Przeznaczenie i pierwszy pocałunek

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

ROZDZIAŁ 1

ROZDZIAŁ 2

ROZDZIAŁ 3

ROZDZIAŁ 4

ROZDZIAŁ 5

ROZDZIAŁ 6

ROZDZIAŁ 7

ROZDZIAŁ 8

ROZDZIAŁ 9

ROZDZIAŁ 10

ROZDZIAŁ 11

ROZDZIAŁ 12

ROZDZIAŁ 13

ROZDZIAŁ 14

ROZDZIAŁ 15

ROZDZIAŁ 16

ROZDZIAŁ 17

ROZDZIAŁ 18

ROZDZIAŁ 19

ROZDZIAŁ 20

ROZDZIAŁ 21

ROZDZIAŁ 22

ROZDZIAŁ 23

ROZDZIAŁ 24

ROZDZIAŁ 25

ROZDZIAŁ 26

ROZDZIAŁ 27

ROZDZIAŁ 28

ROZDZIAŁ 29

ROZDZIAŁ 30

ROZDZIAŁ 31

ROZDZIAŁ 32

ROZDZIAŁ 33

ROZDZIAŁ 34

ROZDZIAŁ 35

ROZDZIAŁ 36

ROZDZIAŁ 37

EPILOG

PODZIĘKOWANIA

Tytuł oryginału: Fame, Fate and the First Kiss

Przekład: Jarosław Irzykowski

Opieka redakcyjna: Maria Zalasa

Redakcja: Marta Stęplewska

Adaptacja okładki na potrzeby polskiego wydania: Norbert Młyńczak

Zdjęcia na okładce: © David Harry Stewart/Gallery Stock, oneinchpunch/Shutterstock

Copyright © 2019 by Kasie West

Copyright for the Polish edition and translation © Wydawnictwo JK, 2019

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być powielana ani rozpowszechniana za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych, bez uprzedniego wyrażenia zgody przez właściciela praw.

ISBN 978-83-7229-865-2

Wydanie I, Łódź 2019

Wydawnictwo JK Wydawnictwo JK, ul. Krokusowa 3, 92-101 Łódź tel. 42 676 49 69 www.wydawnictwofeeria.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Mojemu Donavanowi o wielkim sercu, dociekliwym umyśle i zaraźliwym śmiechu. Z Tobą życie jest lepsze. Kocham Cię!

Tańcząc na grobach

INT. DWÓR GRAHAMÓW. NOC.

SCARLETT, siedemnastoletnia córka bogatego ziemianina i łowcy zombi, LORDA LUCASA GRAHAMA, krąży po swojej sypialni. W kominku żarzą się węgle. Dziewczyna niespokojnie czeka na powrót z łowów ojca i BENJAMINA SCOTTA, młodzieńca, za którego ma nadzieję wyjść za mąż.

SCARLETT

Gdzie się podziewacie?

EXT. LAS. NOC.

W lesie otaczającym rezydencję LORD LUCAS i BENJAMIN SCOTT, dziewiętnastoletni adorator SCARLETT GRAHAM, walczą konno z hordą wściekłych zombi.

LORD LUCAS

Zabijaj, tylko jeśli musisz. Jest jeszcze dla nich nadzieja. Tylko patrzeć uzdrowienia.

BENJAMIN

Jest ich zbyt wielu!

LORD LUCAS

Odwrót!

ROZDZIAŁ 1

Twarz ci odpada.

Dotknęłam swojego podbródka, który tak przykuł uwagę Granta, i poczułam, że długi kawał sztucznej skóry, przyklejony przez charakteryzatorkę do mojej własnej, ledwo się trzyma.

– Ma odpadać. Jestem zombi. – Bo byłam! Grałam w swoim pierwszym filmie, u boku Granta Jamesa. Tego Granta Jamesa, supergwiazdy. Byliśmy na planie od tygodnia, a jeszcze nie oswoiłam się z tą myślą.

– Nie sądzę, żeby tak miało to wyglądać – stwierdził.

– Odpada mi twarz. – Odwróciłam się do Remy’ego, reżysera. Stał za kamerą i monitorem do podglądu. Za nim tłoczyło się z dziesięć innych osób.

Na prawo ode mnie operator mikrofonu jęknął i oparł wysięgnik z nim o ramię. Pewnie bolały go już mięśnie – to był co najmniej dwudziesty dubel naszej sceny.

– Charakteryzacja! Leah! – zawołał Remy. – Trzeba poprawić twarz!

Pomimo ogromnego ekranu bezcieniowego, blokującego promienie słoneczne, żar buchał z ziemi wokół nas. Jak na wrzesień w Los Angeles panował upał. Kręciliśmy dziś na cmentarzu i czułam, że jeśli potrwa to dłużej, naprawdę zacznę się czuć jak zombi i powoli rozpuszczać.

Leah podbiegła z torbą akcesoriów i zabrała się za mnie. W kadrze pojawił się też Remy.

– Potrzebuję w tej scenie chemii między wami. Niczego nie czuję.

– Ja też nie – mruknął Grant.

Nie było między nami chemii? Podczas zdjęć próbnych biło jej od nas aż za dużo. Widocznie nie służyła mi zombifikacja.

To było do przeskoczenia. Może i uchodziłam za nowicjuszkę na planie, ale aktorstwo miałam we krwi. Zaliczyłam kilka reklam, z dziesięć premier w licealnym teatrze i cztery gościnne występy w telewizyjnym tasiemcu, zatytułowanym Kafeteria. Wiem, pamiętały mnie z niego co najwyżej trzy osoby, ale to nie znaczy, że nie byłam dobra. Ten film jednak miał być dla mnie momentem przełomowym. I pierwszą prawdziwą szansą, żebym mogła się wykazać. Byłam materiałem na gwiazdę.

Trwałam w idealnym bezruchu, podczas gdy Leah ugniatała i dźgała mój podbródek. Grant krążył za nią, przestępując kopczyki piachu i obchodząc sztuczne nagrobki. Powtarzał pod nosem swoje kwestie, oprócz dwóch, o których kompletnie nie pamiętał. Nic nie powiedziałam. Od tego był Remy.

Leah cofnęła się o krok, rzuciła okiem na moją twarz i stwierdziła:

– Idealnie.

Uśmiechnęłam się.

– Cudnie wyglądam?

Wesoło klepnęła mnie w ramię, a potem wróciła za monitor.

– Okej – powiedział Remy. – Wszyscy na miejsca.


Trzy godziny później Remy krzyknął:

– Cięcie. Na dziś koniec.

Leah podeszła, żeby usunąć dorobiony element mojej zombi-buźki, którego za nic nie pozwoliłaby mi samej zdjąć (za cenny na to, jak mi raz powiedziała). Już miałam się odezwać do Granta, gdy zauważyłam za reflektorami i monitorami tatę, lawirującego między członkami ekipy zdjęciowej, ze wzrokiem wbitym w Remy’ego. Zamachałam rękami, mając nadzieję, że dzięki temu Leah przyspieszy. Jak tylko skończyła, zerwałam się, by przechwycić ojca. Nie zdążyłam. Gdy do niego dotarłam, był w trakcie wykładu na temat liczby przerw należnych niepełnoletniej aktorce. Remy słuchał tego z kamienną twarzą.

– Tato – zawołałam. – Ty tutaj. Znowu.

Nie wybiłam go z rytmu.

– Jestem tu od dwóch godzin, a wy nawet na moment nie przerwaliście.

– Weźmiemy to pod uwagę – zapewnił go reżyser.

– Dzięki, Remy – powiedziałam. – To do jutra. – Wzięłam ojca pod rękę i pociągnęłam w stronę swojej przyczepy.

– Lacey – zaprotestował – jeszcze nie skończyłem.

– Nie odbyliście wczoraj tej samej rozmowy?

– I najwyraźniej nic się nie zmieniło.

 

– Tato, czuję się świetnie. Przerw mieliśmy od groma, zapewniam. Połowę czasu jedynie staliśmy, czekając na przestawienie świateł. – Przed nami były jeszcze ze dwa miesiące zdjęć. Ojciec nie może się tak zachowywać.

– To nie to samo, co planowa przerwa – oświadczył, kiedy zatrzymaliśmy się przed przyczepą. Spojrzał na drzwi, a potem na mnie. – Nie jedziesz od razu do domu?

Racja. Dom. Byłam niepełnoletnia, co robiło ze mnie jedynego członka głównej obsady niemieszkającego w przysługującej mu przyczepie, holowanej wraz z resztą sprzętu na każdy plan zdjęciowy. Co wieczór czekała mnie co najmniej czterdziestominutowa (w zależności od tego, gdzie akurat kręciliśmy) przeprawa do mieszkania taty… miejsca, w którym ani trochę nie czułam się jak w domu. Od czasu, gdy zaczęłam pomieszkiwać z ojcem, minęło siedem lat, a my nadal staraliśmy się do tego przywyknąć. Kiedy zaproponował, że przeniesie się ze mną do Los Angeles, myślałam, że w końcu zdecydował się wesprzeć moją karierę. Dopiero tu, na miejscu, pojęłam, że marzyło mu się jedynie mikrozarządzanie nią.

– Muszę najpierw odrobić lekcje. – Otworzyłam przyczepę i weszłam do środka. Poszedł w moje ślady.

– O czymś mi to przypomina… Dlaczego powiedziałaś Tiffany, żeby już nie przychodziła?

Usiadłam na kanapie i rozsznurowałam trzewiki.

– Komu?

– Tiffany. Twojej korepetytorce.

– A, racja. Nie powiedziałam jej, żeby nie przychodziła. Sama zrezygnowała.

– Naprawdę?

Serio… po tym jak trzeci dzień z rzędu musiała czekać na mnie dwie godziny. Mój zdjęciowy plan pracy uwzględniał wprawdzie plan lekcji, ale zdarzały się też opóźnienia.

– Owszem, naprawdę. Poza tym, najdroższy tatusiu, nie potrzebuję korepetytora – odparłam z angielskim akcentem. – Nad zestawami zadań domowych jestem w stanie pracować sama. – Tata znalazł w pobliżu szkołę gotową patronować mojej domowej edukacji. Semestr zaczął się przed trzema tygodniami, jeszcze zanim ruszyły zdjęcia. Kiedy będę mieć je z głowy, ostatnią klasę dokończę u siebie w domu, z mamą i wśród przyjaciół. Prawdopodobnie dlatego nie przywiązywałam zbyt dużej uwagi do nauki domowej ani do cotygodniowych maili od nauczyciela wspierającego.

– Słusznie myślisz. Korepetytor okaże się zbędny, o ile rzeczywiście będziesz odrabiać zadania domowe i dostarczać je we własnym zakresie – skontrował swoją wersją angielskiego akcentu. Uśmiechnęłam się. Mój tata miał w sobie coś z dziwaka, wiecznie w odcieniach khaki, z rudawymi włosami, które czesał obecnie z przedziałkiem, ale gdy się postarał, potrafił grać pierwsze skrzypce. Ruchem głowy wskazał leżące na stole zadanie domowe. – Dlatego załatwiłem ci kolejną pomoc. I zadbam, żeby była na bieżąco z twoim planem lekcji. Nawet wtedy, kiedy zajdą w nim zmiany.

Odpuściłam sobie obcy akcent.

– Co takiego? Tato, nie. Zabiorę się do lekcji, obiecuję. Niepotrzebna mi niańka. W życiu nie trafiła mi się taka szansa. Skupiam się na niej. Wydobywam na powierzchnię swoją naturę zombi. Zombiaki nie realizują indywidualnych programów nauczania.

Machnął ręką w stronę mojej zombi-buźki.

– Jakoś mi się nie wydaje, żeby to miało być najlepszą szansą, jaką szykuje ci życie. A w szkole niesamowite jest to, że ukończenie jej sprawia, iż w przypadku gdy szanse obrócą się w ruinę, będziesz miała od czego się odbić. – Podniósł ledwie ruszone zadanie domowe. – On będzie tu jutro.

– On? Załatwiłeś mi korepetytora? Dziwnie będzie przesiadywać w przyczepie z obcym mężczyzną.

– Zaraz tam z mężczyzną. Tym razem zatrudniłem chłopaka, ucznia patronującej ci szkoły. Dobrze ci zrobi, jak spędzisz trochę czasu z kimś w swoim wieku.

– Nie uważasz, że koleś w moim wieku będzie mnie raczej rozpraszał?

– Wykazujesz się niebywałą kreatywnością, żeby się z tego wywinąć. Nie, nie uważam. Wiem, co ci chodzi po głowie. Chłopcy stanowiliby przeszkodę dla twoich wielkich planów. Nie przypominam sobie, kiedy ostatnio potraktowałaś jakiegoś przyjaźnie.

– Potraktowałabym, gdyby któryś poprosił.

Od strony drzwi przyczepy dobiegło stukanie, a potem pojawiła się w nich głowa Aarona, piętnastoletniego syna reżysera.

– Podać ci coś, Lacey?

– Poproszę o butelkę schłodzonej wody – odparłam z uśmiechem.

– Lacey może sama przynieść sobie wodę – wtrącił tata.

– Wszystko gra. Jestem tu po to, żeby pomagać. – Aaron podszedł do niewielkiej lodówki w kąciku kuchennym. – Rano włożyłem do niej napoje. – Wyciągnął butelkę i podał mi.

– Kochany jesteś. Dziękuję!

Spuścił wzrok, zarumieniony.

Na stoliku zabzyczała moja komórka. Na planie nie wolno było mieć telefonów, czekała na mnie więc lista powiadomień z całego dnia. Wpisałam hasło i pospiesznie przejrzałam SMS-y. Były głównie od Abby i innych znajomych z moich stron.

– Coś jeszcze? – zapytał Aaron, wciąż stojący obok.

– Aha, nie, to wystarczy. – Podniosłam w górę butelkę. – Dziękuję.

Kiwnął głową, a potem wycofał się z przyczepy, zamykając drzwi.

– Kiedy dorobiłaś się nosiwody? – Tata skubnął liść zwisający z łodygi jednej z róż, przysłanych mi przez mamę z okazji pierwszego dnia zdjęciowego. Po siedmiu dniach były oklapłe i suche jak wiór. – Myślałem, że twoją asystentką jest Faith. Potrzebujesz dwojga?

Odkręciłam wodę i pociągnęłam łyk.

– Tato, Faith jest asystentką reżysera. A Aaron to syn Remy’ego. Nie nazywaj go nosiwodą. Mam wrażenie, że marzy mu się praca przy filmach, gdy dorośnie.

– Dlatego nosi ci napoje?

– Nie, po prostu chodził za mną, pytając, jak mógłby pomóc. Początkowo starałam się mu wyjaśnić, że niczego nie potrzebuję, ale autentycznie się zasmucił. Dlatego teraz od czasu do czasu proszę go o to i owo. Tak jest łatwiej. – Odstawiłam wodę na stolik i wyplotłam z włosów wstążki, żeby powiesić je na stojącym w rogu wieszaku na ubrania.

– Rozumiem – stwierdził tata, choć nie wyglądało na to, by tak było. – No, jak dzisiaj poszło? Chcesz już to rzucić?

Skrzywiłam się.

– Jeżeli kiedyś zechcę to rzucić, pierwszy się dowiesz. Tylko za bardzo się nie nadmij, kiedy do tego dojdzie.

Położył dłoń na piersi, niby to głęboko urażony.

– Wiesz przecież, że ja się nie nadymam.

– Nie, tylko tak bardzo się cieszysz, że aż cię rozsadza.

– Rozumiesz chyba, że tu nie chodzi o mnie.

– Wiem, wiem. Idzie o twoje głębokie zatroskanie o moje kruche ego.

– Ja tylko uważam, że nie jest źle pobyć trochę dzieckiem, zanim się dorośnie. Ta branża potrafi doprowadzić ludzi do szaleństwa.

– Bo ci ludzie nie mają ciebie. – Uściskałam go. Do szaleństwa doprowadzał mnie obecnie tylko on, ale że był moim tatą, a ja nie miałam wątpliwości, że właśnie tego należy się spodziewać po ojcach, wszystko mu wybaczałam. Bo nawet jego namolność nie byłaby w stanie odebrać mi frajdy z tego, gdzie jestem i co robię.

Jego ramiona podjechały do góry i opadły.

– Oto jak się mnie wpuszcza w maliny.

– Poza tym, od dawna już nie jestem dzieckiem. – Odlepiłam od policzka skraj lateksu i powoli go ściągnęłam. – Taaato, pomocy! Twarz mi się odrywa!

– Ty tak poważnie, tuż po zapewnieniu, że już nie jesteś dzieckiem?

– Masz rację. Złe wyczucie czasu. – Podeszłam do toaletki i odłożyłam na nią lateks, a potem wzięłam patyczek higieniczny i zanurzyłam go w jakimś magicznym roztworze do rozpuszczania charakteryzacji, który pierwszego dnia dostałam od Leah. Sprawiał, że sztuczna skóra łatwiej odłaziła.

– A więc widzę cię w domu o dziesiątej z odrobionymi zdaniami – powiedział tata, już z ręką na klamce.

– Jasne.

Opuścił przyczepę, zamykając za sobądrzwi ze szczęknięciem.

Klapnęłam na krzesło i natychmiast tego pożałowałam, gdyż gorset, który miałam na sobie, wpił mi się w uda i żebra. Podniosłam się i go rozsznurowałam. Charakteryzacja, którą przyszło mi nosić, była wręcz ohydna, za to kostiumy powalały. Dawne zombiaczki wiedziały, w co się ubrać. Przesunęłam dłonią po wystrzępionym rękawie bufiastej bluzki.

Rzuciłam gorset na wieszak, po czym sięgnęłam po komórkę.

Abby odezwała się po trzecim dzwonku.

– Cześć, gwiazdo.

– Hej! Mam dziś od ciebie z tysiąc SMS-ów.

– Wiem, mówiłaś, że gdy kręcicie, nie wolno ci czytać, ale weszły mi w nawyk.

– Rozumiem. Też się za tobą stęskniłam!

– Kiedy zrobisz sobie przerwę, żeby odwiedzić nie aż tak nieziemskich przyjaciół ze Środkowego Wybrzeża?

Zakłuło mnie w piersi. Ani przez moment nie żałowałam przyjęcia roli Scarlett, ale trudno byłoby nie tęsknić ani trochę za domem. Miałam wrażenie, że milion kilometrów dzieli mnie od bliskich mi ludzi, robiących teraz to wszystko, czym zwykliśmy cieszyć się razem, choćby umawiających się po lekcjach na wspólne wypady do barów i planujących weekendy.

– Moi przyjaciele ze Środkowego Wybrzeża są najbardziej nieziemscy na świecie, ale wygląda na to, że przez najbliższe kilka tygodni będziemy kręcić niemal na okrągło. Tym bardziej że sprawy nie układają się za dobrze. Podobno chemia między Grantem a mną gdzieś się ulotniła.

– Jak to?

– Prawdopodobnie dlatego, że przeważnie wyglądam ostatnio jak nadżarty przez robaki truposz. – Chwyciłam chusteczkę i zabrałam się do usuwania ze skóry pozostałości po charakteryzacji i resztek kleju. Tego wieczoru przyda mi się długi prysznic. Moje włosy, normalnie rude i kręcone, były teraz proste i tak przybrudzone ziemią, że wyglądały bardziej na brązowe.

– Nadal nie rozumiem, czemu jego postać powinna chcieć pocałować twoją postać, będącą w takim właśnie stanie.

– Ponieważ prawdziwa miłość wszystko przezwycięży. Bardziej powinno cię martwić, dlaczego moja postać chce pocałować jego. Jestem zombi. Dobra, częściowo uleczonym, ale jednak zombi, czy nie powinnam więc marzyć o pożarciu jego mózgu? Odnoszę wrażenie, że w filmach nie wszystko musi mieć sens.

– Ale to ma sens. Prawdziwa miłość rzeczywiście przezwycięża wszystko. Jest nawet na swój sposób słodka.

Roześmiałam się.

– Odezwała się zakochana. Jak tam Cooper?

– Jest niesamowity.

– A zatem cała ta historia z przejściem od serdecznej przyjaźni do zakochania jest według ciebie godna polecenia?

– Zdecydowanie. A czemu? Masz serdecznego przyjaciela i myślisz o zmienieniu go w kogoś więcej?

– Ha! Nie mam żadnych przyjaciół. Dopiero co się tu przeprowadziłam, mieszkam z osamotnionym i wybitnie nieudzielającym się towarzysko tatą, a do tego całe dnie spędzam na planie zdjęciowym.

– Nie miałam pojęcia, że sama jedna grasz w tym filmie.

Zacisnęłam usta.

– Tu mnie masz. To ja jestem nietowarzyska.

– I to mnie ogromnie dziwi. Tu u nas byłaś królową imprez. Wyprawiałaś je przy każdej okazji.

Przechodząc, przesunęłam dłonią po ubraniach na wieszaku, poczułam pod palcami ich jedwabistą miękkość.

– Jesteś tam jeszcze? – upewniła się Abby.

– Odczuwam lekką presję. Okazja jest tak niesamowita, że strasznie się boję ją zepsuć. – Pierwszy raz komuś się do tego przyznałam. To prawdopodobnie dlatego czułam się nieswojo, a Remy nie wyczuwał chemii między mną a Grantem. Potrzebowałam relaksu. Nabrałam powoli powietrza, a potem równie wolno je wypuściłam.

– Współczuję – powiedziała Abby.

– Dość już o mnie. Jak tam twoje malarstwo? Przesłałaś mi przez internet jeszcze jakieś obrazy, żebym miała ucztę dla oczu? – Abby kiedyś zasłynie jako malarka światowej klasy. Byłam tego pewna.

– Nie. Każdą wolną chwilę zabiera mi szkoła.

– Nie ma większego od niej złodzieja czasu, sama widzisz. A skoro o tym mowa, do dziesiątej muszę odrobić co najmniej połowę zadań z zestawu do nauki indywidualnej. Lepiej się za to wezmę.

– W porządku. Powodzenia.

– Pozdrów Coopera ode mnie.

– A ty baw się dobrze, pracując nad chemią z Grantem Jamesem. Nawet jeśli on jej nie czuje, tobie wystarczy jedno spojrzenie w jego twarz i będzie po problemie – powiedziała. – Na żywo też tak promieniuje, jak ze srebrnego ekranu?

– Bardziej. – Wiedziała o tym cała obsada i wszyscy z ekipy zdjęciowej, a także on sam.

Parsknęła śmiechem.

– Masz ciężką robotę, Lacey Barnes. Superciężką.

– Wiem. Niektórzy z nas są powołani, aby się poświęcić w imię większego dobra. A innym pisane jest płacić grubą kasę za oglądanie tych, którzy odpowiedzieli na ów zew.

– Jeszcze się zgadamy.

Rozłączyłyśmy się, a ja sięgnęłam po swój zestaw prac domowych. Popracowałam nad nim dobre pięć minut, a potem odpłynęłam myślami ku temu, co wydarzyło się dzisiaj na planie. Nauczyć się powinnam przede wszystkim Granta Jamesa. Abby miała rację, należało popracować nad chemią i wiedziałam, jak to zrobić.

 

Tańcząc na grobach

INT. DWÓR GRAHAMÓW. RANEK.

SCARLETT i BENJAMIN rozmawiają w gabinecie w obecności przyjaciółki Scarlett, EVELIN, dwudziestojednoletniej bliskiej znajomej Grahamów, tu w roli przyzwoitki, pozornie czytającej książkę w kącie, naprawdę jednak wsłuchującej się w wypowiadane słowa. Scarlett nie wie, że Evelin czuje coś do Benjamina.

SCARLETT

Czy wszystko dobrze? Nie ucierpiałeś minionej nocy?

BENJAMIN

Udało się nam je odegnać, ledwie, ledwie. Obawiam się, że twój ojciec nazbyt się przejmuje tym, by je ratować, podczas gdy troszczyć się powinniśmy bardziej o żyjących.

SCARLETT

Oni żyją, Benjaminie. Przekonasz się; ojciec dokończy pracę nad lekiem i ich uzdrowi.

BENJAMIN

Obyś się nie myliła. Dla ich dobra.

EVELIN

Dla dobra nas wszystkich.

Przez okno wpada z głośnym trzaskiem kamień i ląduje z głuchym hukiem na dywanie tuż za Scarlett. Benjamin wygania dziewczęta z gabinetu.

BENJAMIN

Ukryjcie się! I nie wychodźcie, póki nie powiem, że jest bezpiecznie!