Oblężenie

Tekst
Z serii: Feliks Corvus #2
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

17

Blask ognia lśnił na setkach żelaznych umb tarcz wojowników ustawionych między nami a naszym ocaleniem.

– Pamiętasz drogę do transzei? – zapytał Malchus szeptem.

Pamiętałem. To była jedyna szansa, żeby się przemknąć obok wroga, chociaż nie liczyłem zbytnio na to, że nasze ruchy pozostaną niedostrzeżone. Przeciwnicy byli pewni, że zabezpieczyli rowy, i w ciasnocie zygzakującej transzei musielibyśmy uderzyć na nich frontalnie, licząc na to, że nad naszymi głowami nie pojawią się włócznicy, którzy by dźgali nas jak ryby.

Zawróciliśmy ku gęstwie namiotów. Pożar opanowywano. Musieliśmy wykorzystać resztki powodowanego przezeń zamieszania, póki jeszcze mogliśmy to zrobić.

– Po prostu zasuwajcie – polecił Malchus.

– Zaraz! – uparł się Brando. Nie czekając na zgodę, zanurkował do wnętrza namiotu. Wysoko nastrojone błaganie, które dobiegło z wnętrza, zakończyło bulgotanie. Brando wyłonił się chwilę później, w rękach miał zakrwawiony miecz i opończe.

– Mądry chłopak. – Malchus się uśmiechnął, biorąc jedno okrycie.

Narzuciłem na ramiona drugie.

– Możesz poprowadzić? – zapytałem Batawa. Zapewniał nam teraz najlepszą możliwość poruszania się po obozie.

Skinął zdecydowanie głową i ruszyliśmy szybko; w blasku płomieni była widoczna wznosząca się skarpa zewnętrznych umocnień ziemnych.

Kiedy się zbliżyliśmy, ujrzeliśmy kilku samotnych wojowników kroczących po tym podwyższeniu, ale nikt nie zwrócił uwagi na trzy postacie w opończach idące śmiało w kierunku wejścia do wykopu.

Zeskoczyliśmy w błoto. Zapach wilgotnej ziemi wypełnił mi nozdrza. Ściany rowu tłumiły dźwięki, chaos panujący w obozie ścichł natychmiast.

– Robiłeś to wcześniej? – zapytał mnie Malchus.

– Tak.

– Pilnuj lewej strony. Ja się zajmę prawą.

Posłuchałem go i trzymałem się blisko ziemnej ściany, podczas gdy Malchus posuwał się pół kroku za mną, na mojej flance. Brando szedł za nami tyłem, osłaniając nas i wyglądając od czasu do czasu sponad krawędzi transzei, żeby sprawdzić, czy nie pakujemy się w pułapkę, jak węgorze do wiklinowego kosza.

Dotarliśmy do pierwszego zakrętu. Wykop skręcał w prawo, co lokowało mnie po odsłoniętej stronie. Gdyby w cieniu czaił się wojownik, ujrzałby mnie wcześniej i zaatakował. Malchus, blisko z prawej, miałby tylko moment, żeby zadać cios, gdyby ktoś ruszył na mnie, i odsłoniłby się przy tym z boku. Kiedy rów skręci w lewo, nasze role się odwrócą. Chwilowe wahanie któregoś z nas skazałoby tego drugiego na śmierć.

Pierwszy przeciwnik, którego spotkaliśmy, wznosił nadal swój oręż, gdy Malchus ciął go mieczem w gardło. Minąłem szybko powalonego, oczy jego towarzysza błyszczały szeroko otwarte z przerażenia, zanim wbiłem mu ostrze w serce. Miecz wszedł głęboko; postawiłem stopę na piersi wojownika, żeby wyciągnąć klingę z zasysającego ją ciała, powietrze syknęło, gdy wreszcie mi się to udało.

Szliśmy dalej. Centymetr za centymetrem, z wyschniętymi ustami, z walącymi sercami. Oczy przywykły do mroku, ale widoczność nadal wynosiła tylko metry.

Następny zakręt w prawo wziąłem szeroko. Nastąpił krótki błysk, z jakim ostrze topora przeleciało mi obok głowy i zaryło się w ziemi. Potem rozległ się skowyt, gdy mój miecz znalazł kiszki i krew trysnęła na brodę wojownika.

To był w istocie wrzask.

Moment później rozległy się krzyki na trwogę.

– Kurwa mać! – zaklął Malchus. – Z rowu! Jazda!

Posłuchaliśmy go, Brando podepchnął mnie w górę, poza obręb transzei, po czym się odwróciłem, żeby go z niej wyciągnąć. Dowódca wyskoczył samodzielnie, zgrabnie jak rasowy rumak.

Wydostaliśmy się na tyły wysuniętej linii wrogów, ale tylko nieznacznie dalej, i wojownicy ruszyli teraz na nas z ciemności, obiecując krzykiem zemstę i śmierć.

– Biegiem! Do fortu! – wrzasnął Malchus.

I tak po raz drugi Brando i ja uciekaliśmy z germańskiej transzei. Tej nocy wrogowie nie zamierzali dać nam uciec bez pościgu.

Przynajmniej, kurwa, niektórzy z nich. Wyobrażałem sobie, że to ci najmłodsi i najbardziej zawzięci, skorzy, żeby się wyróżnić, i zdecydowani zetrzeć nieco upokorzenie, jakiego plemiona doznały dzisiejszego dnia. Dwaj wysforowali się przed całą grupę jak gepardy, ostrza toporów błyskały, gdy ramiona wojowników poruszały się miarowo w biegu.

– Nie zatrzymujcie się! – polecił nam Malchus, zanim zwrócił się przeciwko wrogom.

Dwaj Germanie byli świetnymi biegaczami, ale to przestało się liczyć, gdy zbliżyli się do Malchusa, który dysponował szybkością tego, co miało znaczenie: swojego uzbrojonego w miecz ramienia. Usłyszałem krzyki wrogów, ale nie przystanąłem, żeby się obejrzeć. Nie zatrzymam się, obiecałem sobie. Nie zatrzymam.

Ale mój organizm chciał inaczej.

Nogi się pode mną ugięły.

Zwaliłem się ciężko na ziemię, głowa odbiła się od podłoża. Brando momentalnie się zatrzymał i odwrócił, chcąc mi pomóc, a Malchus gnał ku nam, mając za plecami wrogów depczących mu po piętach.

– Wstawaj! – wrzasnął. – Biegnij dalej!

Próbowałem, Brando stękał, ciągnąc mnie za tunikę, ale zdobyłem się zaledwie na jeden krok, zanim nogi zawiodły mnie ponownie. Wszystkie kilometry, wszystkie obrażenia dopadły mnie w tej chwili, żeby skazać na śmierć pod ścianami fortu.

– Biegnij – poprosiłem Branda.

Nie zrobił tego.

Malchus zjawił się obok nas. Jego spojrzenie miotało się między nami a wrogami.

– Mniej niż dziesięć oddechów, a będą przy nas.

– Wiem, panie. – Walczyłem o oddech. Jak rozkazał Malchus, zginę z własnej ręki. Nie będę zabawką Germanów. – Skończę ze sobą – obiecałem mu.

– Zamknij się i ruszaj! – ryknął na mnie.

Próbowałem, kurwa, naprawdę się starałem, ale dotarłem do końca mojej drogi, więc padłem na wznak, skierowałem czubek miecza w stronę gardła i przycisnąłem go, modląc się o siłę, żeby pchnąć ostrze, zanim pochwycą mnie wrogowie.

– Uciekajcie – poprosiłem, gotując się na koniec. – Uciekajcie! – warknąłem.

Nie posłuchali.

I wtedy z nieba spadł ogień.

18

Oczy miałem zamknięte. Wyobrażałem sobie ogniste strzały, które mknęły nade mną po niebie, gdy Malchus i Brando chwycili mnie za tunikę i wlekli jak trupa ku ścianie fortu. Tam usiłowałem stanąć na własnych nogach, ale kończyny się zbuntowały, nie słuchając najprostszych poleceń. To mnie nie skazywało na śmierć, gdyż wspaniały pokaz siły na niebie zniechęcił ścigających nas Germanów, którzy nie niepokoili nas, gdy opuszczono liny, a ja zostałem związany jak cielak, wciągnięty na górę i zaniesiony do pomieszczenia drużyny w koszarach.

Obudziłem się za dnia i ujrzałem wpatrzone w siebie trzy pary oczu: Folchera, Branda i Kikuta.

– Ty głupia cipo – mruknął Rzymianin.

Poszukałem wzrokiem Branda.

– Dziękuję ci.

Bataw wzruszył ramionami.

– Powinieneś coś zjeść – powiedział nalegająco jego towarzysz.

Pokręciłem głową. Po ściągniętej skórze poznałem, że jestem umazany zaschniętą krwią. Chciałem ją z siebie zmyć. Ssący głód w żołądku mógł poczekać.

– Wydajecie się szczęśliwi? – zapytałem ostrożnie Batawów, podniósłszy się.

Stali obok mnie, żeby mi pomóc, gdybym osłabł, i rozpromienili się ze względu na informacje, które mieli do przekazania.

– Wypad się powiódł! – wykrzyknął Brando. – Ludzie Arminiusza ścinają wszystkie drzewa w okolicy.

– I transportują je w tamtą stronę – dodał Folcher, wskazując w dal. – Nie w naszym kierunku.

– Ilu wróciło? – zapytałem.

– Prawie wszyscy, prócz dwunastu – odparł Brando ze wzruszeniem ramion.

Nie był bezduszny. Ludzie ginęli w walce, a tuzin umarł minionej nocy, żeby przedłużyć życie setek innych, zamkniętych w forcie. W kategoriach ekonomiki walki to była korzystna wymiana.

– Mam nadzieję, że stało się to szybko – powiedział ponuro Folcher.

Brando wyjaśnił mi, że centurion H. zwolnił dzisiaj naszą drużynę ze służby oraz że niebawem dołączy do nas kilku ludzi, gdy zostaną zwolnieni z lazaretu. Poleciłem towarzyszom, żeby czekali na mnie w koszarach, a sam poszedłem na poszukiwanie najbliższej studni.

Łatwo było ją znaleźć, gdyż dziesiątki cywilów chodziło z wiadrami ku umocnieniom i z powrotem. Napełniali wodą różnorakie pojemniki, od beczek po winie po dzbany, ustawione pod ścianami fortu. Jeśli Arminiusz sam postanowi zastosować podstęp i usunięcie drewna było zmyłką przed wykorzystaniem go do zaatakowania warowni, to prefekt Cedycjusz zrobi, co w jego mocy, żeby ugasić płomienie. Żołnierze na wieży strażniczej lali wodę na ściany fortu, by belki wrót namokły.

Widząc takie przygotowania, spodziewałem się, że będę musiał odczekać swoje w kolejce do studni. Nie wziąłem jednak pod uwagę mojego wyglądu, a kiedy cywile ujrzeli wśród siebie zakrwawioną i ubłoconą postać, odsunęli się szybko na bok, ze wzrokiem wbitym w ziemię albo przyciąganym nieodparcie przez historię wymalowaną na mojej skórze.

Wcześniej zamierzałem się umyć bezpośrednio przy studni, ale teraz pojąłem, że to by opóźniło forteczne przygotowania. Krew na ramionach tworzyła grubą warstwę, włosy miałem od niej matowe i wiedziałem, że szybko się jej nie pozbędę. Potrzebowałem kubła, żeby odejść w spokojne miejsce, więc rozejrzałem się w jego poszukiwaniu.

– Masz – zaproponował ktoś.

– Dziękuję – odpowiedziałem, biorąc wiadro z rąk młodej kobiety. Miała może dwadzieścia lat, jej akcent i blond włosy zdradzały germańskie pochodzenie. Twarz była nijaka, ale oczy błyskały najczystszym błękitem; przypominały mi ojczyste morze. Sprawiły, że się odezwałem: – Nie musisz tego zanieść pod ścianę fortu?

 

– Mogę zaczekać – odpowiedziała, przyglądając mi się z czymś więcej niż tylko z zainteresowaniem.

Zastanowiłem się, o co może chodzić, gdyż w jej zachowaniu wyczuwałem coś bardziej naglącego od chorobliwej fascynacji zabójcą.

– Uciekłeś od Arminiusza – powiedziała. – Widziałam, jak wciągali was do fortu.

– Owszem.

– Chciałabym cię o coś zapytać, jeśli mogę.

Zastanowiła mnie jej ciekawość, ale wzruszyłem ramionami.

– Jasne. Przejdźmy tam. Stoję ludziom na drodze.

To było kłamstwo. Miałem po prostu dość ich gapienia się. Po błysku błękitnych oczu dziewczyny poznałem, że to zrozumiała.

– Jak masz na imię? – zapytałem ją.

– Linza.

– Feliks – przedstawiłem się, a potem zacząłem szorować skórę, zmywając z niej krew. Pomyślałem, że wiem, dlaczego dziewczyna chce ze mną rozmawiać, uprzedziłem więc jej pytanie, czując się nagle niezręcznie z powodu jej zainteresowania.

– Znasz kogoś, kto był w naszej armii? – domyśliłem się.

– Mój mąż. Jest Batawem.

– Imię?

– Gildo. Czwarta kohorta.

Pokręciłem głową.

– Przykro mi, nigdy nie spotkałem nikogo o tym imieniu, ale dwaj ludzie, którzy przybyli ze mną, są Batawami. Mogę cię do nich zaprowadzić, jeśli chcesz z nimi porozmawiać.

Barki opadły jej niemal niezauważalnie.

– Już to zrobiłam.

– Przykro mi.

Następne słowa dziewczyny mnie zaskoczyły.

– Mam nadzieję, że nie żyje – powiedziała. Widząc moje spojrzenie, poczuła się zmuszona wyjaśnić: – Lepiej zginąć, niż być niewolnikiem. To, co tamci robią… Modlę się, żeby nie żył.

Nie mogłem wiele powiedzieć, żeby ją pocieszyć. Miała rację. I jaki użytek z kojących słów człowieka, który zmywa krew ze swoich rąk?

– Dziękuję. Pójdę już – dodała, chociaż nie zrobiła żadnego ruchu, żeby odejść, a jej słowa zawisły jak pytanie.

Przyszedłem do studni w poszukiwaniu samotności, ale łagodna kobieca obecność nie przypominała niczego, czego doświadczyłem od czasów Panonii, i głos w mojej głowie szeptał, że powinienem się cieszyć tą chwilą, póki trwa. Alternatywą było towarzystwo mojego własnego pokręconego umysłu albo mężczyzn w baraku: ludzi drogich mi, lecz z całą pewnością brzydszych i gorzej pachnących od tej kobiety.

– Mogłabyś mi pomóc zaczerpnąć więcej wody? – poprosiłem.

– Tak.

Usłyszałem ulgę w jej odpowiedzi; chciała ucieczki od rzeczywistości równie mocno jak ja. Być może moglibyśmy dać sobie nawzajem króciutkie wytchnienie od naszych egzystencji.

I wtedy zjawił się Arminiusz.

Pierwszym ostrzeżeniem było nawoływanie z pomostu. Nastrój cywilów zmienił się momentalnie, przechodząc od pewności siebie do zalążków paniki. Bez słowa włożyłem wiadro w ręce dziewczyny i ruszyłem ku umocnieniom. Chciałem biec, ale bolesne wspomnienie zapaści było świeże. Jestem dumnym sukinsynem, zrozumiałem wtedy. To nie myśl o śmierci dokuczała mi w polu tak mocno, tylko świadomość, że swoją słabością naraziłem życie towarzyszy, którzy musieli mnie dźwigać.

Dojście do zachodniej ściany zajęło mi trochę czasu. Zanim tam dotarłem, pomost bojowy był zatłoczony przez niemających służby żołnierzy, którzy dołączyli do tych na warcie.

– Wracajcie, kurwa, na swoje pozycje! – usłyszałem ryk Malchusa. – To nie pierdolony teatr! Wracać na stanowiska i czekać na rozkazy. Ruszać się!

Wysoki mężczyzna miał wściekłość wypisaną na twarzy i żołnierze rozbiegli się szybko, poganiani jego słowami. Malchus był bystry i nie chciał, żeby Arminiusz ściągnął wszystkie nasze spojrzenia w jedno miejsce, co pozostawiłoby odsłonięte inne strony fortu.

Odwracałem się, żeby odejść, kiedy dowódca zagrzmiał ponownie:

– Feliksie! – Zamaszysty gest ramienia stanowił zaproszenie, żebym się do niego przyłączył. – Nie musisz być tutaj i w tym uczestniczyć – mruknął, gdy zasalutowałem mu na umocnieniach. – Skoro jednak jesteś, dam ci wybór.

Zastanowiłem się nad jego słowami, a potem wyjrzawszy ponad ścianą warowni na pola, zrozumiałem aż za dobrze: Arminiusz przyszedł, i to nie sam. Obok niego klęczeli na ziemi trzej rzymscy żołnierze.

– Moi ludzie – syknął Malchus.

Nie cała dwunastka z naszej grupy wypadowej poległa. Teraz, zaledwie kilka metrów poza zasięgiem łuków, umrą powolną śmiercią na naszych oczach.

Usłyszałem stukot ćwieków, odwróciłem się i ujrzałem prefekta Cedycjusza w towarzystwie niewielkiej grupy jego sztabu.

– Świnia – rzucił weteran przez zaciśnięte usta. – Ten drań to świnia. – Potem zauważył, że mu się przyglądam, i stał się bardziej dowódcą, a mniej człowiekiem. – Malchus opowiedział mi, czego dokonałeś zeszłej nocy. Nie mam wakatu na stanowisku oficera, ale porozmawiamy, kiedy się pojawi.

Propozycja promocji odbiła się ode mnie jak deszcz od marmuru. Moim celem było przetrwanie, a nie drabina awansu.

Po chwili na opanowanie się i przyjęcie racjonalnej postawy Malchus zwrócił się do swojego przełożonego:

– Panie, pozwól mi wyjść. Pozwól mi wyzwać tę cipę, jeden na jednego.

Cedycjusz pokręcił głową.

Malchus naciskał:

– Panie, mogę go załatwić.

– A jeśli jego ludzie po prostu cię zabiją?

Malchus nie dawał się odwieść od pomysłu.

– Wtedy Arminiusz pokaże, że jest zwykłym tchórzem, i straci poparcie. Umrę za to.

– Nie mogę pozwolić, żebyś za to umierał, Malchusie.

Pierwszy krzyk rozbrzmiał na równinie.

– Proszę, panie – błagał Malchus.

– Barbarzyńcy są na zewnątrz, Malchusie, nie tutaj – wyjaśnił Cedycjusz, kręcąc smutno głową. – Nie możemy się zniżać do ich poziomu.

Podejrzewałem, że prefekt po prostu nie chce stracić swojego najlepszego żołnierza, zyskując w zamian tak niewiele. Malchus byłby groźny w pojedynku, ale jeszcze groźniejszy pozostawał za ścianami fortu, planując śmierć wroga na obwałowaniach i w fosie.

Długi lament przerwał odpowiedź Malchusa. Zaryzykowałem rzut oka w kierunku skazanych mężczyzn i pożałowałem tego. Ręce legionisty były przytroczone liną do siodła wierzchowca. Nogi były przywiązane do innego konia. Zwierzęta chłostano, żeby ciągnęły w przeciwne strony, i tak mężczyzna był rozrywany.

Malchus się odwrócił, oczy miał pełne ognia i wściekłości.

– Feliksie, zejdź na dół – rozkazał. – Idź do swojej drużyny.

Byłem szczęśliwy, mogąc go posłuchać; po kilku pierwszych krokach na ziemi kręciło mi się w głowie. Zdawało się, że obraz człowieka i wierzchowców jest wypalony w moich gałkach ocznych i mnie nie opuści. Czując zawroty głowy, usiadłem, opierając się o ścianę fortu. Widziałem Cedycjusza, który schodził z pomostu, ale Malchus pozostał na nim, nieruchoma statua, gdy ciało jeńca się poddało i wrzaski w końcu ucichły, a tłum Germanów wydał okrzyk radości.

Poczułem w gardle smak żółci. Metry dzieliły mnie od podobnego losu. Gdyby Brando i Malchus mnie zostawili, to czy miałbym rzeczywiście dosyć odwagi, żeby odebrać sobie życie, czy też najbardziej wątła nadzieja by sprawiła, że wpadłbym ponownie w ręce wroga?

– Sądziłem, że będziesz tutaj – rozległ się czyjś głos, a ja otworzyłem oczy.

Kikut.

– Dlaczego to sobie robisz, draniu? Myślisz, że przyjdzie z tego coś dobrego? Umrzemy wszyscy, Feliksie. Przestań żyć z ostrzem na gardle.

– Pomożesz mi wstać?

Mój towarzysz wyciągnął rękę i pomógł mi się podnieść.

– Przynajmniej jesteś czysty – wymamrotał.

– Spotkałem dziewczynę przy studni. – Z jakiegoś powodu czułem się zmuszony mu to powiedzieć.

Kikut spojrzał na mnie innym wzrokiem.

– Wiesz, że to pierwszy raz, kiedy w ogóle wspomniałeś o kobiecie?

Wzruszyłem ramionami.

– Co się stało?

– Arminiusz.

– Ha! Szyki pomieszane przez Germanina. Ta pizda jest naprawdę mistrzem strategii.

– Szukała swojego męża. Batawa.

– Och! To ta! Przyszła do koszar. Nieźle się bzyka.

Wpadłem w jego pułapkę, moje oczy zdradziły zazdrość.

– Ty miękki fiucie! – zarechotał Kikut. – Zjawiła się po prostu, zadała kilka pytań, rozpłakała się, a potem sobie poszła. Powiedziałbym, że przypuszczalnie osiągnęła taki sam rezultat jak z cielesnego obcowania z tobą.

– Cieszę się, że znowu jesteś sobą.

– Stałem się nawet lepszy – zapewnił mnie przyjaciel, gdy krzyki odbijały się echem między umocnieniami – bo zaakceptowałem to, że umrzemy tutaj, Feliksie. I szczerze mówiąc, kiedy się z tym pogodzisz, wszystko wydaje się w porządku. Nawet ta kurewska zupa smakuje jak niebo w gębie.

– Potrzebujesz dłuższego odpoczynku.

Szliśmy w milczeniu. Wiedziałem, że dobry humor mojego towarzysza nie potrwa długo. Widziałem to u innych żołnierzy złamanych przez wojnę. Po takim optymistycznym fatalizmie nadejdzie przytłaczające poczucie winy, a potem przerażenie. Znałem to z pierwszej ręki i dlatego bardzo chciałem, żeby wrzaski zostały za nami.

Obejrzałem się ostatni raz przez ramię i zobaczyłem, że władcza sylwetka Malchusa nie poruszyła się na tej ponurej warcie – nie opuściłby ludzi, którzy zostali pojmani podczas wypadu. Wyczerpany, ale czując się bezpiecznie ze świadomością, że mam dowódców, za którymi mogę podążać, wiedziałem, że tej nocy będę spał dobrze.

– Arminiusz teraz wie, jak wątłe są nasze siły. – Słowa Kikuta zostały sprowokowane przez kolejny wrzask torturowanego człowieka. – Przypuszczalnie ten wypad po drewno także był idiotyzmem.

Wzruszyłem ramionami, chociaż podejrzewałem, że ma rację.

– Przekonamy się.

Doszliśmy już niemal do koszar. Poczułem, że mój towarzysz zwalnia kroku.

– Proszę, Feliksie. – Kikut patrzył wszędzie, tylko nie w moją twarz, kiedy wyduszał z siebie niezręczne słowa. – Więcej żadnych bzdur. Straciliśmy już dość towarzyszy.

– W porządku – obiecałem mu.

Weteran nadal nie chciał spojrzeć mi w oczy.

– No dobra. Idę poszukać czegoś do picia. Idziesz?

Napić się z towarzyszem walki. Myślę, że w istocie mogłem się uśmiechnąć na tę propozycję. W tej chwili tylko jedna rzecz brzmiała słodziej.

– Idę spać – odpowiedziałem Kikutowi, wchodząc do naszej izby w koszarach i padając ciężko na siennik.

Kikut powiedział coś, kiedy się zagrzebałem w posłaniu. Dotarł do mnie sarkastyczny ton, ale nie słowa, gdyż powieki mi opadły. Usnąłem momentalnie.

Kiedy się obudziłem, był już niemal dzień. Wskazówką był wątły blask świtu, gdy się poruszyłem, mając częściowo nadzieję, że ponownie zapadnę w drzemkę.

Śniło mi się, że jestem w Brytanii, na wyspie, której nigdy nie widziałem, ale która została mi odmalowana w opowieściach, kiedy byłem młodym człowiekiem. Chciałem wrócić do tych obrazów. Szczegóły postaci ze snu mi umknęły, ale wizja białych klifów płonęła przed oczami. Ogarnęło mnie łagodne wrażenie spokoju, doznanie, jakiego ani nie doświadczyłem od miesięcy, ani nie miałem do niego prawa, otoczony przez wrogów.

Wrogowie. Nie mogłem zostać na posłaniu. Moje sny były właśnie takie, więc otrząsnąłem się z nich i otworzyłem oczy.

Białe klify zniknęły.

Byłem sam w pomieszczeniu, ale to mnie nie zaalarmowało. Od ścian fortu nie dobiegał żaden dźwięk. Żadne krzyki. Żadne lamenty. Obóz wydawał się spokojny.

Opuściłem stopy na podłogę. Stawy i mięśnie bolały mnie, ale umysł wydawał się ożywiony, pierwszy raz od wielu dni. Uśmiechnąłem się na widok chleba i sera, leżących obok mojej poduszki. Kiedy tylko spojrzałem na jedzenie, w żołądku mi zaburczało, więc szybko zjadłem.

Wstałem i przeciągnąłem się, węzły mięśni i kości potrzaskiwały. Odsunąwszy przepierzenie, przekonałem się, że broń i zbroje moich towarzyszy zniknęły wraz z nimi. Domyśliłem się, że zostali wyznaczeni do służby wartowniczej albo do innych obowiązków, których tutaj nie brakowało. Ataki Arminiusza były krwawe, ale te chwile trwającego oblężenia stanowiły anomalię. Normalnością była nuda stania na straży, ssący głód i stres wynikający z przebywania na ograniczonej przestrzeni.

W tej chwili byłem jednak z tego zadowolony i położyłem się z powrotem na posłaniu. Dojdzie do dalszego rozlewu krwi i będę potrzebował sił, żeby go przeżyć. Wtedy momentalnie ogarnęło mnie poczucie winy, zmywając całe odczuwane przeze mnie zadowolenie płynące ze snów; nie będę ponownie ciężarem, jakim byłem dla Branda i Malchusa. Nikt przeze mnie nie umrze, ślubowałem. Wraz z tymi myślami poczułem podkradanie się znajomej ciemności. Wsączała się w mój umysł. Mówiła mi, że jestem łajdakiem. Mówiła mi, że jestem zdrajcą. Mówiła mi, że Marcus…

 

Zerwałem się na równe nogi, słysząc ludzi wchodzących do koszar.

– Brando. – Byłem szczęśliwy, widząc jego twarz, która obiecywała mi oderwanie się od trucizny moich myśli. – Gdzie byłeś?

– Służba na północnej ścianie. Centurion H. powiedział nam, żebyśmy pozwolili ci spać.

– Coś się dzieje?

– Nic od czasu tych trzech egzekucji. H. uważa, że Arminiusz wykorzystał je jako okazję, żeby się podkraść nieco bliżej i zorientować w naszej liczebności.

Centurion przypuszczalnie miał rację. Uzbrojony w wiedzę wydartą jeńcom Arminiusz będzie miał teraz szczegółowy obraz tego, co przed nim stoi.

– Dostaliśmy trzech dodatkowych ludzi do drużyny – poinformował mnie Kikut, kiedy wszedł i wspiął się na swoją pryczę. – Poszli po swoje rzeczy.

Trójka wróciła niebawem. Wraz z nimi zjawił się centurion H.

– Feliksie – powitał mnie wesoło. – Jak twoje nogi? Trochę się pod tobą ugięły, co? Mam zdolność do wywierania takiego wrażenia na ludziach.

Nie mogłem powstrzymać uśmiechu wywołanego jego swobodnym sposobem bycia.

– Mam dla ciebie nowych chłopaków z lazaretu. Wszyscy są z dziewiętnastego legionu. Zostawię was, żebyście się poznali. Cała centuria formuje się o zmierzchu, w pełnym rynsztunku. Jesteśmy w rezerwie, na wypadek gdyby tamci próbowali czegoś o zmroku, a potem mamy nocną służbę. Jak ci się to podoba?

– Bardzo, panie.

– Wspaniale. Zostawię was do tego czasu.

Słyszałem odgłos rzucania broni i zbroi w magazynowej części baraku, a potem zjawił się pierwszy z zapowiedzianych żołnierzy. Był wysoki, spoglądał przyjaźnie i jąkał się jak wyciągnięty z zamarzniętego jeziora.

– Ba-ba-ba-balbus – przedstawił się.

– Beczysz jak chędożona owca – prychnął Kikut ze swojego posłania. – Batawowie będą ci się próbowali dobrać do tyłka.

Nowo przybyły i obaj Germanie się roześmiali. Najwyraźniej Kikut użył już dzisiaj tej zniewagi. Dowcip był wymuszony, ale uśmiechnąłem się, słysząc, że umysł mojego przyjaciela jest sprawny, chociaż tylko w wygłaszaniu przytyków.

– Wybierz pryczę – poleciłem legioniście. – Jak cię zwą? – zapytałem drugiego, który wsadził głowę przez drzwi.

– Pies, panie – odparł.

Nie musiałem pytać dlaczego. Jego oddech rąbnął mnie jak taran. Źródłem smrodu były gnijące dziąsła. Dwa zęby sterczały z nich jak brudne paznokcie. Psi Oddech, powszechne przezwisko we wszystkich legionach.

– Skręciłem kostkę, panie, w rzeczy samej. – Pies wyjaśnił powód pobytu w lazarecie, plując podczas mówienia.

– Zajmij posłanie – poleciłem mu zadowolony, że obok mnie nie było wolnego. Smród bijący od faceta był gorszy niż odór trupów gnijących za ścianą fortu. – I nie zwracaj się do mnie „panie” – dodałem.

– To dobrze. Nie zamierzałem tego robić – stwierdził ostatni żołnierz, który się pojawił. Był młodszy i byłby przystojny, gdyby twarzy nie szpeciły mu blizny po chorobie. Arogancja jego słów ukłuła mnie, a lata doświadczenia w legionach podpowiedziały mi, jak mam zareagować na ten przejaw wysokiego mniemania o sobie – przemocą.

Zamiast tego wyciągnąłem rękę. Dość było walki za umocnieniami.

– Feliks.

Moja dłoń została zignorowana.

– Czyje to posłanie? – zapytał, zamiast ją uścisnąć.

Zapłonął we mnie gniew, ale zdusiłem go i otworzyłem usta, żeby odpowiedzieć.

Ale było za późno. Kłykcie zderzyły się z kością.

Spojrzałem w dół i zobaczyłem nowo przybyłego, który wił się na podłodze i starał osłonić głowę przed spadającymi na nią kopniakami.

Nie tylko moimi. Folger i Brando tłukli go tak mocno, jakby był Germanami, którzy trzymali ich w niewoli.

Z początku im na to pozwoliłem. Ten człowiek sam się o to prosił. A jednak… to była moja drużyna. To na mnie spoczywało brzemię wydawania rozkazów i dowodzenia. Jeśli chcesz być przywódcą, prowadź.

– Dosyć! – zagrzmiałem, a Batawowie cofnęli się natychmiast, dysząc ciężko.

Przekonany w końcu, że grad kopniaków ustał, leżący odsłonił głowę i spojrzał na mnie.

– Jak się nazywasz? – zapytałem go łagodnie.

– Statius.

– To jest moja drużyna – pouczyłem go.

– Rozumiem – jęknął.

– To dobrze.

A potem rąbnąłem go w twarz wyćwiekowaną podeszwą sandała. Tym razem, kiedy moi ludzie zaczęli go kopać, nie powstrzymałem ich.

Dopiero czyjś głos przy wejściu położył kres przemocy. Ostry jak żelazo na żwirze.

– Coś mi to przypomina – powiedział przybysz.

Odwróciłem się, żeby spojrzeć na stojącego w drzwiach.

Odwróciłem się, żeby spojrzeć na ducha.

Tytus.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?