Morderca jest wśród nas

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dla AC, mojego wspólnika zbrodni

Czy przyjaciela z dawnych lat

W niepamięć puścić mam? [1]

[1] Fragment tradycyjnej szkockiej pieśni ludowej, Auld Lang Syne, którą w krajach anglosaskich śpiewa się w sylwestra. Autorem słów jest poeta Robert Burns (wszystkie przypisy, o ile nie zaznaczono inaczej, pochodzą od tłumaczki).

TERAZ

2 STYCZNIA 2019 ROKU

HEATHER

Widzę mężczyznę, który w śnieżnej zawierusze idzie w moją stronę. Z oddali, przez zasłonę bieli, nie wygląda jak człowiek, a jak cień.

Gdy podchodzi bliżej, poznaję, że to Doug, nasz łowczy.

Śpieszy się do chaty myśliwskiej, próbuje biec. Ale śnieg na ziemi i w powietrzu mu to utrudniają. Potyka się z każdym krokiem. Coś złego się stało. Wiem, nie musząc nawet patrzyć na jego twarz.

Kiedy podchodzi bliżej, widzę malujący się na jego obliczu szok. Znam tę minę. Widziałam ją już wcześniej. Taką minę ma ktoś, kto zobaczył coś przerażającego, co wykracza ponad normalne ludzkie doświadczenia.

Otwieram przed nim drzwi chaty myśliwskiej i wpuszczam go do środka. Wraz z nim do wnętrza dostaje się podmuch lodowatego powietrza i śniegu.

– Co się stało? – pytam.

Następuje chwila – długa chwila – w której próbuje złapać oddech. Ale już wtedy jego oczy bez słów wyrażają zgrozę.

W końcu się odzywa.

– Znalazłem zaginionego gościa.

– To świetnie – odpowiadam. – Gdzie…

Kręci głową, a ja czuję zamierające na moich ustach pytanie.

– Znalazłem zwłoki.

TRZY DNI WCZEŚNIEJ

30 GRUDNIA 2018 ROKU

EMMA

Nowy Rok. Wszyscy razem po raz pierwszy od wieków. Ja i Mark, Miranda i Julien, Nick i Bo, Samira i Giles oraz ich sześciomiesięczna córeczka Priya. I Katie.

Cztery dni w zaśnieżonej dziczy szkockich Highlandów. W Loch Corrin. Bardzo ekskluzywne miejsce: przyjmują tylko cztery grupy gości na rok, a przez resztę czasu jest do dyspozycji właścicieli. Ta pora roku, jak nietrudno się domyślić, cieszy się największym powodzeniem. Musiałam zarezerwować pobyt właściwie tuż po sylwestrze poprzedniego roku, kiedy tylko zaczęto przyjmować nowe zgłoszenia. Kobieta, z którą rozmawiałam, zapewniła mnie, że ponieważ nasza grupa zajmie większość miejsc sypialnych, będziemy mieć posiadłość tylko dla siebie.

Raz jeszcze wyciągam z torby broszurę reklamową. Gruby karton, drogi druk. Przedstawia otoczone świerkami jezioro, z czerwonymi od wrzosów wzgórzami w tle. Teraz będą pewnie pokryte śniegiem. Zgodnie z tym, co widać na zdjęciach i co jest tam napisane, chata myśliwska, nazwana nową chatą myśliwską, jest wysoce nowoczesną konstrukcją ze szkła, zaprojektowaną przez znakomitego architekta, który niedawno zbudował pawilon letni przy Serpentine Gallery[2]. Wydaje mi się, że w zamyśle twórcy dom miał się gładko stapiać ze spokojnymi wodami jeziora i odbijać otoczenie oraz ostre krawędzie Munro[3] w tle.

W pobliżu chaty myśliwskiej dostrzec można małe domki zdominowane rozmiarem górującego nad nimi szczytu, które wyglądają tak, jakby tuliły się do siebie, by się ogrzać. To nasze kwatery – jedna na parę – ale na posiłki będziemy się zbierać w przestronnym, położonym w samym centrum głównym budynku. Nie licząc „highlandzkiej kolacji” pierwszego wieczoru – prezentacji lokalnych produktów sezonowych – będziemy sami dla siebie gotować. Zobowiązali się zrobić dla nas zakupy. Z wyprzedzeniem wysłałam im długą listę produktów – świeże trufle, foie gras, ostrygi. Mam w planach prawdziwą sylwestrową ucztę, na którą bardzo się cieszę. Jedzenie jednoczy ludzi, prawda?

Ta część podróży jest wyjątkowo spektakularna. Po jednej stronie mamy morze i co jakiś czas pociąg gwałtownie zmienia kierunek, przez co można odnieść wrażenie, że wystarczy jeden fałszywy ruch, byśmy wypadli z torów wprost do wody. Woda jest stalowoszara i groźna. Owce na polu na klifie tulą się do siebie dla ciepła. Słychać wiatr: od czasu do czasu odbija się od szyb, potrząsając pociągiem.

Wszyscy chyba śpią, nawet małą Priya. Giles wręcz chrapie.

„Patrzcie – mam ochotę wołać – patrzcie, jak pięknie!” Zaplanowałam tę wycieczkę, więc w pewnym sensie czuję się za nią odpowiedzialna i martwię się, czy wszyscy będą się dobrze bawić, czy wszystko się uda. Ale towarzyszy temu także poczucie dumy z małych sukcesów tego wyjazdu – na przykład dzikiego piękna przyrody za szybą.

Nie dziwi mnie, że śpią. Wstaliśmy bladym świtem, żeby zdążyć na pociąg – Miranda była z tego szczególnie niezadowolona. A potem wszyscy zaczęli pić. Mark, Giles i Julien zrobili zakupy w pociągowym barku z alkoholem w okolicach Doncaster, mimo że była dopiero jedenasta. Upili się na wesoło, zrobili czuli i głośni (pasażerowie siedzący obok nas nie wyglądali na szczęśliwych). Jakimś sposobem, bez względu na to, ile czasu minęło, odkąd ostatnio się widzieli, łatwo odżywa w nich dawna swoboda i przyjaźń, zwłaszcza jeśli mogą sobie pomóc kilkoma piwami.

Nick i jego amerykański chłopak imieniem Bo nie należą do tego męskiego klubu, ponieważ Nick nie był jego częścią w Oksfordzie… choć Katie kiedyś wspominała, że jest w tym coś więcej, jakieś niewypowiedziane, homofobiczne uprzedzenia. Nick jest przede wszystkim przyjacielem Katie. Czasem mam wyraźne wrażenie, że nieszczególnie za nami przepada i że toleruje nas tylko i wyłącznie ze względu na nią. Zawsze wyczuwałam pewien chłód pomiędzy Nickiem i Mirandą, pewnie dlatego, że oboje mają takie silne charaktery. A mimo to dziś rano zachowywali się jak para najbliższych przyjaciół i ramię w ramię przemaszerowali przez halę dworca, aby kupić „prowiant” na podróż. Okazało się, że była nim doskonale schłodzona butelka Sancerre, którą Nick wyciągnął z torby termicznej, wzbudzając tym nieco zazdrosne spojrzenia pijących piwo.

– Chciał kupić kilka puszek gotowego ginu z tonikiem, ale mu na to nie pozwoliłam – oznajmiła nam Miranda. – Musimy zacząć z klasą, jeśli tak mamy skończyć.

Miranda, Nick, Bo i ja napiliśmy się trochę wina. Nawet Samira postanowiła się skusić:

– Istnieją nowe badania, dowodzące, że jednak w trakcie karmienia można pić.

Katie na początku pokręciła głową – miała ze sobą butelkę wody gazowanej.

– Daj spokój, Katie – prosiła ją Miranda, uśmiechając się ujmująco i podając jej kieliszek. – Mamy wolne! – Trudno czegokolwiek odmówić Mirandzie, kiedy próbuje cię do czegoś przekonać, więc Katie oczywiście wzięła wino i upiła niewielki łyczek.

Alkohol pomógł nieco rozluźnić atmosferę. Kiedy wsiedliśmy do pociągu, wynikło małe zamieszanie z biletami. Wszyscy byli zmęczeni, zdenerwowani i choć starali się zaradzić sytuacji, słabo im to wychodziło. Okazało się, że jedno z dziewięciu miejsc na zrobionej przeze mnie rezerwacji w jakiś sposób znalazło się w innym wagonie. Pociąg, jak to przed sylwestrem, był wypełniony po ostatni fotel i nie mieliśmy możliwości dokonać żadnej zamiany.

– Wiadomo, że to pojedyncze jest moje – powiedziała Katie. Jest w naszej grupie tak zwanym piątym kołem u wozu, bo nie ma partnera. Można by wręcz powiedzieć, że ostatnimi czasy stała się większym intruzem niż ja.

– Och, Katie – powiedziałam. – Bardzo cię przepraszam. Jestem idiotką. Nie wiem, jak to się stało. Byłam przekonana, że zarezerwowałam wszystkie miejsca właśnie po to, żeby nas nie rozdzielono. To musiał być jakiś błąd w systemie. Chodź, usiądź ze wszystkimi, a ja się przeniosę.

– Nie – odpowiedziała, niezręcznie ściągając swoją walizkę z półki nad głowami pasażerów usadowionych na swoich miejscach. – To przecież bez sensu. Nie przeszkadza mi to.

Ton jej głosu sugerował co innego. Na litość boską, pomyślałam, przecież to tylko podróż pociągiem. Czy to ma aż takie znaczenie?

Pozostałe osiem siedzeń, zwróconych do siebie, znajdowało się wokół dwóch stoliczków w środkowej części wagonu. Zaraz za nami siedziała starsza kobieta oraz nastolatek z licznymi kolczykami na twarzy. Podróżowali oddzielnie. Już myślałam, że nie uda się nam nic zrobić, gdy Miranda nachyliła się do kobiety, zarzucając kurtynę swoich złotych blond włosów, i włączyła swój powalający urok. Widziałam, że staruszka jest nią oczarowana: urodą, wyrazistym, arystokratycznym akcentem. Miranda, kiedy zechce, potrafi roztoczyć wokół siebie prawdziwie magiczną aurę. Każdy, kto ją zna, kiedyś tego doświadczył.

Oczywiście pasażerka przesiadła się bez słowa sprzeciwu, mówiąc nawet, że w sąsiednim wagonie na pewno będzie ciszej.

– Bawcie się, młodzi. – Choć żadne z nas nie jest już takie młode. – Zresztą i tak wolę siedzieć przodem do kierunku jazdy.

– Dzięki, Mando – powiedziała Katie, przelotnie się uśmiechając. (Ton jej głosu zdradzał wdzięczność, ale mina mówiła co innego). Katie i Miranda są najlepszymi przyjaciółkami sprzed lat. Wiem, że ostatnimi czasy nie widywały się tak często: Miranda mówi, że Katie ma dużo pracy. A ponieważ życie Samiry i Gilesa kręci się teraz wokół dziecka, Miranda i ja spędzamy ze sobą zdecydowanie więcej czasu. Chodzimy na zakupy i na drinka. Umawiamy się na plotki. Zaczęłam nabierać poczucia, że wreszcie mnie postrzega jako prawdziwą przyjaciółkę, a nie tylko dziewczynę Marka, która pojawiła się w ich grupie niemal dekadę później niż pozostali.

 

Katie zawsze stała wyżej niż ja. Ona i Miranda są ze sobą bardzo zżyte. Do tego stopnia, że bardziej traktują się jak siostry niż przyjaciółki. W przeszłości czułam się wykluczona przez tę bliskość i historię. Nie pozostawiały miejsca na żadną nową więź. W głębi ducha jestem więc z tego wszystkiego bardzo zadowolona.

Bardzo chcę, żeby przez najbliższych kilka dni wszyscy dobrze się bawili i żeby wspólny wypad okazał się wielkim sukcesem. Sylwestrowy wyjazd to w tym gronie poważna sprawa. Wyjeżdżali razem co roku, na długo zanim się wśród nich pojawiłam. I chyba w pewnym sensie organizacja tego wyjazdu jest desperacką próbą udowodnienia, że naprawdę jestem jedną z nich. Próbą powiedzenia im, że w końcu powinni mnie uznać za pełnoprawną członkinię ich paczki. Ktoś mógłby pomyśleć, że trzy lata – bo tyle właśnie minęło, odkąd Mark i ja zaczęliśmy się spotykać – by na to wystarczyły. Ale nie. Ich przyjaźń sięga zamierzchłych czasów – studiów na Oksfordzie.

To nie takie proste – każdy, kto kiedykolwiek znalazł się w podobnej sytuacji, na pewno wie, jak to jest na samym końcu dołączyć do grupy starych znajomych. Mam wrażenie, że zawsze już będę tą nową, bez względu na to, ile upłynie lat. Zawsze będę tą ostatnią, intruzem.

Raz jeszcze spoglądam na broszurę, którą mam na kolanach. Może ten tak starannie zaplanowany wyjazd coś zmieni. Udowodni, że jestem jedną z nich. Nie mogę się doczekać.

[2] Wielofunkcyjny pawilon letni w ogrodach Serpentine Gallery w Londynie, służący jako scena i kawiarnia, zmienia się co roku i za każdym razem projektowany jest przez innego światowej klasy architekta. Propozycja konstrukcji pawilonu jest wielkim wyróżnieniem dla twórcy.

[3] Munro – jeden z 283 szczytów w Szkocji, przekraczających wysokość 3000 stóp (914,4 metra). Ich listę sporządził w 1891 roku sir Thomas Munro.

KATIE

W końcu dojechaliśmy na miejsce. A mimo to czuję nagłą tęsknotę za miastem. Mogłabym być nawet przy swoim biurku w pracy. Stacyjka w Loch Corrin jest wręcz śmiesznie mała. To właściwie sam peron, za którym znajduje się pokryte stalową szarością zbocze góry, której szczyt niknie w chmurach. Znak z logo kolei państwowych wygląda jak żart. Peron pokrywa cienka warstwa białego śniegu, na którym nie ma ani jednego odcisku buta. Myślę o śniegu w Londynie – o tym, jak robi się brudny niemal zaraz po tym, jak spadnie na ziemię, zdeptany przez tysiące stóp. To doskonały dowód na to, jak daleko od miasta się zapuściliśmy – nikt tędy nie chodzi i nikt tu nie odśnieża. Chyba nie jesteśmy już w Kansas, Toto[4]. Pokonaliśmy pociągiem nieskończone kilometry dzikich krajobrazów. Nie pamiętam, kiedy ostatnim razem mijaliśmy jakieś zabudowania, nim tu dojechaliśmy, o człowieku nie wspominając.

Energicznym krokiem idziemy po zamarzniętym peronie – spod warstwy śniegu przebija lód – za maleńki budynek stacji. Wygląda na całkowicie opuszczony. Zastanawiam się, jak często używana jest poczekalnia, oznaczona szyldem, w której środku widać półki z książkami. Mijamy małe pomieszczenie za brudną szybą – to kasa biletowa albo maleńkie biuro. Zaglądam do środka zafascynowana pomysłem posiadania biura pośrodku niczego i podskakuję zlękniona, gdy zdaję sobie sprawę, że w środku ktoś siedzi. Widzę tylko jego sylwetkę: zgarbione, szerokie ramiona, a potem przelotny błysk obserwujących nas oczu.

– O co chodzi? – Giles, który idzie przede mną, odwraca się. Pewnie jęknęłam z zaskoczenia.

– Ktoś tam siedzi – szepczę. – Zawiadowca czy ktoś. Przestraszyłam się.

Giles zerka przez szybę.

– Masz rację. – Udaje, że ściąga kapelusz ze swojej łysej głowy. – Uszanowanko! – mówi z szerokim uśmiechem i nietutejszym akcentem. Giles to największy śmieszek z naszej grupy – uroczy, ale czasem do przesady dziecinny.

– Zamieniłeś się w Irlandczyka, durniu? – komentuje Samira z czułością. Tych dwoje wszystko robi z czułością. Bycie singielką nigdy nie przeszkadza mi tak bardzo jak w ich towarzystwie.

Mężczyzna w kasie początkowo nie odpowiada. A potem powoli podnosi rękę jakby na powitanie.

Czeka na nas land rover. Jest ochlapany błotem, to jeden ze starszych modeli. Widzę, jak otwierają się drzwi i wysiada z niego wysoki mężczyzna.

– To pewnie łowczy – mówi Emma. – W mailu było napisane, że nas odbierze.

Na oko nie wygląda na łowczego. Choć właściwie nie wiem, co sobie wyobrażałam. Chyba przede wszystkim myślałam, że będzie stary. A ten jest prawdopodobnie w naszym wieku. Jest też dobrze zbudowany – jego wzrost i muskularne ramiona pasują do kogoś, kto spędza dużo czasu wśród przyrody – i ma nieokiełznane ciemne włosy. Kiedy wita nas niskim, burkliwym głosem, wyłapuję w nim coś niepewnego, jakby rzadko rozmawiał z ludźmi.

Widzę, jak mierzy nas wzrokiem. Chyba nie podoba mu się to, co widzi. Czy widzę na jego ustach zarozumiały uśmieszek, gdy zauważa nienagannie czystą kurtkę od Barbour, którą ma na sobie Nick, huntery Samiry i kołnierz ze sztucznego futra Mirandy? Jeśli tak, to kto wie, co pomyśli o moich miastowych ciuchach i walizce na kółkach. Byłam taka rozkojarzona, że kompletnie nie myślałam o tym, co pakuję.

Widzę, jak Julien, Bo i Mark próbują pomóc mu z bagażami, ale łowczy każe się im odsunąć. Obok niego wyglądają jak pierwszoklasiści na rozpoczęciu roku szkolnego. Założę się, że wiedzą, jak wypadają w porównaniu.

– Chyba trzeba będzie obrócić dwa razy – mówi Giles. – Nie zabierzemy się wszyscy razem.

Łowczy unosi brwi.

– Jak chcecie.

– Niech dziewczyny jadą pierwsze – mówi Mark, zgrywając rycerza. – My zostaniemy. – Czekam, kuląc się w sobie z zażenowania już na samą myśl, aż puści jakiś żart, że Nick i Bo to też dziewczyny. Na szczęście albo nie przyszło mu to do głowy, albo zdołał utrzymać język za zębami. Wszyscy staramy się wzorowo zachowywać.

Już od dawna nigdzie razem nie wyjechaliśmy – chyba od poprzedniego sylwestra. Zawsze zapominam, jak to jest. Tak szybko i z taką łatwością wpadamy w nasze stare role, te, które zawsze w tej grupie odgrywaliśmy. Przy Mirandzie i Samirze, moich dawnych współlokatorkach, dwóch ekstrawertyczkach w grupie, ja jestem tą cichą. Cofam się. Wszyscy to robimy. Jestem pewna, że Giles, ordynator, nie jest aż takim śmieszkiem na oddziale ratunkowym. Wsiadamy do land rovera. Czuję tu zapach mokrej sierści i ziemi. Wyobrażam sobie, że tak właśnie pachniałby łowczy, gdybym się do niego zbliżyła. Miranda siada z przodu, obok niego. Od czasu do czasu dolatuje mnie woń jej perfum, ciężka i dymna, która dziwnie miesza się z ziemistością. Tylko jej coś takiego może ujść na sucho. Odwracam się, żeby wciągnąć w płuca świeże powietrze wpadające do środka przez okno.

Po jednej stronie strome zbocze góry wpada do jeziora. Po drugiej, choć nie jest jeszcze całkiem ciemno, znajduje się nieprzenikniony czarny las. Droga to tak naprawdę pełna dziur, szutrowa ścieżka, więc jeden fałszywy ruch i stoczymy się do wody lub rozbijemy o pnie. Jedziemy przed siebie, podskakując na nierównościach, aż nagle ostro hamujemy. Rzuca nami do przodu i z powrotem na oparcia.

– Kurwa! – krzyczy Miranda, a Priya, która była taka spokojna przez całą podróż pociągiem, zaczyna płakać w objęciach Samiry.

Na drodze, w światłach auta, stoi jeleń. Musiał wyłonić się z cienia drzew, zanim którekolwiek z nas go zauważyło. Pokaźna głowa wydaje się niemal za duża jak na smukłe, rudawe ciało i zwieńczona jest rozległym porożem, które jednocześnie wygląda majestatycznie i śmiertelnie niebezpiecznie. W światłach samochodu jego oczy błyszczą dziwną zielenią, jak nie z tej planety. W końcu przestaje na nas patrzeć i chowa się z niespieszną gracją pomiędzy drzewami. Kładę dłoń na piersi, czując, jak szybko łomocze mi serce.

– O rany – mówi Miranda na bezdechu. – Co to było?

Łowczy odwraca się do nas i z kamienną twarzą mówi:

– Jeleń.

– Ale… – odzywa się nieco zdezorientowana Miranda, co jest dla niej nietypowe – jakiego rodzaju jeleń?

– Szlachetny – odpowiada łowczy. – Jeleń szlachetny. – Znów rusza. Rozmowa skończona.

Miranda odwraca się do nas i bezgłośnie mówi:

– Ciacho, nie? – Samira i Emma kiwają głowami. Po chwili na głos Miranda pyta: – Nie sądzisz, Katie? – Nachyla się i odrobinę za mocno szturcha mnie w ramię.

– Nie wiem – odpowiadam. Patrzę na beznamiętną minę łowczego w lusterku wstecznym. Czy się domyślił, że o nim rozmawiamy? Jeśli tak, to w żaden sposób nie daje tego po sobie poznać, ale mimo to czuję się zażenowana.

– Ale zawsze miałaś dziwny gust co do facetów, Katie – dorzuca Miranda, śmiejąc się.

Miranda nigdy nie lubiła moich chłopaków. Co zabawne, zwykle z wzajemnością – często musiałam ją przed nimi bronić.

– Mam wrażenie, że specjalnie wybierasz sobie takich aniołków, żeby ci mówili, że mam diabła za skórą – powiedziała kiedyś. Ale Miranda jest moją najstarszą przyjaciółką. A nasza przyjaźń zawsze trwała dłużej niż jakiekolwiek związki – przynajmniej w moim wypadku. Miranda i Julien są ze sobą od studiów.

Nie wiedziałam, co myśleć o Julienie, kiedy pojawił się w naszym gronie pod koniec pierwszego roku. Miranda też nie. Był inny od chłopaków, z którymi spotykała się wcześniej. Fakt, miała tylko dwóch do porównania – obu wiele brakowało do ideału, nie dorównywali jej urodą i nie byli aż tacy towarzyscy. Sprawiali wrażenie, jakby tkwili w stanie permanentnego niedowierzania, że zostali przez nią wybrani. Ale Miranda zawsze lubiła życiowe sierotki, którymi mogłaby się zająć.

Julien wydawał się więc zbyt oczywisty, jeśli wziąć pod uwagę jej miłość do cherlaków i przybłęd. Był zbyt arogancko przystojny, zbyt pewny siebie. Sama tak powiedziała, nie ja.

– Jest taki arogancki. Nie mogę się doczekać, kiedy znów spuszczę go po brzytwie. – Zastanawiałam się, czy naprawdę nie dostrzega tego, jak idealnie się dobrali pod względem pewności siebie i arogancji.

Julien próbował dalej. A ona za każdym razem go odrzucała. Podchodził, żeby z nami – z nią – porozmawiać w pubie. Albo „przez przypadek” wpadał na nią po wykładzie. Albo jak gdyby nigdy nic wpadał do baru w świetlicy pierwszego rocznika, niby żeby spotkać się ze znajomymi, ale większość czasu spędzał przy naszym stoliku i zalecał się do Mirandy z żenującą bezpośredniością.

Później przekonałam się, że kiedy Julien bardzo czegoś pragnie, to nie pozwoli, by cokolwiek stanęło mu na drodze. A pragnął Mirandy. Bardzo.

Ostateczne pogodziła się z rzeczywistością: ona też go pragnęła. Czy można się jej dziwić? Był wtedy piękny, zresztą nadal jest, może nawet bardziej, bo życie odarło go nieco z tej idealności, gładkości. Zastanawiam się, czy jest biologicznie możliwe, by nie pragnąć kogoś takiego jak Julien, a przynajmniej w sensie fizycznym.

Pamiętam, jak Miranda przedstawiła nas sobie na letnim balu uniwersyteckim – kiedy w końcu zostali parą. Oczywiście doskonale wiedziałam, kim on jest. Byłam świadkiem całej tej telenoweli: tego, jak uganiał się za Mirandą, jak ona go odrzucała, jak on cały czas się starał – aż w końcu ona poddała się temu, co nieuniknione. Wiedziałam o nim tyle rzeczy. Na jakim był wydziale, jaki kierunek studiował, to, że jest jednym z najlepszych zawodników rugby w uczelnianej drużynie. Wiedziałam o nim tyle, że niemal zapomniałam, że on nie będzie miał pojęcia, kim jestem. Więc kiedy pocałował mnie w policzek i powiedział z powagą „Miło cię poznać, Katie” (bardzo grzecznie, mimo że był pijany), miałam wrażenie, że to jeden wielki żart.

Kiedy pierwszy raz został u nas na noc – na drugim roku Miranda, Samira i ja mieszkałyśmy razem – wpadłam na niego, kiedy wychodził z naszej łazienki przepasany ręcznikiem. Tak bardzo się starałam zachowywać normalnie i nie patrzeć na nagą płaszczyznę jego torsu ani jego szerokie, dobrze umięśnione ramiona lśniące od wody, że wypaliłam:

– Cześć, Julien.

Miałam wrażenie, że nieco mocniej zaciska ręcznik wokół talii.

– Cześć. – Ściągnął brwi. – O rany… strasznie mi głupio, ale nie pamiętam, jak masz na imię.

 

Dostrzegłam swój błąd. On kompletnie zapomniał, kim jestem, i pewnie w ogóle nie pamiętał, że się poznaliśmy.

– Aha – odparłam, wyciągając do niego rękę. – Jestem Katie.

Nie podał mi ręki i zdałam sobie sprawę, że znów zachowałam się nie tak – zbyt formalnie, zbyt dziwnie. Ale jego zachowanie mogło też wynikać z faktu, że jedną ręką przytrzymywał ręcznik, a w drugiej miał szczoteczkę.

– Przepraszam. – Po chwili uśmiechnął się do mnie czarująco, litując się nade mną. – No to co zrobiłaś, Katie?

Utkwiłam w nim wzrok.

– To znaczy?

Roześmiał się.

– Jak w tej książce – odparł. – Co zrobiła Katie. Zawsze ją lubiłem. Choć chłopcy chyba nie powinni. – Po raz drugi rzucił mi ten swój uśmiech i nagle pomyślałam sobie, że chyba wiem, co widzi w nim Miranda.

W tym właśnie sęk, jeśli chodzi o ludzi takich jak Julien. W amerykańskiej komedii romantycznej ktoś tak przystojny jak on zostałby przedstawiony jako drań, który później idzie po rozum do głowy i pokutuje za grzechy. Miranda byłaby wredną szkolną królową z „mrocznym sekretem”. A ja, myszowata panna nikt – byłabym tą życzliwą, bystrą, godną politowania bohaterką, która ostatecznie uratowałaby sytuację. Ale prawdziwe życie tak nie wygląda. Ludzie tacy jak oni nie muszą być niemili. Dlaczego mieliby utrudniać sobie życie? Mogą sobie pozwolić na to, by okazać swoją czarującą osobowość. A osoby takie jak ja, myszowate panny nikt, nie zawsze okazują się pozytywnymi postaciami. Czasem mamy swoje własne mroczne sekrety.

Światła dnia zostało już bardzo niewiele. Jedyne, co widać, to czarna otchłań drzew po obu stronach drogi. Ciemność sprawia, że wydają się gęstsze i bliższe, prawie jakby na nas napierały. Jeśli nie liczyć warkotu silnika land rovera, nie słychać żadnych odgłosów. Może drzewa tłumią też dźwięki.

Siedząca na przednim siedzeniu Miranda wypytuje łowczego o dostęp do posiadłości. Miejsce jest naprawdę odosobnione.

– Znajdujemy się o godzinę jazdy od głównej drogi – informuje mężczyzna. – Przy dobrej pogodzie.

– Godzinę? – powtarza Samira. Rzuca nerwowe spojrzenia na Priyę, która wpatruje się w szarzejący krajobraz, a w jej wielkich oczach odbija się błysk majaczącego między drzewami księżyca.

Wyglądam przez tylną szybę. Widzę jedynie tunel drzew zawężający się do czarnego punktu w oddali.

– Ale jeśli widoczność jest kiepska, a warunki złe, to ponad godzinę – mówi łowczy. Czy jemu to sprawia przyjemność?

Potrzebuję godzinę, żeby dojechać do mojej mamy w Surrey. To jakieś dziewięćdziesiąt pięć kilometrów od Londynu. Niewiarygodne, że miejsce takie jak to w ogóle znajduje się w Zjednoczonym Królestwie. Zawsze wydawało mi się, że ta mała wysepka, którą nazywamy domem, jest znacznie przeludniona. A sądząc po tym, co mój ojczym wygaduje o imigrantach, wkrótce zatoniemy pod ciężarem wszystkich ciał, które się tu znajdują.

– Czasem o tej porze roku w ogóle nie da się korzystać z dróg – mówi łowczy. – Na przykład, kiedy napada śniegu. Heather na pewno napisała o tym w mailu.

Emma kiwa głową.

– Zgadza się.

– To znaczy? – W głosie Samiry pobrzmiewa teraz wyraźna obawa. – Nie będziemy w stanie wyjechać?

– Jest taka możliwość – odpowiada łowczy. – Jeśli spadnie dużo śniegu, szutrówka staje się nieprzejezdna. Nawet na zimowych oponach. Zazwyczaj Corrin jest odcięte od świata przez kilka tygodni w roku.

– Może być całkiem miło – szybko mówi Emma, może po to, żeby powstrzymać kolejne, zaniepokojone pytania Samiry. – Ekscytująco. A zamówiłam tyle jedzenia…

– I wina – wtrąca się Miranda.

– I wina – zgadza się z nią Emma – że jeśli zajdzie taka potrzeba, wystarczy nam na kilka tygodni. Naprawdę zaszalałam. Zaplanowałam dla nas wielką sylwestrową ucztę.

Nikt jej właściwie nie słucha. Wszystkie chyba rozmyślamy o miejscu, w którym spędzimy kolejnych kilka dni, z zupełnie nowej perspektywy. Bo w izolacji i w świadomości, że jesteśmy daleko od wszystkiego, naprawdę jest coś niepokojącego.

– A stacja kolejowa? – pyta triumfalnym tonem Miranda, jakby wpadła na coś, co nikomu nie przyszło do głowy. – Pociąg na pewno się tu zatrzymuje.

Łowczy rzuca jej szybkie spojrzenie. Rzeczywiście, jest całkiem atrakcyjny. A raczej mógłby być, gdyby nie udręczony wyraz jego oczu.

– Pociągi nie jeżdżą przy metrze śniegu. Nie zatrzymają się tu.

I ot tak krajobraz wokół nas, choć tak przepastny, nagle zdaje się kurczyć.

[4] Słowa Dorotki z Czarnoksiężnika z krainy Oz – przyp. red.

Inne książki tego autora