Republika SmokaTekst

Z serii: Wojna makowa #2
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Republika Smoka
Republika Smoka
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 87,33  69,86 
Republika Smoka
Republika Smoka
Audiobook
Czyta Paulina Holtz
49,90  36,93 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Wspaniały ogród, prawda?

Rin uświadomiła sobie, że Daji czeka na reakcję.

Nawiązując rozmowę, skoczyłaby prosto w pułapkę cesarzowej. Vaisra i Eriden po wielokroć przestrzegali przed manipulacyjnym talentem Daji, przed jej zdolnością do wpajania własnych myśli w cudze umysły.

Jeżeli jednak nie zacznie w końcu mówić, cesarzowa się znudzi. A przecież jedynie skłonność Daji do igrania z ofiarami mogła zapewnić Rin więcej czasu. Musiała zatem podtrzymać konwersację do momentu odzyskania ognia.

– Być może – odparła. – Nie jestem estetką.

– Oczywiście. Ostatecznie studiowałaś w Sinegardzie. W tej kuźni prymitywnych pragmatyków. – Daji złożyła dłonie na barkach Rin i powoli obróciła dziewczynę dokoła, pokazując cały ogród. – Chcę cię o coś zapytać. Czy ten pałac wydaje ci się nowy?

Rin powiodła spojrzeniem po sześciokątnym placu. Tak, to wszystko musiało być nowe. Wspaniałe budynki Pałacu Jesiennego, aczkolwiek zaprojektowane w stylu z epoki Czerwonego Cesarza, nie nosiły śladów upływu czasu. Kamienie były gładkie i wolne od rys, drewniane elementy lśniły świeżą powłoką farby.

– Raczej nowy – powiedziała. – A nie jest?

– Chodź za mną. – Daji ruszyła do niewielkiej furtki, otwierającej się w murze w dalszej części ogrodu. Pchnęła ją i zaprosiła Rin gestem na drugą stronę.

Po tej stronie ogród wyglądał jak zadeptany stopami olbrzyma. Centralny fragment przeciwległego muru leżał w rozsypce, jakby zmieciony artyleryjskim ostrzałem. Między kępami wybujałej ponad miarę trawy leżały groteskowo zdeformowane postacie, posągi z pokruszonymi kończynami.

Tych zniszczeń nie spowodował żaden naturalny proces. Tego musieli z premedytacją dokonać najeźdźcy.

– Byłam pewna, że Federacja nie dotarła do Lusan – odezwała się Rin.

– To nie dzieło Federacji – odparła Daji. – Ten zakątek ogrodu zniszczono siedemdziesiąt lat temu.

– Więc kto…?

– Hesperianie. Historycy z lubością skupiają się na Federacji, a mistrzowie w Sinegardzie skrzętnie tuszują kwestię pierwszych kolonizatorów. Dzisiaj nikt już nie pamięta, kto stał za wybuchem pierwszej wojny makowej. – Daji trąciła czubkiem trzewika głowę jednej z rzeźb. – Pewnego jesiennego dnia siedemdziesiąt lat temu hesperyjski admirał wpłynął w górę Murui i przemocą wdarł się do Lusan. Splądrował pałac, zrównał go z ziemią, polał ruiny olejem, a potem tańczył wśród popiołów. Pałac Jesienny przestał istnieć wieczorem tego samego dnia.

– Ale dlaczego nie odbudowałaś ogrodu? – Oczy Rin wciąż sunęły po terenie. Mniej więcej jard od niej leżały w trawie grabie. Po tylu latach były z pewnością tępe i przerdzewiałe, lecz wciąż mogły się sprawdzić jako kij bojowy.

– To pamiątka – odpowiedziała cesarzowa. – Został w tym stanie, abyśmy nie zapomnieli, jak głębokie było nasze upokorzenie. Byśmy pamiętali, że kontakty z Hesperianami nigdy nie kończą się dobrze.

Rin nie chciała zbyt długo wpatrywać się w grabie. Daji mogła to zauważyć. Starannie zapamiętała ich pozycję. Leżały zwrócone zębami w jej stronę. Gdyby podeszła odpowiednio blisko, mogła je nacisnąć stopą i chwycić stylisko. O ile trawa nie okaże się zbyt wysoka… Chociaż to przecież tylko trawa, jeśli nadepnie odpowiednio energicznie, nie powinna mieć żadnych problemów…

– Hesperianie od początku zamierzali tu wrócić – ciągnęła Daji. – Mugeńczycy osłabili nasz kraj za pomocą srebra płynącego właśnie z zachodu. Wyobrażając sobie agresora, widzimy oblicze Federacji, ale to Hesperianie i Bolończycy, konsorcjum zachodnich państw, posiadają rzeczywistą siłę. To ich powinnaś się obawiać.

– Po co mi o tym wszystkim mówisz? – Rin powoli, nieznacznie zmieniła pozycję. Stanęła w ten sposób, by móc dosięgnąć grabi stopą lewej nogi.

– Nie udawaj, nie jestem głupia – rzuciła ostro Daji. – Wiem, jakie zamiary ma Vaisra. Wiem, że dąży do wojny. Ja tymczasem próbuję ci pokazać, że nie tę wojnę należałoby stoczyć.

Tętno Rin przyspieszyło w jednej chwili. To już, to teraz – Daji przejrzała jej plan, trzeba zaatakować, nieważne, że ogień jeszcze nie wrócił, trzeba chwycić grabie i…

– Przestań! – syknęła rozkazująco cesarzowa.

Członki Rin zastygły w bezruchu, mięśnie raptownie zesztywniały, być może przeczuwając, że najbardziej łagodny ruch wywoła falę bólu. Powinna skoczyć, rozpocząć walkę. Powinna przynajmniej przykucnąć. Z jakiegoś powodu jednak całe jej ciało znieruchomiało, jakby od tego momentu nawet prosta czynność oddychania wymagała osobistej zgody Daji.

– Nie skończyłyśmy jeszcze rozmawiać – powiedziała władczyni.

– Ale ja skończyłam już słuchać – wycedziła Rin przez zęby.

– Uspokój się. Nie przywiodłam cię tu po to, by cię zabić. Jesteś wiele warta, a podobnych atutów nie zostało mi wiele. Niemądrze byłoby wypuścić cię z ręki. – Daji stanęła tuż przed dziewczyną. Rin pospiesznie odwróciła spojrzenie. – Moja droga, wybrałaś nie tego wroga, którego powinnaś. Czy to naprawdę tak trudno zrozumieć?

Rin spięła mięśnie, próbując wyrwać się spod władzy cesarzowej, na karku dziewczyny zalśniły kropelki potu.

– Co takiego obiecał ci Vaisra? Musisz wiedzieć, że on cię wykorzystuje. Czy to ci się opłaca? Chodzi o pieniądze? Majątek ziemski? Nie… Nie wydaje mi się, że można cię kupić bogactwami… – Daji postukała palcami z polakierowanymi paznokciami o pociągnięte szminką wargi. – Nie, nie wmówisz mi chyba, że mu uwierzyłaś? Obiecał, że zaprowadzi w kraju demokrację? I ty mu zaufałaś?

– Zapowiedział, że pozbędzie się ciebie – szepnęła Rin. – Więcej nie potrzebuję.

– Czyżby? – westchnęła Daji. – Czym takim chcecie mnie zastąpić? Nikaryjczycy nie są gotowi na demokrację. To stado owiec. Prości, niewykształceni durnie. Potrzebują kogoś, kto będzie im mówił, co robić, nawet jeśli miałoby to oznaczać tyranię. Jeżeli u steru tego państwa stanie Vaisra, wprowadzi je na rafy. Poddani sami z siebie nie mają pojęcia, za czym głosować. Nie rozumieją nawet, na czym głosowanie polega. A ponad wszystko ludzie nie wiedzą, co jest dla nich dobre.

– Ty też nie wiesz, co dla nich dobre – prychnęła Rin. – Pozwoliłaś, by masowo ginęli. To ty sprowadziłaś tutaj Mugeńczyków, nikt inny. I to ty wydałaś im cike.

Ku zaskoczeniu dziewczyny cesarzowa wybuchnęła śmiechem.

– Tak myślisz? Człowiek nie powinien wierzyć we wszystko, co usłyszy.

– Shiro nie miał powodu kłamać. Wiem, co zrobiłaś.

– Niczego nie rozumiesz. Niczego. Przez długie dziesięciolecia ciężko pracowałam, by nasze cesarstwo miało szansę przetrwać. Sądzisz, że chciałam tej wojny?

– Sądzę, że połowę kraju potraktowałaś jak balast, z którym można się bez żalu pożegnać.

– Wykalkulowane poświęcenie. W reakcji na poprzedni najazd Federacji możnowładcy zjednoczyli się pod sztandarem Smoczego Cesarza. Ale Smoczy Cesarz nie żyje. A Mugeńczycy gotowali się do trzeciej inwazji. Uderzyliby tak czy inaczej. Nie byłam w stanie ich powstrzymać, a nie mieliśmy dość sił, by stawić skuteczny opór. Wynegocjowałam więc pokój. Zaoferowałam im część wschodu w zamian za wolność centralnej części kraju.

– Ach, czyli radośnie przystałaś na częściową okupację – fuknęła z oburzeniem Rin. – I nazywasz to mądrymi rządami?

– Okupację? Nawet jeśli, to jedynie tymczasową. Pozorowana uległość bywa niekiedy początkiem najbardziej skutecznych ofensyw. Miałam plan. Chciałam zbliżyć się do Ryohaia. Zdobyć jego zaufanie. Sprawić, by poczuł się bezpieczny i pewny siebie, zbyt pewny. A wtedy bym go zabiła. Wcześniej jednak, ponieważ ich armia była zbyt potężna, chciałam udawać potulną. Po to, by zachować poddanych przy życiu.

– Dopóki nie wyrżnęliby ich Mugeńczycy.

– Nie bądź naiwna. – W tonie Daji zabrzmiała twardsza nuta. – Co miałam robić? Wiedziałam, że wojna jest nieunikniona. Kogo miałam ocalić?

– A jakiej reakcji spodziewałaś się po nas? – spytała Rin ostro. – Sądziłaś, że będziemy się bezczynnie przyglądać, jak obcy plądrują nasze ziemie?

– Lepiej rządzić krajem podzielonym niż żadnym.

– Skazałaś na pewną śmierć miliony ludzi, miliony takich jak ja.

– Próbowałam was ratować. Gdyby nie ja, skala zniszczeń i strat byłaby dziesięć razy większa.

– Gdyby nie ty, mielibyśmy przynajmniej wybór!

– Wybór, który nie byłby wyborem. Uważasz, że Nikaryjczycy są aż takimi altruistami? Jak myślisz, co byś usłyszała, gdybyś poprosiła mieszkańców dowolnej wioski, by porzucili swe domy po to, by tysiące innych pozostały przy życiu? Naprawdę jesteś przekonana, że by się zdecydowali? Nikaryjczycy są egoistami. Cały ten kraj jest egoistyczny. Ten lud składa się z samych egoistów. Władze prowincji są i od zawsze były tak kurewsko zaściankowe, że własny, wąsko pojęty interes nie pozwala im na podjęcie jakichkolwiek wspólnych działań. Słyszałaś dzisiaj, jak się zachowują ci idioci z rady. Nie bez powodu pozwoliłam ci obserwować posiedzenie. Nie mogę z nimi pracować. Ci durnie nie chcą mnie słuchać. – Przy ostatnich słowach w głosie Daji pojawiło się drżenie, ledwie dosłyszalne, lecz Rin nie miała wątpliwości.

I właśnie wtedy, przez jedno mgnienie, zobaczyła, co kryje się za fasadą zimnej, pewnej piękności. Zrozumiała, kim – być może – w istocie jest Daji: wcale nie niepokonaną cesarzową, nie zdradliwym potworem, lecz raczej kobietą dźwigającą na barkach przytłaczający ciężar państwa, którym nie potrafi rządzić.

Ona jest słaba, uświadomiła sobie Rin. Chciałaby podporządkować sobie możnowładców, lecz nie jest w stanie.

Przecież gdyby Daji mogła przekonać możnowładców do posłuszeństwa, uczyniłaby to już dawno. I już dawno zniosłaby system oparty na samodzielnych rządach prowincji i zaprowadziła zamiast niego rządy scentralizowane, realizowane lokalnie przez cesarskich namiestników. Możnowładcy wciąż jednak trwali, ponieważ władczyni nie miała dość siły, by wysadzić ich z siodła i zająć ich miejsce. Była osamotniona. Nie mogła wystąpić przeciwko połączonym armiom prowincji. Z najwyższym trudem utrzymywała się przy władzy dzięki szczątkowemu, gasnącemu dziedzictwu drugiej wojny makowej.

 

Teraz kiedy Federacja przestała istnieć, gdy możnowładcy nie mieli już czego się obawiać, zarysował się nowy i bardzo prawdopodobny scenariusz: mogli dojść do wniosku, iż Daji nie jest im do niczego potrzebna.

Słowa cesarzowej nie brzmiały jak wystudiowane, wypowiadane z premedytacją kłamstwa. Rin była przekonana, że Daji rozmawia z nią szczerze.

Tylko… co z tego? Szczerość władczyni nie zmieniała absolutnie niczego.

Daji zdradziła cike, sprzedała ich Mugeńczykom. Przez Daji zginął Altan. Poza tym nie liczyło się nic.

– Nikan się rozpada – podjęła Daji z naciskiem. – Państwo słabnie, widziałaś to na własne oczy. Lecz pomyśl, gdybyśmy złamały możnowładców i poddały ich swojej woli? Wyobraź sobie, czego mogłabyś dokonać pod moją wodzą. – Ujęła policzek Rin w dłoń i przysunęła twarz do oczu dziewczyny. – Tylu rzeczy musisz się jeszcze dowiedzieć. Mogłabym cię wszystkiego nauczyć.

Gdyby Rin mogła ruszyć głową, odgryzłaby Daji palce.

– Nie możesz mnie niczego nauczyć.

– Nie bądź głupia. Potrzebujesz mnie. Czujesz jego zew, prawda? Pożera cię. Twój umysł nie należy już do ciebie.

– Ja nie… – Rin drgnęła. – Nie jesteś…

– Boisz się zamknąć oczy. – Daji obniżyła głos. – Łakniesz opium, ponieważ tylko dzięki niemu odzyskujesz panowanie nad własną głową. Toczysz walkę przeciwko swojemu bogu, zmagasz się z nim w każdej sekundzie życia. W każdej chwili, kiedy nie podpalasz wszystkiego wokół siebie, umierasz. A ja mogę ci pomóc. – Ton władczyni był tak łagodny, tak czuły i kojący, że Rin poczuła przemożną ochotę, by jej uwierzyć. – Dzięki mnie mogłabyś odzyskać umysł.

– Panuję nad sobą – rzuciła ochrypłym głosem dziewczyna.

– Kłamczucha. Kto miałby cię tego nauczyć? Altan? Przecież on sam ledwie utrzymywał się przy zdrowych zmysłach. Myślisz, że nie wiem, jakie to uczucie? Kiedy my po raz pierwszy przywołaliśmy bogów, chciałam umrzeć. Wszyscy chcieliśmy. Byliśmy pewni, że oszalejemy. Chcieliśmy rzucić się ze szczytu góry Tianshan i skończyć z tym raz na zawsze.

– I co zrobiliście? – Rin nie zdołała się pohamować.

– Najpierw lojalność – lodowata dłoń Daji spoczęła na wargach dziewczyny – potem odpowiedzi.

Pstryknęła palcami.

Rin w jednej chwili odzyskała władzę nad ciałem; mogła odetchnąć swobodnie, pełną piersią. Otuliła się rozdygotanymi rękoma.

– Nie masz poza mną nikogo – podjęła cesarzowa. – Jesteś ostatnim Speerytą. Altan nie żyje. Vaisra nie ma pojęcia, jak potwornie cierpisz. Tylko ja jedna wiem, jak można ci pomóc.

Rin się zawahała.

Zdawała sobie sprawę, że pod żadnym pozorem nie wolno darzyć Daji zaufaniem.

A jednak…

Czy powinna oddać się w służbę tyranowi, skonsolidować cesarstwo i zaprowadzić w nim prawdziwą dyktaturę, do czego władcy Nikan aspirowali od zawsze? Czy lepiej będzie obalić obecne rządy i zaryzykować ustanowienie demokracji?

Nie – to było pytanie natury politycznej i odpowiedź na nie zupełnie Rin nie interesowała.

Interesował ją wyłącznie własny los, utrzymanie się przy życiu. Altan zaufał cesarzowej. Altan już nie żył. Zdecydowała, że nie powtórzy jego błędu.

Lewa stopa Rin ożyła i depnęła. Stylisko grabi z impetem wskoczyło jej w dłoń – trawa stawiła znacznie mniejszy opór, niż się spodziewała – rzuciła się naprzód, obracając jednocześnie broń. Walka z Daji przypominała jednak walkę z powietrzem. Cesarzowa uniknęła ciosu bez najmniejszego wysiłku, poruszała się tak błyskawicznie, że Rin z trudem nadążała za jej manewrami.

– Uważasz, że to mądre? – Oddech Daji nawet nie przyspieszył. – Mała dziewczynka z kijaszkiem w ręku?

Jesteś małą dziewczynką uzbrojoną w płomienie – podszepnął Feniks.

Nareszcie!

Rin przestała kołysać grabiami, by całą sobą skupić się na wydobywaniu z wnętrza ognia, na rozpalających się w jej dłoniach iskrach. W tym samym momencie coś srebrnego śmignęło tuż obok policzka Rin i z brzękiem odbiło się od ceglanego muru.

Igły. Daji zaczęła ją obrzucać całymi garściami igieł. Dobywała je z rękawów w takich ilościach, jakby dysponowała niewyczerpalnym zapasem. Ogień zgasł. Rin zakręciła grabiami młyńca przed sobą, rozpaczliwie starając się odbijać nadlatujące błyskawicznie pociski.

– Wolna jesteś. Wolna i niezdarna. – Daji przeszła do kontrataku, zmuszając Rin do miarowego odwrotu. – Walczysz jak nowicjuszka.

Rin z wysiłkiem utrzymywała w dłoniach ciężkie grabie. Nie była w stanie skoncentrować się na tyle, by przyzwać ogień; całe skupienie poświęciła odpieraniu igieł. Panika przyćmiła jej zmysły. Zrozumiała, że w tym tempie wszystkie siły zużyje w obronie.

– To zapewne bolesna świadomość, prawda? – szepnęła Daji. – Świadomość, że jesteś ledwie bladą namiastką Altana.

Rin wpadła plecami na mur. Dalej już nie mogła się cofnąć.

– Spójrz na mnie! – Głos cesarzowej zabrzmiał dźwięcznie w powietrzu i rozległ się zwielokrotnionym echem pod czaszką dziewczyny.

Rin zacisnęła powieki. Musiała przywołać płomienie natychmiast; innej szansy nie miała – umysł jednak wciąż zawodził. Świat dokoła zaczął się zmieniać. Nie pociemniało jej w oczach, ale… Wszystko nagle wydało się zbyt jaskrawe, otoczenie przybrało niewłaściwe barwy i kształty; nie potrafiła już odróżnić trawy od nieba, nie wiedziała, czy patrzy na swoje dłonie, czy stopy…

– Patrz mi w oczy! – Słowa Daji dobiegały jednocześnie ze wszystkich kierunków.

Rin nie zapamiętała momentu otwarcia oczu. Nie pamiętała, czy miała przynajmniej cień szansy na opór. Wiedziała jedynie, że w jednej chwili stała z zaciśniętymi powiekami, a już w następnej spoglądała głęboko w dwie żółte sfery. Z początku były całe złociste, lecz zaraz potem pojawiły się w nich niewielkie, czarne punkciki, które rozrosły się stopniowo, aż zajęły całe pole widzenia dziewczyny.

Wszystko zniknęło w ciemności. Poczuła dotkliwy ziąb. Usłyszała odległy skowyt i wrzaski, gardłowe dźwięki przypominające słowa, lecz całkowicie niezrozumiałe.

Dziedzina ducha. Rin zrozumiała, że zaraz stanie twarzą w twarz z boginią Daji.

Nie była jednak sama.

Pomóż mi, rzuciła błagalnie w myślach. Proszę cię, pomóż.

Bóg odpowiedział. Wszystko dokoła zalała jasna fala żaru. Płomienie otoczyły dziewczynę niczym opiekuńcze skrzydła.

– Nüwa, ty stara dziwko – rzucił Feniks.

Dziedzinę ducha wypełnił kobiecy głos, znacznie głębszy od głosu cesarzowej:

– Nie zmieniłeś się. Nieuprzejmy jak zawsze.

Czym była ta istota? Rin wytężyła wzrok, by ujrzeć sylwetkę bogini, lecz płomienie Feniksa rozświetlały jedynie niewielki wycinek psychoduchowej przestrzeni.

– Nigdy nie byłeś mi równy – powiedziała Nüwa. – Istniałam już, kiedy wszechświat wydarł się z pierwotnego mroku. To ja łatałam pęknięte niebiosa. Ja obdarzyłam życiem człowieka.

Coś zamajaczyło w ciemności, poruszyło się.

Feniks zaskrzeczał. Wężowy łeb strzelił naprzód i gad zatopił zęby w ramieniu ognistego ptaka. Feniks zadarł dziób ku górze i zionął płomieniami, lecz trafił w nicość. Rin poczuła ból swojego bóstwa równie dotkliwie, jakby to ją ukąsił wąż, jakby to między jej łopatkami utkwiły dwa rozpalone do czerwoności ostrza.


– O czym marzysz? – Ten głos należał do Daji, każde słowo wypełniało cały umysł Rin. – Czy może o tym?

Świat przeszedł kolejną przemianę.

Jasne barwy. Rin biegła po wyspie ubrana w sukienkę, jaką miała na sobie pierwszy raz w życiu; na szyi kołysał się jej wisiorek w kształcie półksiężyca, który oglądała wyłącznie w snach. Pędziła ku wiosce istniejącej jedynie pod postacią kości i popiołu. Biegła przez piaski Speer sprzed pięćdziesięciu lat – wyspy pełnej życia i ludzi o ciemnej skórze, takiej jak jej skóra; ludzi, którzy na widok Rin wstawali z uśmiechem i pozdrawiali ją machaniem.

– Możesz to dostać – obiecywała Daji. – Możesz mieć wszystko, czego zapragniesz.

Rin uwierzyła, iż cesarzowa mogła być na tyle łaskawa, by pozwolić jej pozostać w tej iluzji aż do śmierci.

– A może tego pragniesz bardziej?

Speer zniknęła. Świat na powrót ogarnęły ciemności. Rin nie widziała niczego z wyjątkiem skrytej w cieniach sylwetki. Znała tę postać, wysoką i smukłą. Za nic nie mogłaby o niej zapomnieć. Pamięć ostatnich chwil, kiedy go widziała, nosiła wypaloną w umyśle żywym ogniem, chwil, gdy szedł po tamtym pomoście. Tym razem kroczył w jej stronę. Oglądała moment śmierci Altana, lecz rozgrywający się wstecz. Czas się cofał. Mogła to wszystko unieważnić, mogła go odzyskać.

Przecież to nie może być tylko sen. Altan wydawał się zbyt konkretny – wyraźnie czuła dotyk jego śmiertelnego ciała, wypełniał otaczającą dziewczynę przestrzeń, a kiedy musnęła jego policzek, znalazła pod palcami namacalną skórę, ciepłą i zakrwawioną, żywą…

– Wystarczy, że się rozluźnisz – szepnął. – Nie opieraj się.

– Ale to boli…

– Boli tylko, kiedy stawiasz opór.

Pocałował ją i odebrała ten pocałunek jak cios pięścią. Nie tego chciała – to się nie powinno dziać, wszystko było nie tak – zbyt mocno ją obejmował, przyciskał ją do piersi, jakby chciał ją zmiażdżyć. Smakował krwią.

– To nie on.

Chaghan. Ułamek sekundy później Rin wyczuła wieszczka w umyśle – zimna, surowa postać w olśniewającej bieli, ostry okruch lodu przeszywający dziedzinę ducha. Jeszcze nigdy na widok Chaghana nie poczuła tak olbrzymiej ulgi.

– To iluzja. – Głos wieszczka oczyścił umysł Rin niczym lodowaty prysznic. – Weź się w garść.

Ułuda się rozwiała. Altan rozmył się i rozpłynął w nicość. Pozostali już tylko we troje, splątane z bóstwami, zawieszone w pierwotnej ciemności dusze.

– A to co? – Głos Nüwy przeplatał się z głosem Daji. – Naimad? – Wokół poniósł się śmiech. – Wasz lud powinien pamiętać, że ze mną nie należy zadzierać. Czy Sorqan Sira niczego was nie nauczyła?

– Nie boję się ciebie – odparł Chaghan.

W świecie fizycznym był przypominającym szkielet chudzielcem, kruchym jak cień. Tutaj natomiast emanował czystą mocą. Jego głos tchnął poczuciem władzy i powagą, której Rin natychmiast uległa. W tej chwili mógłby sięgnąć do najgłębszych zakamarków jej umysłu, wydobyć najskrytsze myśli i czytać z nich jak z księgi, a ona by na to pozwoliła.

– Wracaj, Nüwa! – zawołał wieszczek głośno. – Wracaj do ciemności. Ten świat nie należy już do ciebie.

W odpowiedzi ciemność zasyczała. Rin zebrała się w sobie, oczekując kolejnego ataku. Chaghan jednak wyszeptał magiczną inkantację, serię niezrozumiałych słów, które odepchnęły Nüwę tak daleko, iż Rin niemal na dobre straciła z oczu wężowe sploty. Buchnęło jasne światło. Gwałtownie sprowadzona z eterycznej, ulotnej dziedziny ducha Rin zachwiała się w zderzeniu z konkretnością świata materii.

Chaghan stał tuż obok. Zgięty wpół, zasapany, próbował wyrównać oddech.

Po drugiej stronie ogrodu Daji osuszyła rękawem kącik ust. Uśmiechnęła się. Na zębach cesarzowej czerwieniła się krew.

– Uroczy jesteś – powiedziała. – A już myślałam, że Ketreidzi są tylko miłym wspomnieniem.

– Cofnij się – Chaghan zwrócił się półgłosem do Rin.

– Co chcesz…

– Kiedy powiem, uciekaj – dodał i rzucił na ziemię coś ciemnego i okrągłego. Kulka potoczyła się naprzód i znieruchomiała u stóp władczyni. Rin usłyszała nikły syk. Po chwili w nos uderzył ją koszmarny, kwaskowaty i okropnie swojski smród.

Skonsternowana Daji spojrzała pod nogi.

– Chodu! – rzucił Chaghan i uciekli dokładnie w chwili, gdy Pałacem Jesiennym wstrząsnęła eksplozja bomby kałowej, popisowego wynalazku Ramsy.


Uciekających goniły grzmoty serii wybuchów, nieustanny łoskot, którego nie mogła spowodować jedna jedyna bomba. Wokół walił się pawilon za pawilonem, kolejne części pałacu znikały w ścianie ognia i gruzu.

– Cały Ramsa – zauważył Chaghan. – Chłopak nie uznaje półśrodków.

Wciągnął Rin za niski murek. Kucnęli i zatkali uszy dłońmi. Ostatnie budynki wylatywały w powietrze kilkanaście metrów dalej.

– Daji nie żyje? – Rin starła pył z oczu.

– Tego pokroju istoty nie zdychają z byle powodu. – Wieszczek zakaszlał i zabębnił pięścią o swoją pierś. – Niedługo za nami ruszą. Trzeba się zbierać. Przecznicę dalej jest studnia. Aratsha wie, że się tam pojawimy.

– A Vaisra?

Chaghan wstał i zachwiał się, kaszel nie dawał mu spokoju.

– Oszalałaś?

– Przecież on tam został!

– Więc prawdopodobnie nie żyje. Do sali rady na pewno wkroczyła gwardia Daji.

 

– Nie mamy pewności.

– Więc co? Chcesz tam pójść i sprawdzić? – Chaghan chwycił Rin za barki i przycisnął do ściany. – Posłuchaj uważnie. Już po wszystkim. Wasz zamach dobiegł końca. Niebawem Daji najedzie Prowincję Smoka, a wtedy przegramy. Vaisra cię nie obroni. Musisz uciekać.

– Niby dokąd? – odparła. – Co miałabym robić?

„Co takiego obiecał ci Vaisra? Musisz wiedzieć, że on cię wykorzystuje”.

Tak, Rin o tym wiedziała. Wiedziała od samego początku. Może jednak chciała zostać wykorzystana. Może chciała, by ktoś inny mówił jej, kiedy i przeciwko komu stawać do walki. Potrzebowała osoby, która wydawałaby jej rozkazy i nadawała sens. Vaisra był pierwszym od bardzo, bardzo dawna człowiekiem, który sprawił, że ujrzała przed sobą cel, że wiedziała, po co żyje. A gdyby zginął w tym pałacu, jego śmierć obciążyłaby jej sumienie.

– Naprawdę zwariowałaś?! – krzyknął Chaghan. – Jeśli chcesz żyć, to się, kurwa, ukryj!

– Sam się ukrywaj. Ja chcę walczyć! – Rin uwolniła ręce szarpnięciem i odepchnęła wieszczka. Mocniej, niż zamierzała; zapomniała, jak bardzo jest chudy. Zatoczył się w tył, potknął o kamień i przewrócił.

– Wariatka! – prychnął.

– Wszyscy jesteśmy wariaci – mruknęła, przeskoczyła nad leżącym Chaghanem i puściła się biegiem w kierunku sali rady.


Salę oblegała gwardia cesarska, żołnierze miarowo napierali na dwuosobową armię, w której skład wchodzili Suni i Baji.

Arystokraci rozpierzchli się dokoła. Możnowładca Zająca kulił się pod ścianą, możnowładca Koguta dygotał pod stołem, a młody możnowładca Tygrysa wbił się w kąt, wcisnął głowę między uda i trząsł się za każdym razem, gdy ostrza walczących zderzały się kilkanaście cali od jego czupryny.

Rin stanęła niepewnie u wejścia. Nie mogła przywołać ognia. Wątpiła, by w tej chwili zdołała zapanować nad płomieniami. Podpalając salę, zabiłaby wszystkich bez wyjątku.

– Łap! – Baji kopnął w jej stronę leżący na posadzce miecz.

Poderwała broń i skoczyła w wir walki.

Vaisra nie zginął. Bił się na środku komnaty, stawiając opór jednoczesnym atakom Juna i Wilczego Generała. Przez moment wydawało się, że sobie poradzi. Pracował ostrzem zaciekle, ciął z oszałamiającą wręcz precyzją.

Co nie zmieniało faktu, że był sam.

– Uważaj! – wrzasnęła Rin.

Wilczy Generał próbował uderzyć od tyłu. Vaisra zawirował na pięcie i rozbroił napastnika potężnym kopniakiem w kolano. Chang En zaskowyczał i padł jak ścięty na posadzkę. Energia ciosu wytrąciła jednak Vaisrę z równowagi. Zachwiał się, a okazję natychmiast wykorzystał Jun, który przeszył mu ramię mieczem.

Rozpędzony Baji wpadł na Juna i pociągnął go za sobą na ziemię. Rin podskoczyła i podtrzymała słaniającego się Vaisrę. Ręce dziewczyny zalała krew arystokraty, gorąca, wilgotna i śliska. Zdumiewająco wiele krwi.

– Czy ty… Proszę… Czy jesteś…

Zdjęta paniką uciskała mu pierś, próbowała zatamować krwotok. Szkarłat splamił ciało i ubrania możnowładcy tak dokumentnie, że w pierwszej chwili nie zobaczyła nawet rany. Wreszcie jednak znalazła palcami otwór w prawym ramieniu. Stal ominęła tętnicę.

Rin ośmieliła się poczuć nadzieję. Jeśli się pospieszą, Vaisra miał szansę. Najpierw jednak musieli się stąd wydostać.

– Suni! – krzyknęła.

Pojawił się przy niej w okamgnieniu. Wcisnęła mu rannego możnowładcę w ramiona.

– Bierz go!

Cike zarzucił sobie Vaisrę na barki, dokładnie tak jak nosi się spętane cielęta, i roztrącając ciosami łokci gwardzistów, ruszył do drzwi. Tuż za nim wycofywał się Baji, osłaniając tyły.

Rin wyminęła bezwładne ciało Juna. Nie miała pojęcia, czy dawny mistrz żyje, czy nie, lecz w tej chwili to nie miało znaczenia. Wymknęła się próbującemu ją zatrzymać żołnierzowi i wybiegła na zewnątrz w ślad za Sunim i Bajim. Co sił w nogach puściła się ku najbliższej studni. Zajrzała do ciemniejącego otworu cembrowiny i zawołała Aratshę.

Nic. Cisza. Nie miała czasu, by czekać w nieskończoność; albo tam czekał, albo nie. Gwardziści Daji natomiast byli tuż-tuż. Mogła jedynie skoczyć do wody, wstrzymać oddech i polecić swój los bogu.


Aratsha odpowiedział.

Płynąc przez zatopione w mroku podziemne kanały, Rin zmagała się z instynktem, który namawiał, by z całych sił wymachiwała rękoma i nogami. To jednak zaburzałoby kierowany przez Aratshę nurt i utrudniło mu zadanie. Skupiła się więc na miarowym nabieraniu powietrza z otaczającej jej głowę kulistej bańki.

Mimo wszystko przez całą drogę było jej duszno, bała się, że życiodajny bąbel jest za mały. Nozdrza wypełniał jej zapach własnego zużytego oddechu. Wreszcie wystrzeliła na powierzchnię. Wdrapała się na czworakach na brzeg i padła bez sił, łapczywie chwytając powietrze. Kilka sekund po niej taflę przebił Suni, który złożył na brzegu Vaisrę, a potem wygramolił się sam.

– Co się tam stało? – Podbiegł do nich Nezha, któremu deptali po piętach Eriden i jeden z jego gwardzistów. Oczy chłopaka spoczęły na ojcu. – Czy on…

– Żyje, żyje – uprzedziła pytanie Rin. – I będzie żyć, jeśli się pospieszymy.

– Zanieście go na statek – rzucił Nezha dwóm najbliższym żołnierzom.

Dźwignęli nieprzytomnego możnowładcę i potruchtali w kierunku „Pielgrzyma”. Nezha pomógł Rin podnieść się z błota.

– Co się…

– Nie ma czasu – ucięła, plując rzecznym szlamem. – Niech podnoszą kotwicę. Musimy się wynosić.

Nezha zarzucił sobie jej ramię na bark i ruszyli w kierunku okrętu.

– Nie udało się?

– Wręcz przeciwnie. – Próbując dotrzymać chłopakowi kroku, raz po raz się z nim zderzała. – Chcieliście wojny, więc właśnie ją rozpętaliśmy.

„Pielgrzym” odbijał od nabrzeża. Żeglarze rąbali cumy i okręt z wolna poddawał się rzecznym prądom. Nezha i Rin wskoczyli do jednej z czekających przy burcie szalup. Skrzypnęły liny i łódź, cal za calem, zaczęła się unosić.

Wysoko w górze majtkowie rozwinęli żagle, które już po chwili złapały wiatr. Gdzieś w dole rozległ się donośny zgrzyt. Napędzane siłą ludzkich nóg koła łopatkowe drgnęły i zaczęły rytmicznie młócić wodę, unosząc ich ze stołecznego portu.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?