Most do TerabithiiTekst

Autor:Katherine Paterson
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Katherine Paterson
Most do Terabithii

Przełożyła Alicja Skarbińska


Wydawnictwo NASZA KSIĘGARNIA

Most do Terabithii

Spis treści

Okładka Karta tytułowa *** Dedykacja 1. Jesse Oliver Aarons, junior 2. Leslie Burke 3. Najszybszy chłopak w piątej klasie 4. Władcy Terabithii 5. Groźne olbrzymy 6. Pojawia się Książę Terrien 7. Złoty pokój 8. Wielkanoc 9. Diabelskie czary 10. Wspaniały dzień 11. Nie! 12. Samotność 13. Most O autorce Karta redakcyjna

Zajrzyj na strony

www.nk.com.pl

Znajdź nas na Facebooku

www.facebook.com/WydawnictwoNaszaKsiegarnia

Nasza oferta lektur i książek edukacyjnych

www.nk.com.pl/lektury-i-edukacja/7/kategoria.html

Książkę tę napisałam

dla mego syna Davida.

Kiedy ją przeczytał,

prosił, żebym w dedykacji umieściła

także imię Lisy, co też czynię:

DAVIDOWI PATERSONOWI I LISIE HILL,

banzai!

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Rozdział 1.
Jesse Oliver Aarons, junior

Z-zgrzyt, z-zgrzyt, z-zgrzyt, wrum wrrum wrrrum wrrrrum – dobra. Ojciec uruchomił furgonetkę. Teraz Jess mógł wstać. Ześlizgnął się z łóżka i włożył kombinezon. Podkoszulka nie wkładał, ponieważ w trakcie biegu zgrzeje się do niemożliwości, nawet jak będzie chłodno, a buty i tak nie są mu potrzebne, bo podeszwy stóp miał równie twarde, jak wytarte spody tenisówek.

– Dokąd idziesz, Jess?

May Belle, na wpół śpiąc, uniosła głowę znad podwójnego łóżka, w którym spała razem z Joyce Ann.

– Cii – szepnął.

Ściany były cienkie. Mama się zezłości, jak ją obudzą tak wcześnie. Poklepał May Belle po głowie i podciągnął jej pod brodę zwinięty koc.

– Lecę na pastwisko – szepnął.

May Belle uśmiechnęła się i skuliła pod kocem.

– Będziesz biegał?

– Może.

Pewno, że będzie biegał. Przez całe lato codziennie wstawał wcześnie, żeby biegać. Doszedł do wniosku, że jeżeli się postara – i wytrwa w tym zamiarze – to po wakacjach będzie najszybszym biegaczem w piątej klasie. Musi być najszybszy – nie jeden z najszybszych albo drugi z kolei, ale najszybszy. Najlepszy.

Wyszedł z domu na palcach. Budynek był tak rozklekotany, że skrzypiał przy każdym kroku, ale Jess kiedyś odkrył, że chodzenie na palcach powodowało jedynie głuche dźwięki, i zazwyczaj udawało mu się wyjść, nie budząc mamy ani Ellie, ani Brendy, ani Joyce Ann. Z May Belle to inna sprawa. Skończyła właśnie sześć lat i darzyła go bezgranicznym podziwem, co czasem nie było takie złe. Jak się jest jedynym chłopakiem wśród czterech sióstr, z których dwie starsze całkowicie go zlekceważyły od chwili, kiedy nie pozwolił się już dłużej przebierać i wozić w starym wózku dla lalek, a najmłodsza zaczynała płakać, gdy tylko spojrzał na nią groźniej, miło było mieć kogoś, kto go uwielbia. Nawet jeśli było to czasem uciążliwe.

Ruszył lekkim truchtem przez podwórze. Z ust wylatywały mu obłoczki pary – dość zimno jak na sierpień. Ale było jeszcze wcześnie. W południe, kiedy będzie pracował w gospodarstwie, zrobi się na pewno gorąco.

Panna Bessie gapiła się na niego zaspanymi ślepiami, gdy wspinał się na stertę śmieci, przełaził przez furtkę i biegł w stronę pastwiska.

– Muuuu – przywitała go Panna Bessie. Swymi brązowymi, łzawo wilgotnymi oczami przypominała do złudzenia May Belle.

– Cześć, Panno Bessie – powiedział Jess uspokajająco. – Śpij sobie dalej.

Panna Bessie podeszła do zielonkawej plamy (większość pola była sucha i brązowa) i chwyciła zębami kępkę trawy.

– Grzeczna krówka. Dalej, jedz sobie śniadanie i nie zwracaj na mnie uwagi.

Jess zawsze zaczynał trening od północno-zachodniego końca pola, startując z półprzysiadu, jak to zaobserwował w telewizyjnych programach sportowych.

– Paf! – wykrzyknął i ruszył biegiem wokół pastwiska.

Panna Bessie przesunęła się w kierunku środka pola, wciąż spoglądając za nim smutnymi oczyma i powoli przeżuwając. Nie wyglądała zbyt inteligentnie nawet jak na krowę, ale miała dość rozsądku, aby nie wchodzić chłopcu w drogę.

Słomiana grzywka opadała Jessowi na czoło, a ręce i nogi fruwały na wszystkie strony. Nigdy nie nauczył się prawidłowych zasad biegania, lecz – jak na dziesięciolatka – miał długie nogi, nikt zaś nie dorównywał mu siłą woli.

W szkole podstawowej w Lark Creek brakowało wszystkiego, a zwłaszcza sprzętu sportowego, toteż w czasie popołudniowej przerwy wszystkie piłki wędrowały do starszych klas. Nawet jeśli uczeń piątej klasy zaczynał przerwę z piłką w dłoniach, to na pewno przed upływem pół godziny znajdowała się ona w rękach chłopaka z szóstej, a często z siódmej klasy. Starsi chłopcy zawsze zajmowali suchy środek górnego boiska na swoje mecze, natomiast w niewielkiej części położonej wyżej dziewczyny grały w klasy, uganiały się ze skakankami i gadały. Wobec tego chłopcy z młodszych klas zaczynali się ścigać. Ustawiali się wszyscy po przeciwległej stronie dolnego boiska, zazwyczaj błotnistego i pełnego głębokich kolein. Earle Watson, który nie potrafił biegać, za to umiał głośno wrzeszczeć, krzyczał: „Paf!”, i chłopcy jak na skrzydłach biegli do kreski wyżłobionej czubkiem buta na drugim końcu.

W zeszłym roku Jess jeden raz wygrał. I to nie tylko pierwszy bieg, ale całą rundę. Udało mu się to zaledwie jeden, jedyny raz, ale zwycięstwo mu zasmakowało. Od samego początku nauki, od pierwszej klasy, Jess był „zwariowanym dzieciakiem, co ciągle rysuje”, ale pewnego dnia – 22 kwietnia, w deszczowy poniedziałek – przegonił kolegów i biegł przed wszystkimi, aż czerwone błoto chlupotało w dziurawych trampkach.

Przez resztę tego dnia i do przerwy obiadowej następnego Jess był „najszybszym chłopakiem w trzeciej, czwartej oraz piątej klasie”, a przecież chodził zaledwie do czwartej. We wtorek wygrał jak zwykle Wayne Pettis. Ale Wayne Pettis przeszedł już do szóstej klasy i w tym roku razem z innymi starszymi chłopakami w pierwszym półroczu będzie grał w piłkę nożną, a w drugim – w baseball. Teraz każdy ma szansę, żeby zostać najszybszym biegaczem, i – na rogaty łeb Panny Bessie! – zostanie nim Jess Oliver Aarons, junior.

Jess jeszcze energiczniej zamachał rękami i zwrócił głowę ku odległemu ogrodzeniu. Wyobrażał sobie, że słyszy, jak chłopcy z trzeciej klasy okrzykami zachęcają go do biegu. Będą za nim łazili jak za jakimś piosenkarzem, a May Belle pęknie z dumy. Jej brat jest najszybszy, najlepszy. To powinno dać smarkaczom z pierwszej klasy do myślenia.

Nawet tata będzie z niego dumny. Jess skręcił w rogu pastwiska. Nie mógł już biec tak szybko jak na początku, jednak nie rezygnował – trenował kondycję. May Belle opowie o wszystkim ojcu, więc nie wyjdzie na to, że Jess się przechwala. Może nawet tata będzie tak zadowolony, że zapomni o zmęczeniu spowodowanym długą jazdą tam i z powrotem do Waszyngtonu, o całodziennej ciężkiej pracy. Będą się mocowali na podłodze, tak jak kiedyś. Tata zdziwi się, kiedy zobaczy, jaki Jess jest silny.

Ciało chłopca błagało o odpoczynek, ale Jess się nie poddawał. Nie ulegnie tylko z tego powodu, że jego klatka piersiowa jest ciągle jeszcze szczupła i wąska. Tu rządzi jego wola!

 

– Jess! – to May Belle wrzeszczała zza sterty śmieci. – Mama kazała, żebyś przyszedł na śniadanie. Później wydoisz krowę.

O, do diabła! Za długo biegał. Teraz wszyscy będą się z niego wyśmiewali.

– Dobra, już idę.

Zawrócił, nie przerywając biegu, i ruszył w stronę sterty śmieci. Utrzymując rytm, przelazł przez ogrodzenie, przez śmietnisko, szturchnął May Belle („Nooo...”) i truchcikiem pobiegł do domu.

– No, proszę, proszę, patrzcie na naszego olimpijczyka – powiedziała Ellie, z rozmachem stawiając na stole dwie filiżanki, tak że rozlała trochę mocnej czarnej kawy. – Spocony jak kulawy muł.

Jess szybko odgarnął z czoła wilgotne włosy i opadł na drewnianą ławkę. Nasypał do swojej filiżanki dwie czubate łyżeczki cukru, a potem głośno siorbnął, uważając przy tym, żeby gorący płyn nie poparzył mu ust.

– Oj, mamo, on śmierdzi. – Brenda złapała się za nos; jej mały palec był wytwornie odgięty. – Każ mu się umyć.

– Chodź tu i umyj się – rzuciła matka, nie podnosząc oczu znad kuchenki. – I pospiesz się. Kasza już się przypala.

– Oj, mamo, znowu ta kasza – jęknęła niezadowolona Brenda.

Ależ był zmęczony. Bolały go wszystkie mięśnie.

– Słyszałeś, co powiedziała mama? – zawołała Ellie.

– Mamo, ja nie wytrzymam! – to znowu Brenda. – Niech zabierze z ławki to swoje brudne ciało.

Jess ciężko położył głowę na drewnianym stole.

– Jess! – Matka spojrzała wreszcie w jego stronę. – Umyj się i włóż koszulę.

– Dobrze, mamo.

Powlókł się do zlewu. Woda, którą oblał twarz i ramiona, szczypała jak lód. Rozpalona skóra kurczyła się pod dotknięciem zimnych kropli. May Belle przyglądała mu się, stojąc w drzwiach kuchni.

– Przynieś mi koszulę, May Belle.

Spojrzała na niego, jakby chciała odmówić, ale powiedziała:

– Nie powinieneś bić mnie po głowie. – I posłusznie poszła po koszulkę.

Niezła dziewczyna ta May Belle. Joyce Ann do tej pory by płakała, gdyby to ją stuknął. Czterolatki to prawdziwe nieszczęście.

– Jest mnóstwo rzeczy, które koniecznie trzeba zrobić do obiadu – oświadczyła matka, kiedy kończyli kaszę z sosem mięsnym (pochodziła z Georgii i gotowała tamtejsze potrawy).

– Oj, mamooo! – pisnęły zgodnie Ellie i Brenda.

Te dziewczyny potrafiły wymigiwać się od pracy szybciej niż wymykający się z rąk pasikonik.

– Mamo, obiecałaś, że możemy z Brendą pojechać do Millsburga po szkolne zakupy.

– Nie macie pieniędzy na żadne zakupy.

– Mamo, pooglądamy sobie wystawy! – Jess marzył, żeby Brenda przestała tak zawodzić. – Niedługo święta. Czy nie należy nam się nijaka rozrywka?

– Raczej jakaś rozrywka – poprawiła ją pedantycznie Ellie.

– Zamknij się!

Ellie nie zwróciła na nią uwagi. Powiedziała do matki:

– Pani Timmons przyjedzie tu po nas samochodem. A ja mówiłam Lollie już w niedzielę, że się zgadzasz. Nie będę teraz do niej dzwonić, aby powiedzieć, że zmieniłaś zdanie.

– No, dobrze, dobrze. Ale nie mam skąd wziąć pieniądze.

„Skąd wziąć pieniędzy” – szepnęło coś w głowie Jessa.

– Wiem, mamo. Weźmiemy tylko te pięć dolarów, co tato nam obiecał. Nic więcej.

– Jakie pięć dolarów?

– Och, mamo, przecież pamiętasz! – Głos Ellie był słodszy od rozpuszczonej czekoladki. – W zeszłym tygodniu tato mówił, że my dwie będziemy mogły kupić sobie coś nowego do szkoły.

– Dobrze już, masz – powiedziała ze złością matka, sięgając na półkę nad kuchenką po zniszczoną plastikową portmonetkę. Odliczyła pięć wymiętych banknotów.

– Mamo – zajęczała znów Brenda – daj nam jeszcze dolara. Będziemy miały po trzy każda.

– Nie!

– Mamo, za dwa pięćdziesiąt nic nie można kupić. Zeszyty podrożały o...

– Nie!

Ellie wstała z hałasem i zaczęła zbierać ze stołu.

– Dziś ty zmywasz, Brenda – powiedziała głośno.

– Oj, Ellie...

Ellie dziobnęła ją łyżką. Jess dostrzegł spojrzenie, jakie rzuciła Brendzie, która natychmiast przestała zawodzić swymi uszminkowanymi ustami. Była wprawdzie głupsza od Ellie, ale nawet ona wiedziała, że z matką nie można przeciągać struny.

Jak zwykle cała robota została dla Jessa. Matka nigdy nie kazała młodszym dziewczynkom pomagać, choć Jessowi udawało się czasem namówić do pomocy May Belle. Jess położył znów głowę na stole. Wykończyło go całkiem to dzisiejsze bieganie. Jednym uchem usłyszał warkot starego buicka Timmonsów („Za mało oleju” – powiedziałby ojciec, gdyby tu był) i wesoły gwar głosów za drzwiami, kiedy Ellie i Brenda wciskały się pomiędzy siódemkę Timmonsów.

– No, Jesse, rusz się, leniuchu. Panna Bessie pewnie już powłóczy wymionami po ziemi. Jak ją wydoisz, nazrywasz fasoli.

Leniuch. To niby on był tym leniuchem! Pozwolił swej ciężkiej głowie jeszcze na minutę odpoczynku.

– Jess-see!

– Dobrze, mamo. Już idę.

*

To May Belle przyszła do niego, kiedy zrywał fasolę, i powiedziała mu, że ktoś się wprowadza na sąsiednią farmę starego Perkinsa. Jess odgarnął włosy i zmrużył oczy. To prawda. Przy drzwiach stał duży wóz meblowy. Taki z przyczepą. Ci ludzie mieli kupę gratów. Nie pobędą tu długo. Dom Perkinsa był jednym z tych zniszczonych starych wiejskich domów, do których człowiek wprowadza się, kiedy nie ma nic porządnego, i wyprowadza, jak tylko trafi mu się coś lepszego. Znacznie później Jess dziwił się nieraz, że oto był świadkiem czegoś, co dla niego stało się początkiem niezwykłej sprawy, a co potraktował wtedy tak obojętnie.

Wokół spoconej twarzy i ramion krążyły stada much. Wrzucił fasolę do wiadra i upchnął ją dłońmi.

– Podaj mi koszulę, May Belle.

Ochrona przed muchami była teraz znacznie ważniejsza niż jakiś tam wóz meblowy. May Belle pobiegła do końca grządki i podniosła rzuconą tam wcześniej koszulkę. Wróciła, trzymając ją daleko przed sobą w dwóch palcach.

– Uuuch, śmierdzi – powiedziała tonem Brendy.

– Zamknij się! – warknął i wyrwał jej koszulę.

Rozdział 2.
Leslie Burke

O siódmej Ellie i Brendy jeszcze nie było. Jess zerwał resztę fasoli i pomógł matce w pakowaniu jej do słoików. Zawsze robiła przetwory, gdy było okropnie gorąco, i całe to gotowanie przemieniało kuchnię w piekło. Matka była w złym humorze, krzyczała na Jessa, a teraz czuła się zbyt zmęczona, żeby przygotować kolację.

Jess zrobił kanapki z masłem orzechowym dla małych i dla siebie i wszyscy troje wyszli jeść na dwór, bo w kuchni było wciąż gorąco, a zapach gotowanej fasoli przyprawiał o mdłości.

Wóz meblowy w dalszym ciągu stał przed domem Perkinsa, ale nie było widać, żeby ktoś się tam kręcił. Widocznie skończyli wyładowywać rzeczy.

– Chciałabym, żeby tam była jakaś sześcioletnia albo siedmioletnia dziewczynka – powiedziała May Belle. – Miałabym się z kim bawić.

– Masz przecież Joyce Ann.

– Nie cierpię Joyce Ann. To przecież jeszcze dziecko.

Joyce Ann otworzyła buzię. Jess i May Belle obserwowali jej drżące wargi. Pękate ciałko dziewczynki zatrzęsło się i Joyce Ann wybuchnęła płaczem.

– Kto tam drażni się z dzieckiem? – zawołała matka zza drzwi.

Jess westchnął i wetknął resztkę chleba w otwarte usta Joyce Ann. Otworzyła szeroko oczy i zacisnęła szczęki na niespodziewanym prezencie. Może będzie przez chwilę spokój.

Jess wszedł do domu, cicho zamykając za sobą drzwi, i prześlizgnął się za plecami matki, która huśtała się w bujanym fotelu i oglądała telewizję. Wszedł do pokoju, który zajmował razem z młodszymi siostrami, sięgnął pod materac, wyciągnął swój blok i kredki, położył się na brzuchu na łóżku i zaczął rysować.

Jess rysował tak, jak niektórzy ludzie piją alkohol. Poczucie ulgi przechodziło od głowy pełnej niespokojnych myśli i przenikało całe zmęczone i napięte ciało. Uwielbiał rysować, zwłaszcza zwierzęta. Nie takie zwykłe, jak Panna Bessie czy kury, lecz zwariowane zwierzęta z jakimiś problemami; nie wiedzieć czemu, Jess lubił rysować zwierzęta w dziwacznych sytuacjach. Teraz narysował hipopotama, który właśnie spadał ze skały, obracając się w powietrzu – oznaczały to spiralne kreski – w kierunku morza, gdzie zdumione ryby wyskakiwały w górę z wytrzeszczonymi oczami. Nad hipopotamem, tam gdzie powinna być jego głowa, a faktycznie był ogon, widniał dymek ze słowami: „Och, chyba zapomniałem okularów”.

Jess uśmiechnął się. Jeśli pokaże ten rysunek May Belle, będzie jej go musiał najpierw wytłumaczyć, ale jak już zrozumie, roześmieje się głośno i serdecznie.

Chętnie pokazałby swoje rysunki ojcu, ale nie miał odwagi. Kiedy był w pierwszej klasie, powiedział ojcu, że zostanie malarzem, jak dorośnie. Myślał, że ojciec będzie zadowolony. Niestety, nie był.

– Czego was tam uczą, w tej głupiej szkole? – spytał. – Gromada starych bab, która chce, żeby mój jedyny syn został jakimś...

Nie dokończył, ale Jess zrozumiał. I nie zapomniał tej sceny, choć minęły już cztery lata.

W dodatku żadnemu z nauczycieli nie podobały się jego rysunki. Jak przyłapali go na bazgraniu, zaraz krzyczeli o marnotrawstwie – szkoda czasu, szkoda papieru, szkoda wysiłku. Wszyscy oprócz panny Edmunds, nauczycielki muzyki. Jedynie jej nie bał się pokazywać swoich rysunków, ale ona uczyła w ich szkole dopiero od roku, i to tylko w piątki.

Panna Edmunds była jego wielką tajemnicą – był w niej zakochany. To nie jakieś tam głupie zakochanie, jedno z tych, o których Ellie i Brenda bez przerwy chichotały przez telefon z przyjaciółkami. To było coś prawdziwego, zbyt głębokiego, żeby o tym mówić, nawet nie trzeba za dużo myśleć na ten temat. Panna Edmunds miała długie, rozpuszczone, intensywnie czarne włosy i bardzo niebieskie oczy. Grała na gitarze jak zawodowa gitarzystka i śpiewała miękkim, łagodnym głosem, od którego Jessa aż coś ściskało w środku. Była cudowna. I w dodatku lubiła Jessa.

Pewnego dnia w zeszłym roku podarował jej jeden ze swych rysunków. Po prostu wetknął jej w rękę na przerwie i uciekł. W następny piątek panna Edmunds poprosiła, żeby został na chwilkę po lekcji. Powiedziała, że jest „nadzwyczaj utalentowany” i że ona ma nadzieję, iż Jess się nie zniechęci, lecz będzie nadal wytrwale rysował. Zdaniem Jessa oznaczało to, że uważa go za najlepszego. Jego rodzaj talentu zupełnie nie liczył się ani w szkole, ani w domu, lecz był to jednak prawdziwy talent. Wiedzę o tym przechowywał w sobie głęboko jak ukryty skarb. Był bogaty, bardzo bogaty, ale nikt nie mógł o tym wiedzieć oprócz Julii Edmunds, jego cichej wspólniczki.

– To jakaś hipiska – orzekła matka, kiedy Brenda, która w zeszłym roku była w siódmej klasie, opisała jej dokładnie nauczycielkę muzyki.

Pewno tak było. Jess się nie spierał, ale dla niego panna Edmunds była pięknym dzikim stworzeniem, schwytanym na chwilę w tę starą, brudną, szkolną klatkę, być może przez pomyłkę. Modlił się o to, żeby tylko nigdy się nie uwolniła i nie odleciała. Wytrzymywał w szkole przez cały długi, nudny tydzień w oczekiwaniu na krótkie pół godziny w piątkowe popołudnie, kiedy siadali na wytartym chodniku w pokoju nauczycielskim (w całym budynku nie było innego pomieszczenia, gdzie panna Edmunds mogłaby rozłożyć swoje instrumenty) i śpiewali takie piosenki jak: „Mój śliczny balonik”, „Ta ziemia jest twoją ziemią”, „Odpowiedź przyniesie ci wiatr”, „Żeby wolnym żyć, trzeba sobą być”, a także, ponieważ nalegał na to dyrektor, pan Turner, „Boże, błogosław Ameryce”.

Panna Edmunds grała na gitarze, a dzieciom rozdawała cytrę, trianguły, cymbałki, tamburyn i bębenek. Boże, ależ to był hałas! Pozostali nauczyciele nie cierpieli piątku. Duża część dzieci też sprawiała wrażenie, jakby nie cierpiała lekcji muzyki.

Ale Jess wiedział, że tylko udają. Dzieci pogardliwie prychały: „hipiska” i „pacyfistka”, choć wojna w Wietnamie już się skończyła i znów można było być pacyfistą, oraz wyśmiewały się z tego, że panna Edmunds nie maluje ust i nosi obcisłe dżinsy.

Nauczycielka muzyki była naturalnie jedyną nauczycielką w szkole podstawowej w Lark Creek, która chodziła w spodniach. W Waszyngtonie i jego dziwacznych okolicach, nawet w Millsburgu, nie stanowiło to problemu, lecz Lark Creek było w dziedzinie mody całkowicie zacofane. Mieszkańcy długo nie akceptowali tego, co gdzie indziej, jak widać było choćby w telewizji, zostało już powszechnie przyjęte.

I tak uczniowie podstawówki w Lark Creek siedzieli przez cały piątek w ławkach, a serca waliły im niecierpliwie, gdy słyszeli radosne pandemonium dochodzące z pokoju nauczycielskiego, a później spędzali przeznaczone dla nich pół godziny z panną Edmunds, oczarowani jej niepospolitą urodą i entuzjazmem. Potem wychodzili z lekcji, udając, że za nic mają jakąś tam hipiskę w obcisłych dżinsach i z umalowanymi oczami zamiast ust.

 

Jess nie zabierał głosu. Próba obrony panny Edmunds przed ich niesprawiedliwymi i obłudnymi atakami nic by nie dała. Poza tym ona była ponad tym wszystkim. Głupie zachowanie nie mogło jej dotknąć. Ale korzystał z każdej okazji, żeby w czasie piątkowej lekcji stanąć na chwilę koło niej i posłuchać jej miękkiego i gładkiego jak zamsz głosu, który zapewniał go, że jest „fajnym chłopcem”.

„Jesteśmy do siebie podobni – myślał Jess – ja i panna Edmunds. Piękna Julia”. Sylaby jej imienia przepływały mu przez głowę jak dźwięk gitarowych strun. „Lark Creek nie jest miejscem dla nas”.

– Jesteś takim przysłowiowym nieoszlifowanym brylantem – powiedziała kiedyś nauczycielka, dotykając jego nosa czubkiem palca. Ale to właśnie ona była brylantem świecącym w tej błotnistej, ponurej, brudnoceglastej oprawie.

– Jess-see!

Jess wepchnął blok i kredki pod materac i leżał płasko na łóżku, z mocno bijącym sercem. Matka stanęła w drzwiach.

– Wydoiłeś już?

– Właśnie idę.

Wyminął matkę i chwytając po drodze skopek spod zlewu i stołek zza drzwi, wybiegł, zanim zdążyła go zapytać, co robił w pokoju.

Na wszystkich piętrach domu starego Perkinsa paliły się światła. Zapadł zmierzch. Panna Bessie miała pełne wymiona i kręciła się niespokojnie. Powinien był ją wydoić parę godzin temu. Usiadł na stołku i zaczął ciągnąć; ciepłe mleko z chlupotem wpadało do skopka. Drogą od czasu do czasu przejeżdżała ciężarówka z zapalonymi światłami. Wkrótce wróci tata. Sprytne siostrzyczki też niedługo będą w domu, zawsze potrafiły znaleźć sobie rozrywkę, a cała praca spadała na niego i na matkę. Ciekaw był, co sobie kupiły. Boże, dałby wszystko za nowy blok prawdziwego kartonu i komplet flamastrów, z których kolor spływał na papier tak prędko, jak się o nim myślało. Nie jak te poobgryzane szkolne kredki, które trzeba mocno przyciskać, a zaraz ktoś krzyczy, że je połamiesz.

Pod dom podjechał samochód. To Timmonsowie. Dziewczynom udało się wrócić przed ojcem. Słyszał ich wesołe głosy i trzask zamykanych drzwi. Mama przygotowuje im kolację i kiedy Jess wróci z mlekiem, będą siedziały, śmiejąc się i gadając. Mama zapomni nawet o złości i zmęczeniu. Czasem czuł się ogromnie samotny wśród wszystkich tych kobiet; nawet kogut zdechł, a nowego jeszcze nie kupili. Ojca nie było całymi dniami, od wschodu słońca aż do wieczora – kto miał zrozumieć, co Jess czuje? W soboty i niedziele nie było lepiej. Tato był zmęczony całotygodniową harówką i próbami nadrobienia braków w gospodarstwie, i kiedy nie pracował, po prostu zasypiał przed telewizorem.

– Hej, Jess!

May Belle! Ta dziewczyna nie da człowiekowi nawet pomyśleć w spokoju.

– Czego znów chcesz?

Aż się skurczyła.

– Chciałabym ci coś powiedzieć. – Dziewczynka zwiesiła głowę.

– Powinnaś już być w łóżku – rzucił ze złością, wściekły na siebie za to, że na nią krzyczy.

– Ellie i Brenda wracają do domu.

– Wróciły. Wróciły do domu.

Dlaczego nie może przestać się jej czepiać? Jednakże to, co zamierzała mu powiedzieć, było zbyt ciekawe, aby dała się zbić z tropu.

– Ellie kupiła sobie przezroczystą bluzkę i mama dostała szału.

„Świetnie” – pomyślał.

– Nie ma się z czego cieszyć – powiedział do May Belle.

Z-zgrzyt, z-zgrzyt, z-zgrzyt.

– Tata! – krzyknęła May Belle z zachwytem i pobiegła w stronę drogi.

Jess patrzył, jak tata zatrzymuje ciężarówkę, przechyla się, powoli odblokowuje drzwi, żeby May Belle mogła wspiąć się do kabiny. Jess odwrócił się. Szczęśliwa dziewczyna. Mogła podbiec do ojca, przytulić się, pocałować go. Jessa bolało coś w środku, kiedy widział, jak ojciec po kolei bierze młodsze siostry na ręce albo schyla się, żeby je uściskać. Wydawało mu się, że ojciec zawsze uważał, jakoby jego syn był za duży na takie rzeczy, i to już od dnia, kiedy się urodził.

Kiedy skopek był pełen, Jess klepnął Pannę Bessie, żeby się przesunęła. Potem wziął stołek pod pachę i ostrożnie ruszył z ciężkim skopkiem, aby nie uronić ani kropli.

– Nieźle się dziś spóźniłeś z dojeniem, co, synu?

I były to jedyne słowa, jakie ojciec wypowiedział bezpośrednio do niego przez cały wieczór.

*

Następnego dnia rano o mało nie zrezygnował z codziennego biegania. Słyszał warkot oddalającej się ciężarówki ojca, ale nawet nim się całkiem rozbudził, czuł, że jest okropnie zmęczony. Jednakże kiedy tylko otworzył oczy, zobaczył, że May Belle, wsparta na łokciu, patrzy na niego z uśmiechem.

– Nie idziesz biegać? – spytała.

– Nie – powiedział, odrzucając nakrycie. – Idę latać.

Ponieważ był bardziej zmęczony niż zazwyczaj, musiał włożyć w trening więcej wysiłku. Udawał, że Wayne Pettis biegnie przed nim i że musi go dogonić. Stopy waliły w nierówną ziemię, ramiona latały coraz szybciej.

– Uważaj, Wayne – syknął przez zęby. – Zaraz cię dogonię. Nie wygrasz ze mną.

– Jeśli tak się boisz krowy – usłyszał czyjś głos – to dlaczego nie przeskoczysz przez ogrodzenie?

Jess znieruchomiał w powietrzu jak obraz zatrzymany w telewizorze i odwrócił się, niemal tracąc równowagę, żeby popatrzeć na kogoś, kto siedział na płocie w pobliżu domu starego Perkinsa, machając bosymi, opalonymi nogami. Osoba miała strzępiaste, krótkie, brązowe włosy i była ubrana w niebieski podkoszulek i wytarte dżinsy obcięte przy kolanach. Jess nie miał pojęcia, czy to chłopak, czy dziewczyna.

– Cześć – powiedziała osoba, wskazując głową w kierunku domu Perkinsa. – Właśnie się wprowadziliśmy.

Jess stał wciąż w tym samym miejscu, patrząc przed siebie. Osoba zeskoczyła z płotu i podeszła do niego.

– Moglibyśmy zostać przyjaciółmi – zaproponowała. – Jesteśmy najbliższymi sąsiadami.

To dziewczyna, pomyślał. Na pewno dziewczyna, ale nie potrafiłby wyjaśnić, skąd ta pewność. Była mniej więcej jego wzrostu, choć – jak stwierdził z zadowoleniem, kiedy podeszła bliżej – jednak trochę niższa.

– Nazywam się Leslie Burke.

Nawet imię miała takie, że mogło być i męskie, i żeńskie, ale był pewien, że to dziewczyna.

– Co się stało?

– Co?

– Stało się coś?

– Tak. Nie. – Wskazał kciukiem na własny dom, później szybko odgarnął włosy z czoła. – Jess Aarons.

Wprawdzie była to wymarzona przez May Belle dziewczyna, ale w nieodpowiednim wieku.

– No, to dobra – kiwnął jej głową. – Do zobaczenia.

Zawrócił w stronę domu. Dalsze bieganie nie miało już sensu. Raczej wydoi Pannę Bessie i będzie miał to z głowy.

– Hej! – Leslie z przechyloną głową i rękami na biodrach stała na środku pastwiska. – Dokąd idziesz?

– Mam robotę! – zawołał przez ramię. Kiedy później wrócił ze skopkiem i ze stołkiem, już jej nie było.