następnie w ruch całą nogę. Sparowała kilka ataków, lecz kolejny, szczególnie silny, dosięgnął jej ramienia. Nie poczuła szczególnego bólu, lecz energia uderzenia niemal wytrąciła jej trójząb z dłoni.

Eriden dał znak do następnej przerwy.

Kiedy Rin zgięła się w pasie i próbowała wyrównać oddech, żołnierz wyjął z kieszeni kilka długich igieł.

– Ulubione zabawki cesarzowej. – Cisnął w dziewczynę jednocześnie trzema.

Rin pospiesznie uskoczyła w bok. Zdołała zejść z drogi pociskom, ale źle wylądowała i uraziła sobie kostkę.

Skrzywiła się. W jej stronę mknęły już kolejne igły.

Zamachnęła się trójzębem, rozpaczliwie próbując strącić je z powietrza. I prawie się udało. Pięć igiełek brzęknęło o pokład. Jedna trafiła Rin w udo. Wyszarpnęła ją. Eriden nie stępił nawet końcówek. Dupek.

– Daji przepada za truciznami – skwitował kapitan. – Już nie żyjesz.

– Dzięki, zrozumiałam przekaz – syknęła dziewczyna.

Upuściła trójząb i pochyliła się, wciągając potężne porcje powietrza. Jej płuca stały w ogniu. Gdzie się podziała jej kondycja? W Sinegardzie potrafiła trenować godzinami. Ach, no tak – kondycja uleciała wraz z opiumowym dymem.

Eriden tymczasem nawet się nie spocił. Nie chciała okazać się słabeuszem, nie poprosiła więc o przerwę wprost. Spróbowała odwrócić jego uwagę pytaniami.

– Skąd tak dobrze znasz cesarzową?

– Walczyliśmy u jej boku. W czasie drugiej wojny makowej Prowincja Smoka wystawiła najlepsze oddziały z całego kraju. Niemal zawsze towarzyszyliśmy w polu Trójcy Doskonałych.

– Jacy oni byli?

– Brutalni. Groźni. – Eriden zniżył ku niej włócznię. – Dość gadania. Powinnaś…

– Ale ja muszę to wiedzieć – nie odpuściła. – Czy Daji też walczyła? Widziałeś ją? Jak to wyglądało?

– Daji nie jest wojowniczką. Zna sztuki walki, i to całkiem nieźle, wszyscy troje potrafili się bić, ale ona nigdy nie polegała na sile. Jej moc działa bardziej subtelnie niż dary Odźwiernego czy Smoczego Cesarza. Daji przeniknęła naturę pożądania. Rozumie męskie popędy i wykorzystuje przeciwko mężczyznom ich najgłębsze pragnienia. Sprawia, że myślą, iż ona jedna jest w stanie je spełnić.

– Ja jestem kobietą.

– Wszystko jedno.

– Tylko gdzie tu właściwie groźba? – Rin starała się przekonać samą siebie. – W końcu pożądanie to tylko pożądanie. A jakieś bardziej konkretne talenty?

– Sądzisz, że ogień i stal są silniejsze niż pożądanie? Daji od samego początku była najpotężniejszym członkiem Trójcy Doskonałych.

– Była silniejsza od Smoczego Cesarza? – zapytała i ujrzała oczyma duszy unoszącego się tuż nad ziemią siwowłosego mężczyznę, wokół którego krążyły cienie groteskowych bestii. – Silniejsza niż Odźwierny?

– Oczywiście, że tak – przyznał półgłosem kapitan. – Jak ci się wydaje, dlaczego tylko ona przetrwała?

Rin zamarła, zastanowiła się.

Rzeczywiście, w jaki właściwie sposób Daji objęła niepodzielne rządy w Nikan?

Wszyscy, którym dotąd to pytanie zadawała, przedstawiali odmienne wersje wydarzeń. Jedynym, co w cesarstwie powszechnie uważano za pewnik, był fakt, że pewnego dnia Smoczy Cesarz zmarł bądź poległ, Odźwierny zaginął, a na tronie pozostała samotna Daji.

– Wiesz, co z nimi zrobiła? – spytała.

– Żeby się tego dowiedzieć, oddałbym własne ręce. – Eriden odrzucił włócznię na bok i dobył miecza. – Sprawdźmy, jak sobie radzisz z tym.

Klinga kapitana błyskała olśniewająco szybko. Rin, rozpaczliwie usiłując dotrzymać mu kroku, zaczęła się chwiejnie cofać. Kilka razy niewiele brakowało, a trójząb wymknąłby się jej z dłoni. Gorzko poirytowana zacisnęła zęby.

Problem stanowiła nie tylko długość broni Altana, nie wyłącznie jej wyważenie, przystosowane do osoby znacznie wyższej i lepiej zbudowanej od Rin. Gdyby chodziło po prostu o trójząb, chcąc nie chcąc, zamieniłaby go na miecz.

Kłopot tkwił w ciele Rin. Znała wszystkie właściwe ciosy, ruchy i układy, lecz mięśnie najzwyczajniej w świecie nie nadążały. Miała wrażenie, iż kończyny wykonują nadsyłane przez umysł polecenia z przynajmniej dwusekundowym opóźnieniem.

Mówiąc wprost, organizm Rin odmawiał współpracy. Miesiące spędzone na bezczynnym leżeniu w dusznych wnętrzach, na zaciąganiu się i wydychaniu dymu, wywarły fatalny wpływ na jej sprawność. Dopiero teraz uświadomiła sobie w pełni, jak skrajnie wychudła i jak szybko się męczy.

– Skup się! – Eriden wciąż się zbliżał.

Rin reagowała coraz bardziej panicznie. Przestała już nawet próbować zadawać ciosy, całą koncentrację poświęciła na utrzymywanie jego ostrza z dala od twarzy.

W ten sposób zwyciężyć po prostu nie mogła.

Lecz przecież, żeby zabić przeciwnika, wcale nie musiała posługiwać się trójzębem. Ta broń była skuteczna jedynie na dystans – utrzymywała wrogów z dala od dziewczyny, chroniła ją. Rin natomiast musiała znaleźć się blisko, tylko wówczas mogła skorzystać z ognia.

Zmrużyła oczy, odczekała chwilę.

Teraz! Eriden ciął, mierząc w rękojeść trójzębu – niskie, zamaszyste uderzenie. Pozwoliła wytrącić sobie broń z ręki. I błyskawicznie wykorzystała przewagę przestrzeni, wskoczyła w miejsce zajmowane dotąd przez ostrza i wbiła uniesione kolano prosto w mostek kapitana.

Eriden zgiął się wpół. Rin kopnęła go w piszczel, wskoczyła mu na pierś i rozcapierzyła palce tuż przed oczyma powalonego.

Przywołała najmniejszy możliwy płomyk, zaledwie sugestię ognia – tyle, by poczuł ciepło na skórze.

– Puf! – mruknęła. – Teraz ty nie żyjesz.

Wargi gwardzisty uformowały grymas z grubsza kojarzący się z uśmiechem.

– I jak sobie radzi? – rozległo się za jej plecami.

Rin zerknęła przez ramię.

Na pokładzie pojawili się Vaisra i Nezha. Eriden podniósł się i usiadł.

– Będzie gotowa – ogłosił.

– Będzie? – powtórzył możnowładca.

– Daj mi jeszcze kilka dni – wtrąciła zdyszana Rin. – Wciąż się uczę. Ale dam radę.

– To dobrze. – Vaisra skinął głową.

– Krwawisz. – Nezha wskazał jej udo.

Ledwie go usłyszała. Nadal przyglądała się możnowładcy, na którego twarz wypłynął niecodziennie szeroki uśmiech. Był zadowolony, tak zadowolonego jeszcze nigdy go nie widziała. I dumny. Z jakiegoś powodu satysfakcja, jaką poczuła na widok miny Vaisry, okazała się większa od tej, jaką od miesięcy przynosiło jej opium.


– Będziesz towarzyszyć możnowładcy Smoka na południowym spotkaniu w Pałacu Jesiennym – obwieścił Eriden. – Pamiętaj, pojawisz się tam w charakterze zbrodniarki wojennej. Nie zachowuj się, jakbyś przychodziła u boku sprzymierzeńca. Musisz sprawiać wrażenie wylęknionej.

W prywatnej kajucie Vaisry zebrał się kilkunastoosobowy tłumek generałów i doradców. Siedzieli pochyleni nad rozłożonymi na stole niezwykle szczegółowymi planami cesarskiej rezydencji. Rin zajęła miejsce po prawicy możnowładcy. Skupiona na niej bezustanna uwaga tylu osób sprawiła, że skronie dziewczyny pokryła warstewka potu. Stanowiła kluczową postać całego przedsięwzięcia, nie mogła zawieść, nie mogła sobie pozwolić nawet na jedno potknięcie.

 

– Będziesz skrępowana i zakneblowana. – Eriden uniósł nad blat parę żelaznych kajdan. – Na twoim miejscu zapoznałbym się z tymi obrączkami zawczasu.

– Niedobrze – zauważyła Rin. – Metalu nie przepalę.

– Nie są całe z metalu. – Kapitan podsunął jej kajdanki po stole, by mogła się przyjrzeć. – Zamiast łańcucha użyliśmy sznurka. A ten przepalisz nawet słabym żarem.

– Naprawdę sądzicie, że Daji nie zechce mnie zabić od razu? – rzuciła, bawiąc się kajdankami. – Przecież wie, na czym mi najbardziej zależy. W Adladze przekonała się na własne oczy.

– Och, naturalnie, że zwęszy podstęp. Myślę, że będzie podejrzewać zdradę, odkąd przybijemy do portu w Lusan. Ale nie próbujemy przecież zastawić na nią zasadzki. Daji lubi pobawić się z ofiarą, zanim ją pożre. W szczególności nie pozbędzie się od razu ciebie. Jesteś stanowczo zbyt interesująca.

– Co więcej, Daji nigdy nie atakuje jako pierwsza – podjął Vaisra. – Spróbuje wycisnąć z ciebie tak wiele informacji, jak to możliwe. Zapewne zaprowadzi cię w jakieś odosobnione miejsce i zacznie z tobą rozmawiać. Wtedy zamarkujesz zaskoczenie. A cesarzowa złoży ci propozycję niemal tak samo atrakcyjną jak moja.

– Czyli jaką? – zaciekawiła się dziewczyna.

– Masz wyobraźnię. Zrób z niej użytek. Posada w jej przybocznej gwardii cesarskiej. Wolna ręka w oczyszczaniu kraju z niedobitków wojsk Federacji. Sława i bogactwa, o jakich nigdy nawet nie myślałaś. Oczywiście będą to kłamstwa i nic więcej jak kłamstwa. Daji zdołała utrzymać tron przez dwie długie dekady między innymi dlatego, że potrafi eliminować pewnych ludzi, zanim staną się problematyczni. Gdybyś została jej dwórką, już wkrótce pojawiłabyś się jako najnowsza pozycja na liście ofiar zabójstw politycznych.

– Ewentualnie w kilkanaście minut po zawarciu waszej umowy ktoś natknąłby się na twoje ciało w jednym ze stołecznych rynsztoków – dopowiedział Eriden.

Rin potoczyła spojrzeniem wokół stołu.

– Czy naprawdę nikt tu nie widzi najpoważniejszej wady tego planu?

– Oświeć nas, jeśli łaska – rzucił Vaisra.

– Dlaczego nie mogę zabić Daji od razu? Zanim w ogóle otworzy usta? Po co ryzykować? Nie pozwólmy jej powiedzieć ani słowa.

Vaisra i Eriden wymienili spojrzenia. Kapitan zawahał się na krótki moment, po czym powiedział:

– Nie zabijesz jej od razu, bo… hmm… nie będziesz w stanie.

– Co to ma znaczyć? – spytała nagle pobladła dziewczyna.

– Przed chwilą o tym rozmawialiśmy – zauważył możnowładca. – Daji zrozumie, że chcesz ją zabić natychmiast, kiedy cię tylko zobaczy. Wobec moich intencji też będzie wielce podejrzliwa. Jedynym sposobem na dostarczenie cię do Pałacu Jesiennego, na tyle blisko cesarzowej, byś mogła zaatakować, nie narażając przy tym nas wszystkich, jest podać ci środek…

– Podać środek… – powtórzyła Rin.

– Słowem, będziemy musieli poczęstować cię opium. I to na oczach gwardzistów Daji – stwierdził Vaisra. – Otrzymasz niewielką dawkę, taką, która spacyfikuje cię na godzinę lub dwie. Cesarzowa nie ma pojęcia o twojej podwyższonej tolerancji, a to dla nas poważny atut. Otrzeźwiejesz wcześniej, niż będzie się tego spodziewać.

W opinii Rin plan był beznadziejny. Oczekiwali od niej, że wkroczy do Pałacu Jesiennego bezbronna, przytępiona opium, a co gorsza, niezdolna skorzystać z ognia. Z drugiej strony, choć przyglądała się ich rozumowaniu pod wszelkimi możliwymi kątami, nie potrafiła w nim dostrzec luki. Jedynie uprzednio unieszkodliwiona i rozbrojona zdoła podejść na tyle blisko Daji, by móc uderzyć.

– Czyli będę tam… – odezwała się, próbując nie zdradzić tonem strachu. – Znaczy… będę tam sama?

– Nie możemy wprowadzić do Pałacu Jesiennego licznego oddziału. To by wzbudziło zbyt wiele podejrzeń. Będziesz mogła liczyć na wsparcie naprawdę minimalnej liczby żołnierzy. Ukryją się tutaj, tutaj i tutaj. – Vaisra stuknął palcem trzy punkty na planie pałacowych wnętrz. – Nie możemy zapominać, że nasz cel jest bardzo konkretny. Gdyby zależało nam na rozpętaniu otwartej wojny, ruszylibyśmy w górę Murui całą armadą. Póki co naszym zamiarem jest odrąbanie wężowi łba. O bitwach pomyślimy potem.

– Rozumiem zatem, że poza mną nikt nie nadstawi karku – zauważyła Rin. – Bardzo sympatycznie.

– Nie zostawimy cię przecież samej. Jeśli cokolwiek pójdzie niezgodnie z planem, wydostaniemy cię z pałacu. Masz moje słowo. Bez względu, czy zrealizujesz cel, czy nie, wymkniesz się jedną z tych dróg. Kapitan Eriden przygotuje „Pielgrzyma” tak, byśmy w razie konieczności mogli odpłynąć z Lusan w kilkanaście sekund.

Rin przyjrzała się planowi. Pałac Jesienny okazał się beznadziejnie rozległą budowlą, strukturą przypominał labirynt urządzony w stożkowatej muszli; spiralna plątanina wąskich korytarzy i ślepych zaułków. Gdzie nie spojrzeć, widziała jedynie kręte przejścia i rozbiegające się na wszystkie strony tunele.

Trasy ucieczki oznaczone zostały zielonymi kreskami. Zmrużyła oczy i zaczęła szeptać pod nosem. Na zapamiętanie rozkładu pomieszczeń wystarczyło jej parę minut. Pamięć zawsze jej dopisywała, a teraz, odkąd rozstała się z opium, zadania wymagające sprawności umysłowej wykonywała jeszcze szybciej niż przedtem.

Przypomniała sobie, że będzie musiała przyjąć narkotyk, i skrzywiła się. Choć mowa była o zaledwie godzinie, nie była zachwycona.

– Mówicie, jakby czekało nas wyjątkowo proste zadanie – podjęła. – Dlaczego nikt dotąd nie próbował jej zabić?

– Daji jest cesarzową – odparł Vaisra, jakby więcej tłumaczyć nie musiał.

– Tak czy inaczej to jedna kobieta, której wyłącznym talentem jest wybitna uroda – powiedziała Rin. – Nie rozumiem.

– Nie rozumiesz, bo jesteś zbyt młoda – odezwał się Eriden. – W czasach gdy Trójca Doskonałych znalazła się u szczytu potęgi, nie było cię nawet na świecie. Nie zaznałaś tego strachu. Wtedy nie można było ufać nikomu, nawet własnym krewnym. Jeśli ktokolwiek szepnął choćby jedno słówko o zdradzie cesarza Rigi, Pani Żmija i Odźwierny natychmiast go niszczyli. I nie mam tu na myśli więzienia. Oni niszczyli bardzo dosłownie.

Vaisra poparł kapitana skinieniem.

– W tamtym okresie całe rody popadały w ruinę, udawały się na wygnanie lub traciły życie, a pamięć o nich wymazywano z historii. Daji nadzorowała terror osobiście i nawet nie drgnęła jej powieka. Nie bez powodu możnowładcy wciąż biją przed nią pokłony i zapewniam, że nie ze względu na jej urodę.

Wyraz twarzy, z jakim mówił Vaisra, zmusił Rin do zastanowienia. Nagle dotarło do niej, że po raz pierwszy widzi w oczach tego mężczyzny strach. Ciekawe, co Daji zrobiła jemu?

Ktoś zapukał do drzwi. Drgnęła na krześle.

– Wejść – rzucił Vaisra.

Do kajuty wsunął głowę jeden z młodszych oficerów.

– Przysyła mnie Nezha. Mam was uprzedzić, że jesteśmy na miejscu.


Pałac Jesienny wzniósł w położonym na północy kraju mieście Lusan Czerwony Cesarz pod koniec swego panowania. Rezydencja nie miała stać się centrum administracyjnym, nie planowano przenosić tu stolicy; przeszkodę stanowił znaczny dystans do centrum cesarstwa, uniemożliwiający skuteczne zarządzanie. Pałac służył przede wszystkim jako letni kurort dla ulubionych konkubin i dzieci cesarza, miejsce, gdzie szukano wytchnienia i ulgi w okresach, kiedy palące sinegardzkie słońce groziło zbrązowieniem cery już w kilka sekund po wyjściu na świeże powietrze.

Za rządów cesarzowej Su Daji Lusan stało się bezpieczną przystanią dla żon i rodzin wysokich urzędników, azylem, w którym nie zagrażały im dworskie knowania i zamachy. Ostatecznie, kiedy Sinegard, a następnie Golyn Niis zostały zrównane z ziemią, miastu przyznano rolę tymczasowej stolicy.

Im bliżej Lusan znajdował się „Pielgrzym”, tym bliżej siebie zbiegały się brzegi Murui. Rzeka zmieniała się w szeroką strugę, przez co, chcąc nie chcąc, żeglowali coraz wolniej, aż wreszcie zostali zmuszeni, by wlec się w kierunku Pałacu Jesiennego iście ślimaczym tempem.

Rin wypatrzyła miejskie mury już wiele mil wcześniej. Lusan było rozświetlone od wewnątrz nieziemską popołudniową poświatą. Wszystko tam połyskiwało złotem; wojenna zawierucha sprawiła, że cała reszta cesarstwa przygasła, oblekła się bielą, mdłymi odcieniami szarości i krwistym szkarłatem, lecz Lusan wyglądało tak, jakby wchłonęło w siebie dawne barwy pozostałych prowincji. Dziewczyna od wielu miesięcy nie widziała takiej jasności.

Nieopodal murów zauważyła kroczącą brzegiem rzeki kobietę. Nieznajoma dźwigała cebrzyki z farbą i przytroczone do grzbietu ciężkie bele tkaniny. Kiedy je rozwinęła, nieomylne migotanie pozwoliło Rin rozpoznać jedwab, tak mięciutki, iż niemal wyobraziła sobie jego motyle muśnięcia na dłoniach.

Skąd w Lusan jedwab? We wszystkich innych rejonach kraju od dawna noszono nieprzeprane, podszyte wiatrem łachmany. Wszędzie, wzdłuż całej Murui, oglądali nagie dzieci i niemowlęta owinięte w liście lilii wodnych w żałosnej próbie zachowania ich ludzkiej godności.

Kawałek dalej zobaczyli sunące w tę i z powrotem po zawiłych kanałach rybackie sampany. Do łodzi uwiązane były pokaźnych rozmiarów ptaki – białe stworzenia o masywnych dziobach.

Nezha usłużnie wyjaśnił Rin, do czego te ptaki wykorzystywano.

– Widzisz? Każdy ma szyję przewiązaną kawałkiem dratwy. Działa to tak, że ptaszysko nurkuje, połyka pod wodą rybę, a wieśniak potem wyciąga mu ją z przełyku. A głodny ptak ponownie skacze pod wodę, bo jest zbyt głupi, żeby zrozumieć, iż cały jego łup trafia do kosza człowieka, a sam dostanie smętne resztki.

– To chyba niezbyt wydajna metoda. – Rin wydęła wargi. – Nie mogą po prostu zarzucić sieci?

– Rzeczywiście jest mało wydajna – zgodził się chłopak. – Ale to nie jest połów na dużą skalę. Tym ludziom zależy wyłącznie na rarytasach. Łowią ryby aju.

– Dlaczego?

Wzruszył ramionami.

Rin domyśliła się sama. Dlaczego nie mieliby łowić samych przysmaków? Lusan najwyraźniej nie zostało dotknięte kryzysem uchodźczym, który stanowił plagę reszty kraju; mieszkańcy miasta mogli sobie pozwolić na luksus.

Być może z winy lejącego się z nieba żaru, a może dlatego, że od pewnego czasu nerwy Rin przez cały czas były napięte jak postronki, im bliżej portu podpływali, tym silniejszy wrzał w niej gniew. Nienawidziła tego miasta, tej krainy bladych, wymuskanych kobiet i mężczyzn, którzy nie byli żołnierzami, a biurokratami. Nienawidziła dzieci, wśród których żadne nie miało pojęcia, czym jest strach.

Dyszała nie tyle niechęcią wobec tych ludzi, co nienazwaną furią, odczuwaną na myśl, że poza objętymi wojną obszarami życie mogło trwać i rzeczywiście trwa; że jakimś niesamowitym zrządzeniem losu w rozsianych po całym Nikan enklawach istniały miasta zamieszkane przez ludzi, którzy farbowali bele jedwabiu i poszukiwali w rzekach frykasów na stoły smakoszy; ludzi, którzy nie mieli pojęcia o tym, o czym stale myśli każdy żołnierz świata – skąd i kiedy nadejdzie następny atak.


– Podobno nie jestem tu więźniem – zauważył Kitaj.

– Nie jesteś – przytaknął Nezha. – Jesteś naszym gościem.

– Gościem, któremu nie wolno zejść ze statku?

– Gościem, którego towarzystwem chcielibyśmy się nacieszyć nieco dłużej – powiedział delikatnie Nezha. – Naprawdę musisz na mnie tak patrzeć?

Kiedy kapitan obwieścił, że rzucili kotwicę w porcie Lusan, Kitaj wychynął spod pokładu po raz pierwszy od kilku dobrych tygodni. Rin miała nadzieję, że chłopak zapragnął po prostu zażyć świeżego powietrza, lecz on twardo krążył po okręcie w ślad za Nezhą, uparcie wypatrując okazji do zwady.

Kilka razy próbowała nawet interweniować. Kitaj jednakże z niemałym zacięciem udawał, że Rin nie istnieje. Wszystko, co mówiła, puszczał mimo uszu, więc ostatecznie skupiła się na podziwianiu oferowanych przez nabrzeże widoków.

Pod „Pielgrzymem” zebrał się tłumek, w znakomitej większości składający się z cesarskich urzędników, lusańskich kupców i posłańców pozostających na usługach innych możnowładców. Z docierających na pokład skrawków konwersacji Rin wywnioskowała, że wszyscy pragną, by Vaisra raczył im udzielić audiencji. U wejścia na trap trwał jednak na posterunku Eriden ze swymi ludźmi i jak dotąd odprawiali natrętów z kwitkiem.

Vaisra wydał surowy rozkaz, by nikt pod żadnym pozorem nie schodził z pokładu. Żołnierze i żeglarze nadal mieli zajmować się swoimi obowiązkami tak, jakby znajdowali się na otwartym morzu, a zgodę na wyjście do Lusan – w celu uzupełnienia i odświeżenia prowiantu – otrzymała jedynie garstka zaufanych ludzi kapitana. Jak tłumaczył Nezha, był to środek mający zminimalizować ryzyko, iż ktoś przypadkiem wygada, co planują i w jakim charakterze naprawdę przybywa Rin. Sama dziewczyna z kolei mogła przebywać na pokładzie wyłącznie pod warunkiem przewiązania twarzy szalem.

 

– Rozumiesz, że nie możecie mnie przetrzymywać bez końca? – podjął pełnym głosem Kitaj. – Koniec końców ktoś się dowie.

– Na przykład kto? – rzucił Nezha.

– Mój ojciec.

– Myślisz, że twój ojciec jest tutaj? W Lusan?

– Jest sługą cesarzowej. Dowodzi jej służbą bezpieczeństwa. Nie ma możliwości, by kazała mu zostać gdzie indziej.

– Wszystkich innych porzuciła bez wahania – przypomniał Nezha.

– Mojego ojca na pewno nie. – Kitaj zaplótł ramiona na piersi.

Nezha pochwycił spojrzenie Rin. Przez mgnienie w jego oczach majaczyły wyrzuty sumienia, jakby miał ochotę powiedzieć coś, czego powiedzieć nie mógł. Nie potrafiła jednak odgadnąć, w czym tkwi problem.

– A oto minister handlu – powiedział Kitaj niespodziewanie. – On będzie wiedział.

– Co?

Zanim Nezha i Rin zdążyli pojąć sens tych słów, chłopak pędził już w kierunku trapu.

Nezha krzyknął na stojących najbliżej żołnierzy, by go powstrzymali. Okazali się zbyt powolni – Kitaj zwinnie uniknął wyciągniętych ramion, chwycił za linę i zjechał na nabrzeże w takim tempie, że na pewno zdarł sobie skórę z dłoni.

Rin ruszyła w stronę trapu, lecz Nezha przytrzymał ją za rękę.

– Nie.

– Ale Kitaj…

– Pozwól mu. – Nezha pokręcił głową.

Obserwowali wypadki bez słowa, z dystansu. Kitaj podbiegł do ministra handlu i chwycił go za ramię. Zaraz potem zasapany zgiął się wpół. Stojąca na pokładzie Rin widziała wszystko wyraźnie. W pierwszej chwili urzędnik odskoczył i cofnął się z uniesionymi w obronnym geście rękoma. Wreszcie jednak rozpoznał syna ministra obrony Chena i ramiona opadły.

Dziewczyna nie miała pojęcia, o czym rozmawiają. Wpatrywała się w poruszające się wargi, zwracała uwagę na miny.

Na jej oczach minister złożył dłonie na barkach Kitaja.

Na jej oczach Kitaj zadał jakieś pytanie.

Na jej oczach minister pokręcił przecząco głową.

I wtedy Kitaj skulił się w sobie, zupełnie jakby ktoś zdzielił go w brzuch. Rin zrozumiała. Trzeciej wojny makowej minister obrony Chen nie przeżył.


Kitaj nawet nie próbował stawiać oporu ludziom Vaisry, którzy sprowadzili go z powrotem na statek. Wszedł na pokład blady, z zaciśniętymi mocno ustami i tylko zakreślone czerwonymi obwódkami oczy strzelały nerwowo na boki.

Nezha spróbował położyć mu dłoń na ramieniu. Kitaj otrząsnął się i ruszył prosto ku możnowładcy. Odziani w niebieskie mundury żołnierze natychmiast podskoczyli i osłonili wodza murem ciał.

– Podjąłem decyzję – oznajmił Kitaj.

Vaisra dał znak skinieniem. Gwardziści rozstąpili się i chłopak stanął z nim twarzą w twarz: majestatyczny arystokrata mający pod sobą całą Prowincję Smoka i zagniewany, drżący na całym ciele młodzik.

– Tak? – zachęcił Vaisra.

– Chcę otrzymać stanowisko.

– Myślałem, że chcesz wracać do domu.

– Nie pogrywaj ze mną – syknął Kitaj. – Chcę coś robić. Dajcie mi mundur. Tego już nie będę nosić.

– Sprawdzę, do jakiej jednostki moglibyśmy…

– Nie, nie zostanę szeregowym piechurem.

– Kitaj, ja....

– Chcę zasiadać przy twoim stole, chcę miejsca w radzie – chłopak przerwał już po raz drugi. – Chcę zostać głównym strategiem.

– Na to jesteś zdecydowanie zbyt młody – zauważył oschle Vaisra.

– Nie, nie jestem. Nezhę mianowałeś generałem. A ja jestem od niego mądrzejszy. Zawsze byłem. Dobrze wiesz, jaki jestem błyskotliwy. Kurwa, jestem przecież geniuszem. Zrób ze mnie szefa operacji militarnych, a nie przegrasz ani jednej bitwy. Przyrzekam. – Pod koniec głos Kitaja zaczął się łamać. Rin widziała, jak gwałtownie pracuje mu grdyka, jak nabrzmiewają żyły na szyi. Zdała sobie sprawę, że chłopak walczy ze łzami.

– Przemyślę to – odparł Vaisra.

– Wiedziałeś, prawda? – prychnął ostrym tonem Kitaj. – Wiedziałeś od miesięcy.

– Przykro mi. – Rysy arystokraty zmiękły. – Nie chciałem, żebyś usłyszał o tym akurat ode mnie. Rozumiem, jak bardzo musisz cierpieć…

– Nie! Zamknij, kurwa, mordę! Nie chcę tego słuchać. – Kitaj zaczął się cofać. – Nie potrzebuję twojego udawanego współczucia.

– Więc czego ode mnie chcesz?

Kitaj zadarł głowę.

– Armii.


Walne spotkanie możnowładców miało się odbyć dopiero po defiladzie zwycięstwa, a ta przeciągnęła się aż na dwa dni. Większość żołnierzy Vaisry nie wzięła udziału w paradzie. Tylko kilkunastu wybrało się do miasta w cywilnych strojach, uzupełniając o dodatkowe detale i tak już szalenie precyzyjne plany pałacu, korygując najdrobniejsze nawet nieścisłości. Przeważająca część załogi pozostała na pokładzie i oglądała uroczystości z oddali.

„Pielgrzyma” co jakiś czas odwiedzały uzbrojone po zęby delegacje, twarze, których tożsamości zazdrośnie strzegły kaptury. Vaisra przyjmował gości w swym gabinecie za zamkniętymi drzwiami, pilnowanymi przez wartowników odstraszających wszystkich ciekawskich. Rin domyślała się, że trwają rozmowy z możnowładcami z południa kraju – gospodarzami Prowincji Dzika, Koguta i Małpy.

Mijały monotonne, dłużące się godziny. Dziewczyna powoli odchodziła z nudów od zmysłów. Plany pałacu przejrzała już tysiąc razy, a z Eridenem trenowała tak długo, że jej łydki przy każdym kroku dosłownie wrzeszczały bólem. Już miała namówić Nezhę, by się przebrali i potajemnie zwiedzili Lusan, gdy wezwał ją do siebie Vaisra.

– Wybieram się na spotkanie z możnowładcą Węża – poinformował. – Na brzegu. Pójdziesz ze mną.

– Mam cię chronić?

– Nie. Masz stanowić dowód.

Nie rozwinął odpowiedzi, lecz dziewczyna stwierdziła w duchu, że rozumie, co miał na myśli. Bez słowa sięgnęła po trójząb, owinęła twarz szalem tak, iż zasłonił wszystko z wyjątkiem oczu, i wyszła za arystokratą na pokład.

– Czy możnowładca Węża jest naszym sojusznikiem? – zapytała w drodze na trap.

– Kiedy studiowałem w Sinegardzie, Ang Tsolin był moim mistrzem strategii. Równie dobrze może się okazać sprzymierzeńcem, jak i wrogiem. Dzisiaj potraktujemy go po prostu jak starego przyjaciela.

– Co mam mu powiedzieć?

– Nic. Będziesz milczeć. Wystarczy, że zobaczy cię na własne oczy.

Ruszyli brzegiem rzeki i po pewnym czasie ujrzeli szeregi rozbitych na skraju miasta namiotów, wyglądających kropka w kropkę jak obóz oblegającej armii. Kiedy podeszli bliżej, zatrzymała ich grupa żołnierzy w zielonych mundurach. Zażądali wydania broni.

– Zrób to – rzucił Vaisra półgębkiem, widząc, jak niechętnie Rin rozstaje się z trójzębem.

– Aż tak mu ufasz?

– Nie. Ale ufam, że ty broni nie potrzebujesz.

Możnowładca Węża przyjął ich na świeżym powietrzu, jego przyboczni wynieśli na trawę dwa krzesła i niewielki stolik.

W pierwszej chwili Rin omyłkowo uznała go za sługę. Ang Tsolin nie miał wyglądu arystokraty. Był starym już mężczyzną o smutnej, pociągłej twarzy i niemal chorobliwie chudej sylwetce. Nosił identyczny uniform w kolorze leśnej zieleni, w jakich paradowali jego ludzie, aczkolwiek na jego bluzie nie widniały żadne odznaki czy dystynkcje. Nie miał przy sobie broni.

– Stary mistrzu. – Vaisra skłonił się na powitanie. – Dobrze znowu cię widzieć.

Tsolin rzucił okiem w kierunku majaczącego w dole rzeki „Pielgrzyma”.

– Więc ty również nie przystałeś na propozycję tej dziwki?

– Niezbyt wyrafinowany podstęp – odparł Vaisra. – Czy ktoś w ogóle zdecydował się zamieszkać w pałacu?

– Chang En. Nasz stary przyjaciel, Jun Loran. Ale żaden z możnowładców z południa.

Vaisra uniósł brew.

– O tym nie wspominali. Zaskakujące.

– Czyżby? Przecież to południowcy.

– Masz rację. Od lat są przewrażliwieni. – Vaisra usiadł na krześle.

Dla Rin nikt miejsca siedzącego nie przewidział, zajęła więc pozycję za plecami Vaisry i zaplotła ręce na piersi, naśladując pozę rzucających jej chmurne spojrzenia strażników czuwających po bokach Tsolina.

– Nie spieszyłeś się – zauważył Tsolin. – Z twojego powodu mój biwak trwa dłużej, niż zakładałem.

– Musiałem po drodze odebrać coś z wybrzeża. Wiesz, kim jest ta dziewczyna? – Vaisra skinął na Rin.

Rin zsunęła szal z twarzy.

Tsolin podniósł wzrok. W pierwszej chwili w oczach miał tylko konsternację, lecz zaraz zrozumiał, co oznacza kombinacja ciemnej cery i połyskujących czerwienią oczu. Spiął się na całym ciele.

– Za jej głowę wyznaczono solidną sumę. Właściwie to pokaźną górę srebra – odezwał się po długim namyśle. – Podobno ma to związek z próbą zamachu w Adladze.

– Dobrze więc, że akurat srebra nigdy mi nie brakowało – rzucił Vaisra.

Tsolin wstał z krzesła i podszedł do Rin. Zatrzymał się ledwie kilka cali od niej. Starzec nie miał znacznej przewagi wzrostu, lecz już pierwsze jego spojrzenie sprawiło, iż poczuła się mocno nieswojo. Odniosła wrażenie, że traktuje ją jak intrygujący eksponat.