Nic do stracenia. Początek

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Kirsty Moseley
Nic do stracenia
Początek

Tłumaczenie:

Krzysztof Obłucki

Rozdział pierwszy

Szesnaste urodziny to dzień, który każda dziewczyna powinna zapamiętać jako wyjątkowy. W niektórych kulturach uważa się je nawet za moment, kiedy staje się ona kobietą. O moich szesnastych urodzinach można powiedzieć wszystko, tylko nie to, że były wspaniałe. Bardziej przypominały zejście do piekła na ziemi. Dwunastego marca umarły moje marzenia, a życie stało się dla mnie pasmem bólu, rozpaczy i strachu. Szesnaste urodziny pozostawiły we mnie bolesną bliznę i były początkiem wydarzeń, które powracały do mnie w sennych koszmarach.

W chłodzie nocy stałam w kolejce do klubu Ozone – nie wiedząc, że niebawem zacznie się koszmar. Palce u stóp już mnie bolały, bo założyłam kretyńsko wysokie szpilki. Zimny wiatr podwiewał krótką czarną sukienkę. Mój cudowny chłopak, Jack Roberts, rozcierał mi ramiona, próbując mnie ogrzać. Staliśmy przed klubem już niemal od godziny i w końcu znaleźliśmy się blisko wejścia.

– Nie jestem pewna, czy się nam uda, Jack. Może obejrzymy jakiś film? – powiedziałam, obserwując bramkarza, który przyglądał się podejrzliwie ludziom w kolejce.

– Uda się. Prosiłaś, żebym zabrał cię do klubu w urodziny, no i właśnie to robię – odpowiedział, ujmując w zziębnięte dłonie moją twarz.

Popatrzyłam na niego i serce zabiło mi żywiej. Bardzo go kochałam. Był łagodny, czuły, wspaniałomyślny, opiekuńczy, rozsądny, a na dodatek przystojny. Taki blondyn o błyszczących niebieskich oczach to marzenie chyba każdej dziewczyny. W każdym razie wszystkie, które znałam, kochały się w moim chłopaku, ale dla niego istniałam tylko ja. Mieliśmy po pięć lat, kiedy się poznaliśmy. Zapytał wtedy, czy będę z nim chodziła, i od tamtej pory staliśmy się nierozłączni. Był dla mnie wszystkim i mieliśmy zostać razem na zawsze. Zresztą wszystko mieliśmy już zaplanowane – ukończenie szkoły i studiów. Jack miał zostać lekarzem, a ja artystką. Potem ślub i gromada dzieci.

Trzy miesiące wcześniej Jack zapytał, jak chciałabym świętować urodziny. Powiedział, że mogę życzyć sobie, czego tylko zechcę, a on spełni każdą moją prośbę. Postanowiłam, że pójdziemy do klubu, a potem chciałam, żebyśmy zanocowali w hotelu, gdzie mieliśmy się kochać pierwszy raz. Po trzech miesiącach planowania i kombinowania zdołaliśmy ostatecznie przekonać rodziców i zyskać ich zgodę na spędzenie nocy poza domem. Jack załatwił dla nas obojga przerobione dokumenty. Byłam tak podekscytowana, że nie mogłam usiedzieć w miejscu.

Teraz jednak, gdy się tam znaleźliśmy, na zimnie, otoczeni na wpół pijanymi ludźmi, marzyłam jedynie o tym, żeby wrócić do hotelu, gdzie Jack ogrzałby mnie dłońmi, dotykając każdego kawałka mojego ciała, a potem wreszcie stałoby się to, na co oboje czekaliśmy.

Uśmiechnęłam się i przytuliłam mocno do niego. Kiedy Jack mnie pocałował, poczułam, jakbym szybowała w powietrzu. Potem zsunął dłonie na moje pośladki. Byłam najszczęśliwszą dziewczyną na świecie.

Oderwał wargi od moich. W przyćmionym świetle latarni jego oczy iskrzyły.

– Kocham cię, Anno.

Serce ponownie mi zabiło i cała pokryłam się gęsią skórką. Uwielbiałam brzmienie tych trzech słów w jego ustach.

– Też cię kocham – odpowiedziałam i to była prawda. Kochałam go bardziej niż kogokolwiek.

Znowu mnie pocałował, a ja mocniej się do niego przytuliłam.

Delikatne poklepywanie w ramię sprawiło, że podskoczyłam i oderwałam się od Jacka.

– Cześć – powiedział męski głos zza moich pleców.

Obróciłam się i zobaczyłam dwudziestokilkulatka. Nie stał w kolejce do klubu, bo znajdował się po drugiej stronie sznura, który ją wyznaczał. Był całkiem przystojny, bardzo zadbany, miał piwne oczy i ciemne włosy. Połyskliwa czarna koszula, zapięta od góry do dołu, okrywała jego szerokie ramiona. Czarne spodnie i buty wyglądały na bardzo drogie. Powoli taksował mnie spojrzeniem.

– Och, cześć – odpowiedziałam, słodko się uśmiechając, na wypadek gdyby tam pracował. Nie był sam. Stało za nim dwóch facetów.

– Jestem Carter – powiedział, wyciągając do mnie rękę.

– Anna. – Podałam mu dłoń i uprzejmie się przywitałam. Nie puścił mojej ręki, zamiast tego pociągnął mnie do siebie, odrywając mnie od Jacka.

– Jeśli chcesz, mogę cię wprowadzić. Nie będziesz musiała czekać na tym zimnie – zaproponował, uśmiechając się.

Poczułam dreszcz ekscytacji na myśl o wejściu do środka. Obejrzałam się na Jacka, który marszczył ze złości brwi.

– Tak? Byłoby super! Można tu zamarznąć – zaszczebiotałam szczęśliwa, powstrzymując się od skakania do góry z radości.

Carter roześmiał się.

– No to chodź, Anno. – Skinął głową do jednego z facetów, którzy z nim byli, a ten natychmiast odpiął dzielący nas sznur, żebym mogła znaleźć się po drugiej stronie.

Sięgnęłam za siebie i chwyciłam Jacka za rękę, szczerząc się jak w ekstazie.

– Hej, księżniczko, twój chłopak nie jest zaproszony – powiedział Carter, patrząc krzywo na Jacka, jakby właśnie go zauważył.

Pogubiłam się.

– Co? Przecież powiedziałeś, że nas wprowadzisz.

Puścił wreszcie moją rękę i cofnął się.

– Powiedziałem, że ciebie mogę wprowadzić. Niepotrzebni nam widzowie. – Wskazał Jacka wysuniętą brodą i zmarszczył brwi z niezadowolenia.

Zacisnęłam usta ze złości. Co za palant! Przerwał nasze pieszczoty z Jackiem i myślał, że pójdę z nim do klubu, zostawiając Jacka na zewnątrz?

– W takim razie dziękuję, jestem tu z chłopakiem. Myślałam, że chcesz wprowadzić nas oboje. Małe nieporozumienie. – Wzięłam sznur z ręki faceta i przypięłam z powrotem, a potem otoczyłam ramionami miłość mojego życia, nie spuszczając przy tym wzroku z Cartera.

Carter wzruszył ramionami.

– Jak sobie chcesz. Może potem ze mną zatańczysz. – Uśmiechnął się do mnie drwiąco, zanim się odwrócił i poszedł prosto do klubu.

– Ale dupek! – warknęłam, patrząc na jego znikające plecy. Jack roześmiał się, a moja złość zniknęła jak za dotknięciem różdżki. – Co w tym takiego śmiesznego? – zapytałam.

– Wpadasz facetom w oko, nawet się o to nie starając. – Uśmiechał się szeroko i objął mnie, przysuwając bliżej do siebie.

– Wiem, że mam urok, któremu nie można się oprzeć – zażartowałam, trzepocząc rzęsami.

– Albo urok, albo chodzi o twoje nieziemskie nogi – drażnił się ze mną, gładząc niepewnie moje uda.

Uderzyłam go rozbawiona w pierś i nachyliłam twarz do pocałunku.

Po kolejnych trzydziestu minutach zostaliśmy wreszcie wpuszczeni bez żadnych problemów do klubu. Bramkarz nawet nie przyjrzał się dobrze naszym dokumentom. Kiedy znaleźliśmy się w środku, zaczęłam skakać do góry i piszczeć z podekscytowania.

– To niesamowite! – pokrzykiwałam.

Chwyciłam Jacka za rękę i pociągnęłam na parkiet. Muzyka grała tak głośno, że niemal czuło się wibrowanie podłogi.

– Napijmy się czegoś! – wykrzyczał mi do ucha po kilku piosenkach.

Poszliśmy w kierunku baru. Strzeliliśmy po lufce i wróciliśmy od razu na parkiet, żeby tańczyć. Zatraciliśmy się w rytmie głośnej muzyki. Jack trzymał przez cały czas jedną rękę na moim pośladku, przez co robiło mi się gorąco i trochę mi to przeszkadzało. Kiedy pochylił głowę i pocałował mnie, zanurzyłam dłonie w jego włosy i oddałam pocałunek, wkładając w to całe uczucie do niego. Chociaż byliśmy w środku dopiero od godziny, chciałam już wyjść. Klub okazał się fantastyczny, ale tak naprawdę pragnęłam tego, co zaplanowaliśmy na potem – nocy z Jackiem.

– Pójdziemy już, Jack? – zapytałam, przesuwając dłonie w dół jego piersi. Uśmiechnął się do mnie i energicznie pokiwał głową. Od pół roku był gotów przenieść nasz związek na następny etap, ale postanowił, że zaczekamy, aż oboje skończymy szesnaście lat.

Chwycił mnie za rękę i ruszyliśmy do wyjścia, wymijając tłum pijanych ludzi, kręcących się dookoła i cieszących wieczorem. Kiedy dotarliśmy do schodów prowadzących do głównego holu, pojawił się Carter. Wyciągnął przed siebie ramię, żeby nas zatrzymać.

– Cześć, księżniczko. Zatańczysz? – zapytał, omiatając mnie powoli wzrokiem.

– Nie, dziękuję, właśnie wychodzimy – odmówiłam z pewnością siebie w głosie.

– Nie wydaje mi się. – Uśmiechnął się, wziął mnie za rękę, szarpnął ku sobie, odrywając mnie od Jacka.

Zamurowało mnie.

– Zabieraj od niej łapska, gnoju! – warknął Jack groźnie, robiąc krok do przodu.

Patrzyłam na niego szeroko otwartymi oczami i zastanawiałam się, czy dojdzie do bójki. Zanim jednak dotarło do mnie, co się właściwie stało, ktoś chwycił Jacka od tyłu i wykręcił mu ręce, unieruchamiając go skutecznie.

Wyrwałam się Carterowi.

– Odczep się ode mnie! Puśćcie go! Nie chcę z tobą tańczyć. Wychodzę ze swoim chłopakiem! – wrzasnęłam ze złością.

Carter uśmiechnął się złośliwie, najwyraźniej zupełnie się nie przejmując moim wybuchem.

– Proszę tylko o jeden taniec, potem będziesz mogła iść – zaproponował, machając ręką od niechcenia.

Jack prychnął z furią, a facet, który go trzymał, popchnął go na ścianę i tam uziemił. Zaczęłam krzyczeć i rozglądać się, szukając desperacko pomocy.

– Dotkniesz jej, to cię zabiję! – zawarczał Jack.

– Nikt tak do mnie nie będzie mówił! – wrzasnął Carter ze złością.

Zrobił kilka kroków do przodu i uderzył Jacka pięścią w twarz, rozcinając mu wargę. Popłynęła krew. Carter cofnął ramię, zamierzając najwyraźniej uderzyć ponownie. Złość wykrzywiała mu twarz. Wpadłam w panikę na samą myśl, że ten facet krzywdzi Jacka. Nie mogłam na to pozwolić. W żadnym razie.

 

– Przestań! W porządku, zatańczę z tobą! Jeden taniec, tylko, proszę, już go nie bij – błagałam, a łzy leciały mi po policzkach.

– Nie, Anno! – krzyknął Jack, plując krwią na podłogę.

Spojrzałam na niego i czułam, jak broda mi drży na widok jego pokrwawionej twarzy. Serce biło mi tak szybko, że byłam bliska zemdlenia.

– Jeden taniec. To dla mnie bez znaczenia – skłamałam, zmuszając się do uśmiechu.

Carter roześmiał się, złapał mnie za rękę i pociągnął za sobą na parkiet. Przytulił mnie do piersi i ciasno oplótł ramionami. Jego twarz dzieliły od mojej centymetry. Zrobiło mi się niedobrze. Dostałam dreszczy. Odwróciłam głowę, bo nie chciałam patrzeć na niego, kiedy przyciskał swoje krocze do mojego biodra. Poczułam smak żółci w ustach. Jedna z jego rąk zsunęła się na mój pośladek, druga na udo. Zamknęłam oczy i marzyłam, żeby piosenka już się skończyła. Trzęsłam się ze złości i strachu. Modliłam się jednocześnie, żeby Jackowi nie działo się nic złego.

Wreszcie po całej wieczności piosenka dobiegła końca. Chciałam odepchnąć go od siebie, ale nie pozwolił na to. Śmiejąc się, przycisnął mnie jeszcze mocniej.

– Jesteś bardzo piękna, księżniczko – wydyszał mi do ucha.

– Puść mnie, powiedziałeś, że jeden taniec. Puść mnie, proszę – błagałam, usiłując wyrwać się z jego uścisku.

– Zmieniłem zdanie. Jeden to za mało – powiedział, całując mnie w szyję.

Zachłysnęłam się powietrzem i ponownie go odepchnęłam. Panika ogarnęła mnie na dobre, gdy się wiłam w jego objęciach, usiłując choć trochę odsunąć go od siebie. Tym razem mocno wbił palce w moje boki. Przeszył mnie ból. Krzyknęłam, ale nikt mnie nie usłyszał, bo muzyka ciągle dudniła wokół nas.

– Daj spokój! Dlaczego to robisz?! – wrzasnęłam. Łzy spływały mi po policzkach.

Przesunął językiem po mojej twarzy, zlizując łzy.

– Mmm – wydyszał. Wsunął mi rękę pod sukienkę i zaczął palcami gładzić majtki.

Zacisnęłam nogi i próbowałam uwolnić się od jego dotyku. – Nie! Puść mnie, proszę! Jack! – krzyczałam, szamocząc się i desperacko usiłując wyrwać się z jego objęć. Nikt nie zwracał na nas najmniejszej uwagi.

– Świetnie, idź i poszukaj swojego Jacka – wysyczał, popychając mnie brutalnie w stronę schodów.

Potykałam się, wchodząc na schody tak szybko, jak nogi chciały mnie nieść. Przez cały czas czułam, że serce mam w gardle. Gdy znalazłam się na górze, odnalazłam spojrzeniem Jacka. Nadal był trzymany przy ścianie przez tego samego faceta o jasnych włosach. Jak tylko mnie spostrzegł, zaczął się ponownie wyrywać.

– Puść go, proszę – skomlałam, usiłując podejść do niego. Kątem oka zobaczyłam, jak Carter kiwa głową, a wtedy blondyn usunął się. Kiedy Jack odzyskał swobodę ruchów, chwycił mnie i schował za sobą.

– Spokojnie, chłopaczku, nikomu nic się nie stało – powiedział cicho Carter, uśmiechając się z pogardą. – Choć twoja dziewczyna jest cholernie seksowna. – Powoli znowu taksował mnie wzrokiem, oblizując usta.

Skuliłam się za plecami Jacka. Dostałam gęsiej skórki z powodu tego, jak na mnie patrzył. Nagle Jack rzucił się na niego i walnął go pięścią w brzuch. Carter zgiął się wpół z jękiem, a jego dwóch kumpli ponownie pochwyciło Jacka, mimo że desperacko się im wyrywał. Rozejrzałam się w poszukiwaniu pomocy. Dlaczego nikt nam nie pomagał? Ludzie pili, tańczyli i śmiali się, nie zwracając na nas najmniejszej uwagi, nawet nie patrzyli w naszą stronę, podczas gdy muzyka huczała i odbijała się od ścian. Ręce mi się trzęsły, serce waliło jak młotem. Wiedziałam, że skrzywdzą Jacka. Przecież Carter powiedział, że możemy iść, dlaczego więc Jack musiał to zrobić?

– Błagam! Błagam! – krzyczałam, gdy jeden z facetów go trzymał, a drugi walił w brzuch raz po raz. Chwyciłam tego, który bił Jacka i chciałam odciągnąć od niego, ale Carter oplótł mnie ramionami, podniósł do góry i przestawił o kilka kroków dalej.

– Drzwi – szczeknął Carter ze złością.

Blondyn skinął głową i nagle zaczęli ciągnąć Jacka za sobą. Wyszarpnęłam się z uścisku Cartera i pobiegłam w ich kierunku, płacząc i krzycząc histerycznie. Wciągnęli go za drzwi przeciwpożarowe. Kiedy ich dopadłam i próbowałam mu pomóc, Carter chwycił mnie mocno za ramię i zatrzasnął za sobą drzwi. Staliśmy na czymś w rodzaju schodów ewakuacyjnych. Popchnął mnie do tyłu. Straciłam równowagę i wpadłam na ścianę. Bokiem głowy uderzyłam o nietynkowane cegły. Ból i szok przyćmiły mi wzrok. Poczułam strużkę krwi spływającą mi z boku twarzy. Mocno zacisnęłam powieki i walczyłam z bólem, a nogi się pode mną uginały.

Usłyszałam jęki Jacka, dlatego zmusiłam się do otwarcia oczu i starałam się rozwiać ciemność, która mnie pochłaniała. Leżał na podłodze, a oni kopali go po kolei. Twarz miał zakrwawioną, w oczach rozpacz i przerażenie.

Nie mogłam oddychać. Wszystko to było jak senny koszmar.

– Czego chcecie? Mam pieniądze, mogę wam dać pieniądze! Proszę! – krzyknęłam. Jeden z facetów wyciągnął coś, co wyglądało jak metalowe nunczako, zamachnął się nim, a potem zaczął tłuc mojego chłopaka. Usłyszałam trzask kości w jego ramieniu.

– Przestań! Błagam! Zrobię, co zechcesz! Proszę! – krzyczałam, z trudem łapiąc oddech. Podczołgałam się do Jacka i objęłam jego zmaltretowane ciało.

– Uciekaj – wycharczał ledwie słyszalnym głosem. Zamknął powieki i słabo jęknął przez ściśnięte szczęki.

– Jack, błagam. Nic ci nie będzie. Wszystko w porządku. Kocham cię. – Prosiłam go, zanosząc się płaczem przy jego krwawiącej twarzy.

Skrzywił się i objął mnie ramieniem, wbijając mi palce w plecy.

– Uciekaj, Anno. Uciekaj, błagam!

Carter chwycił mnie za ramiona, uniósł do góry, postawił na nogi i odciągnął od Jacka. Pozostali dwaj faceci pochylili się, złapali Jacka pod pachy i jego też podnieśli. Jack krzyczał, gdy go dotykali. Kiedy usłyszałam, jak wyje z bólu, poczułam, że kolana się pode mną ugięły. Carter objął mnie od tyłu ramionami i pocałował w kark, a Jack patrzył na to z wyrazem przerażenia na twarzy i walczył o oddech. Carter wsunął mi rękę pod pachę, chwycił mnie za pierś i mocno ją ścisnął. Zanim się zorientowałam, co się dzieje, zgięłam się wpół i zaczęłam wymiotować.

Carter zaśmiał się podle i brutalnie ustawił mnie pionowo, dociskając moje plecy do swojej piersi.

– Mam zamiar zabawić się z twoją dziewczyną i sprawić, żeby krzyczała z rozkoszy, a to wszystko dla ciebie – powiedział do Jacka.

Jack uniósł gwałtownie głowę, jego oczy wypełniała nienawiść i wściekłość. Zaczął się szamotać, choć najprawdopodobniej cierpiał niewyobrażalny ból. Trzej faceci śmiali się z niego, gdy szarpał się daremnie i wykrzykiwał przekleństwa.

– Chcesz coś powiedzieć swojemu chłopakowi? – Carter wyszeptał do mojego ucha.

Chciałam jedynie powiedzieć… Błagam, skończ z tym i pozwól nam odejść, żeby znaleźć pomoc.

– Kocham cię – powiedziałam, płacząc.

– Ja też cię kocham – wyszeptał Jack.

Carter kiwnął głową do swoich kolesi, a oni postawili Jacka na nogi, jakby nic nie ważył. Próbowałam się wyrwać do niego, ale Carter trzymał mnie w miejscu w żelaznym uścisku. Nie miałam nawet czasu na zastanowienie się, co będzie dalej, bo wszystko wydarzyło się tak szybko, że ledwie ogarniałam to rozumem. Kolesie Cartera powlekli Jacka kilka kroków do tyłu i zrzucili ze schodów przeciwpożarowych.

Zamarłam. To musiał być sen, najgorszy koszmar, jaki mi się przyśnił w życiu. Musiałam się obudzić, nie potrafiłam tego znieść. W uszach słyszałam jego krzyk, który rozbrzmiewał przez parę sekund, gdy Jack spadał. Usłyszałam głuchy huk, a potem zostało tylko echo muzyki dochodzącej z klubu za moimi plecami.

Nie mogłam zaczerpnąć powietrza. Serce rozpadło mi się na miliony kawałków, kiedy odtwarzałam w myślach ostatnie kilka sekund. Oczami wyobraźni znowu widziałam twarz Jacka, kiedy tamci dwaj faceci unieśli jego ciało i pchnęli w dół. Nigdy nie widziałam kogoś tak przerażonego i bezradnego.

Wyrwałam się z uścisku Cartera i podbiegłam do poręczy, modląc się, żeby w jakiś sposób Jackowi nic się nie stało. Takie szczęście nie było mi jednak pisane. Kiedy wychyliłam się nad poręczą, mrużąc oczy, zobaczyłam przez łzy najpotworniejszy obraz, jaki widziałam. Jack leżał rozciągnięty na posadzce w kałuży krwi. Ramiona i nogi miał rozrzucone. Nie poruszał się.

Byliśmy na trzecim piętrze. Nie mógł tego przeżyć po obrażeniach, jakie mu zadali. Wiedziałam, że nie ma nadziei.

Odwróciłam się szybko i ponownie zwymiotowałam. Miałam atak hiperwentylacji, szamotałam się, by wziąć oddech, mając cały czas w oczach obraz Jacka. Nogi nie chciały już mnie utrzymywać, dlatego upadłam na podłogę we własne wymiociny. Łzy spływały mi po twarzy, serce rozpadło się na milion kawałków.

Śmierć zabrała miłość mojego życia. Wszystkie nasze plany nigdy nie zostaną zrealizowane. Umarł przeze mnie. To ja chciałam przyjść do tego głupiego klubu, a teraz on nie żył. Nie zdążyłam nawet się z nim kochać.

Widziałam tylko czarne plamy, w uszach słyszałam pulsowanie krwi. Byłam bliska zemdlenia. Czułam narastającą we mnie pustkę.

Jack umarł. Zostawił mnie. Nie chciałam żyć bez niego. Nie mogłam. Rozpacz mnie przytłaczała.

Chwyciłam poręcz i resztką sił stanęłam na nogach. Nie spojrzałam w dół. Nie zniosłabym ponownie jego widoku. Patrzyłam prosto przed siebie, kiedy przełożyłam nogę nad poręczą. Błagam, pozwól umrzeć też i mnie, prosiłam w duchu. Zamknęłam oczy i szykowałam się do skoku. W uszach mi dzwoniło. Byłam odrętwiała. Puściłam poręcz i uśmiechnęłam się, bo wiedziałam, że nie będę już czuła dłużej tego bólu serca.

W chwili gdy poczułam ruch powietrza wokół siebie i zrobiłam krok ku nicości, coś chwyciło mnie w pasie.

– No co ty, księżniczko. To byłaby strata. – Usłyszałam, zanim straciłam przytomność.

Rozdział drugi
Ashton Taylor

Pot spływał mi po plecach, kiedy stałem, jak mnie tego nauczono, prosty jak drut, ze wzrokiem utkwionym przed siebie, z ramionami wzdłuż ciała. Wystrojony w kompletny ubiór komandosa SWAT, łącznie z czarnymi bojówkami o tuzinie kieszeni, czarnym podkoszulkiem, czarną kamizelką taktyczną i kurtką prężyłem się w samo południe w oślepiającym słońcu, które paliło mnie żywym ogniem. Lubili, kiedy dobrze się prezentowaliśmy w całym rynsztunku.

– Jak długo będą tu nas trzymali na baczność? Padam już na pysk, kurwa! – Wysyczał do mnie przez zęby Nate, mój partner.

– Już niedługo. Weston robi się głodny. Widzisz, jak się wierci w fotelu? Szybko zwinie ten pokaz i pójdzie prosto do bufetu – wyszeptałem, starając się przybrać wesoły ton.

Nate uśmiechnął się i spojrzał na naszego dowódcę. Jak na zamówienie Weston podniósł się z miejsca.

– Nadchodzimy, bufecie – wymamrotałem.

Nate roześmiał się, szybko zmieniając to w kaszel, kiedy Weston ostrzegawczo uniósł brew.

– Uwaga, absolwenci. Zostaną ogłoszone drużyny treningowe. Ci, którzy zajęli dwa pierwsze miejsca w grupie – powiedział Weston, patrząc z dumą na mnie i Nate'a – pozostaną na miejscu, bo zostaliście już przydzieleni do wydziałów.

Uśmiechnąłem się na dźwięk tych słów. Byliśmy z Nate'em najlepsi na naszym roku, z tym że ja zająłem pierwsze miejsce. Zaszczytem było dostać przydział do wydziału tuż po zakończeniu nauki. Nie zdarzało się to często i proponowano to tylko tym, którzy wyrobili sobie dobrą opinię u przełożonych. Z Nate'em tworzyliśmy wredny duet, a ja najwyraźniej zostałem wyznaczony do misji specjalnych „o największej wadze” – tak przynajmniej poinformował mnie Weston tego ranka.

W środku aż mnie ściskało ze zniecierpliwienia. Marzyłem o służbie w oddziale na pierwszej linii SWAT, bo ci faceci byli zawsze przed wszystkimi na miejscu wydarzeń i brali udział w akcjach, ale wiedziałem, że nie mogę na to liczyć. Nikt nie dostawał tam przydziału bez minimum dziesięciu lat doświadczenia na polu walki. Byli najlepszymi z najlepszych i zazwyczaj robił się u nich wakat, tylko kiedy któryś z nich umierał albo zażądał przeniesienia. Wiedziałem, że nic takiego nie wydarzyło się ostatnio, mimo to łudziłem się nadzieją.

Weston skończył wreszcie przemówienie, a chłopaki ruszyli w kierunku sali, gdzie wyłożono na stołach czerstwe kanapki i chipsy ziemniaczane. Na wszystkim oszczędzano. Nikt nie zwracał na to jednak uwagi, bo mój cały rok miał zamiar świętować tego wieczora w barze, a ja planowałem urżnąć się w trupa.

Nate i ja zostaliśmy na placu, jak nam kazano.

 

-Taylor, Peters, za mną! – rozkazał Weston, wchodząc do swojego obskurnego pokoju. Usiadł za biurkiem i gestem pokazał, żebyśmy usiedli. – W porządku, Nate, Wydział Szósty upomniał się o ciebie – powiedział z dumą.

Uśmiechnąłem się z radości i przybiliśmy z Nate'em piątkę.

– A niech cię! O to mi właśnie chodziło! – krzyknął Nate, zerwał się z krzesła i wymachiwał pięścią w powietrzu.

– Siadaj, Nate – powiedział Weston, śmiejąc się i kręcąc głową w rozbawieniu.

Wydział Szósty stwarzał fantastyczne możliwości. Nate miał od razu szansę zdobyć doświadczenie na polu walki, poza tym mieli wyspecjalizowane drużyny, w których można było się szkolić. Nate chciał zostać snajperem i był niesamowity w strzelaniu na duże odległości.

– W porządku, a zatem chcą cię od poniedziałku. Zgłosisz się do dowódcy Tate'a punktualnie o dziewiątej rano. Nie spóźnij się, Nate. Tu masz dokumenty i nie zapomnij ich przeczytać – powiedział Weston, wręczając Nate'owi szarą kopertę.

– Tak jest i dziękuję – odpowiedział Nate, salutując regulaminowo, choć uśmiechał się przy tym jak idiota.

– W porządku, Nate, idź i coś zjedz. Muszę porozmawiać z Ashtonem w cztery oczy – dodał Weston i kiwnięciem głowy odprawił Nate'a.

Kiedy Nate przechodził obok mnie, jeszcze raz przybiliśmy piątkę, a ja modliłem się w duchu, żebym dostał równie dobry przydział. Weston zaczekał, aż drzwi się zamknęły, zanim zaczął mówić.

– Ciebie, Ashton, potrzebują do czegoś ważnego. Nie będzie ci się to podobało. – Skrzywił się i pokręcił głową.

Wyraz jego twarzy sprawił, że serce mi zamarło. To nie wróżyło niczego dobrego.

– Słucham w takim razie – powiedziałem z pewnością siebie. Byłem gotów na każde wyzwanie, przed którym chcieli mnie postawić. Miałem najlepsze oceny ze wszystkich specjalności poza strzelaniem na duże odległości, w którym plasowałem się tuż za Nate'em. Pobiłem pięć różnych rekordów wydziałowych, w tym w walce wręcz, taktycznym planowaniu i postępowaniu z zakładnikami. Nikt wcześniej nie uzyskał tylu wyróżnień.

Weston westchnął i wyciągnął w moją stronę szarą kopertę. Wziąłem ją i marszcząc czoło, rozdarłem. W środku była kartoteka policyjna Annabelle Spencer. Zaciekawiony otworzyłem tekturową teczkę, nie mając pojęcia, o co może chodzić. Na pierwszej stronie umieszczono zdjęcie. Annabelle okazała się zdumiewająco piękna. Zgodnie z zawartymi informacjami miała dziewiętnaście lat i studiowała.

Zerknąłem na Westona.

– Kim ona jest? – zapytałem, kompletnie zdezorientowany, bo nie wiedziałem, z jakiego powodu dał mi akta tej dziewczyny.

– To córka wyjątkowo ważnego człowieka. To Annabelle Spencer, córka senatora Toma Spencera – odpowiedział z szacunkiem w głosie.

Rozbudziło to moje zainteresowanie. Tom Spencer kandydował na prezydenta i spodziewano się, że zajmie Gabinet Owalny po wyborach jeszcze w tym roku. Bardzo się z nim liczono i z tego, co słyszałem, miał być wspaniałym człowiekiem.

– No dobra, ale dlaczego dostałem jej akta? – spytałem, przerzucając strony i omiatając wzrokiem dokumenty. Wyrzucono ją ostatnio ze Stanford. Przez ostatnie półtora roku uczyła się na czterech innych uczelniach i z każdej z nich wydalano ją za używanie przemocy albo niszczenie mienia.

– Kiedy miała szesnaście lat, została uprowadzona przez Cartera Thomasa. Zabił jej chłopaka w klubie, a potem przetrzymywał ją wbrew jej woli przez prawie rok. A odnaleziono ją tylko dlatego, że policja dokonała przeszukania jego domu w związku z narkotykami i tam na nią natrafiła. Słyszałeś o Carterze Thomasie? – zapytał, unosząc brwi.

Szybko skinąłem głową. Wszyscy wiedzieli, kim był Carter Thomas. To szef przestępczego gangu, człowiek odpowiedzialny za śmierć prawie tysiąca osób, który podłożył bomby w godzinach szczytu jednocześnie na czterech różnych stacjach metra. Wszyscy wiedzieli, że on za tym stał, ale nigdy mu tego nie udowodniono, a najważniejsi świadkowie mieli skłonność do znikania w ostatniej chwili, podobnie jak materiał dowodowy. Na co dzień zajmował się handlem narkotykami i był bardzo zaangażowany w handel żywym towarem z Rumunii.

– W tej chwili odsiaduje dożywocie za zamordowanie chłopaka tej Spencer, Jacksona Robertsa. Dziewczyna była świadkiem oskarżenia, istniały też dowody łączące go bezpośrednio z morderstwem. Wszyscy wiedzą, kim on jest i co robi, ale zawsze się wymykał. Zamordowanie Jacksona Robertsa to zbrodnia, przez którą trafił na salę sądową. To, że go skazano, to jedna z najlepszych rzeczy, jakie wydarzyły się w naszym kraju – powiedział Weston z poważnym wyrazem twarzy.

– Ale co to ma wspólnego ze mną? – spytałem, nadal nie bardzo rozumiejąc, dlaczego mnie w to wtajemniczano.

Weston poprawił się na krześle.

– No cóż, Carter Thomas będzie się w tym roku odwoływał. Najwyraźniej niektóre z dowodów zostały zdobyte w niedozwolony sposób. Annabelle Spencer jest jedynym świadkiem, przez którego pierwszy raz został skazany. Istnieje spore prawdopodobieństwo, że znowu będzie musiała zeznawać. Grożono jej już śmiercią, głównie z powodu tego, kim jest jej ojciec, ale ostatnio jej rodzina dostaje pogróżki, które ich zdaniem są wysyłane przez organizację Cartera.

Przyglądał mi się, najwyraźniej czekając na moją reakcję. A ja nadal nie wiedziałem, o co chodzi. Zostałem wybrany do specjalnego zadania, a on tymczasem opowiadał mi o jakiejś dziewczynie. Co to miało wspólnego ze mną? To nie była sprawa dla agenta SWAT.

Weston głęboko odetchnął.

– No dobrze, powiem po prostu, ona jest katem dla ochroniarzy. Każdy nowy, który zostaje do niej przydzielony, po tygodniu prosi o przeniesienie. Nie chcą z nią pracować. Z tego, co rozumiem, jest prawdziwym utrapieniem, wredną suką. Ale ta dziewczyna jest wyjątkowo ważna nie tylko dlatego, że może dostarczyć dowodów przeciwko Thomasowi, lecz także jako córka przyszłego prezydenta. Jej ojciec zażądał kogoś, kto będzie w stanie jakoś sobie z nią poradzić. Wymagany jest odpowiedni wiek kandydata, bo będzie musiał z nią studiować i w gruncie rzeczy być jej cieniem aż do końca sprawy sądowej.

Nagle oświeciło mnie i wiedziałem już, dokąd zmierza ta rozmowa. Wpatrywałem się w niego z niedowierzaniem. Pokręciłem głową i rzuciłem akta na biurko.

– To kompletna bzdura! Jestem policjantem ze SWAT, a nie jakąś pierdoloną niańką! – krzyknąłem.

– Sprawa nie podlega dyskusji. Chcą najlepszego agenta, mieszczącego się w widełkach wieku plus minus dziewiętnaście lat, wybrali najlepszych agentów ze wszystkich wydziałów, wysłali dane dziesięciu najlepszych do senatora Spencera, a on wybrał właśnie ciebie! Byłeś jedynym absolwentem branym pod uwagę. To ogromne wyróżnienie – powiedział Weston z przekonaniem.

Jęknąłem sfrustrowany.

– Dlaczego w ogóle jesteśmy w to zaangażowani? Skoro jest córką senatora, powinni się nią zajmować agenci Secret Service, a nie my – odparowałem.

Dowódca westchnął.

– Zniechęciła większość z tych chłopaków, Taylor. Poza tym nie ma tak wielu agentów spełniających warunek wieku. Większość ludzi idzie do Secret Service raczej pod koniec kariery – wyjaśnił, wzruszając ramionami. Obrócił głowę bokiem i świdrował mnie wzrokiem. – Ashtonie, to tylko do zakończenia sprawy sądowej. Osiem miesięcy i będzie po wszystkim. Senator Spencer gwarantuje ci dowolny wybór przydziału po tym czasie. Czego tylko zechcesz, nawet do pierwszej linii SWAT.

Gwałtownie obróciłem głowę, słysząc te słowa.

– Poważnie?

Uśmiechnął się i skinął głową.

– Wiedziałem, że to cię zainteresuje, ale chcę, żebyś zrozumiał, że to bardzo ważne zadanie. Może tak nie wygląda, ale jeśli ona umrze i sprawa spadnie z wokandy, Carter Thomas zostanie wypuszczony i setki, jeśli nie tysiące ludzi może stracić życie – powiedział z powagą w głosie.

Dobra, w porządku, rozumiem. Dobrze się sprawić przy niańczeniu dziewuchy przez osiem miesięcy, a potem wymarzona praca. Załatwione!

– Niech będzie, rozumiem. – Teraz ja się uśmiechałem.

– Nie wolno ci nikomu o tym mówić. Opowiadaj, że dostałeś przydział gdzieś poza stanem. Będziesz z nią pracował pod przykrywką. – Wziął do ręki akta, które rzuciłem na biurko, i podał mi je.