Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Marco Malvaldi

GRA W CIEMNO

Przełożył

Paweł Bravo

NOIR SUR BLANC

Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Prolog

Początek

Dwa

Trzy

Cztery

Pierwiastek z dwudziestu pięciu

Sześć

Siedem

Osiem

Dziewięć

Dziewięć i pół

Dziesięć

Jedenaście

Epilog

Na dobry koniec

Tytuł oryginału: LA BRISCOLA IN CINQUE

Opracowanie redakcyjne: KLEMENS GÓRSKI

Korekta: BEATA WYRZYKOWSKA, ELŻBIETA JAROSZUK

Projekt okładki: WITOLD SIEMASZKIEWICZ

Grafika na okładce: © Christie’s Images/Corbis/Fotochannels

Skład i łamanie: COMTEXT-M

Copyright © 2007 Sellerio editore, via Siracusa 50, Palermo

For the Polish edition

Copyright © 2014, Noir sur Blanc, Warszawa

All rights reserved

ISBN 978-83-7392-474-1

Oficyna Literacka Noir sur Blanc Sp. z o.o.

ul. Frascati 18, 00-483 Warszawa

e-mail: nsb@wl.net.pl księgarnia internetowa: www.noirsurblanc.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Dziadkowi i Babci

Caminante, son tus huellas

el camino, y nada más;

caminante, no hay camino,

se hace camino al andar.

Bacz, wędrowcze: wszak twe tropy

Tworzą drogę; tylko one.

Bacz, wędrowcze: nie ma drogi

Prócz tej, którą maszerujesz.

ANTONIO MACHADO

Przełożyła Zuzanna Jakubowska

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Prolog

Zaczynasz przestępować z nogi na nogę, zapalasz kolejnego papierosa, żeby zleciało następne pięć minut – chociaż w gardle pali, a w ustach kapeć – inni wtedy też zapalą i postoicie jeszcze trochę razem... to jest właśnie ten moment, kiedy naprawdę pora iść do łóżka.

Było dziesięć po czwartej rano, połowa sierpnia, trzech chłopaków stało koło zielonej micry. Wszyscy wypili więcej niż to konieczne, a już szczególnie jej właściciel. Reszta starała się go przekonać, żeby nie prowadził.

– Ja cię odwiozę, ogarnij się – mówił najniższy z całej trójki, który miał włosy wygolone wszędzie poza czubkiem czaszki, przez co przypominał palmę. – Zostaw samochód, ja cię odwiozę.

Drugi próbował protestować. Dopiero co wyszedł z dyskoteki i poza promilami godnymi rosyjskiego mużyka miał w głowie mroczki, które utrudniały myślenie, ale potrafił wysunąć swoje racje:

– Jak mój stary zobaczy, że zostawiłem samochód i przyjechałem z tobą, to powie: „Wróciłeś narąbany”, i skopie mi dupę. Stary głupi nie jest, oj, nie.

– Wiesz co, jak zobaczy, że wracasz sam w takim stanie – nalegał ten z palmą na głowie – skopie dupę najpierw tobie, żeś przyjechał sam, a potem mnie za to, że cię nie odwiozłem. To po pierwsze. Po drugie...

– Nie, nie, sam wrócę, spoko, dojadę.

– A ty mu nic nie powiesz? – ten z palmą na głowie zagadał, zmartwiony, do trzeciego, który tego wieczoru był u fryzjera i zażądał, jak się wydaje, kategorycznie, a także skutecznie, żeby wyjść z zakładu z włosami w kolorze polenty, fantazyjnie przyozdobionymi fioletowymi ciapkami w stylu punkowego lamparta. Para oczu zdradzająca cielęcy refleks i półotwarta gęba tworzyły stosowne dopełnienie wizerunku.

– Skoro da radę, to jego brocha – orzekł.

– Pogięło cię, nie widzisz, że za dziesięć metrów facet rozwali drzewo na pół?

– Hej, ja ruszam. Jeśli nie dam rady, puszczę ci sygnał na komórkę i mnie zgarniesz.

Chłopak z palmą na głowie popatrzył na tamtego, jakby uznał: „Z upartym nic nie wskórasz”, w odpowiedzi zobaczył jeszcze bardziej mgliste spojrzenie, które oznaczało: „Nic mnie nie obchodzi, za dwie minuty kładę się do łóżka”.

– No to jedź, zaczekamy dziesięć minut, jeśli...

– Spoko, jak nie dam rady, zadzwonię.

Młodzieniec usiłował mówić jasno i wyraźnie, jak najlepiej mógł, żeby się wydawało, że mu przechodzi. W rzeczywistości ciągle szumiało mu w głowie i miał wrażenie, że świat śledzi jego ruchy z lekkim opóźnieniem. Wziął głęboki wdech i poszukał kluczyków w kieszeni, a gdy je od razu znalazł, uznał to za dobry znak. Popatrzył na nie chwilę, niepewnym ruchem głowy potwierdził sobie, że to dobry znak, i wsunął się do samochodu. Zamknął drzwi, przekręcił kluczyk i odjechał właściwie bez problemów.

Po kilometrze, gdy mijał parking w sosnowym lasku, musiał stanąć. Podczas jazdy samochód wydawał mu się jak z gumy, niepokojąco przechylał się tylko na jedną stronę, nigdy na drugą. Jakby tkwił w pralce z bębnem kręcącym się wokół niego. Frrr, frrr, frrr.

Otworzył drzwi, tym razem nie bez kłopotów, stanął na nogi.

– Trochę świeżego powietrza dobrze mi zrobi.

Nadal starał się mówić wyraźnie, chociaż nie było nikogo w pobliżu, chciał przekonać samego siebie, że dobrze się czuje. I odgonić senność, co nie było wcale łatwe.

– No, ale teraz muszę oddać mocz. Dokładnie tak. To chyba konieczne.

I tak mówiąc do siebie, ruszył w stronę jednego z kontenerów.

Poprzedniej nocy padało i ziemia na parkingu była jeszcze błotnista mimo upałów. Omijając kałuże, dotarł do kontenera i w duchu awansował go do rangi szaletu. Po upływie stulecia, kiedy już zapinał rozporek, zauważył, że w kontenerze leży dziewczyna.

Nie od razu się zdziwił. Przeciwnie, z pewną flegmą, którą mógł zapewnić tylko alkohol, zaczął głośno myśleć. Wbrew temu, co piszą w kryminałach, odkrycie nie sprawiło, że nagle rozjaśnił mu się umysł.

– Znam ją? Nie, raczej nie. Muszę to zgłosić na policję. Wezmę z samochodu komórkę.

Tak też zrobił, ale zorientował się, że bateria była kompletnie padnięta.

– No żeż w mordę, akurat w takim momencie. I co teraz?

Rozejrzał się, tak jakby ktoś obok mógł mu podpowiedzieć.

– Zaraz, zaraz, jak tu jechałem, widziałem otwarty bar. Dobra, teraz głęboki wdech, muszę się skupić, żeby przestało mi wirować przed oczami, bo nie dojadę.

Skupiał się przez dwie, trzy minuty i wsiadł, trzymając przed sobą otwarte dłonie. Paradoksalnie, czuł się lekko. Bał się wracać do domu o tej porze i w tym stanie, odkrycie zwłok byłoby dobrym usprawiedliwieniem spóźnienia i alkoholu we krwi. Kiedy się znajduje trupa, ma się prawo strzelić sobie coś mocniejszego, nie? Tyle więc dobrego, że nie miał już pietra.

– No, teraz lepiej. Spokojnie, trzymaj się białego pasa, zobaczysz, że dojedziesz.

Naprawdę dojechał, choć najadł się trochę strachu, i podszedł do drzwi baru. Weź się w garść, powiedział w duchu, zanim zdecydował się wejść. Nacisnął klamkę przeszklonych drzwi, wszedł. Barman za kontuarem mył i układał kieliszki. Popatrzył zaciekawiony. Młodzieniec próbował dodać sobie animuszu, uśmiechając się, co jeszcze podkreślało jego stan. Ciągle z uśmiechem na ustach, zapytał:

– Przepraszam, masz telefon?

– Tam za lodówką.

Już szedł dzwonić, kiedy jakiś wewnętrzny głos go zablokował. Podniósł palec i zapytał:

– Nie muszę niczego zamawiać?

– To nie jest konieczne, żeby telefon zadziałał – odpowiedział barman.

Dotarł do aparatu, wystukał numer, zaczął mówić:

– Halo, sto dwanaście? Chciałem powiedzieć, że znalazłem zwłoki dziewczyny w śmietniku, na sto procent jest martwa, jestem pewny.

Chwila ciszy.

– Tak, na parkingu w lasku, gdzie Niemcy jeżdżą na pikniki, ale ta dziewczyna wydaje mi się Włoszką, jest śniada.

Chwila ciszy.

– Tak, w kontenerze, tym szarym koło parkingu dla kamperów, tam gdzie stają Niemcy. Tak, na piknik.

Chwila ciszy.

– Tak, dobrze wiem, że jestem pijany, ale to prawda. No napraw... kurczę, nic do pana nie dociera! Naprawdę...

Cisza.

Znieruchomiał, popatrzył przez chwilę na telefon.

– Rozłączyli się – poinformował z niedowierzaniem i lekką urazą w głosie.

Tymczasem barman wyszedł zza kontuaru i przyglądał mu się wzrokiem na poły srogim, na poły zaciekawionym.

 

– Naprawdę tam jest trup?

– Dobry Boże, no tak. Na parkingu w lasku, gdzie...

– Zrozumiałem. Chodź, pojedziemy i mi pokażesz, potem sam zadzwonię na policję.

Barman wziął z lady papierosy, zapalił, patrząc na zegar, wyszedł, a razem z nim chłopak.

– Daj mi lepiej kluczyki, ja poprowadzę.

Początek

Jedyna przyjemna rzecz, jaka może się zdarzyć o drugiej po południu w połowie sierpnia, kiedy powietrze osiąga stan płynny i ludzie starają się nie myśleć o tym, że do kolacji brakuje sześciu – siedmiu godzin, to wyjście do baru na jednego w towarzystwie przyjaciół.

Siada się przy stolikach w ogródku, układa się spodnie, przepocone w kroku tak, że można by je wyżymać, odparowuje dziesięć sekund, a potem się wraca w magiczny sposób do siebie. Kolega, będący w najlepszej formie z całej paczki, idzie do baru złożyć zamówienie, bo barman na widok nadchodzących patrzy z nienawiścią i zaczyna od razu płukać kieliszki (a raczej kieliszek, ten sam od pięciu minut), jeśli więc ktoś się nie ruszy, żeby zamówić, to zapomnij o drinku.

Przy tym ważna jest bryzka. Ten ledwo wyczuwalny wietrzyk o właściwej sile, który lekko odkleja koszulę od ciała, delikatnie liczy kręgi i odświeża skórę między palcami stóp wymęczonych podeszwami japonek. Ale tak delikatny, że nie psuje fryzury. Jodowy aromat bryzy rozszerza nozdrza, zachęca do głębszego wdechu, i kiedy wreszcie bohater, który się podjął roli kelnera, powraca z napojami i talią kart, nastrój jest znów całkiem dobry, a popołudnie nieco się skraca. W wieku dwudziestu lat można to nazwać przyjemnością. Po osiemdziesiątce stanowi sól życia.

Grupka przed barem „Lume” w centrum Pinety składa się z czterech jakże dziarskich staruszków, charakterystycznych dla tej okolicy. Dwie pozostałe, konkurencyjne w swej typowości grupy, złożone z dziadków z laską i wnuczkiem oraz staruszek szydełkujących na progu domu, nie dorównują im liczebnie i coraz trudniej je spotkać.

U progu nowego, jakże godnego pożałowania wieku Pineta stała się modnym nadmorskim kurortem, dlatego wydział promocji i rozwoju gminy zabrał się do nieubłaganego wytępienia wyżej wymienionych kategorii, zwracając przeciw nim miejską architekturę: tam, gdzie był bar z polem do gry w bule, zrobiono plenerową dyskotekę, w lasku zamiast jordanka dla wnuczków powstała siłownia pod chmurką, nie sposób nigdzie znaleźć ławki, tylko stojaki dla motocykli.

Naszą czwórkę musi chyba łączyć przyjaźń, jeśli sądzić po sposobie, w jaki się kłócą. Trzech zasiadło z papieską godnością na plastikowych krzesełkach, czwarty stoi i trzyma tacę z talią kart, fernetem, piwem i sambuką. Jeden z siedzących wije się, jakby go ukąsiła tarantula.

Wyraźnie czegoś brakuje.

– A kawa?

– Nie zrobił mi.

– Nie zrobił? A to czemu?

– Powiedział, że jest za ciepło.

– Ale czy to nie ja tu decyduję, czy jest za ciepło na picie kawy? Już wystarczy, że ta zołza, moja córka, wylicza mi papierosy, teraz barman też się martwi o moje zdrowie? Zaraz mu dam do wiwatu!

Ampelio Viviani, lat osiemdziesiąt dwa, emerytowany kolejarz, były nie najgorszy kolarz amator i niezaprzeczalny zwycięzca zawodów w przeklinaniu, obecnych (oficjalnie!) w programie festynu komunistycznej gazety „l’Unità” w Navacchio, przez dwadzieścia sześć lat, począwszy od 1956 roku, wstaje dumnie z pomocą laski i zmierza buńczucznie do baru.

– Popatrz, popatrz, jak ruszył tym razem, zupełny Ronaldo.

– Masz na myśli to, jak trzymał laskę?

Dotarłszy do kontuaru, zwraca się do barmana, wygrażając laską:

– Massimo, zrób mi kawy.

Massimo, pochylony nad zlewem, kroi cytryny i ta czynność wydaje się pochłaniać go bez reszty, niczym medytacja mnicha buddyjskiego.

W równie ascetyczny sposób odpowiada:

– Żadnej kawy, jest za ciepło. Potem, być może.

– Słuchaj no, kochasiu, zaliczyłem wojnę w Abisynii, i myślisz, że dla mnie jest za duży upał, żeby się kawy napić?

Wciąż nie podnosząc głowy, Massimo odpowiada:

– Nie jest za ciepło, żeby ją pić, ale żeby ją zrobić. Naprawdę chciałbyś, żebym podszedł do tej łaźni parowej i spocił się jak wół? Dla marnej, cienkiej kawy, która nie wyszłaby wcale dobra przy takiej wilgotności? Weź lepiej mrożoną herbatę, ja stawiam.

– Mrożona herbata, mmm, jeśli miałbym ochotę źle się poczuć, tobym został w domu z twoją babcią oglądać Michele Cucuzzę. Moja noga więcej nie postanie w tym barze.

Massimo wreszcie podnosi głowę. Około trzydziestki, kręcone włosy, broda, coś arabskiego w wyglądzie, co podkreśla piracka koszula długa do kolan, jakoś cudownie wolna od śladów potu. Patrzy krzywo, naburmuszony. Podnosi na chwilę wzrok do nieba, ale bez teatralnej przesady. Potem, znów kierując swoją uwagę na cytryny, odpowiada:

– Słuchaj no, dziadek, to jest jedyny bar w Pinecie, gdzie cię tolerują, a to tylko dlatego, że należy do mnie. Poczekasz więc sobie na kawę ze dwie – trzy godziny. I tak nie musisz nigdzie iść do pracy.

– Nalej grappy, szlag by moją córkę trafił.

Ampelio wrócił do stolika. Aldo, ten z restauracji „Boccaccio”, tasuje karty i pyta:

– W co gramy: scopa, briscola, tresette?

Pozostali dwaj goście przy stoliku podnoszą głowy. Gino Rimediotti, siedemdziesiąt pięć źle znoszonych lat, emerytowany urzędnik pocztowy, odzywa się jak zwykle:

– Mnie wszystko jedno. Wystarczy, że nie będę grał w parze z nim.

– Cwaniaczek, zawsze zwala winę na mnie...

– No jasne, że twoja wina. Nie pamiętasz, jakie karty zeszły, nawet gdyby cię mieli powiesić.

– Gino, lubię cię, ale posłuchaj: gość, który przy kartach mruga do drugiego tak, jakby połknął żwir, powinien siedzieć cicho i już. Kiedy zgarniasz trójkę, robisz takie miny, jakbyś dostał zawału. Nawet ludzie w barze widzą, jakie lewy masz w ręku.

Czwarty mężczyzna nazywa się Pilade Del Tacca. Całe życie ze spokojem przygląda się przemijaniu siedemdziesięciu czterech wiosen, a teraz radośnie obnosi swoją nadwagę. Lata ciężkiej pracy w urzędzie gminy Pineta, gdzie jeśli nie zjesz cztery razy śniadania, jesteś nikim, ukształtowały zarówno jego fizys, jak i charakter. Był nie tylko źle wychowany, ale i upierdliwy.

Aldo przestaje tasować, nadchodzi kluczowa chwila. Obojętnym głosem wyjaśnia, że nie może być tak, że zawsze decyduje on albo Ampelio, a potem Del Tacca marudzi: „Czemu znowu my. Sami wybierajcie albo róbmy co innego”.

Ampelio mówi: „Ja tam mogę wybierać, ale jak nie pasuje, to możemy zamienić pary”. Del Tacca zaraz pyta: „A komu niby nie pasuje?”. Gino podpowiada: „Chyba twojej pieprzonej matce, no bo co, wszystkim?”. Powietrze gęstnieje, nie czuć już bryzy.

W tej ciszy Massimo wychodzi z baru, bierze krzesełko, dosiada się do grupki. Zapala papierosa, podnosi karty, zagaduje:

– Zostawiłem dziewczynę w barze samą, o tej porze i tak nie ma nikogo. Macie ochotę na partyjkę briscoli w pięciu?

Nie muszą nawet wymieniać się spojrzeniami. Oczy się świecą, szklanki opróżnione, łokcie na stół i jazda.

Na briscolę w pięciu zawsze jest ochota.

Około sześciu miesięcy wcześniej wszystkie odgłosy w barze przebijała przemowa Ampelia, zręcznie pilotowana wzdłuż krętych serpentyn intelektualnych tego emeryta, który nigdy nie tracił okazji, by zakomunikować urbi et orbi swojej opinii na dowolny temat.

– Nie rozumiem tylko, co się ludziom w tym podoba. Zamykają cię w hali z muzyką na cały regulator, upychają tyle ludzi, że zamiast tańczyć, musisz się wić, jakby ci nasypali piachu do gaci, a po wszystkim wychodzisz kompletnie przymulony. I jeszcze każą ci za to płacić. No powiedzcie mi, czy to w porządku...

– Dziadek, po pierwsze, ciszej, i przestań robić tyle szumu. Z góry dziękuję. Po drugie, co cię obchodzi, jeśli ktoś chce się zabawić tak, jak mu pasuje? Szkodzi komuś?

Ampelio odstawił szklankę i dalej mamrotał:

– Szkodzi komuś. Sobie szkodzi. Ale, do cholery, jak chcesz, żeby ci dudniło we łbie, to weź cegłę i przywal sobie, będziesz miał za darmo...

Aldo wstał, żeby sięgnąć po zapalniczkę do kieszeni płaszcza. To był dzień, kiedy restauracja „Boccaccio” miała wolne, a on, wdowiec bez zmartwień i towarzyski z usposobienia, wieczorem szedł do baru, gdzie zawsze mógł liczyć, że kogoś spotka.

– Chodzi o to – tłumaczył, starając się tak wyciągnąć zapalniczkę, by nie zwalić całego wieszaka – że teraz dużo młodych bawi się tylko wtedy, gdy to, co robią, kosztuje kupę forsy. Żeby było jasne, kiedyś też ludzie tak robili, to dobry sposób, by zaszpanować, pokazać, że masz kasę. Tylko że mody się zmieniają. Dziś, na szczęście dla mnie, jest modne udawanie, że się znasz na winie. Żebyście wiedzieli, ilu szczeniaków przychodzi już po kolacji, bierze kartę win i potem woła: „Chciałbym napić się...”, a później myli nazwę winnicy z nazwą wina albo prosi o chianti rocznik osiemdziesiąty siódmy, a każdy, kto ma chociaż blade pojęcie, wie, że chianti z osiemdziesiątego siódmego można używać co najwyżej do podpałki. A jakby tego było mało, zagryzają serem z miodem. Najtrudniej jest przyjąć zamówienie i powstrzymać się od śmiechu.

– A ty im powinieneś uświadomić, że gówno wiedzą – wtrącił się Pilade z typową dla siebie elegancją – a potem wyjaśnić co nieco przystępnie, tak po trochu się nauczą.

– Po trochu to się nauczą chodzić do innych lokali – odparł Aldo. – Oni nie chcą dobrze wypić i dobrze zjeść. Chcą pokazać, że się znają i są do przodu. Niech tam robią, co im się podoba. Ja sprzedaję wino i jedzenie, a nie pogadanki.

Jedno trzeba przyznać: kiedy Aldo twierdził, że sprzedawał jadło i napitek bez zbędnych bajerów, miał całkowitą rację. Restauracja „Boccaccio” dysponowała przepastną piwniczką – ze szczególnym uwzględnieniem Piemontu – oraz wyjątkową kuchnią. Kropka. Obsługa była staranna, ale nieformalna, wyposażenie niezbyt wyszukane. Poza tym jeśli ktoś przypadkiem miał zastrzeżenia do jakości dań, zawsze to docierało w jakiś sposób do uszu szefa kuchni, Otella Brondiego, zwanego Stolnicą. Osobnik ten, choć wyposażony w niezaprzeczalne talenty w dziedzinie sztuki kulinarnej, nie cieszył się przychylnością muz pod innymi względami. Dlatego często obok stolika malkontenta wyrastał metr sześcienny kucharskiego brzucha okolony dwiema wielkimi kudłatymi łapami, po czym w tonie nie całkiem usłużnym padało pytanie: „Podobno coś było nie tak?”.

Aldo zapalił papierosa i ciągnął dalej:

– Osobiście nie cierpię miejsc, gdzie jeśli wybierzesz wino niezupełnie zgodne z zamówionym jedzeniem albo spróbujesz wyłamać się z kanonów Gastronomii przez duże G, traktują cię jak ostatniego wała i mówią: „No nieee, dlaczego chce pan zepsuć sobie polędwiczkę króliczą z musem z fasolki i nerkowców? Proszę mi zaufać...”, albo jeszcze gorzej. Znam miejsca, gdzie albo jesteś znawcą i wtedy szef robi ci takie przyjęcie, jakiego nie zaznała żadna gwiazda filmowa, albo jesteś palantem niemającym zielonego pojęcia o winie i wtedy dają ci do zrozumienia, nawet bez owijania w bawełnę, że tacy jak ty powinni siedzieć w domu, a nie zawracać im głowę, kiedy tylu klientów czeka na stolik. Twoja kasa jest w porządku, ale ty nie.

Wywód przyjęto w ciszy. Środy nigdy nie były dniem wielkiego ruchu, a teraz na dodatek wiał ostry wiatr, rzucał klapami śmietników, miotał na wszystkie strony gałęziami i świszczał od czasu do czasu przez szczelinę podwójnych, przeszklonych drzwi. Sam odgłos wystarczał, żeby wyobrazić sobie, jak zimno było na dworze.

Massimo już nie miał siły udawać barmana za kontuarem, wyszedł przez wahadłowe drzwiczki i podjął nieśmiałą próbę pozbycia się staruszków – przesympatycznych, ale po jakimś czasie nieznośnych – żeby móc zamknąć i pójść do domu.

– I tak zabawniej jest chodzić na dyskotekę niż grać w karty. Nie zagraliście partyjki dziś wieczorem? – powiedział, sprytnie ujmując wieczór w czas przeszły i chcąc dać w ten sposób do zrozumienia, że zaraz zamyka lokal.

– No popatrz, racja, zawsze jeszcze zdążymy – odrzekł Ampelio.

– Ale jesteśmy w piątkę – powiedział Massimo, przeklinając się w duchu. – Możecie zapomnieć o tym, że będę tu po północy siedział i patrzył, jak gracie w karty, a gry dla pięciu osób, z tego, co wiem, chyba jeszcze nie wymyślono.

– Studia może i skończyłeś, aleś nieuk. Nie grałeś nigdy w briscolę w pięciu?

– Nie...

– Nie grałeś w briscolę w pięciu?! Hej, Ampelio, czegoś uczył wnuczka, kiedy był mały?

– Jak prosić trzy razy dziennie babcię o czekoladę i odpalić połowę jemu, bo z powodu cukrzycy miał ściśle wydzielane słodycze.

 

– No proszę, nie wyglądał mi na takiego spryciarza ten twój dziadek. Masz ochotę spróbować? Daję słowo, że się ubawisz. Briscola w pięciu ubawi każdego.

Massimo się zamyślił. Na dworze był cholerny ziąb i perspektywa wyjścia nie była wcale taka nęcąca. To będzie nauczka, żeby nie stosować sprytnych odzywek, pomyślał, ale w gruncie rzeczy pretekst do uniknięcia zimna nie był taki zły.

Poszedł po papierosy, na dworze wiatr wył między okiennicami, latarnie kiwały się pod jego naporem, rzucając tylko pulsujące światło na ulicę, przez co świat za oknem nabierał upiornego wyglądu. Zrobił sobie kawę, nie pytając innych, czy mają ochotę, siadł przy stoliku, wyciągając nogi. Oparł łokcie o fotel, zapalił i powiedział:

– Proszę.

Pozostała czwórka zasiadła wokół stołu bez zwyczajowych wiązanek złośliwości, z całkiem innym wręcz nastawieniem, gdzieś w połowie między poczuciem wyższości a pełną koncentracją. Tak jakby byli depozytariuszami wielkiego sekretu i cieszyli się, że oto znaleźli kogoś zdolnego to docenić. Spodnie poprawione w kroku, rękawy podwinięte, papierosy położone rytualnym gestem na stole, co miało podkreślić, że będą bardzo potrzebne. Typowe zachowanie kogoś, kto szykuje się na coś ważnego.

Massimo też poczuł, że na ich widok zmienia mu się humor. W miarę jak staruszkowie kończyli przygotowania, naszło go dziwne uczucie. Czasami we wczesnym dzieciństwie zdarza się, że starsze dzieci zapraszają cię do zabawy z własnej inicjatywy, bez nacisków ze strony mamy. To coś na kształt dopuszczenia do tajnego rytuału i bez względu na to, co za głupoty robicie, świetnie się bawisz i pamiętasz długo ten dzień. Przez ułamek sekundy Massimo zawahał się, czy to nie jest aby objawem czegoś dziwnego, ale zaraz odpędził od siebie tę wątpliwość.

Mam przecież prawo decydować chociaż o tym, co mi się podoba? – pomyślał i skupił się na Arcykapłanie, który właśnie uchylał przed nim wrota Świątyni.

– A więc – zaczął Pilade pełniący funkcję mistrza ceremonii – wygląda to tak: na początku rozdaje się karty, wszystkie naraz, po osiem. Potem jest licytacja. Każdy mówi na podstawie swoich kart, z iloma punktami wydaje mu się, że wygra. Konkretnie: licytacja zaczyna się od sześćdziesięciu, pierwszy mówi „Wygrywam z sześćdziesięcioma i jednym punktem”, drugi woła „Sześćdziesiąt trzy” i tak dalej, aż ktoś wyznacza taką wartość, że inni odpadają. Kto wygrywa licytację, ma prawo wybrać najstarszy kolor w ten sposób: załóżmy, że masz asa i trójkę dukatów, to jasne?

– Tak, to jasne.

– No więc opłaca ci się wywołać króla dukatów. W ten sposób ustalasz dwie rzeczy: po pierwsze, że atu to dukaty, po drugie, że twoim partnerem w tym rozdaniu jest ten, kto ma w ręku króla dukatów. Pozostała trójka gra przeciwko wam. Żeby wygrać, musicie we dwóch zarobić tyle punktów, ile ustaliłeś na początku. Opłaca się wygrać licytację, bo masz prawo wyboru atu, ale musisz grać na wygraną, podczas gdy inni grają tak, żebyś przegrał. Poza tym jest was dwóch przeciwko trzem.

– Ale kiedy już ustali się zespoły, to w jakiej kolejności rozgrywa się rundy?

– Wedle miejsc przy stole. Cały wic w tej grze polega na tym, że nie wiesz, kto gra z tobą w parze. Kiedy tylko wywołasz kartę, pozostała czwórka zacznie na siebie krzywo patrzeć, zaczną zarzucać jeden drugiemu, że jest intruzem, każdy ogłosi uroczyście, że nie ma w ręku żadnych dukatów. Jeden z nich kłamie. Ale dopóki karta nie trafi na stół, nie możesz przewidzieć, jak potoczy się gra. Ani ty, ani twoi przeciwnicy. Tylko ten, kto ma w ręku króla dukatów, ma ogląd całej sytuacji i oczywiście zrobi wszystko, żeby się nie odkryć, może nawet stracić dobrowolnie mnóstwo punktów, byleby go odkryli jak najpóźniej. Kumasz?

– Dawaj karty, zrobimy jedną turę na próbę.

Wrócił do domu o czwartej rano, położył dziadka Ampelia na kanapie w swoim mieszkaniu, bo babcia Tilde kładła się o jedenastej i zamykała drzwi na łańcuch, a jak kogoś nie było jeszcze w domu, to jego sprawa. I naprawdę się ubawił. Od tamtego dnia, kiedy tylko klienci na to pozwalali i był komplet przy stole, grał w briscolę w pięciu i bawił się jak głupi.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?