Dziobak literatury. Reportaże latynoamerykańskieTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Beata Szady

Dziennikarka, redaktorka i wykładowczyni akademicka. Autorka książek reporterskich: Ulica mnie woła. Życiorysy z Limy oraz Wieczny początek. Warmia i Mazury. Publikowała między innymi w „Dużym Formacie”, „Wysokich Obcasach”, „Polityce”, „Tygodniku Powszechnym”, „Piśmie”, a także meksykańskim „Travesías”.

Naukowo zajmuje się reportażem i nowymi mediami w krajach hiszpańskojęzycznych. W 2019 roku obroniła doktorat z reportażu w Ameryce Łacińskiej w XXI wieku. Wykłada na różnych uczelniach – najczęściej nie tam, gdzie mieszka. A mieszka też różnie.



WARSZAWA 2021

DZIOBAK LITERATURY. REPORTAŻE LATYNOAMERYKAŃSKIE

pod redakcją Beaty Szady

wydanie pierwsze, Warszawa 2021

García Márquez idzie do dentysty (García Márquez va al dentista)

© Julio Villanueva Chang, © for the Polish translation by Dagmara Luboń, 2021

Imperium Inki (El imperio de la Inca Kola) © Marco Avilés & Daniel Titinger,

© for the Polish translation by Tomasz Pindel, 2021

Przekupnie Che Guevary (Los mercaderes del Che)

© Álex Ayala Ugarte, © for the Polish translation by Radosław Powęska, 2021

Ostatni urugwajski Hitler (El último Hitler uruguayo) © Leonardo Haberkorn,

© for the Polish translation by Nina Pluta, 2021

Podróż do zbiorów bibliotecznych Pinocheta (Viaje al fondo de la biblioteca de Pinochet) © Juan Cristóbal Peña, © for the Polish translation by Katarzyna Sosnowska, 2021

Spłonęliśmy w busie (Nosotros ardimos en la buseta) © Carlos Martínez,

© for the Polish translation by Jerzy Wołk-Łaniewski, 2021

Pogrzebowy błazen (El bufón de los velorios) © Alberto Salcedo Ramos,

© for the Polish translation by Zuzanna Jaegermann, 2021

Idea Vilariño. Ta kobieta (Idea Vilariño. Esa mujer) © Leila Guerriero,

© for the Polish translation by Bogumiła Lisocka-Jaegermann & Beata Szady, 2021

Kraina bliźniąt (El pueblo de gemelos) © Juan Pablo Meneses,

© for the Polish translation by Justyna Garyga, 2021

Czilangopolis (Personajes de la ciudad: el chilango & Sobresaltos: cuántos somos?)

© Juan Villoro, © for the Polish translation by Bogumiła Lisocka-Jaegermann, 2021

Caracas. Miasto w ranach (Caracas, la ciudad herida) © Martín Caparrós,

© for the Polish translation by Marta Szafrańska-Brandt, 2021

copyright © for introductions by Beata Szady, 2021

copyright © for this edition by Fundacja Instytut Reportażu, 2021

REDAKCJA

Julianna Jonek-Springer

KOREKTA I POPRAWNOŚĆ JĘZYKOWA

Małgorzata Włodarczyk

PROJEKT GRAFICZNY I TYPOGRAFICZNY SERII

Magdalena Wdowicz-Wierzbowska

PROJEKT OKŁADKI

Dominika Jagiełło/OneOnes Creative Studio

SKŁAD I ŁAMANIE

Anna Szarko

ISBN 978-83-66778-09-2

Wydanie elektroniczne 2021


Wydawnictwo Dowody na Istnienie

Imprint Fundacji Instytut Reportażu

Gałczyńskiego 7, 00-362 Warszawa

www.dowody.com,

wydawnictwo@dowody.com, promocja@dowody.com

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej


AUTORZY:

Julio Villanueva Chang,

Marco Avilés i Daniel Titinger, Álex Ayala Ugarte,

Leonardo Haberkorn, Cristóbal Peña,

Carlos Martínez, Alberto Salcedo Ramos,

Leila Guerriero, Juan Pablo Meneses,

Juan Villoro, Martín Caparrós

TŁUMACZE:

Dagmara Luboń, Tomasz Pindel,

Radosław Powęska, Nina Pluta,

Katarzyna Sosnowska, Jerzy Wołk-Łaniewski,

Zuzanna Jaegermann, Beata Szady,

Justyna Garyga, Bogumiła Lisocka-Jaegermann,

Marta Szafrańska-Brandt

Spis treści

WSTĘP

1

Julio Villanueva Chang. GARCÍA MÁRQUEZ IDZIE DO DENTYSTY. SEKRETNA HISTORIA UŚMIECHU

2

Marco Avilés, Daniel Titinger. IMPERIUM INKI

3

Álex Ayala Ugarte. PRZEKUPNIE CHE GUEVARY

4

Leonardo Haberkorn. OSTATNI URUGWAJSKI HITLER

5

Juan Cristóbal Peña. PODRÓŻ DO ZBIORÓW BIBLIOTECZNYCH PINOCHETA

6

Carlos Martínez. SPŁONĘLIŚMY W BUSIE

7

Alberto Salcedo Ramos. POGRZEBOWY BŁAZEN

8

Leila Guerriero. IDEA VILARIÑO. TA KOBIETA

9

Juan Pablo Meneses. KRAINA BLIŹNIĄT

10

Juan Villoro. CZILANGOPOLIS

11

Martín Caparrós. CARACAS. MIASTO W RANACH

Mariusz Szczygieł. POSŁOWIE. PRAWDZIWE GADUŁY

PODZIĘKOWANIA

Przypisy

WSTĘP

Dziobak to bardzo dziwny ssak: ma dziób kaczki, sierść wydry i ogon bobra. Do tego wydziela jad i składa jaja. Jest po trosze kaczką, wydrą, bobrem, jednak żadnym z tych zwierząt do końca. I reportaż to właśnie taki dziobak: czerpie z wielu gatunków, ale jest osobny. Autor tej definicji Juan Villoro, meksykański pisarz i reporter, bez którego nie obędzie się żadna antologia reportaży z Ameryki Łacińskiej (w tym również niniejsza), mówi, że dziobak literatury używa środków stylistycznych typowych dla prozy literackiej, konstruuje bohaterów tak, jak to się robi w dramaturgii, syntetyzuje niczym poezja, surowo obserwuje, jak to czyni dziennikarstwo, poświęca się – wyczerpująco i obsesyjnie – jak detektyw prowadzący śledztwo.

„Dziobak literatury” to najsłynniejsze określenie reportażu w świecie hiszpańskojęzycznym.

Banał

„Reportaż to pasjonująca lektura najlepiej dziś pisana w Ameryce Łacińskiej” – zanotował Kolumbijczyk Darío Jaramillo Agudelo, redaktor książki Antología de crónica latinoamericana actual (Antologia współczesnego reportażu latynoamerykańskiego). Tak oto hiszpańskojęzyczna literatura non-fiction, która do tej pory żyła w cieniu swojej siostry beletrystyki, dostąpiła zaszczytu i sięgnęła podium. Reportaż latynoamerykański nie tylko stawia na dobre pióro, ale również szuka nowego punktu odniesienia, wprowadza świeżość tematyczną i formalną.

Przede wszystkim jednak reporterzy w Ameryce Łacińskiej poszukują cudu w banale.

Latynosi uważają, że dziennikarstwo może sobie pozwolić na banał, lecz postrzegają to nie jako ograniczenie, zawężenie ujęcia tematu, ale jako prawo: prawo do opowiadania historii lżejszych, którym jednak daleko do tych tabloidowych i których lekkość – paradoksalnie – niesie ze sobą ciężar unikalności, a jednocześnie siłę i moc uniwersalizmu.

Opowiadać o banale w niebanalny sposób – oto wyzwanie dla reportażu latynoamerykańskiego.

Dostrzegać niezwykłość w tym, co zwykłe – oto jego cel.

Tamtejsi reporterzy posiedli tę wyjątkową umiejętność. Do tego dorzucają odrobinę dystansu do siebie i świata, a także szczyptę poczucia humoru. I tak powstaje page-turner – tekst, od którego czytelnik nie może się oderwać.

Nietoperze

Jeżeli reportaż jest dziobakiem literatury, to reporterzy są nietoperzami. Tak przynajmniej uważa wenezuelski dziennikarz Boris Muñoz. Nietoperze to wyjątkowe ssaki – jedyne latające. I taką wyjątkowość w środowisku dziennikarskim Muñoz przypisuje reporterom: „Latać, w tym przenośnym znaczeniu, oznacza używać języka tak, aby nadać pisaniu pewną werbalną dostojność, a także bazować na wyobraźni, która czyni tekst literackim”.

 

Latynoskie nietoperze w tej antologii to ludzie instytucje: z ogromnym dorobkiem dziennikarskim, poważani i nagradzani. I chociaż piszą teksty z całego świata, do antologii wybrałam tylko te z Ameryki Łacińskiej.

Jako że jest to pierwsza antologia reportażu latynoamerykańskiego na rynku polskim, postawiłam na najbardziej znane nazwiska i najgłośniejsze teksty, które dobrze pokazują różnorodność i bogactwo tamtejszej literatury reporterskiej (kolejny zbiór, jeżeli kiedykolwiek powstanie, będzie stawiać na kategorię młodości!). Może zaskakiwać, że Leila Guerriero jest jedyną kobietą w tym zestawieniu. Otóż w Ameryce Łacińskiej nadal prym wiodą mężczyźni (szczególnie wśród tych najbardziej znanych autorów), ale kobiety rozpychają się w reporterskim gronie coraz piękniej i odważniej.

Nie kontynent, ale gatunek

Reportaże w tej antologii pochodzą z różnych krajów Ameryki Łacińskiej – Wenezueli, Kolumbii, Meksyku, Chile, Peru, Boliwii, Urugwaju i Brazylii – jednak głównym kluczem doboru nie było ich pochodzenie, nie były też wydarzenia, które opisują – wybrałam je ze względu na walory gatunkowe. Ta antologia opowiada nie region, tylko gatunek.

Myśl przewodnią w trakcie kompilowania zbioru zaczerpnęłam z kultowego czasopisma reporterskiego „Etiqueta Negra”: skupiać się na pozytywach, łamać schematy, wprowadzać świeżość, intrygować, operować banałem, który prowadzi do głębi.

W tym zestawieniu nie ma opowieści jedynie o narkotykach, nierównościach społecznych i przemocy, czyli o wszystkim tym, czego się spodziewamy po reportażach z tamtej części świata.

Są zupełnie o czym innym:

o peruwiańskiej tożsamości narodowej wyrażanej w słabości do napoju w „kolorze sików i smaku gumy do żucia”;

o urugwajskich Hitlerach, którzy nie wstydzą się swojego imienia;

o brazylijskim miasteczku bliźniąt, w którym jedynacy są nieszczęśliwi jak nigdzie indziej na świecie i które ma swoją mroczną tajemnicę;

o wystawianym raz do roku krześle, na którym siedział Che Guevara, zanim został zastrzelony w boliwijskiej wiosce;

o Czilangopolis – mieście Meksyk – w którym żyje tak dużo ludzi, że nie sposób ich zliczyć, ale i nikt nie ma wrażenia, że zbywa właśnie on;

o błaźnie, który jest równie tradycyjnym gościem na pogrzebach w Kolumbii jak płaczki;

o urugwajskiej poetce, która jeszcze przed dwudziestką pisała: „Każdy jest owocem dojrzewającym do swojej śmierci”;

o Caracas – mieście, w którym Martín Caparrós zrozumiał, jak ważne jest zdanie: „Daj znać, jak dojedziesz”;

o rozbieganych cieniach, które nafaszerowały gangstera Crayolę ołowiem, doprowadzając do jednego z najbrutalniejszych aktów przemocy w Salwadorze;

o Auguście Pinochecie i jego największej w Chile bibliotece oraz o Garcíi Márquezie w fotelu dentystycznym.

Autorzy w tej antologii skupiają się na pozytywach, a jeżeli nawet poruszają trudne tematy, robią to w sposób prosty, czasami nawet humorystyczny. Taki jest reportaż latynoamerykański – cechuje go niesamowita lekkość bytu. Broni się przed przegadaniem, raczej bywa oszczędny w formie. Słowo ma ogromne znaczenie, nie warto go więc nadużywać, bo jak powiedział poeta Octavio Paz: „suche drzewo płonie lepiej”. Prostota przekazu to jeden z wyróżników reportażu pochodzącego z Ameryki Łacińskiej.

La crónica

„Studiujcie, chłopcy, albo skończycie jako dziennikarze”, zwykł mówić jeden z profesorów Juana Villoro na wydziale socjologii. Był rok 1976. Wtedy zawód dziennikarza nie miał prestiżu. Karykaturzysta Abel Quezada narysował wówczas wygłodniałego redaktora siedzącego przy maszynie do pisania, na której powieszono kanapkę z szynką. Redaktor próbuje schwytać przekąskę, jednak bezskutecznie. Tak postrzegano dziennikarza: jako „głodnego artystę, który zarabiał wystarczająco, żeby przemienić nieszczęścia dnia w kilka szklanek tequili”.

„Kiedy zacząłem uprawiać dziennikarstwo, nikt nie mówił o reportażu. (...) Wielcy reporterzy istnieli, ale nikt nie używał tego terminu”, mówi Villoro.

W 2012 roku Leila Guerriero napisała w tekście La verdad y el estilo (Prawda i styl) opublikowanym w hiszpańskim dzienniku „El País”: „Był taki czas, kiedy nic, co dziś istnieje, nie istniało. Był taki czas, wcale nie tak odległy – rok 1996, 1997 – kiedy nie istniał termin »reporterzy latynoscy« (nie było też gazet, w których dałoby się publikować, ani wydawanych antologii reportażu). Istniało słowo la crónica, ale oznaczało zupełnie coś innego – pilne depesze, notki policyjne, felietony – i tylko nieliczni używali tego terminu w dzisiejszym rozumieniu. Bo la crónica to prawdziwa historia, której opisanie wymaga długiej i ciężkiej pracy i którą opowiada się, używając środków stylistycznych przynależnych do literatury pięknej”.

Martín Caparrós lubi to słowo głównie dlatego, że zawiera w sobie inne: crono – czas. Bo reportaż to nic innego jak „portret czasu” (retrato del tiempo).

Dziś na reportaż w Ameryce Łacińskiej mówi się właśnie la crónica. Nie el reportaje, tylko la crónica.

„Etiqueta Negra”

W pierwszej dekadzie XXI wieku powstawały w Ameryce Łacińskiej czasopisma, które oddawały swoje łamy – niekiedy całkowicie – reportażowi. Czasopisma te nazywa się tam narracyjnymi – las revistas narrativas. Większość tekstów w tej antologii pochodzi właśnie z tych gazet: „Etiqueta Negra” (Peru), „Gatopardo” (Meksyk, dawniej Kolumbia), „El Malpensante” (Kolumbia), „Letras Libres” (Meksyk), „SoHo” (Kolumbia, Ekwador, Peru), „Lamujerdemivida”, „Orsái” i „The Rolling Stone” (Argentyna), „The Clinic” i „Paula” (Chile), „Pie Izquierdo” (Boliwia), „Marcapasos” (Wenezuela).

Założyciel tytułu najbliższego memu sercu – „Etiquety Negry” – Julio Villanueva Chang uważa, że zadaniem reportażu ważniejszym, niż donosić (łac. reportare), jest pozbawiać złudzeń. „Czasami reporter próbuje jak najlepiej powiedzieć to, co cały świat myśli, innym razem pisze w kontrze do tego, co prawie cały świat uważa. Reportaż nie tyle jest sposobem narracji, ile sposobem patrzenia na rzeczywistość, próbą nadania sensu chaosowi poprzez przekucie go w opowieść”.

Żeby ten cel osiągnąć, reporter musi być uważny, co w dzisiejszym rozproszonym świecie wcale nie jest łatwe. Uwaga jest niezgodą na standardowość, na powszedniość, na uniformizację myśli i wiedzy. Uważny autor znajduje temat tam, gdzie inni go nie dostrzegają. Chce mówić o tym, o czym inni milczą. Chce podawać w wątpliwość. Chce pozbawić złudzeń.

„Etiqueta Negra” nie zajmowała się polityką, wojną czy problemami społecznymi, choć byłoby o czym pisać. Villanueva Chang unikał takich historii świadomie, bo uważa, że dziennikarstwo wcale nie musi zamykać się w getcie złych wiadomości: „Trzeba pamiętać, że nie całe dziennikarstwo opisujące korupcję, wojnę, malwersacje finansowe jest koniecznie dobre ani że całe dziennikarstwo opowiadające zupełnie inne historie jest koniecznie banalne”.

To dlatego David Fischman, pisarz peruwiański, napisał, że „pierwszym krokiem do objęcia przywództwa jest przekroczenie ustalonych norm, schematów tego, co powszechnie znane i akceptowane. To właśnie zrobiła »Etiqueta Negra«. Należy do nowej kategorii czasopism. Złamany przez nią schemat pokazuje, że dziennikarstwo nie musi się poświęcać tylko i wyłącznie ujawnianiu skandali, znajdowaniu winnych czy budzeniu naszych niskich instynktów”.

Peruwiańskie czasopismo pisało inaczej, potrafiło spojrzeć na bohatera na opak, przedstawiało tematy do góry nogami („od dupy strony”, jak to czasem mawiają nasi reporterzy), bo łamało schematy. Nie kopiowało innych tytułów, lecz wynajdywało własne historie. Nie traktowało tematów pobieżnie, ale było przenikliwe. Nie było leniwe intelektualnie, tylko stawiało przed czytelnikiem wyzwania. To dlatego szybko stało się tytułem kultowym. Martín Caparrós uznawał je za najlepsze czasopismo reporterskie na kontynencie.

Argentyna, z której pochodzi Caparrós, zajmuje wysoką pozycję na reporterskiej mapie latynoamerykańskiej. Na pewno wpływ na to ma jej historia – jeszcze w XX wieku była jedną z największych światowych potęg gospodarczych. Dopiero kryzysy polityczne i gospodarcze pod koniec minionego stulecia i najsilniejszy z 2001 roku doprowadziły do jej mocnego osłabienia. Dawna świetność jednak nadal jest tutaj odczuwalna, być może przede wszystkim w mentalności Argentyńczyków, co przejawia się także w ciekawych inicjatywach kulturalnych. Mnogość wydawnictw, księgarń, teatrów, kin, ale również pisarzy, reżyserów i wreszcie reporterów to dowód na to, że Argentyńczycy nie potrafią żyć bez kultury.

Spośród krajów Ameryki Łacińskiej najliczniejsza rzesza wybitnych reporterów pochodzi właśnie z Argentyny, z Leilą Guerriero i Martínem Caparrósem na czele. Mimo tak ogromnego potencjału reporterskiego nie powstało tu pismo na miarę „Etiquety Negry”. Pisarz Alan Pauls przyznaje: „»Etiqueta Negra« to czasopismo, jakie zarówno Martín [Caparrós – B.Sz.], jak i ja zawsze chcieliśmy zrobić – i z jakiegoś powodu nigdy tego nie zrobiliśmy”. Pauls zastanawia się, czy taka inicjatywa nie jest przypadkiem możliwa do zrealizowania jedynie w niesprzyjających okolicznościach: „Wiele razy dobre rzeczy powstawały w najbardziej niepewnych warunkach, ale to dzięki nim stawały się czystsze, bliższe pierwotnej idei, która pozwoliła im się narodzić”.

„Etiqueta Negra” powstała w Peru – kraju stosunkowo biednym, ze społeczeństwem słabo wyedukowanym, w którym nie ma kultury czytelniczej. Zarówno książki, jak i czasopisma są tam uważane za dobra luksusowe (na takie ich postrzeganie mają też wpływ wysokie ceny) w przeciwieństwie do telewizora. W Peru to on jest najwierniejszym towarzyszem życia. „Etiqueta Negra” istniała jakby na przekór wszystkiemu. To przykład dziennikarstwa najwyższej jakości uprawianego bez pieniędzy. Ich brak nie zniechęcił największych latynoskich sław reporterskich do współpracy z czasopismem, jednak to właśnie z powodu niewystarczających środków redaktor naczelny Julio Villanueva Chang stawiał na młodych – i tym samym stwarzał autorów. Takich nazwisk jak Titinger czy Avilés nie byłoby, gdyby nie Villanueva Chang.

Wysoka pozycja „Etiquety” na rynku medialnym nie zagwarantowała jej przetrwania. Zniknęła kilka lat temu, choć dobra wiadomość jest taka, że obecnie trwają prace nad jej wskrzeszeniem w formie cyfrowej.

Fundacja Gabo

Wielki wpływ na rozwój reportażu w Ameryce Łacińskiej wywarła Fundacja na rzecz Nowego Dziennikarstwa Iberoamerykańskiego (Fundación para el Nuevo Periodismo Iberoamericano – FNPI), której kilka lat temu zmieniono nazwę na Fundacja Gabo.

Powstała w 1994 roku w kolumbijskim miasteczku Cartagena de Indias z inicjatywy pisarza i dziennikarza Gabriela Garcíi Márqueza. Od początku miała na celu poprawę kondycji dziennikarstwa w Ameryce Łacińskiej. Jako że reportaż był ukochanym gatunkiem Garcíi Márqueza, fundacja zawsze kładła duży nacisk na jego rozwój. Stąd liczne warsztaty, debaty, seminaria czy webinaria jemu poświęcone (prowadził je również Ryszard Kapuściński). Jaime Abello, współzałożyciel i dyrektor generalny Fundacji Gabo, uważa, że jeśli był ktoś, kto na przekór wszystkiemu wierzył, że należy sprzyjać reportażowi, to był to właśnie García Márquez.

Obecnie Fundacja Gabo poprzez swoje liczne działania zarówno promuje reportaż w Ameryce Łacińskiej, jak i jest katalizatorem dobrych zmian w dziennikarstwie. Ogromne znaczenie dla środowiska i dla promocji reportażu ma przyznawana od 2002 roku Nagroda Gabo (w międzyczasie zmieniała swoją nazwę) w kilku kategoriach: tekst, obraz, innowacja, zawartość informacyjna, uznanie doskonałości (kategoria wyróżniająca dziennikarzy i zespoły dziennikarskie znane ze swojej niezależności, prawości i traktowania pracy jako misji). Nagroda ma zachęcać autorów i redakcje, które publikują w języku hiszpańskim i portugalskim w krajach obu Ameryk (w tym w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie) oraz na Półwyspie Iberyjskim, do innowacyjności i dbania o etykę zawodu. To jedna z najważniejszych nagród w świecie hiszpańskojęzycznych dziennikarzy. Sama zaś fundacja stała się najlepszym centrum szkoleniowym dziennikarstwa latynoamerykańskiego.

Fundacja Gabo czy czasopisma takie jak „Etiqueta Negra” to inicjatywy, których działania zawsze się przenikały, wspierały, i to dzięki nim reportaż w Ameryce Łacińskiej stał się gatunkiem prestiżowym. Dlatego niech pierwszy reportaż w tej antologii – García Márquez idzie do dentysty autorstwa Julia Villanuevy Changa – będzie hołdem złożonym zarówno „Etiquecie Negrze”, jak i kolumbijskiemu pisarzowi, który tak wiele dobrego zrobił dla dziennikarstwa latynoamerykańskiego.

 

„El Faro”

Są oczywiście także media, które zajmują się tematyką zgoła odmienną niż „Etiqueta Negra”, a bardziej kojarzoną z tym, o czym czytamy w doniesieniach z tamtych krajów w naszej prasie codziennej. Salwadorskie „El Faro” – pierwsza gazeta internetowa w Ameryce Łacińskiej – specjalizuje się w dziennikarstwie śledczym, a głównymi tematami są tu: przemoc, bezkarność przestępców, korupcja, czego pokłosiem są migracje.

To tytuł uznawany w środowisku dziennikarskim za medium wartościowe, niezależne i „niewygodne” (tak ochrzciła „El Faro” Fundacja Gabo). Zasłynął takimi projektami dziennikarskimi jak En el camino (W drodze) dotyczący migracji w Ameryce Środkowej czy Sala Negra (Czarna Sala) o przemocy w Trójkącie Północnym Ameryki Środkowej (obejmującym Salwador, Honduras i Gwatemalę). Jeden z reportaży, który ukazał się w ramach tego drugiego projektu – Spłonęliśmy w busie – znalazł się również w tej antologii.

W 2016 roku po raz pierwszy w historii Fundacja Gabo wyróżniła nagrodą w kategorii uznanie doskonałości nie pojedynczego dziennikarza, ale cały zespół gazety internetowej „El Faro”. Jury w swoim uzasadnieniu napisało: „Nagroda ta przyznana została za jakość dziennikarstwa w »El Faro«, a także za odwagę dziennikarzy, którzy wykonują swój zawód w niebezpiecznych i nieprzyjaznych warunkach, badając i rozpowszechniając historie i tematy, które mają wyraźny rezonans w debacie publicznej. (...) Funkcjonując w jednym z najbardziej brutalnych państw regionu hiszpańskojęzycznego, w środowisku politycznie i ekonomicznie wrogim rozwojowi niezależnego dziennikarstwa, »El Faro« udało się pokonać te przeciwności. Poprzez materiały dziennikarskie, których znakiem rozpoznawczym jest jakość reporterska, dziennikarze oddają głos i przywracają godność wykluczonym, kwestionują oficjalną wersję władzy na temat skomplikowanej, niesprawiedliwej i sprzecznej rzeczywistości. (...) Rygorystyczne dokumentowanie spraw, prawość i zaangażowanie na rzecz prawdy (...) pozwalają na poruszanie przez »El Faro« tematów ważnych, jednak przez inne media ignorowanych”.

Strach

Trójkąt Północny Ameryki Środkowej, na którym skupiają się w swoich tekstach dziennikarze „El Faro”, to jeden z najniebezpieczniejszych regionów świata. Dziennikarze tam pracujący żyją w nieustającym zagrożeniu. Mają obowiązek wiedzieć, wiedzieć więcej, odkrywać to, co ukryte – przez co stają się celem przemocy, przeciwko której występują.

Hiszpański reporter Alberto Arce był jedynym zagranicznym korespondentem w Hondurasie w latach 2012–2014. W swojej książce Telefon obwieszcza śmierć. Zapiski korespondenta w Hondurasie pisze, że na jednej z konferencji prasowych zapytał, czy coś się robi w sprawie problemu korupcji w policji. „Nie tylko nie doczekałem się odpowiedzi, ale na dodatek po zakończeniu konferencji pewien honduraski dziennikarz objął mnie ramieniem i wyszeptał: »Tutaj nie zadajemy tego typu pytań«. Jak powiedział, jeśli chcę pozostać przy życiu, powinienem się nie wychylać. »Mówię ci jako przyjaciel, zamknij się dla własnego dobra«. Sprzedał mi to jako radę, lecz w rzeczywistości była to groźba. I formułował ją nie policjant czy minister, ale dziennikarz”[1]. W innym miejscu Arce przyznaje: „Nie wydaje mi się, bym przyjechał, by tu umrzeć. Ale to bez znaczenia. Coraz bardziej się boję, że tak się stanie”[2].

Boom czy nisza

Niektórzy mówią o boomie na reportaż w Ameryce Łacińskiej. Inni, że nadal jest on niszą. Chilijska profesorka Bárbara Fuentes pisze o boomie: „Reportaż w Ameryce Łacińskiej nie jest już modą, bo mody przychodzą i odchodzą. Jeśli jest nauczany na uniwersytetach, jeśli jego autorzy się grupują, debatują na forach, prowadzą warsztaty i się znają, jeśli liczne czasopisma traktują reportaż jako główny składnik swojej treści, to dlatego, że jest publiczność, która tego oczekuje i prosi o wysoką jakość prasy”.

Mario Jursich Durán, dyrektor czasopisma „El Malpensante”, jest podobnego zdania. Uważa, że na początku XXI wieku „pojawiła się świadomość, że reportaż przeżywa moment rozkwitu, ale tę świadomość mieli tylko ci, którzy tworzyli pisma, praktycy gatunku i niewielka liczba czytelników. Dopiero teraz opinia publiczna zaczyna zdawać sobie sprawę, że reportaż przeżywa swój złoty wiek”.

W 2012 roku o komentarz do pozycji reportażu został poproszony Jaime Abello, który stwierdził: „W ostatnich piętnastu latach stworzono czasopisma, (...) coraz więcej publikuje się też książek reporterskich. I choć reportaż zyskał więcej rynku, nadal jest niszą”.

Leila Guerriero – jedyna reporterka w tej antologii – w tekście o znamiennym tytule Sobre algunas mentiras del periodismo (O niektórych kłamstwach dziennikarstwa) przyznała: „Nieliczne media (...) są skłonne płacić dziennikarzowi, żeby przez dwa, trzy miesiące zajmował się jednym tematem. Redaktorzy zwykle pracują na paliwie, które nazywa się »pilne«, a słowo to nie najlepiej rozumie się z reportażem. Wreszcie, a może przede wszystkim, niewiele mediów jest skłonnych poświęcić przestrzeń długiemu tekstowi, ponieważ uważa się – tak mówią redaktorzy, tak obwieszczają reklamodawcy, tak powtarzają wszyscy – że ludzie już nie czytają. A jednak bez mediów otwartych na reportaże, bez mediów skłonnych płacić za nie i bez redaktorów gotowych dać dziennikarzom czas niezbędny na pisanie dziś mówi się o boomie na reportaż latynoamerykański. Po tajemnicy Trójcy Świętej to najprawdopodobniej druga najtrudniejsza zagadka do rozwiązania”.

Głód

Do tej pory świat nie zachwycił się reportażem latynoamerykańskim tak, jak miało to miejsce z iberoamerykańską beletrystyką w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku. Jednak jest książka, która stanowi doskonały przykład na to, że tamtejszy reportaż jest w stanie przekroczyć granice i trafić do czytelników na całym świecie. Chodzi o Głód Martína Caparrósa.

Caparrós święcił triumfy jako reporter już na początku lat dziewięćdziesiątych. To wtedy opublikował swoją pierwszą książkę reporterską Larga distancia (Długi dystans), która okazała się przełomowa dla reportażu w Argentynie, a później w całej Ameryce Łacińskiej. Caparrós opisał w niej swoje podróże, między innymi po krajach Ameryki Południowej (Peru, Boliwia), a także Dalekiego Wschodu (Chiny, Japonia), ale zrobił to w inny, nowy, świeży sposób, bardziej literacki, tym samym zmieniając postrzeganie reportażu, przekraczając jego granice jako gatunku dziennikarskiego i zapuszczając się w przestrzeń literatury pięknej (Caparrós proces ten nazywa literaturyzowaniem – literaturizar). Autor Głodu często miesza w swojej twórczości różne gatunki. Zresztą nie on jeden – jak przystało na nietoperze zajmujące się dziobakami literatury, wielu latynoskich reporterów lubi eksperymentować, ponieważ uważają, że krzyżowanie gatunków to przyszłość literatury.

Larga distancia wyznaczyła „przed” i „po” reportażu latynoamerykańskiego. W 1992 roku Caparrós otrzymał za nią prestiżową Premio Internacional de Periodismo Rey de España (Międzynarodową Nagrodę Dziennikarską Króla Hiszpanii). Za Głód z 2014 roku argentyński reporter był nominowany między innymi do Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego za najlepszy reportaż literacki. To jedyna latynoamerykańska książka reporterska, której udało się w ostatnich latach odnieść tak wielki sukces także na arenie międzynarodowej. I choć jedna jaskółka wiosny nie czyni, może się okazać jej zapowiedzią.

Niech kolejną jaskółką będzie ta pierwsza polska antologia reportaży latynoamerykańskich.

Beata Szady