Bad Boy's Girl 2

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Tytuł oryginału: Bad Boy’s Girl 2

Redakcja: Karolina Wąsowska

Korekta: Renata Kuk, Aneta Pawłowska

Skład i łamanie: Ekart

Copyright © 2017 by Blair Holden

All rights reserved

Cover design copyright © Compañía

Copyright for the Polish edition © 2018 by Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ISBN 978-83-7686-702-1

Wydanie pierwsze, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2018

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ul. Kazimierzowska 52 lok. 104

02-546 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

instagram.com/wydawnictwojaguar

facebook.com/wydawnictwojaguar

snapchat:jaguar_ksiazki

Wydanie pierwsze w wersji e-book

Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2018

Skład wersji elektronicznej: Marcin Kapusta

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Część 1

1. Zaczynam nienawidzić rudych jak jakiś psychopata

2. Obecnie mam samoocenę ameby

3. Pękam jak tama

4. Walić cytrynowy sorbet, lody to magia

5. Moje życie, Banda Badziewnych Banałów

6. Przestań być taki uroczy i rozebrany

7. Nie jesteśmy królikami

8. Dupogłowy z boysbandu musi zrozumieć, do kogo należysz

9. Co powinnam wiedzieć o lalkach i misiach?

10. Bum! Jesteś goła i zaczyna się akcja

11. Nie przekroczyłem granicy, przemknąłem przez nią niczym Usain Bolt

Część 2

12. To moje motto: make love, not war

13. Bardziej nieprzyzwoity niż niemiecki film przyrodniczy

14. Na serio potrzebujesz największej puszki z bitą śmietaną?

15. Chciałem zwalić cię z nóg, a nie zranić cię

16. Już nigdy nie spojrzę na puchate różowe kajdanki, tak jak kiedyś

17. Chciałem się przebrać za Edzia ze Zmierzchu, ale w sklepie nie mieli już brokatu

18. Kawiarnia to moje środowisko naturalne

19. Mniej więcej wtedy, kiedy ukradłeś mi cnotę

20. Trochę za wcześnie, żebym myślała o przebraniu zawodnika sumo

21. Babcia Stone rozwodzi się nad zaletami wczesnego macierzyństwa

22. Dorosła wersja jebanego Disneylandu

23. To jak dowiedzieć się, że profesor McGonagall sypia w jedwabnych stringach

24. Przyjaciele nie pozwalają przyjaciołom ganiać z gołą dupą

25. Jak ubrać Kim Kardashian w worek po ziemniakach

1 Zaczynam nienawidzić rudych jak jakiś psychopata

Z czasem jest taka zabawna sprawa: on ma cię w dupie. Nie obchodzi go, że roztrzaskałaś się na tyle kawałków, że nie możesz się na nowo posklejać. Nie obchodzi go, że cierpisz z powodu tak ogromnej straty, że ilekroć nabierasz tchu, boli cię serce. Nie, czas ma na to wylane. Biegnie, nie zatrzymuje się ani na chwilę. Możesz sobie chcieć zastygnąć w bezruchu, w jednym, określonym stanie, ale to tak nie działa. Czas ma w rzyci, że nie jesteś gotowa, by ruszyć dalej. Leje na to, że nie możesz zmusić się, by zrobić coś tylko dlatego, że jest na to odpowiednia pora.

Nie interesuje go cierpienie sprawiające, że drętwieje całe ciało. Tik-tak, tik-tak, czas płynie nieubłaganie i zmusza cię, byś dotrzymywała mu kroku.

Więc to robię.

Po jakimś, nomen omen, czasie, rzecz jasna.

* * *

Tydzień później

Przez ostatni tydzień ja i łóżko staliśmy się najbliższymi kumplami. Gdyby was to interesowało, to, owszem, nie rozstajemy się ani na chwilę. Mieliśmy jechać na wycieczkę. Wszyscy. Megan, Alex, Beth, Travis, ja i… on.

Przyjaciele nie chcą jechać beze mnie.

Mówiłam im, żeby tak zrobili. Że potrzebuję trochę czasu, żeby sobie wszystko poukładać. Miałam nadzieję, że uwierzą, że nic mi nie jest, ale oni na serio się o mnie troszczą. Tak więc przejrzeli mnie na wylot i odwołali wyjazd. Jakby tego było mało, Megan i Alex pożarli się z mojego powodu. To właśnie jest niebezpieczne w randkowaniu wewnątrz grupy. Kiedy przychodzi chwila rozstania, reszta, choć wcale tego nie chce, musi opowiedzieć się po którejś ze stron.

Słowo „zerwanie” odbija się echem w mojej głowie, jednak, jak zawsze, staram się je zagłuszyć. Zazwyczaj w takich chwilach płaczę. Teraz również czuję napływające do oczu łzy, ale mam już naprawdę dość szlochania. Nie chcę być taka. Nie chcę być laską, która przez tydzień nie wyłazi z łóżka. Nie chcę być dziewczyną, która odpycha od siebie najbliższych. Nie chcę być przyczyną, dla której żrą się moi przyjaciele. Nie chcę cierpieć z powodu faceta.

Ale to właśnie robię.

Kiedy na nowo zjawił się w moim życiu, obiecałam sobie, że nie pozwolę, by jakiś chłopak stał się dla mnie całym światem. Nie po raz kolejny. Choć w sumie bardziej niż o niego, chodziło mi o Jaya. Pozwoliłam zawładnąć mężczyźnie swoimi emocjami, bo nie sądziłam, że kiedykolwiek aż tak bardzo mnie zrani. Więc wpadłam po uszy. A teraz on odszedł, a ja nadal jestem tą tępą laską, która czuje za dużo.

Naciągam kołdrę na głowę, zaciskam powieki i modlę się, by sen nadszedł jak najszybciej. Kiedy śpię, jestem bezpieczna i nic mnie nie boli. Kiedy się budzę, wszystko wraca i jest jeszcze gorzej niż wcześniej.

* * *

Dwa tygodnie później

Podobno codziennie do mnie przychodzi, a oni codziennie go odsyłają. Beth mówi, że pierwszego dnia Travis podbił mu oko i że byłoby jeszcze gorzej, gdyby go nie powstrzymała. Wspomina również, że się nie bronił. W ogóle. Po prostu stał i pozwalał mojemu bratu okładać się pięściami. Na tę wieść moje serce drgnęło. Wciąż jestem odrętwiała, gdy jednak widzę oczyma wyobraźni tę scenę, zaczynam coś czuć. Nie chcę tego. Nie chcę czuć. Wolę obojętność.

Beth nie ma pojęcia, że dzień w dzień widzę, jak on odchodzi. Trzaska drzwiami, jakby chciał zakomunikować mi, że tu był. Słysząc huk, zwlekam się z łóżka i spoglądam przez okno. On przystaje, zawsze w tym samym miejscu, na jakieś dziesięć sekund, a potem odchodzi. Raz, na samym początku, widziałam, jak opadł na kolana, a jego ramiona trzęsły się od płaczu. Niemal się złamałam. Niemal, bo przypomniałam sobie bezmiar bólu, który mi sprawił i który bez trudu mógłby sprawić mi ponownie.

To wystarczyło, żebym wróciła do swojej kryjówki.

Teraz więc muszę udawać, że mi nie zależy. Okłamuję przyjaciół, a co ważniejsze, również samą siebie. Nienawidzę się za to, że w ogóle o nim myślę. On przecież nie myślał o mnie, kiedy…

Nie.

Nie będę do tego wracać. Przemieliłam to raz i drugi, i trzeci, i już dość. Było, minęło. Nie mogę uzależniać od niego wszystkiego. Mówi się, że nastoletnia miłość przychodzi i odchodzi, że wcale nie jest tak wielka i mocna, jak to sobie wyobrażasz. Popadanie w tak gigantycznego doła z powodu związku, który mógłby nie przetrwać kolejnych kilku miesięcy, wydaje się naiwne i głupie, prawda?

 

Nie umiem się z tym zgodzić. To, co łączyło mnie z Cole’em, było czymś więcej. Czułam się, jakby to nie było szczenięce zauroczenie, ale związek na całe życie.

Czułam. Czas przeszły. Mam nadzieję, że zauważyliście.

A słyszycie ten dźwięk? To znowu pęka moje biedne serce.

W tym tygodniu pojawia się Jay. Najpierw pojawia się raz, potem wraca. Coraz częściej. Chyba załapał wreszcie, jak się czuję. No i nabrał taktu.

Jego pierwsza wizyta? Naprawdę doceniłam, że nie skrzywił się z niechęcią, zastając mnie w łóżku, wyglądającą jak bezdomna. Nie kąpałam się od kilku dni i mogłam sobie tylko wyobrażać, jakie roztaczałam aromaty, moja piżamka zaś nie pochodziła z salonu Victoria’s Secret. Oczy Jaya rozszerzyły się na nanosekundę, jednak szybko przybrał neutralny wyraz twarzy i usiadł na fotelu po mojej lewej stronie. Oglądałam akurat Nie z tego świata, bo jedyne, na co miałam ochotę, to krew i flaki.

Milczeliśmy przez długą chwilę, aż wreszcie Jay otworzył usta. Pomyślałam, że jeśli choć słowem wspomni swojego brata albo nawiąże do tego, co się stało, poproszę Travisa, żeby wywalił go na zbity pysk.

Ale Jay mnie zaskoczył.

– Który to sezon? – zapytał. – Przestałem to oglądać chyba z rok temu.

Bracia Stone zawsze znajdą sposób, żeby zrobić coś niespodziewanego, nieprawdaż?

* * *

Trzy tygodnie później

Zerwanie ma kilka pozytywnych aspektów. Kiedy próbujesz nie cierpieć i nie poddawać się bolesnym, nawiedzającym cię niczym wyjątkowo uparte duchy wspomnieniom, szukasz sobie alternatywnych zajęć. Bardzo, ale to bardzo potrzebowałam czegoś, żeby nie myśleć, zmusiłam się więc do pracy. Zbliżały się egzaminy, uczyłam się zatem do upadłego. Można by pomyśleć, że w stanie totalnego doła nauka to ostatnie, na co człowiek ma ochotę.

Pudło.

Uczę się. Uczę się więcej niż kiedykolwiek wcześniej. W tej chwili nawet Megan zaczyna fiksować, a przecież była gotowa do testów już trzy miesiące temu. Mimo to przez cały tydzień egzaminów nie może spać. Ciągle przesiaduje w bibliotece, gotowa jechać na samej kawie, póki nie dostanie z każdego przedmiotu przynajmniej 5+.

A ja jestem jeszcze gorsza, więc śmiało, nazywajcie mnie wariatką.

Gdy tylko zasnę, śni mi się coś, przez co budzę się zlana potem. W kółko ten sam koszmar. Erica i on, pocałunki, splecione ciała i wyczynowe macanki. Wstając z łóżka płaczę, chrzanię więc koncepcję zdrowego, ośmiogodzinnego wypoczynku. Stawiam na drzemki. Dwu-, maksymalnie trzygodzinne.

Przez resztę czasu wkuwam.

Tydzień przed pierwszym egzaminem mam ochotę paść na kolana i zwinąć się w kłębek, bo wiem, że kiedy testy dobiegną końca, wreszcie dojdzie do spotkania.

* * *

Miesiąc później

Dzisiaj

– Tak, mamo. Powiem jej. Nie mogę obiecać, że… Posłuchaj mnie… No dobrze. Spróbuję. Też cię kocham. Pa.

Travis z westchnieniem opada na kuchenny stołek. Wygląda na zmęczonego. Czuję się winna. Brat nie tylko musi radzić sobie z własną dziewczyną, która wciąż jeszcze nie doszła do siebie po śmierci matki, ale ma również mnie: psychotyczną, emocjonalnie niestabilną młodszą siostrę. Sytuację z rodzicami wspaniałomyślnie przemilczę.

Czuję się winna, ale przynajmniej czuję cokolwiek. To lepsze niż tkwienie na dnie doła i użalanie się nad sobą, co czyniłam przez ostatni miesiąc. Rany boskie – miesiąc. Cztery tygodnie samotnego siedzenia w pokoju i, jak to nazwałam, dochodzenia do siebie. Najwyższa pora ruszyć tyłek i przestać zachowywać się żałośnie, jak to oznajmiła moja kochana mamusia w trakcie jednej z rozmów telefonicznych. Mama nie zna wszystkich paskudnych szczegółów, wie jednak o zerwaniu oraz moim „smęceniu”, tak to uroczo nazwała.

Od tamtej pory z nią nie rozmawiałam.

Nie ma prawa mówić mi, jak powinnam żyć. Nie ma jej tu, szasta kasą dziadków i robi diabli wiedzą co z młodszymi od niej o połowę facetami. Przez całe miesiące miała w nosie zarówno mnie, jak i Travisa, a teraz nagle znowu chce być moją mamusią.

Nie żeby to była wielka niespodzianka. Ojciec poszedł po rozum do głowy i złożył pozew rozwodowy. Mówi, że nie obchodzą go towarzyskie konsekwencje i że wstydzi się tego, jak obydwoje z mamą zadrwili sobie z „instytucji małżeństwa”. Mama nie podpisała tych papierów, ale tata zaczął się już z kimś spotykać. Babka nie jest na szczęście tak młoda, żeby ktoś wziął ją za moją adoptowaną siostrę, ale cóż, nie da się ukryć, że jest młoda.

A mama czuje się zagrożona.

W tej chwili stara się namówić Travisa, żeby przekonał mnie, żebym spędziła z nią wakacje.

Jakby moje życie nie było wystarczająco parszywe.

– Powiedz jej wreszcie, że nigdzie się nie wybieram.

– Powiedziałbym, gdyby to coś pomogło, ale ona się nie odczepi. Będzie próbować, bo nie chce, żebyś spędzała czas z Daphne.

– O co ona się martwi? Przecież nie zaczniemy sobie z Daphne pleść nawzajem warkoczy. Nie przez najbliższych dziesięć lat. Sytuacja jest mocno niezręczna.

– Taa, spróbuj jej to wytłumaczyć.

Nie odpowiadam i gołym okiem widzę rozczarowanie na twarzy Travisa. Przykro mi, że sprawiam mu ból, ale na razie nie jestem najbardziej energiczną i kontaktową osobą na ziemi. Wstaję z łóżka, ostatnio cały czas wkuwałam do egzaminów, a dzisiaj idę do szkoły. Jasne, zmian, które we mnie zaszły, nie sposób do końca zamaskować. Trochę mniej się śmieję, trochę mniej mówię, a coś w moim wnętrzu wydaje się… martwe. Wszystko wymaga ode mnie świadomego aktu woli. Uśmiechanie się sprawia mi ból. Nie jest warte wysiłku. Z każdym dniem coraz trudniej mi być tą osobą, którą byłam niegdyś.

– Jestem tak zdenerwowana, że zaraz się porzygam. Co, jeśli zapomnę, co wczoraj wkułam?

Beth panikuje, co jest zupełnie zrozumiałe. Przez kilka ostatnich miesięcy szkoła nie była na szczycie listy jej priorytetów i przyjaciółka narobiła sobie zaległości. Staraliśmy się pomóc jej najlepiej, jak potrafiliśmy i Beth właściwie nie ma powodów, by się obawiać. A jednak jest zdenerwowana. Patrzę, jak mój brat ją uspokaja. Widzę w ich oczach miłość. Powinnam się z tego cieszyć jak dobra koleżanka i dobra siostra. Jednak zamiast czuć radość, tonę w poczuciu własnej straty.

Jestem tak pogrążona w smutku, że nawet nie zauważam, gdy to się dzieje. Nóż, którym kroję owoce na koktajl, mija pomarańczę i rozcina mój nadgarstek. W pierwszej chwili w ogóle nie czuję bólu. Spostrzegam krew, dużo krwi. Zastygam w bezruchu i wlepiam w nią wzrok.

Dopiero wtedy robi mi się słabo, a z moich ust dobywa się okrzyk. Ostry dźwięk zwraca uwagę dwojga ludzi, którzy naprawdę nie powinni być zmuszeni, żeby radzić sobie z moimi problemami. Travis podbiega i podtrzymuje mnie, żebym nie przewróciła się na podłogę.

– Cholera! Tess, co się stało?

Kręci mi się w głowie, a serce mocno wali. Chcę zamknąć oczy i powstrzymać mdłości. Tyle krwi… Spływa po mojej ręce, rozlewa się po podłodze, barwi karminem biały podkoszulek brata.

– Kuźwa, przynieś apteczkę! – ryczy Travis do oniemiałej Beth, która wreszcie otrząsa się ze stuporu. Słyszę jej kroki na schodach, gdy biegnie do łazienki na piętrze. Mam mroczki przed oczami. Travis siada na ziemi, sadza mnie na kolanach i obejmuje ramionami. Mam wrażenie, jakbym znowu miała sześć lat. Wtedy paskudnie rozcięłam sobie kolano o różane krzewy sąsiadów i Travis się mną zaopiekował. – Trzymaj się, Tess. Dopilnuję, żeby nic ci nie było. – Brat oddycha głęboko, uciskając moją rękę. Chce zatamować krwawienie, ale krew wciąż płynie. Nóż musiał wbić się naprawdę głęboko.

Dlaczego cały czas wszystko psuję?

Nie ma sensu walczyć z ciemnością, która na mnie opada. Straciłam dużo krwi. Kiedy przemyka mi przez głowę myśl, że w sumie to jestem wdzięczna swojej niezdarności za chwilę oderwania od rzeczywistości, dociera do mnie, że mocno mnie porąbało.

* * *

– Czy ona w ogóle cokolwiek jadła?

– Staram się, żeby jadła przynajmniej trzy posiłki dziennie, ale je strasznie mało. Mówi, że nie ma apetytu i jak zje za dużo, dostaje mdłości.

– To wyjaśnia, co się dzisiaj stało. Jest mocno osłabiona i widzę, że sporo schudła. Dodaj do tego utratę krwi i proszę bardzo, zasłabnięcie gotowe.

Znam ten głos. Znam go dobrze, ale nie mogę połączyć go z twarzą. Zaczynam przytomnieć, choć mój mózg stawia temu opór. Nie chcę wstawać. Tak jest dobrze. Otaczają mnie cisza i spokój. Cały ten codzienny zgiełk sprawiający, że czuję, znikł.

– Więc co mam robić? Uczyła się do egzaminów jak nawiedzona. Nie śpi, nie rozmawia ze mną, chwilami mam wrażenie, że choć siedzi obok, jest…

– Nieobecna? Zupełnie jakby była tylko skorupą dawnej siebie? Przyznam, że z Cole’em jest tak samo.

Krzywię się. Przecież wszyscy wiedzą, że nie wolno wypowiadać przy mnie jego imienia. Chcę powiedzieć tej kobiecie, żeby sobie poszła, jednak jej słowa mnie intrygują. Mówi o nim, wie, jak on się czuje. Chcę wiedzieć, czy cierpi tak samo jak ja.

– Pani Stone, jestem naprawdę wdzięczny, że zajęła się pani Tessą, ale wolałbym, żeby nie mówiła pani o swoim synu. Nie przy niej. To on jej to zrobił. Nie wiem, co dokładnie się stało, wiem jednak, że to przez niego jest załamana. Proszę wybaczyć, ale mam w dupie, co u niego słychać.

Wzdrygam się. To Cassandra. Nienawidzi mnie? Uważa, że wyrządziłam krzywdę obydwu jej synom? Każda inna matka winiłaby mnie za problemy w jej rodzinie. A jednak jest tutaj i mi pomaga. A Travis zachowuje się jak ostatni cham.

Moja własna rodzicielka dostałaby chyba zawału. Jaka szkoda, że jej tu nie ma.

Nie otwierając oczu, przysłuchuję się toczącej się nad moją głową konwersacji.

– Mamo – odzywa się nowy głos. Dość szybko domyślam się, do kogo należy. Tylko dwie osoby nazywają Cassandrę „mamą” i na szczęście nie jest to ta, której wolałabym przez resztę życia nie oglądać. – Szpital się do ciebie dobija. Chyba mają nagły wypadek – mówi łagodnie Jay.

Wszyscy szepcą, jakby bali się mnie obudzić. To zabawne, że choć za nic nie chciałabym, by bliscy traktowali mnie, jakbym była ze szkła, dałam czadu i pochlastałam sobie nadgarstek.

Niechcący, bo jakżeby inaczej.

Cassandra wzdycha.

– Muszę iść. Dopilnuj, żeby po przebudzeniu dużo piła. I odpoczywała. I spróbuj jakoś ją pocieszyć. Im lepiej będzie się czuła psychicznie, tym lepiej poczuje się fizycznie. Kiedy już dojdzie do siebie, wyciągnij ją z domu i wymyśl coś, żeby się nie zadręczała. – Słyszę, jak jej głos drży lekko, a potem dobiega mnie zbliżający się stukot jej obcasów. – Trzymaj się, mała. – Niemal się łamię, gdy otacza mnie znajomy zapach Chanel No. 5. Ostatnio Cassandra stała mi się bliższa niż rodzona matka i naprawdę chciałabym ją uścisnąć i poprosić, by zabrała jakoś cały ten ból. Całuje mnie w czoło i odgarnia z niego kosmyk włosów. – Dzwońcie, gdyby coś się działo. Jason wie, jak zmienić opatrunek, wszystko ci wyjaśni. I nie zapominajcie, co powiedziałam, spróbujcie jakoś poprawić jej humor.

Czy to w ogóle możliwe?

* * *

Budzę się i zasypiam ponownie. Za którymś razem Beth daje mi tabletki przeciwbólowe i wielką szklankę świeżo wyciśniętego soku pomarańczowego. Nim się zorientuję, znów drzemię. Ostatnio nie sypiałam dłużej niż trzy godziny na dobę, więc sen naprawdę jest mi potrzebny. A dzięki proszkom najczęściej nic mi się nie śni.

Aż wreszcie budzi mnie koszmar na jawie.

– Daj mi ją tylko zobaczyć, okej? Ten jeden raz. Chcę się przekonać, że nic jej się nie stało.

– Nie mogę… Gdyby ktokolwiek dowiedział się, że w ogóle wpuściłam cię do domu… Cole, nigdy by mi nie wybaczyli.

Megan. To Megan. Kiedy przyszła? Zazwyczaj wpada rankiem i razem się uczymy. Wiele wysiłku kosztuje mnie niewypytywanie o Cole’a. Ona również udaje. Udaje, że wcale nie chce powiedzieć mi o różnych rzeczach, na które mogę nie być gotowa.

Wybitnie zdrowa forma przyjaźni.

W tej chwili jednak mogłabym ją udusić. Nader chętnie owinęłabym jej wokół szyi te czerwone kudły. Zaczynam nienawidzić rudych jak jakiś psychopata.

Oddech mi przyspiesza, serce wali jak oszalałe. On tu jest. Blisko, tuż za drzwiami. Minął miesiąc, odkąd słyszałam jego głos. Nie odsłuchiwałam poczty, nie przeczytałam żadnej wiadomości. Ale też niczego nie skasowałam, bo wmówiłam sobie, że któregoś dnia będę gotowa, by na spokojnie dowiedzieć się, co takiego miał mi do powiedzenia.

 

To nie jest odpowiedni moment. Jestem nieprzygotowana jak jasna cholera.

A on znajduje się ledwie kilka metrów ode mnie.

Przysięgam, słuchając ich rozmowy, wstrzymałam oddech.

– Śpi, prawda? Obiecuję, że tylko zajrzę i od razu się zmywam. Travis o niczym się nie dowie, zniknę, zanim wróci.

Każ mu spadać, Megan. Wiem, że potrafisz. Błagam, nie pozwól mu wejść. Nie zniosę tego. Ledwie częściowo poskładałam się do kupy. Na widok jego twarzy najpewniej znowu się rozlecę.

– Nie powinnam tego robić. A Alex powinien był trzymać dziób na kłódkę. Zraniłeś ją, niewyobrażalnie ją zraniłeś, a teraz oczekujesz, że o tym zapomnę i po prostu pozwolę ci ją odwiedzić? Nie widziałeś, jak ona… – Głos Megan się łamie. Brzmi, jakby miała się rozpłakać, i znów zalewa mnie poczucie winy. Jak bardzo źle było przez ostatni miesiąc? Jakim cudem nie spostrzegłam, że ranię najbliższych mi ludzi? I nagle przychodzi złość. Złość na niego, bo to on wszystko popsuł. Właśnie wtedy, kiedy myślałam, że moje życie zmieniło się na lepsze, wykopał mi grób.

I teraz nagle się przejmuje?

– Kocham ją, Megan. Uwierz mi, wściekle ją kocham. Myślisz, że nie dobija mnie to, że ją zraniłem? Myślisz, że zajebiście się z tym czuję? Muszę ją zobaczyć… Muszę się upewnić, że wszystko jest okej.

– Ale nie jest okej! – wrzeszczy Megan, po czym zniża głos. – Nie jest okej i nie wiem, czy kiedykolwiek będzie. Byłeś dla niej wszystkim. Nie wiem, co zrobiłeś, ale cokolwiek to było, potwornie jej dokopałeś.

– I będę tego żałował do końca życia. Straciłem dziewczynę, z którą chciałem być na zawsze. Jestem w piekle, Megan. Przecież o tym wiesz.

Nie słuchaj go, kłamie. Gdyby kochał mnie tak bardzo, jak mówi, to czy zrobiłby mi to, co zrobił? Po policzku spływa mi łza. I kolejna. Szlag trafia wszystkie szwy na mojej psychice. Boli tak, jakbym krwawiła z każdego pora skóry.

– No dobra. Możesz wejść, ale tylko na pięć minut. Nie wiem, ile trwa terapia Beth, ale Travis będzie chciał wrócić od razu po sesji. Ona śpi. Nie budź jej. Twoja mama mówiła, że potrzebuje odpoczynku.

Szlag!

Zanim mój mózg wznawia działanie, umieram przynajmniej dziesięć razy.

Uznaję, że nie zrobię chryi. Zamiast tego będę się zachowywać, jakby cała sytuacja mi wisiała. Ludzie ciągle ze sobą zrywają. Faceci zdradzają, to nic nowego. To ode mnie zależy, czy spędzę resztę życia, rozpaczając nad stratą, czy wezmę się w garść i zostawię przeszłość za sobą.

Byłoby mi znacznie łatwiej, gdybym wciąż tak strasznie go nie kochała.

Obracam się na bok, plecami do drzwi i chowam twarz w poduszkę z nadzieją, że nie widać moich podpuchniętych od płaczu oczu. Próbuję się również rozluźnić i sprawiać wrażenie, jakbym naprawdę spała. Bogu niech będą dzięki, dzięki kołdrze nie widać, jaka jestem sztywna i jak płytko oddycham.

Drzwi się otwierają.

Łup. Łup. Łup.

Na pewno słyszy, jak mocno wali mi serce.

Kroki. Dźwięk jest znajomy, chyba nigdy go nie zapomnę. Kiedyś przynosił mi pocieszenie. Kojarzyłam go z nim, moim obrońcą. Teraz został tylko ból. I jeszcze więcej bólu.

Nagle dociera do mnie jego zapach, ten drzewno-cytrusowy aromat, tak charakterystyczny. Do tej chwili nie zdawałam sobie sprawy, jak strasznie mi go brakowało. Jestem rozdarta, chce mi się krzyczeć, bić go i błagać o to, by położył się obok mnie i zamknął w mnie w swoich ramionach. Silną mam psychikę, nie?

Łóżko ugina się pod jego ciężarem.

Kiedy ostrożnie muska wierzchem dłoni nadgarstek mojej poranionej ręki, niemal wyskakuję z łóżka. Pozostaję w tej samej pozycji jedynie niewyobrażalnym wysiłkiem woli. Złości mnie, że wciąż tak reaguję na jego dotyk, jednocześnie jednak odczuwam ogromną ulgę, że on tu jest. Naprawdę tu jest.

– Tak mi przykro – szepce chrapliwym głosem. Czuję, jak jego ciało drży, leżę jednak nieruchomo. O tak, moja silna wola ma dzisiaj dobry dzień.

Na początku nie rozumiem, skąd bierze się wilgoć na moim ramieniu. Jest jej coraz więcej. Wreszcie, gdy słyszę, jak Cole ze świstem wciąga powietrze, dociera do mnie, że płacze.

O. Boże.

Nie wolno mu! Nie i już! Nie ma prawa płakać! Nie ma prawa wzbudzać we mnie wyrzutów sumienia. Powinien dać mi święty spokój, żebym mogła zapomnieć, że kiedykolwiek istniał. Matko i córko, nie mogę mu współczuć! Błagam, chłopie, przestań! Nie rób mi tego!

– Wiesz, że zawsze będę cię kochał. Jeśli kiedykolwiek zdecydujesz się wrócić, będę na ciebie czekał.

Muska wargami moje czoło. Pocałunek jest delikatny jak dotyk skrzydła motyla, czuję go jednak w całym ciele.

Potem Cole wychodzi, a ja zostaję sama, roztrzaskana na milion kawałków.