StraconaTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału

GOOD AS GONE

Copyright © 2016 by Amy Gentry

All rights reserved

Projekt okładki

Magdalena Zawadzka

Zdjęcie na okładce

© Rekha Garton/Arcangel Images;

Take Photo/Shutterstock.com;

Anna Timoshenko/Shutterstock.com

Redaktor prowadzący

Monika Kalinowska

Redakcja

Joanna Habiera

Korekta

Katarzyna Kusojć

Marianna Chałupczak

ISBN 978-83-8123-549-5

Warszawa 2017

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02–697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dla Curtisa, najlepszego człowieka na świecie

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Prolog

Jane obudziła się.

– Julie? – szepnęła.

Wszystko wokół nabrało wyrazistości. Po dwóch latach spania we własnym pokoju w nowym domu już jej się nie śniło, że wentylator spada spod sufitu i sieka ją na kawałki. Z mroku znikły także pająki; dziesięcioletnie panny nie proszą już, żeby ktoś sprawdził ciemne kąty, zanim się położą spać. Tylko czasem, gdy coś budziło ją w środku nocy, w nieprzeniknionej ciszy boleśnie brakowało cichego oddechu Julie. W starym domu Jane zarzucała nogę na balustradę górnego łóżka i chichotała, aż Julie powiedziała: „Cicho, Jane, śpij!”. Teraz mocno zaciskała powieki, nim jej wzrok zdążył się przesunąć w stronę ciemnego spojenia ściany i sufitu.

Hałas, który rozległ się znowu, z całą pewnością dobiegał z pokoju Julie. Jane odrzuciła kołdrę i postawiła bose stopy na wykładzinie. W dawnym domu na gładkim drewnianym parkiecie leżał pleciony dywanik. Teraz niemal bezszelestnie poszła po grubej wykładzinie do drzwi i wyjrzała na mroczny korytarz. Na końcu majaczył niewyraźny prostokąt jaśniejszego mroku – zamknięte drzwi.

Rzadko sypiały przy zamkniętych drzwiach: w pokoju Janie robiło się za gorąco, w pokoju Julie – za zimno. Mama narzekała na cyrkulację powietrza w piętrowych domach, ale rodzice zawsze zamykali swój pokój na parterze, bo byli dorośli. Teraz Julie też stała się dorosła – a raczej chciała się stać. Od trzynastych urodzin codziennie wprawiała się w dorosłości, powoli szczotkowała włosy przed lustrem w łazience, jakby robiła próby do jakiejś sztuki tylko dla wtajemniczonych, i siadała za biurkiem, żeby pisać pamiętnik, zamiast rzucać się na łóżko jak Jane. I zamykała drzwi do swojego pokoju.

Jaśniejszy prostokąt na końcu korytarza zadrżał, a wzdłuż jednego boku pojawiła się ciemna szpara. Drzwi pokoju Julie otworzyły się do wewnątrz, cztery duże palce zacisnęły się na framudze.

Jane bez namysłu schowała się do szafy, kucnęła i zamknęła za sobą drzwi. Te palce znajdowały się za wysoko, żeby mogły należeć do Julie, i były za duże na palce matki. Nie należały też do ojca, choć nie wiedziała, skąd ta pewność, i to przerażało ją najbardziej.

Cichy, przerażający stuk przypomniał jej, że drzwi szafy się nie domykają. Wyciągnęła ręce, ale już się odchyliły.

Zacisnęła powieki. Na korytarzu rozległo się ciche stąpanie.

Gdy po chwili znowu otworzyła oczy, drzwi szafy zatrzymały się, uchylone o jakieś osiem centymetrów. W porównaniu z mrokiem wewnątrz widoczny z jej kryjówki fragment korytarza wydawał się niemal jasny. Widziała każdą nitkę beżowej wykładziny, każdy zaciek na ścianie, a na niej połowę zdjęcia sprzed lat, przedstawiającego dawną Julie, na której kolanach siedziała dawna ona, ubrana w sukieneczkę z żaglówką. Ta żaglówka kołysała się na haftowanych falach. Wszystko inne też się kołysało. Kroki zmierzały ku pokojowi Jane.

Deska na środku korytarza skrzypnęła. Nieznajomy znajdował się w połowie drogi do pokoju. Czy słyszał ten cichy trzask w jej uszach za każdym razem, gdy jej łomoczące serce kołysało żaglówką? Powstrzymała się, by nie zaszyć się głębiej wśród ubrań na brzęczących wieszakach.

W tej samej chwili na wykładzinie stanęła chuda stopa z plamką różowego lakieru na paznokciu dużego palca i Jane odetchnęła. To tylko Julie. Na godzinę przed swoim przyjęciem urodzinowym pomalowała sobie paznokcie, ale teraz, w połowie lata, lakier starł się o białe dno basenu na tyłach domu. Zostały z niego tylko małe trójkąciki na krawędziach paznokci. A więc te męskie palce tylko jej się przywidziały, tak jak pająki w mroku. I rzeczywiście, w polu widzenia Jane pojawiła się Julie w zwyczajnej nocnej koszuli z Myszką Miki, falującej wokół jej zwyczajnych kolan. Szła w stronę schodów przy pokoju Jane, pewnie połasować w kuchni. Podobna nocna koszulka z Kaczorem Donaldem czekała w papierowej torbie dla potrzebujących, bo Jane już z niej wyrosła. Mama mówiła, że kiedyś przerośnie Julie.

Jane objęła z ulgą kolana w piżamie. Ale męskie palce znowu się pojawiły, tym razem na ramieniu Julie, ścis­nęły materiał jej nocnej koszuli i jej długie jasne włosy, uwięzione między gruźlastymi kostkami. Jane zdążyła zauważyć, że siostra jest sztywno wyprostowana, jak marionetki ze szklistymi, szeroko otwartymi oczami, a potem ujrzała idącego za nią wysokiego mężczyznę. Julie i on poruszali się w tym samym zwolnionym tempie, jakby jego długie ramię i owłosiona ręka były łączącym ich łańcuchem.

Obudź się, obudź się, obudź się, powtarzała Jane w duchu, ale nic się nie wydarzyło. Wszystko zamarło, także ona, jak we śnie. Tylko Julie i nieznajomy się poruszali. Powoli zbliżali się do jej pokoju. Janie otworzyła usta do krzyku.

Wtedy Julie na nią spojrzała.

Krzyk uwiązł w gardle Jane, która spojrzała w oczy siostry, błagając o znak, co powinna zrobić, przygotowując się, żeby usłuchać, krzyknąć, rozpłakać się albo nawet roześmiać, jeśli to wszystko było jakimś żartem. Julie na pewno nie zostawi jej samej w tym złym śnie. Jane przysięgła sobie w duchu, że zrobi wszystko, co nakaże siostra, i już nigdy więcej nie będzie się skarżyć.

Julie uniosła brwi, nie odwracając głowy, i spojrzała znacząco na mężczyznę za sobą, a potem na Jane, jakby kazała jej dobrze się mu przyjrzeć, ale Jane nie chciała. Nie odrywała wzroku od Julie. Dziewczynka i mężczyzna skręcili na podest schodów, nie zatrzymując się przy jej drzwiach, i teraz stało się jasne, dlaczego Julie szła tak sztywno; mężczyzna dotykał jej pleców czubkiem długiego, ostrego noża. Jane poczuła ukłucie między własnymi łopatkami, a w oczach stanęły jej łzy.

Na strychu rozległ się głośny trzask. Jane wiedziała, że to dom osiada, ale mężczyzna odwrócił się nerwowo. W tym ułamku sekundy Julie, jakby na chwilę zdjęto z niej zaklęcie, obejrzała się na Jane i uniosła lewy palec wskazujący do ust, które ułożyła w bezgłośne O.

Ćśśś.

Jane usłuchała. Julie i mężczyzna z nożem zeszli po schodach.

I tak wygląda relacja jedynego świadka tamtej nocy, w której straciłam córkę – obie córki, wszystko, wszystko.

1

Od zaginięcia Julie minęło osiem lat, od jej śmierci – dużo więcej, stulecia. Wychodzę na tę duchotę na dworze i idę na ostatnie zajęcia w semestrze wiosennym. W połowie maja powietrze w Houston jest gorące jak ludzki oddech. Zanim zdążyłam zamknąć za sobą drzwi i zrobić pięć kroków do garażu, jestem już cała mokra. Gdy docieram do samochodu, kubek termiczny zaczyna mi się wyślizgiwać z wilgotnych palców, a gdy wsiadam do SUV-a, rozchlapuję na przykrywkę oleiste kropelki kawy. Parę spada także na moją dłoń, ale nie wycieram ich i włączam klimatyzację.

Lato co roku przychodzi trochę wcześniej.

Wycofuję samochód za bramę, którą zamontowaliśmy, gdy było już za późno, osiedlowymi uliczkami docieram do większej jezdni, a nią do I-1, gdzie betonowe pasy unoszą się ku niebu jak pręgowane ogony dinozaurów. O ósmej rano przedzieram się przez zatkane arterie i potrójne bajpasy godziny szczytu w stronę czternastopasmowego korka; w brudnym świetle poranka otacza mnie morze mrugających ospale czerwonych świateł hamowania.

Muszę patrzeć ponad dachami samochodów, więc ekonomiczny prius stoi w garażu, a ja zabieram Tomowi potężnego czarnego range rovera – przecież i tak go nie używa – żeby trzema różnymi autostradami dostać się na uniwersytet i z powrotem. Sunąc w ślimaczym tempie, mogę zapomnieć o innych kierowcach i skupić się na wyszczerbionych literach, zamontowanych na betonowych frontonach przydrożnych sklepów: WSZYSTKO ZA DOLARA, ŚWIAT DRUKAREK, ATELIER FRYZUR. Jaskraworóżowy uśmiech meksykańskiej restauracji, żółto-niebieski gigant Ikei, wznoszący się za płatną autostradą, żółte cegły apartamentowców, ledwie osłoniętych przed hałasem autostrady przez żywopłoty lagerstremii – wszystko to przypomina mi, że najgorsze już się stało. Potrzebuję ich tak, jak moja matka potrzebowała różańca.

Zdrowaś Myjnio Samochodowa, łaskiś pełna, Pan z tobą. Restauracjo Śródziemnomorska, módl się za nami, Pralnio Całodobowa, o Pani nasza, orędowniczko nasza, do ciebie wzdychamy, jęcząc i płacząc.

Nawet billboardy Julie znikły. Jeden stał tutaj, na skrzyżowaniu I-10 i 610, przy domu starców, wciśniętym między pierwszy kościół baptystyczny a betonowy wiadukt, ale pięć lat temu fundacja postanowiła go zdjąć. A może wcześniej? Chyba ze względu na koszty, choć nawet nie wiem, ile wynosiły. Fundacja Julie to działka Toma. Dziś z billboardu opromienia nas gigantyczny, wybielony uśmiech jakiegoś pastora-gwiazdora obok słów „Codziennie niecodzienna wiara”. Zastanawiam się, czy zakleili nim jej twarz, czy też najpierw ją zdarli. Idiotyczna myśl: przez te lata wisiało tu mnóstwo reklam. Dentyści, operacje odtwarzające po wazektomii. Słowa wiersza Wordswortha, który będę omawiać na dzisiejszych zajęciach, klekoczą mi w głowie jak kiepski żart: „Dokąd uleciał błysk jasnowidzenia? W co się ta świetność, w co sen poprzemienia?”1.

 

Wrzucam kierunkowskaz i włączam się do ruchu na ślimaku. Mimo tego całego czasu, poświęconego na czytanie i studiowanie poezji Wordswortha, mimo faktu, że za parę godzin będę o nim opowiadać klasie pełnej wrażliwych studentów i że zamierzam wykładać o nim tak długo, jak długo uniwersytet zgodzi się mnie trzymać bez publikacji, pracy w komitecie i innej działalności, wymagającej większego wysiłku niż codzienny trud dźwignięcia się z łóżka i stawiania czoła światu, w którym najgorsze już się wydarzyło, a ja, nie wiedzieć czemu, zostałam przy życiu – nie wierzę w przeczucia i sny. Wierzę w statystyki.

Statystyki dowodzą, że większość porywaczy dzieci to ich znajomi; Julie została zabrana przez obcego. Statystyka dowodzi, że porywacze przeważnie starają się zwabić swoje ofiary do pojazdu; Julie została wyprowadzona z własnej sypialni, w środku nocy, pod groźbą noża, podczas gdy moja druga córka Jane przyglądała się temu z szafy. I w końcu – statystyka dowodzi, że trzy czwarte porwanych i zamordowanych dzieci ginie w czasie trzech pierwszych godzin od porwania. Trzy godziny – tyle, ile według nas Jane siedziała w szafie, skamieniała ze zgrozy, zanim obudziła Toma i mnie swoim przerażonym płaczem.

Zanim dowiedzieliśmy się o zniknięciu Julie, jej los został przypieczętowany.

Ta świadomość rozprzestrzeniła się jak infekcja albo zapach benzyny. Żeby uświadomić sobie, że Julie nie żyje, wmawiam sobie, że nie żyła od zawsze – zanim się narodziła, zanim ja przyszłam na świat. Zanim pojawił się na nim Wordsworth. Mijając sosny Memorial Park, wyobrażam ją sobie, wpatrującą się w górę niewidzącymi oczami pod kocem rudozłotych igieł. Przejeżdżając obok Crestview Apartments, widzę ją pogrzebaną pod grządkami azalii. Rząd sklepów ze Studiem Opalania i Spa Paznokci przywołuje mi na myśl pojemniki na śmieci na zapleczu. Oto mój błysk jasnowidzenia.

Pragnęłam dla Julie całego świata. Teraz pragnę tylko czegoś, co mogłabym pochować.

Zajęcia – ostatnie przed wiosennymi feriami – mijają w mgnieniu oka. Mogłabym wykładać o Wordsworcie przez sen, i choć teraz nie śpię, to roję sobie coś na jawie. Widzę przejrzysty błękit basenu, lśniący jak plastikowy kryształek, otoczony wysypanym świeżym piaskiem pomostem pod wysokimi, chudymi sosnami. Dziewczynki tak się cieszyły tym basenem i pamiętam, że spytałam Toma – księgowego – czy stać nas na to. Osiedle Energy Corridor, zalane Starbucksami i country clubami, nie było w naszym stylu, szczególnie w moim. Ale dziewczynki zachwyciły się basenem nawet bardziej niż własnymi pokojami. Jakby nie zauważyły, że wyprowadziliśmy się ze skomnych lokali uniwersyteckich do części miasta, w której królują piętrowe domki, garaże na dwa samochody i zielone trawniki, usiane tablicami reklamowymi licealnych drużyn piłkarskich. Zrobiliśmy to z kilku powodów, ale ten, który was interesuje, to oczywiście większe bezpieczeństwo.

– Koniec wykładu. I przypominam, prace semestralne mają się znaleźć u mnie dwudziestego ósmego do piątej po południu. – Zanim dotarłam do „Miłych wakacji”, większość studentów już wyszła.

Idąc do swojego gabinetu, poczułam na biodrze lekkie „bzzz”. Esemes od Toma.

„Odbierzesz Jane? IAH 16.05, linie United, lot 1093”.

Odkładam komórkę, włączam komputer i sprawdzam kalendarz Uniwersytetu Waszyngtońskiego. Potem znajduję dział personalny i dzwonię do administratora, którego znam z podstawówki. Rozmawiamy krótko. Odpisuję Tomowi: „Kupić coś na kolację?”.

Parę minut później: „Nie”. I pewnie to koniec naszych rozmów do wcześniejszego powrotu Jane z pierwszego roku college’u.

Ostatnio trudno mi rozpoznać własną córkę w tłumie. Nigdy nie wiadomo, jaki będzie miała kolor włosów. Stoję obok transportera bagażowego numer dziewięć i czekam, aż dziewczyna o burgundowo-czarnych włosach wyłoni się z tłumu pasażerów. Przed oczami kołysze się jej spłowiały zielony lok, który przetrwał kolejne farbowanie.

– Cześć, mamo – mówi Jane.

– Cześć. – Ściskamy się, jej ciężka torba uderza mnie w biodro, a pusty transporter wydaje przerażający zgrzyt i obie odwracamy się w jego stronę, a ja zastanawiam się, jak uniknąć pytania o przyczyny nieoczekiwanego przyjazdu Jane.

– Znowu się przefarbowałaś – zauważam.

– No.

Wszystko, co Jane mówi i robi, to kolejny przejaw zamkniętych drzwi, które w gimnazjum, parę lat po porwaniu Julie, stały się jej znakiem rozpoznawczym. W liceum doszły do nich głośna muzyka, farbowane włosy i przypadkowe piercingi, ale zatrzaśnięte drzwi pozostają clou programu. Tom miał zwyczaj iść za nią na górę i znosić łkania i wrzaski, które do mnie docierały tylko w przytłumionej formie. Ja doszłam do wniosku, że najlepiej dać jej spokój.

– Lot był znośny?

– Ujdzie.

Przede wszystkim długi. Podejrzewam, że Jane wybrała Uniwersytet Waszyngtoński ze względu na jego odległość od Houston. W dzieciństwie mówiła, że chce studiować na tym uniwersytecie, na którym będę wykładać, ale zmieniła zdanie mniej więcej w tym samym czasie, kiedy zaczęła trzaskać drzwiami. Pewnie wylądowałaby na Alasce, gdyby nie uparła się na uczelnię z rokiem akademickim podzielonym na kwartały, nie semestry – każda ewentualna różnica się liczyła. Oczywiście to typowe zachowanie nastolatki, ale w przypadku Jane miało przewrotny sens – podobnie jak fakt, że nie podeszła do egzaminów z większości przedmiotów z ostatniego kwartału.

A przecież mieszkała w Seattle przez cały rok akademicki. Szybko przebolałam, że nie przyjechała do domu na Święto Dziękczynienia; studenci z systemu kwartalnego często je pomijają, ponieważ kwartał jesienny zaczyna się późno. Ale kiedy w połowie grudnia oznajmiła nam przez telefon, że dopiero się urządza, że jedna z profesorek zaprosiła ją na święta, że nasza rodzina i tak nigdy ich nie obchodzi, prawda?, i że jej zdaniem w Seattle zyska niezależność, prawie usłyszałam, jak Tomowi pęka serce. By zatuszować jego milczenie, powiedziałam jedyne rozsądne zdanie w tej sytuacji – właściwie jedyne zdanie, jakie można było powiedzieć: „Tęsknimy za tobą, ale rozumiemy”. Teraz wygląda na to, że tamta sytuacja była kolejnymi zatrzaśniętymi drzwiami, na które nie zareagowałam jak należy.

– No więc… – zaczynam od nowa. – Nadal podoba ci się na uniwerku?

– Do boju, Huskies! – Jane niemrawo macha pięścią. – Jasne, mamo. Nic się nie zmieniło od ostatniej rozmowy.

Torby zaczynają spadać na pas transmisyjny i obie pochylamy się nad nim.

– Pewnie marzłaś w tej kurtce w styczniu? Akurat jest wyprzedaż zimowych kolekcji, mogłybyśmy wybrać się na zakupy.

Jane nerwowo skubie parkę, którą nosi, odkąd skończyła szesnaście lat.

– Wystarczyła. Mówiłam wam, tam nie jest tak zimno.

– Wykłady w porządku?

– Tak. Bo co?

– Nic. Rozmawiam.

– Wszystko gra. Do tego stopnia, że nawet nie muszę zdawać egzaminów sensu stricto. Wykładowcy pozwalają mi składać zamiast nich prace pisemne.

Sensu stricto. Zabrzmiało poważnie. Ciekawe, jak ich przekonała, żeby jej nie oblewali mimo braku zdanych egzaminów. Moi studenci przeważnie mówią „sprawy rodzinne” i mają nadzieję, że nie będę wnikać w szczegóły.

– To się często zdarza na twoim uniwerku? – pytam ostrożnie.

– Mamo. Po prostu „na uniwersytecie”.

Lekko ściskam jej ramię.

– Cieszymy się, że wróciłaś do domu.

Opuszczam rękę i stoimy obok siebie, ramię w ramię, wpatrzone w lśniącą metalową rynnę, aż w końcu połowa pasażerów z lotu znika ze swoimi bagażami, a ich nieobecność sprawia, że pas transmisyjny zdaje się pracować jeszcze głośniej. W końcu walizka Jane koziołkuje po pochylni i spada z głośnym gruchnięciem na pas przed nami. To prezent z okazji ukończenia liceum – w kolorze zielonego jabłuszka, przybrudzona po dziewiczej podróży do Seattle i z powrotem. Pasuje do tego zielonego ufarbowanego pasemka mojej córki. Jane chwyta ją, zanim zdążę zareagować, ale za automatycznymi rozsuwanymi drzwiami pozwala mi ponieść swoją torbę, kiedy owionięta wilgotnym powietrzem przystaje, żeby zdjąć parkę.

– Już się robi sauna.

– Witaj w domu – odpowiadam i w nagrodę dostaję półuśmiech.

Ale droga do domu jest pełna wpadek. Moje pytania o życie akademickie trafiają w próżnię, choć większość czasu spędzam na uniwersytecie.

– Jak w akademiku?

– Znośnie.

– Nadal lubisz swoją koleżankę z pokoju?

– Jest spoko. Nie wchodzimy sobie w paradę.

– W przyszłym roku będziesz z nią mieszkać?

– Raczej nie.

W końcu uciekam się do tematu pewniaka. Na pewno zadziała, choć dla mnie jest przykry.

– Opowiedz mi o tej profesorce, która zaprosiła cię na Boże Narodzenie.

– Ma na imię Caitlyn i wykłada semiotykę.

Caitlyn.

– Nie wiedziałam, że na anglistyce wciąż uczą semiotyki.

– Kierunek nazywa się „intersekcjonalność” i obejmuje anglistykę, ale razem z lingwistyką, studiami gender i antropologią. Studenci powinni uczyć się tych wszystkich przedmiotów, ale ja pierwszego dnia poszłam do Caitlyn i przekonałam ją, żeby mnie przyjęła na swoje wykłady. – Mimo woli uśmiecham się z dumą. Jane, jak przystało na profesorskie dziecko, zna się na rzeczy. Co więcej, tylu logicznie związanych ze sobą słów nie wypowiedziała w rozmowie ze mną od wieków.

– Opowiedz mi o tym. Co czytałaś?

– Wolałabym zaczekać i opowiedzieć też tacie.

– Oczywiście.

– Żeby nie powtarzać dwa razy.

– Jasne, skarbie.

Włączam radio i wnętrze samochodu wypełnia monotonny, kojący głos reportera, relacjonującego sytuację na drogach w godzinie szczytu. Mijamy strzelnicę i siłownię, gdzie w tej chwili zapewne jakaś dawna mistrzyni olimpijska drze się na tłum dziewcząt z końskimi ogonami. Jane wygląda przez okno. Pewnie zastanawia się, dlaczego przyjechałam zamiast Toma. Ja też.

Parę minut później obie się tego dowiadujemy. Gdy wjeżdżam na podjazd pod już zmierzchającym niebem, widzę przez okno w kuchni Toma, przygotowującego obiad. Otwieram drzwi i wchodzę. Czuję zapach ulubionej potrawy Jane: fettuccine Alfredo z panierowanymi krewetkami i grillowanymi szparagami, absurdalnie dekadencki przepis, który Tom znalazł na Food Network i robi tylko od święta. Sałatka – dla zachowania przyzwoitości – stoi w salaterce obok deski do krojenia, prawie gotowa do nałożenia na kolorowe talerze.

– Janie! – Tom otwiera ramiona i robi krok naprzód. Jane rzuca się na niego i zamyka oczy, wtulając twarz w jego pierś. Ja wymykam się do łazienki, a potem do swojej sypialni, żeby przebrać się z nauczycielskiego wdzianka w wygodne dżinsy. Przez parę minut odkładam na miejsce pranie, które czeka, złożone, w koszyku u stóp łóżka. Gdy wracam, Tom i Jane rozmawiają z ożywieniem. On, odwrócony do mnie plecami, kroi pomidory na sałatkę, ona opiera czubki palców na desce jak na klawiaturze fortepianu.

– W życiu byś nie uwierzył, jakie imiona mają ludzie w tej klasie – Derrida i tak dalej. Wszyscy są ode mnie mądrzejsi.

– No co ty, przecież cię dopuściła, a jest genialna.

– Za każdym razem, kiedy otwierałam usta, czułam się jak idiotka.

– Przynajmniej otwierałaś usta – mówi Tom, opierając na chwilę nóż o deskę, by spojrzeć Jane w oczy. – Zakładam się, że byli tacy, którzy się na to nie odważyli.

Na widok pełnego wdzięczności uśmiechu Jane, widocznego tuż nad ramieniem Toma, coś we mnie ścina się jak białko na patelni. Tom jakby to wyczuł, bo ogląda się na mnie. Wrzuca garść pokrojonych pomidorów na stertę zielonych warzyw i bierze salaterkę.

– Gotowe! – oznajmia. – Zanieś makaron na stół, Jane. Usiądźmy do pierwszej rodzinnej kolacji od niepamiętnych czasów.

I, wierzcie lub nie, właśnie wtedy rozlega się dzwonek do drzwi.

1 W. Wordsworth, Oda o przeczuciach nieśmiertelności ze wspomnień wczesnego dzieciństwa, tłum. S. Kryński, [w:] Angielscy poeci jezior, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 1963.