Jan Woleński. Wierzę w to, co potrafię zrozumieć

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Turbulencje i perturbacje

Czy uważasz, że można być jednocześnie świetnym naukowcem i złym, słabym człowiekiem?

Różnie bywa. Myślę, że większość naukowców to są ludzie pozytywni moralnie, przynajmniej w kontekście moralności profesjonalnej, zawodowej. To jest statystyczna prawidłowość. Jeśli chodzi o kwestie moralne w innym planie, wielu było takich, którzy będąc wybitnymi naukowcami, pracowali dla nazizmu czy innego totalitaryzmu. Wiedzieli o tym, akceptowali to, ale nie sądzę, żeby to było warte specjalnych rozważań, może poza badaniem osobistych biografii. Dla jasności, wiele na przykład dyskutuje się we współczesnej Polsce o stosunku polskich naukowców do komunizmu. Rzecz ciekawa, najbardziej krytyczni są ci, którzy mało osiągnęli w PRL lub później. W ogólności, jestem przekonany, że wszelkie procesy społeczne mają charakter statystyczny i decyduje tendencja, a nie wyjątki, nawet najbardziej negatywne. Myślę, że w środowisku naukowym zawsze było, powiedzmy sobie, nieźle. Nie prowadziłem żadnych badań, ale z mojego doświadczenia wynika, że w życiu naukowym uczestniczą trzy rodzaje ludzi: a) tacy, których niesie nauka; b) tacy, którzy niosą naukę; c) tacy, którzy robią obie rzeczy naraz.

Wielkie umysły w słabowitych ciałach?

Znam anegdotki, które można interpretować w dwóch różnych kierunkach: jako przesadne demonstrowanie ego albo jako dziwaczną skromność. Pamiętam profesora językoznawcę spacerującego po krakowskich Plantach, który szedł tak, jakby był jednoosobową procesją, lub profesora Wydziału Prawa, który magistrowi kłaniał się z odległości pięćdziesięciu metrów, co wprawiało nas w pewne zażenowanie.

Gdyby twój przyjaciel zachował się nie fair, popełnił plagiat, czułbyś tylko dyskomfort, czy zareagowałbyś?

Nie wiem. Nie jestem bezwzględnym moralizatorem. Interesuje mnie konkretna sytuacja, w której ważę rację, zastanawiam się nad motywami i kontekstem. Wiem, że to, co powiem teraz, może mnie obciążyć, ale niewątpliwie wpływ na moją reakcję mają niekiedy także sprawy subiektywne, które każą mi patrzyć ostrzej na pewnych ludzi, mających określone poglądy, niż na innych osobników.

Czyli nie kierujesz się w życiu imperatywami moralnymi, które mówią zawsze i wszędzie...

Absolutnie nie! Ponieważ w przypadkach tego typu, nazwijmy to: profesjonalnych, jestem właśnie sytuacjonistą. Nie ukrywam tego. Niedawno okazało się, że moja bardzo bliska znajoma, koleżanka ze studiów, była długoletnią współpracowniczką SB. Nie wiadomo (przynajmniej ja tego nie wiem), na kogo donosiła i w jakim zakresie. Uważam, że w świetle tej niejasnej informacji nie muszę zmienić swojego stosunku do niej, a właściwie do pamięci o niej, bo już nie żyje, a przynajmniej nie widzę powodu do zmiany radykalnej. Publicznie oświadczyłem to w trakcie jednej z dyskusji o lustracji i usłyszałem głos z sali: „Jak pan może mówić w ogóle takie rzeczy?” – odpowiedziałem, że rezerwuję sobie prawo do własnej oceny osób i zdarzeń. Tym bardziej że to, co jest obecnie biało-czarne, czy jest za takie uważane, dawniej wyglądało trochę inaczej. Dziwię się tak ostrej reakcji wobec osób współpracujących z SB, a tak tolerancyjnemu stosunkowi do pracowników wyższych uczelni, którzy donosili do władz zwierzchnich na swoich kolegów i im rzeczywiście szkodzili. Ja nie znam przypadku, żeby ktoś się tym zajął, a mógłbym wskazać ludzi, którzy naprawdę bardzo zaszkodzili swoim kolegom. Ten dualizm postaw uznaję za znak względności w ocenie tego, co było. Co do samooceny, to potrafię się wytłumaczyć z każdej (no, może prawie każdej) akcji, którą podejmuję (podejmowałem), aczkolwiek prawdopodobnie nie potrafiłbym się wytłumaczyć z każdego zaniechania. Skoro dotknęliśmy lustracji, chciałbym wyjaśnić pewną kwestię. Niekiedy spotykam się z zarzutem, że jestem antylustratorem i tym samym ukrywam prawdę historyczną. Swoje stanowisko wyłożyłem w książce Lustracja jako zwierciadło wydanej w 2007 roku. Byłem i jestem przeciwnikiem trybu lustracji przyjętego w ustawie z lat 2006–2007, a więc polegającego na badaniu prawdziwości obowiązkowych oświadczeń lustracyjnych. Wprawdzie nie wierzę w efektywność lustracji jako powszechnego badania przeszłości, nie mam jednak nic przeciwko historycznym studiom (także rzetelnej publicystyce) na temat zachowań takich lub innych osób. Mnie to akurat nie podnieca, ale potrafię zrozumieć inne postawy w tej kwestii.

Masz wyrzuty sumienia z powodu zaniechania działania?

Raczej nie. Czasami czegoś żałuję. Nie chcę jednak tego rozwijać, ponieważ są to sprawy zbyt prywatne i dotyczą nie tylko mnie. Powiem tylko, że żałuję, że nie spełniłem pewnych powinności wobec różnych osób w sprawach uczuciowych. Uważam, że w niektórych sytuacjach zachowałem się nieładnie.

Jaką funkcję pełnią w twoim życiu wyrzuty sumienia? Uczysz się na błędach?

To były sporadyczne przypadki, więc nie miałem szansy na poprawę. Ot, pozostał niesmak z powodu zerwania zaręczyn z dziewczyną, która już myślała o przyszłości ze mną, i sądzę, że w jakiś sposób ją zawiodłem. Albo inny przykład: kiedyś powiedziałem jednej ze swoich partnerek, że jeśli jeszcze raz powtórzy się zachowanie, takie jak zademonstrowała, to między nami koniec. I powtórzyło się. Zerwałem, miałem powód, ale uważam, że interpretacja tych zdarzeń niekoniecznie musi być na moją korzyść.

Żałujesz, że wstąpiłeś do partii?

Trudno na to odpowiedzieć. Z jednej strony, gdybym nie wstąpił, to pewnie nie adresowanoby (obecnie, bo wcześniej krytycy byli mniej odważni) do mnie pretensji, że byłem „komuchem”. Z drugiej strony nie bardzo mam sobie co wyrzucać, jeśli chodzi o konkretne sprawy związane z moim członkostwem w PZPR. O tych sprawach zapewne jeszcze będziemy rozmawiać. Żałuję natomiast, że przez lata uczestniczyłem w sytuacjach moralnie wieloznacznych, czyli w protekcji. To znaczy, że byłem osobą, która nie była nieczuła na protekcję i w związku z tym mam pewną zadrę.

Ale mając to doświadczenie, tę wiedzę dzisiaj, postąpiłbyś inaczej?

Nie, ja już wtedy miałem poczucie dyskomfortu. To był jeden z powodów, dla których przeniosłem się z Krakowa do Wrocławia.

Czyli nie mogłeś wytrzymać swojej słabości?

Nie ująłbym tego w taki sposób. Byłem zadowolony, że to się skończyło, ponieważ we Wrocławiu, na Politechnice, nie uczestniczyłem w egzaminach wstępnych.

Czy ta zadra wynika z samego faktu uczestniczenia w systemie protekcji, czy chodzi o to, że pomagałeś niewłaściwym ludziom?

Chodzi o sam udział. Czasami proszono mnie o protekcję w stosunku do osób, które tego absolutnie nie potrzebowały (podobnie jak ja nie potrzebowałem, gdy zdawałem na prawo). Parę razy nawet zwróciłem uwagę komuś, kto mnie prosił o protekcję, i powiedziałem: „Proszę tego nie robić, bo ta osoba tego nie potrzebuje. Wy ją moralnie dołujecie”. Ale wtedy się mówiło: „Strzeżonego Pan Bóg strzeże”.

Jako wykładowca nic sobie nie masz do zarzucenia?

Rozumiem, że to nie jest pytanie o jakość wykładów, ale o inne powinności. Jedna taka sytuacja utkwiła mi w pamięci, choć w pewnym sensie zostałem rozgrzeszony. W latach sześćdziesiątych był proces studenta, który chodził do mnie na ćwiczenia i był niesłychanie agresywnie antykomunistyczny. Nie ograniczałem swobody jego wypowiedzi w żaden sposób. Kiedyś narysował w akademiku szubienicę z wiszącymi komunistami i został aresztowany. Zeznawałem jako świadek w jego procesie. Pytano mnie, jak zachowywał się na ćwiczeniach. Powiedziałem, jak było, chociaż przecież nie musiałem tego mówić. Wyrok nie był surowy i ten człowiek skończył studia, ale ja do dziś źle się z tym czuję. Powinienem odmówić zeznań, tłumacząc się tym, że jestem jego nauczycielem, ale wówczas myślałem, że skoro zostałem wezwany do sądu, to powinienem zeznać zgodnie z faktami. Proces był publiczny, przyszło sporo kolegów oskarżonego i nie taili niezadowolenia w związku z moimi zeznaniami. Mieli rację, co dość szybko zrozumiałem. Spotkałem tego studenta po jakimś czasie i powiedział mi: „Proszę pana, nie mam do pana żadnego żalu. Pan nie powiedział nic takiego, co by mnie bardziej obciążało niż akt oskarżenia”. Ale wciąż nie podoba mi się moje zachowanie. Na szczęście nie miałem już więcej takich doświadczeń. Mogę też powiedzieć coś pozytywnego o sobie. Zdarzyło się, że kandydatka na studia zapytała mnie o swoje szanse. Zdała, ale stopnie nie wróżyły nic dobrego. Powiedziałem jej to, aczkolwiek nie powinienem, bo nas uczulano, aby nie rozmawiać z kandydatami o takich sprawach. Złamałem tę zasadę, gdyż uznałem, że lepiej pozbawić ją złudzeń. Wszelako przewodniczący komisji, w której pytałem, podniósł oceny i w rezultacie ta dziewczyna dostała się. Zrobiło mi się strasznie głupio. Odszukałem jej adres, poprosiłem znajomą, aby poszła do niej i sprowadziła ją pod dom. Powiedziałem, że wedle propozycji komisji wydziałowej dostała się i pewnie tak już zostanie. Po latach powiedziała mi, że myślała nawet o samobójstwie. Do dzisiaj uważam to za jeden z moich najlepszych uczynków. Niektórzy koledzy pukali się w głowę, gdy opowiadałem to zdarzenie.

Jeżeli chodzi o sprawy zawodowe czy koleżeńskie, to chyba nie szkodziłem kolegom, pomijając oczywiście polemiki zawodowe. Recenzentem byłem w miarę wyrozumiałym, aczkolwiek nie zawsze. Trudno jednak siebie samego oceniać.

Mówiłeś, że w 1979 roku źle się czułeś na uniwersytecie, że nie odpowiadała ci atmosfera i że się przeniosłeś. Co się stało w tej dekadzie pomiędzy 1968 a 1978 rokiem?

Pod koniec lat siedemdziesiątych poczułem, że moje możliwości naukowe jako teoretyka prawa się wyczerpały. Po napisaniu książki o analitycznej filozofii prawa uznałem, że nic więcej z tego nie wycisnę. Przyszedł więc czas na zmiany. To był ten moment, w którym zacząłem myśleć o filozofii teoretycznej jako o czymś, co powinno mnie zająć już do końca kariery. A na dodatek atmosfera w Polsce była wtedy niedobra, jakaś taka lepka.

 

A w 1968 roku ci to nie przeszkadzało?

Ale wtedy było inaczej. Przede wszystkim człowiek miał jedenaście lat mniej. Po drugie, zaraz po 1970 roku Polska się jednak bardzo się zmieniła i pojawił się pewien optymizm. Natomiast od 1976 roku to już wszystko zaczynało siadać, łącznie na przykład z wprowadzeniem kartek na mięso. Na uczelniach kwitło lizusostwo, zwłaszcza na Wydziale Prawa. Jakaś taka nieciekawa atmosfera. Ta władza zaczęła się zachowywać po bizantyńsku. Pamiętam taką historię. Przy klubie Kuźnica w Krakowie działała jego młodzieżowa frakcja Forum. Zaprosili na spotkanie Janusza Górskiego, ministra naszego resortu. Sala pękała w szwach, bo przyszło bardzo wielu młodych ludzi. Nagle pojawił się Tadeusz Hołuj, szef Kuźnicy, i oznajmił, że minister nie przyjedzie, bo rząd składa życzenia urodzinowe premierowi Jaroszewiczowi. Za kilka dni było na prawie tak zwane otwarte zebranie partyjne, czyli takie, na które każdy mógł przyjść. W jego trakcie powiedziałem: „Trzeba się zastanowić, gdzie my żyjemy”. I opowiedziałem tę historię z Kuźnicy. Czy to jest normalne państwo, czy dwór Kaliguli? Skoro minister umawia się z poważnym gronem politycznym i odwołuje przyjazd z tego powodu, że ma złożyć życzenia premierowi, to jest to jakiś kompletny absurd”. Po jakimś czasie zostałem wezwany do rektora Mieczysława Hessa, który stwierdził, że jest problem, gdyż otrzymał informację z ministerstwa, że wypowiedziałem się w taki a taki sposób, i zażądano sankcji dyscyplinarnych dla mnie. Hess zbył sprawę, odpowiadając, że było to spotkanie partyjne, a nie uniwersyteckie, a więc nie ma kompetencji do interweniowania. Ktoś doniósł na mnie do ministerstwa. Ta sytuacja tak mnie zniesmaczyła, że nie chciałem być dalej na UJ. Teraz to widzę wedle zasady, że wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma.

Nie rozumiem, po co wstąpiłeś do partii w 1965 roku.

W 1965 roku wreszcie udało mi się rozwiązać problemy mieszkaniowe, które miałem po śmierci matki. Zapraszałem rozmaite osoby na tak zwaną parapetówkę w nowym mieszkaniu przy ulicy Sobieskiego. Kiedyś pojawił się także Tadeusz Hanausek, który w pewnym momencie zapytał, czemu nie jestem w partii. Zacząłem tłumaczyć, że nie nadaję się do partii, ale on twierdził, że właśnie takich członków partii trzeba. Powiedziałem mu wtedy: „Wiesz, muszę się jednak nad tym zastanowić, bo to jest poważna decyzja”. Nie miałem powodu, żeby „dla kariery” wstępować w szeregi PZPR, bo Wydział Prawa nie należał do tak zwanego frontu ideologicznego i członkostwo partii nie miało większego znaczenia przy przyjmowaniu do pracy, co oczywiście nie znaczy, że żadnego. Ja już zresztą pracowałem drugi rok. Inaczej było na filozofii, socjologii czy ekonomii, gdzie partyjność bywała istotna. Rozmawiałem z wieloma ludźmi, głównie bezpartyjnymi, prawie wszyscy mnie namawiali. Powtarzam: prawie wszyscy.

Ale twój partyjny kierownik katedry ci odradzał...

Mój szef, Kazimierz Opałek, powiedział: „Po co to panu jest? Będzie pan kiedyś żałował!”. Ważnym aspektem było, że w PZPR na UJ było jednak bardzo wielu fajnych ludzi. No i były oczywiście jeszcze inne okoliczności. Byłem już niewierzący, rodzina też na mnie nie wpływała, gdyż jej nie miałem. Wielu moich kolegów nie wstąpiło do partii tylko ze względu na wpływ domu i religii. Trzeba też pamiętać, że lata pięćdziesiąte, lata moich studiów (1958–1964), to był ciekawy czas. Polska szkoła filmowa, znakomity teatr, mnóstwo przekładów z literatury pięknej i naukowej. Odizolowanie od świata zachodniego też miało swoje znaczenie. Nie byłem zresztą nadmiernie zainteresowany wyjazdami w świat. Nie starałem się o paszport, nie doświadczyłem odmowy, więc nie miałem z tego powodu żadnej traumy. Miałem natomiast przeświadczenie, że skoro znaleźliśmy się w takim miejscu i taka jest realność polityczna, to trzeba coś robić. Nie sądź, że chcę się usprawiedliwiać. I nie chcę, aby tak to brzmiało. Nikt mnie nie zmuszał, wstąpiłem, bo uznałem to za właściwy krok.

Miałeś w ogóle świadomość, że to państwo jest zależne od jakiegoś innego mocarstwa, że system został wprowadzony do tego kraju?

Owszem, to wszystko było wiadome. Ale pamiętajmy, co powiedziano w 1956 roku. To, że władza przyznała się do błędów, a nawet zbrodni, było istotne. Wydawało mi się, że to nie może być totalnie zły ustrój, skoro przyznał się do złego. Oczywiście nie wiedzieliśmy wszystkiego i dzisiaj sądzę, że należało mieć większy sceptycyzm wobec ówczesnych deklaracji politycznych. W domach, w których świadomość była większa, także rezerwa na pewno była znaczniejsza. Jeden z partnerów mojej matki nie tyle akceptował ten system, ile traktował go jako realność, która jest nieprzekraczalna. A był to wybitny działacz Polski podziemnej w czasie wojny. W takiej atmosferze wydawało się, że członkostwo w partii może dać jakieś pozytywne rezultaty. Pamiętam pierwszy wykład na prawie. Wchodzi na salę profesor i rozpoczyna stwierdzeniem, że mamy być wdzięczni partii, że zapewniła nam takie warunki studiowania. Pamiętam to jak dziś. To były pierwsze słowa, jakie usłyszałem na uniwersytecie, od człowieka, o którym rychło dowiedziałem się, że był katolikiem i na pewno nie sympatyzował z komunizmem. Summa summarum dla mnie nie było jakichś zasadniczych przeciwwskazań. Właściwie dlaczego nie? Swego światopoglądu nie zmienię. Nie muszę zmieniać. Co do filozofii, to nikt nie wymagał, żebym stał się marksistą. Zresztą od razu to zastrzegłem, gdy mnie przyjmowano. Byłem pod dużym wpływem poglądu Russella z jego książki Wiek XIX, w której argumentował, że nie ma żadnego związku logicznego pomiędzy filozofią marksistowską a socjalizmem czy komunizmem jako ideologią polityczną. Cele polityczne wydawały mi się do przyjęcia, a jeżeli chodzi o filozofię, to niczego nie wymagano. Miałem oczywiście wątpliwości i muszę powiedzieć, że zajścia z PZPR nie zawsze były sympatyczne. Trzeba sobie zdawać sprawę, że były jakby cztery grupy partyjne, to znaczy cztery rodzaje członków partii. Pierwsi – oportuniści, którzy chcieli coś załatwić, zrobić karierę. Drudzy – autentyczni lewicowcy z tradycjami rodzinnymi, którzy po prostu uważali, że chcą być komunistami. I była też grupa ortodoksów partyjnych, którzy na ogół wywodzili się z aparatu partyjnego i/lub chcieli być w tym aparacie. I co ciekawe, te grupy przetrwały do końca PZPR. Wielu bardzo inteligentnych członków PZPR, żadnych tam ortodoksów, nie wstąpiło do Solidarności w latach 1980–1981, bo uznali, że nie jest to wystarczająco lewicowy ruch robotniczy. Na uniwersytecie było sporo takich ludzi, którzy stwierdzili, że to zdrada interesów robotników. Ja należałem do tej czwartej grupy – sytuacjonistów, to jest takich, którzy nie muszą należeć, ale mogą i nie jest wykluczone, że coś dobrego się z tego wykluje. Po swoim pierwszym wystąpieniu na zebraniu partyjnym zostałem uznany za rewizjonistę, bo powiedziałem, że powinien być rozdział partii i państwa, a formuła kierowniczej roli partii w państwie jest zła. Spowodowało to dość burzliwą dyskusję...

A jaka była pozycja partii na UJ? Uniwersytet zachował autonomię?

Partia szanowała Uniwersytet. W sytuacjach dramatycznych, na przykład w 1968 roku, zwyciężała polityka koncyliacyjna. Pod tym względem nie było na UJ takich konfliktów jak gdzie indziej, choćby we Wrocławiu czy w Warszawie. Oczywiście partia opiniowała i przyspieszała lub hamowała pewne awanse. Powody były rozmaite, w tym koteryjne, protekcyjne, światopoglądowe i tak dalej, i niekiedy trzeba było sporo zachodów, aby kogoś zatrudnić, dajmy na to jakiegoś zaangażowanego katolika, ale w Krakowie było jednak łatwiej. Na przykład w latach stanu wojennego podkreślano, że w Krakowie jest środowisko koncyliacyjne, gdzie wojewódzki sekretarz partii może spotkać się z kardynałem i coś tam ustalić. We Wrocławiu takie rzeczy były raczej niemożliwe z powodu olbrzymiej polaryzacji postaw.

Miewałem też kłopoty zawodowe z powodu swoich poglądów. Czekałem dwa lata na zatwierdzenie habilitacji. Spowodowane to było konfliktem z Adamem Łopatką, profesorem z Poznania i działaczem partyjno-państwowym. On nie ukrywał niechęci do mnie, twierdził, że jestem rewizjonistą i kwestionował celowość zajmowania się aplikacją logiki formalnej do prawa. W 1968 roku nie miałem kłopotów, co nawet mnie potem zdziwiło. W czasie wakacji spotkałem szefa ZMS (Związek Młodzieży Socjalistycznej) na UJ, studenta prawa. Zapytał mnie, co słychać. Odpowiedziałem: „Właściwie nieźle. Zrobiłem doktorat”. Popatrzył się na mnie ze zdziwieniem i rzekł: „Pozwolili panu?”. Powinienem był z tego wyciągnąć jakieś istotne wnioski, ale myślałem, że chodzi o poglądy. A tymczasem, jak teraz przypuszczam, miał na myśli moje żydowskie pochodzenie. On wiedział, ja wtedy nie.

Rok 1968 był oczywiście dramatyczny nie tylko dla Żydów, lecz także dla tych, którzy przeciwstawiali się władzy. Pamiętam, że chciano wyrzucić z partii studentów prawa, którzy rozrzucali ulotki. To byłby dla nich życiowy dramat, gdyż musieli się liczyć z wcieleniem do wojska. Ale jakoś ich wybroniliśmy na zebraniu partyjnym. Nie chcę się jednak przedstawiać jako jakiś bohater. Niektórzy tak mówią, na przykład Piotr Gontarczyk, pisząc recenzję mojej książki o lustracji, stwierdził, że przedstawiam się jako Wallenrod w PZPR. To kompletna bzdura.

Ale gdy już jest mowa o partii, to są trzy ważne momenty polityczne: 1968, 1970 i 1976 rok. Jak to w ogóle odbierasz?

Trochę sobie wyrzucam, że nie wystąpiłem wcześniej. Może nie w 1968 roku, bo wówczas nie było w Krakowie aż tak źle. Natomiast nie ukrywam, że w 1970 i 1976 roku zabrakło mi odwagi.

Jak zacząłeś wtedy postrzegać to państwo?

Źle. Zdecydowanie źle. W 1970 roku, mimo że była tragedia w Gdańsku i Gdyni, to wydawało się, że po obaleniu Gomułki sprawy idą w dobrym kierunku. Po 1976 roku była totalna beznadzieja, o czym już mówiłem. Trzeba było z tym, to jest należeniem do PZPR, skończyć.

Powiedziałeś, że w 1965 roku pytałeś: „Dlaczego nie?”, i zastanawiałeś się, co z tego dobrego mogło się wykluć. A zatem: co się dobrego wykluło z twojej obecności w partii?

Na pewno nic dobrego w jakimś szerszym zakresie. Okazało się, że ci, których nazwałem sytuacjonistami, niewiele mogli. Trochę to inaczej wyglądało w skali bardzo lokalnej, to jest Wydziału Prawa UJ. Mogę to oczywiście oceniać tylko subiektywnie, ewentualnie powołać się na moich ówczesnych kolegów. Nie powiem, żeby wiele dobrego się wydarzyło, ale jednak coś, co sprawiło sporą satysfakcję. Wspominałem o studentach, którym groziło wyrzucenie z uczelni w 1968 roku. I pewnie tak by się stało, gdyby nie zdecydowana postawa kilku osób, w tym Emila Kornasia, Zbigniewa Dody i moja. Na zebraniu dyskutowano nad wnioskiem dotyczącym wykluczenia z partii. W pewnym momencie zebrania dyskusja została przerwana i wzięto grupę tych, którzy byli przeciwko wyrzuceniu na rozmowę, którą kierował sekretarz dzielnicowej organizacji partyjnej. Powiedział: „Przestańcie, bo rozwiążemy organizację partyjną”. Ktoś odpowiedział: „To rozwiązujcie. Trudno. My nie zrezygnujemy. Uważamy, że ci studenci może i zrobili coś złego, ale wyrażali swoje przekonania i nie widać najmniejszych powodów, żeby ich w ten sposób traktować”. I wygraliśmy. Było głosowanie i zebranie nie zgodziło się na ich usunięcie. Jak wiadomo, w 1968 roku wprowadzono instytucję docenta marcowego, czyli mianowanego bez habilitacji. Spowodowało to sporą kolejkę do stanowiska docenta (liczba etatów była ograniczona). Ponieważ docentura marcowa była praktycznie stworzona dla partyjnych, oznaczało to, że ludzie z habilitacją mogą mieć kłopoty. Na Wydziale Prawa było parę etatów docenta do obsadzenia i zaczęła się o nie prawdziwa wojna. Dwie osoby z grona bezpartyjnych, Władysław Mącior i Stanisław Waltoś, były zagrożone do tego stopnia, że chciano je zwolnić z pracy pod pretekstem politycznym. Sprawy te były rozpatrywane na zebraniu partyjnym, gdyż chciano, aby decyzje miały jakąś szerszą legitymację. Rzecz toczyła się w 1969 roku. Tej samej grupie, która obroniła studentów w 1968 roku, udało się to samo ze wspomnianymi kolegami. Oznaczało to konflikt z dziekanem, Kazimierzem Buchałą, bardzo potężnym człowiekiem, optującym za zwolnieniami. Przebieg krytycznego zebrania był dość dramatyczny. Zebrała się tak zwana komisja kadrowa podstawowej organizacji partyjnej, obejmująca dwie koleżanki z prawa pracy i docenta Mieczysława Rudnika jako przewodniczącego. Rudnik referuje posiedzenie komisji i powiada: „Decyzja komisji jest taka, że docenci (wtedy mówiło się o doktorze habilitowanym jako o docencie) Waltoś i Mącior powinni opuścić uczelnię, bo się nie nadają. Jeden jest prawicowiec, katolik, drugi demonstracyjnie krytykował interwencję w Czechosłowacji. Taka jest opinia komisji”. Wstaje jedna z członkiń komisji i mówi: „Towarzyszu Rudnik, co wy opowiadacie. Przecież decyzja jest zupełnie inna. To wyście byli za zwolnieniem, a my nie”. A on na to: „Przepraszam. Pomyliłem się”. W głosowaniu wniosek o zwolnienie przepadł. To wcale nie było tak, że członkowie partii podnosili rękę na skinienie. Opinia, że na zebraniach partyjnych nie było żadnych kontrowersji, jest fałszywa. Tam były czasem ostre wojny. Jakiś czas temu poszliśmy ze Staszkiem Waltosiem na kawę. W pewnym momencie powiedział: „Nigdy wam nie zapomnę tej obrony. Nie byłoby mnie tutaj bez tego”. Miło słyszeć takie rzeczy i nie wspominam tych zdarzeń dla samousprawiedliwiania się – było, jak było, a jak się mówi, tak się mówi.

 

My, to znaczy grupa Kornasia, postanowiliśmy pójść za ciosem. W następnym roku były przewidywane wybory. Bo były wybory partyjne. Wybierało się władze partyjne na wydziale i delegatów na konferencję uczelnianą. To było o tyle ważne, że do władz uczelnianych mogli już kandydować tylko delegaci. Ja byłem sceptyczny w kwestii sukcesu, ale Kornaś był optymistą. Uważał, że możemy zrobić przewrót na wydziale. Technika wyborów polegała na tym, że tak zwana komisja-matka proponowała kandydatów, siedmiu, gdyż tyle osób należało do egzekutywy, czyli władz partyjnych na Wydziale Prawa. Ci byli ustaleni z góry. Trzech można było zgłosić z sali, ale zwykle nie mieli szans. Na ogół też ustalano, kto będzie zgłoszony z sali, niejako na pożarcie. Dalej, można było zgłaszać na miejsce, czyli za kogoś, kto był proponowany wcześniej. Takie zgłaszanie nie było łatwe, ponieważ oznaczało sprzeciw wobec odgórnej nominacji, a ponadto głosowanie było jawne. Wszystko zaczęło się zgodnie z planem. Komisja zgłosiła siedmiu kandydatów, a potem wyznaczone osoby dołożyły trzech. Przewodniczący zebrania mówi: „No, to na tym kończymy”. Ale wtedy ktoś (co oczywiście było wcześniej ustalone w naszym gronie) wstał i oznajmił: „Przepraszam bardzo, ja mam jeszcze kandydaturę na miejsce”. W rezultacie pięć osób, które zostały zgłoszone przez komisję-matkę, zostało wywalonych przez zebranych. Ludzie byli nabuzowani, gdyż wszyscy pamiętali wspomniane wyżej afery z kolegami. Gdy zostałem zgłoszony, musiałem wyrazić zgodę na kandydowanie. Przewodniczący zapytał więc, czy towarzysz Woleński zgadza się kandydować. A z tyłu słyszę: „Tak, tak”. Powstała zupełnie nowa egzekutywa. Druga taka afera była w Hucie imienia Lenina. Komitet Wojewódzki był tym tak zaniepokojony, że chcieli rozwiązać obie organizacje. Uniwersytet pal sześć, ale huta to było coś. A co więcej, przepadła prawie cała grupa „trzymająca władzę” z ramienia partii na wydziale. Istotne było to, że nowe partyjne władze uczelniane koniecznie chciały utrzymać wyniki wyborów na Wydziale Prawa, bo inaczej same byłyby zagrożone. Wtedy to było nawet coś wyjątkowego, nawet w skali Polski. I organizacja partyjna na Wydziale Prawa UJ stała się dość znana. Teraz patrzę na to wydarzenie z dystansem, ale wtedy uważałem je za ważne. Mimo wszystko opisany przewrót przyniósł pewne rezultaty. Myśmy zmienili politykę kadrową. Uznaliśmy, że nie ma tajnych opinii partyjnych. Każda opinia, jaka jest, na przykład w sprawie awansu kogokolwiek, będzie wywieszona na wydziale na tablicy ogłoszeń. Chcieliśmy skończyć z podgryzaniem za pomocą tajnych opinii. Krytykowano nas za to, ale na tym się skończyło. Ta sytuacja trwała dwa lata. Ponieważ wyższe instancje miały sposoby, aby blokować naszą politykę, wystąpiłem z egzekutywy.

Czym była dla ciebie partia? Przysłowiową kartą pływacką, dzięki której człowiek nie utonie?

Na drugie pytanie odpowiem: „Nie”. Nie potrzebowałem żadnej karty pływackiej. Dawałem sobie radę własnymi siłami i przynależność partyjna nie była mi potrzebna do kariery zawodowej czy czegokolwiek innego. Partia miała bardzo wiele do powiedzenia. Było oczywiste, że ogólny porządek polityczny i jego rozmaite szczegółowe konsekwencje zależały od PZPR. Wedle mojego przekonania zwykłe kibicowanie nie było postawą właściwą. Nie było też tak wielkiej opozycji między partią a resztą, wbrew temu, co teraz mówi się o totalnym zniewoleniu narodu przez komunę. Wielu było tak zwanych bezpartyjnych marksistów czy nawet komunistów. Ilu ja teraz widzę bohaterów z tamtych czasów, którzy systematycznie obalali komunizm w Polsce, i to od zawsze! A jak obalali? Jeden z moich bezpartyjnych znajomych był zagrożony wyrzuceniem z pracy, nie z powodów politycznych, ale z powodu konfliktu z szefem, też bezpartyjnym. Pomogłem mu przetrwać. Kiedyś trwała dyskusja na Radzie Wydziału w jakiejś drażliwej sprawie. Nie powiedział ani słowa, ale potem mnie zapewnił: „Popierałem cię oczami”. Inny kombatant w walce o wolność i niepodległość był tak radykalny w swoim antykomunizmie, że zerwał ze swoją dziewczyną między innymi z powodu jej przynależności do ZMS. Zresztą, gdy byłem w egzekutywie, przekonałem się, że partyjni donosili na partyjnych, partyjni donosili na bezpartyjnych, bezpartyjni donosili na partyjnych i bezpartyjni donosili na bezpartyjnych. Może nie było to masowe, ale zdarzały się wszystkie wspomniane kombinacje. W podobnych konfiguracjach proszono o pomoc w różnych sprawach.

Chcesz powiedzieć, że to był element partycypacji w życiu publicznym?

Nie, nigdy do tego nie aspirowałem. Wydawało mi się jednak, że partia powinna być silna, że może zmienić ten kraj. To okazało się całkowitą naiwnością, pomijając jakieś lokalne sukcesy.

A masz wrażenie, że partia ci jakoś pomogła?

Nie, choć rok po wstąpieniu do partii dostałem jakąś symboliczną nagrodę, do której wcześniej się nie kwalifikowałem, o ile pamiętam, z powodu absencji na zebraniu opiekunów grup.

O Katyniu i innych zbrodniach systemu wiedziałeś?

Owszem, ale z tego komuniści próbowali się wytłumaczyć. To nie był jedyny zbrodniczy system w przeszłości. Nie wiedziało się wszystkiego. Pojawiła się jednak tendencja do patrzenia na przeszłość w sposób do pewnego stopnia wyrozumiały. Co jest chyba dość powszechne, na przykład Anglicy mają taki stosunek do swoich zbrodni w Indiach, a Amerykanie – jeśli chodzi o Murzynów.

Biorąc pod uwagę twoje zainteresowanie logiką i myśleniem analitycznym, nie powinieneś być bardziej krytyczny?

Może tak, może nie. Trzeba pamiętać, że tacy ludzie, jak na przykład Ajdukiewicz czy Kotarbiński wyrażali się bardzo pochlebnie o tym, co się dzieje. To samo mogę powiedzieć o tym, co słyszałem w domu czy od znajomych mamy, często znakomitych uczonych. Oczywiście było w tym sporo naiwności z mojej strony i mówię to raz jeszcze. Ale nie powiem, że czas spędzony w partii był stracony, gdyż lata te pozwoliły mi zrozumieć, jakie mechanizmy rządzą tego typu organizacją, na przykład jak używa się języka i jak argumentuje. W rzeczy samej, dzisiejszy język stosowany w niektórych polskich partiach politycznych i ich argumentacja są bardzo podobne do używanych w PZPR. Wielu księży, także hierarchów, wypowiada się tak jak sekretarze partii. To porównanie jest ciekawe. W książce Granice niewiary wyróżniłem typ organizacji autorytarnej opartej na zasadzie zwanej w PZPR centralizmem demokratycznym. Taki wielki moralista światowy jak Jan Paweł II oświadczył, że w Kościele nie ma demokracji, a jego sposób myślenia podobny był do tego, co Gierek mówił o wspomnianym centralizmie demokratycznym i kierowniczej roli partii. Ksiądz Lemański może głową bić w mur, ale to nic nie da. Papież Franciszek, który niby wszystko zmienia, nie weźmie strony zwykłego duchownego w jego konflikcie z hierarchą, nawet jeśli uzna, że ten pierwszy ma rację. Takie są reguły gry.