Prawdziwa wojnaTekst

Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

W serii ukazały się ostatnio:

Jean Hatzfeld Englebert z rwandyjskich wzgórz

Marcin Kącki Białystok. Biała siła, czarna pamięć

Bartek Sabela Wszystkie ziarna piasku

Anna Bikont My z Jedwabnego (wyd. 3)

Martin Schibbye, Johan Persson 438 dni. Nafta z Ogadenu i wojna przeciw dziennikarzom

Swietłana Aleksijewicz Wojna nie ma w sobie nic z kobiety (wyd. 2)

Dariusz Rosiak Ziarno i krew. Podróż śladami bliskowschodnich chrześcijan

Piotr Lipiński Bicia nie trzeba było ich uczyć. Proces Humera i oficerów śledczych Urzędu Bezpieczeństwa (wyd. 2 popr. i rozszerz.)

Paweł Smoleński Zielone migdały, czyli po co światu Kurdowie

Wolfgang Bauer Przez morze. Z Syryjczykami do Europy

Cezary Łazarewicz Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka

Elizabeth Pisani Indonezja itd. Studium nieprawdopodobnego narodu

Beata Szady Ulica mnie woła. Życiorysy z Limy

Rana Dasgupta Delhi. Stolica ze złota i snu

Ed Vulliamy Wojna umarła, niech żyje wojna. Bośniackie rozrachunki (wyd. 2)

Andrzej Brzeziecki, Małgorzata Nocuń Armenia. Karawany śmierci

Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz Zabić smoka. Ukraińskie rewolucje

Anna Sulińska Wniebowzięte. O stewardesach w PRL-u

Anjan Sundaran Złe wieści. Ostatni niezależni dziennikarze w Rwandzie

Ilona Wiśniewska Hen. Na północy Norwegii

Mur. 12 kawałków o Berlinie pod red. Agnieszki Wójcińskiej (wyd. 2 zmienione)

Iza Klementowska Szkielet białego słonia

Piotr Nesterowicz Każdy został człowiekiem

Dariusz Rosiak Żar. Oddech Afryki (wyd. 2 zmienione)

Anna Mateja Serce pasowało. Opowieść o polskiej transplantologii

Linda Polman Karawana kryzysu. Za kulisami przemysłu

pomocy humanitarnej (wyd. 2)

Scott Carney Czerwony rynek. Na tropie handlarzy organów, złodziei kości, producentów krwi i porywaczy dzieci (wyd. 2)

Misha Glenny Nemezis. O człowieku z faweli i bitwie o Rio

Adam Hochschild Lustro o północy. Śladami Wielkiego Treku

Kate Brown Plutopia. Atomowe miasta i nieznane katastrofy nuklearne

Drauzio Varella Klawisze

Piotr Lipiński Cyrankiewicz. Wieczny premier

Mariusz Szczygieł Gottland (wyd. 3 zmienione)

Maciej Czarnecki Dzieci Norwegii. O państwie (nad)opiekuńczym

Zbigniew Parafianowicz, Michał Potocki Kryształowy fortepian. Zdrady i zwycięstwa Petra Poroszenki

Paweł Smoleński Wieje szarkijja. Beduini z pustyni Negew

Albert Jawłowski Milczący lama. Buriacja na pograniczu światów

Aneta Prymaka-Oniszk Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy (wyd. 2)

Wojciech Górecki Toast za przodków (wyd. 2)

W serii ukażą się m.in.:

Wojciech Górecki Planeta Kaukaz (wyd. 3)

Janine di Giovanni Tamtego ranka, kiedy po nas przyszli. Depesze z Syrii

Jonathan Schell

Prawdziwa wojna

Wietnam w ogniu

Ze wstępem Marka Dannera

Przełożył Rafał Lisowski


Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Tytuł oryginału angielskiego The Real War: The Classic Reporting on the Vietnam War

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt układu typograficznego i redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Bettmann / Getty Images

Copyright © by Phoebe Schell, Thomas Schell, Matthew Schell

Copyright for the Wstęp by Mark Danner, 2007

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2017

Copyright © for the Polish translation by Rafał Lisowski, 2017

Redakcja Anastazja Oleśkiewicz

Redakcja merytoryczna dr Tomasz Fiedorek

Konsultacja wietnamistyczna Jacek Świercz

Korekta Ewa Czernatowicz / d2d.pl, Aleksandra Jastrzębska / d2d.pl

Skład Małgorzata Poździk / d2d.pl

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego


Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-482-4

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

redakcja@czarne.com.pl

Wołowiec 2017 · Wydanie I

Spis treści

Seria

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Wstęp

Prawdziwa wojna

Wioska Ben Suc

Wojskowa połowa

Przypisy

Wstęp

To niesamowite, jak trwały ślad może w nas zostawić czyjś głos, jak dzięki swemu brzmieniu i muzyce dociera on do miejsc, gdzie nie dotrze obraz. Głos Jonathana Schella pokochałem, na długo zanim poznałem jego nazwisko. Na początku lat siedemdziesiątych jako nastolatek mieszkałem w prowincjonalnym mieście Utica w stanie Nowy Jork. Miałem obsesję na punkcie wojny w Wietnamie oraz jej konsekwencji. Przesłuchania w sprawie afery Watergate śledziłem w telewizji z takim zapałem, że rodzice zaczęli się o mnie martwić. Matka patrzyła na mnie zakłopotana i utyskiwała: „Idź na dwór się bawić!”. Pewnego wieczoru ojciec odciągnął mnie sprzed telewizora i chcąc czymś zająć, zabrał do biblioteki publicznej. Tam, na długim stole w wielkiej czytelni, znalazłem pojedynczy egzemplarz „New Yorkera”, magazynu, którego nigdy dotąd nie widziałem. Pierwszym tekstem w tym numerze był krótki niepodpisany esej na temat słynnego orędzia Richarda Nixona do „milczącej większości” z 1969 roku[1], z wstrząsającą klarownością i lodowatą siłą potępiający ów atak administracji Nixona na demonstrujących przeciwko wojnie w Wietnamie. Był to artykuł zdumiewający. Piękno języka, jasność analizy i stanowczy ton zapierały mi dech w piersiach. Wnikliwość wizji elektryzowała. Przejrzystymi, rozważnymi frazami kierowała myśl, że jeśli tylko spojrzysz na publiczne wydarzenia wystarczająco uważnie, racjonalnym, zdecydowanym, patriotycznym, nieco oburzonym spojrzeniem, zrozumiesz je, a jeśli zdołasz odzwierciedlić to rozważne, jasne spojrzenie na piśmie, pomożesz zrozumieć te wydarzenia innym. Wtedy jeszcze nie przyszło mi do głowy, że tamte słowa napisał określony autor. Wydawały mi się głosem samego Boga. Dopiero kiedy sam zacząłem pracę w „New Yorkerze”, dowiedziałem się, że teksty w dziale Komentarze piszą konkretne osoby. Jeszcze później odkryłem, do którego autora należał ów niepodrabialny głos, i zacząłem czytać jego teksty. Autorem tym był Jonathan Schell.

Jonathan Schell pracował uzbrojony w gazetę, konstytucję i własną parę oczu. Cud tego podejścia pojąłem znacznie później, kiedy sam zostałem autorem. Praca reportera kryje w sobie pewną zmysłową przyjemność. Przebywanie z dala od niejasnych wydarzeń daje ten luksus, że wolno ci mieć co do nich pewność, wierzyć, że w pełni je rozumiesz. W ten czy inny sposób twoim przewodnikiem jest ideologia, która przekonuje cię, że podświadomie rozumiesz, co się dzieje. Cud następuje wówczas, gdy lądujesz w trudnym, brutalnym, sprzecznym, zabójczym miejscu. Nagle otacza cię ciemność. Toniesz w powodzi wrażeń zmysłowych: tego, co widzisz, co słyszysz, co ci mówią ludzie – i po kilku dniach nagle stajesz wobec faktu, że nie wiesz nic. Nagle uświadamiasz sobie, że zrozumienie rozgrywających się wydarzeń może się zrodzić tylko w tobie samym – poprzez cierpliwą budowę na fundamencie tego, co rzeczywiście zobaczyłeś i usłyszałeś. To zmysłowa, przepiękna chwila – dla mnie niezwykle przyjemna. Zwłaszcza we wczesnych pracach Schella widać wyraźnie, że znał ową zmysłowość: ten niespodziewany, przyprawiający o zawrót głowy moment, kiedy uświadomił sobie, że absolutnie nic nie wie, że musi iść, zobaczyć wszystko na własne oczy i opisać najwyraźniej, jak potrafi.

Trudność realizacji tego prostego zadania jest nie do przecenienia. Reporterzy, tak jak większość ludzi, poruszają się w grupach. Opowiadają sobie, co widzą, co widzieli, co powinni widzieć. Mówimy sobie nawzajem, jak postrzegać świat. Zobaczyć go na własne oczy, w wyjątkowy sposób, to odnieść triumf – triumf determinacji i triumf woli.

 

Jeden z tekstów w niniejszym zbiorze, Wioska Ben Suc, jest przykładem działania tej metody. Pokazuje, że musiała ona pochodzić z głębi duszy Schella, ponieważ – w co trudno uwierzyć – był to jego pierwszy opublikowany materiał. Pojechał do Wietnamu jako świeżo upieczony absolwent college’u, jedynym źródłem jego referencji była uczelniana gazetka. Nigdy wcześniej nie pracował jako reporter. Nie miał wprawy ani doświadczenia, a mimo to napisał dla „New Yorkera” reportaż wojenny, który natychmiast stał się – i pozostał – klasyką gatunku.

W poniższym opisie wioska Ben Suc jest „oczyszczana”. Amerykańscy żołnierze, z którymi Schell przyleciał tam śmigłowcem, zaczęli opróżniać ją z ludzi, aby wywieźć ich do obozu, a ich domy zniszczyć. Schell siedzi z kilkoma żołnierzami przy drodze na obrzeżach wioski:

Na niebie, wcześniej zachmurzonym, zaczynały się pojawiać smugi błękitu, drzewami poruszał lekki wiatr. Bombardowanie, ogień z broni maszynowej ze śmigłowców, ostrzał artyleryjski oraz rakietowy trwały bez przerwy. Nagle pojawił się Wietnamczyk na rowerze. Jechał drogą od strony wioski, pedałując zawzięcie. Miał na sobie podobny do piżamy czarny strój bez kołnierzyka, będący zarówno zwyczajowym ubiorem wietnamskich wieśniaków, jak i mundurem żołnierzy Frontu Wyzwolenia Narodowego. Co prawda oddalał się od centrum wioski – czego zakazywały głosy ze śmigłowców – ale jak się wydawało, niezatrzymywany minął już wielu amerykańskich żołnierzy. Kiedy jednak przebył około dwudziestu metrów od miejsca, gdzie po raz pierwszy został zauważony, z zagajnika znajdującego się trzydzieści metrów przed nim padła seria z broni maszynowej, do której natychmiast dołączyła druga z boku, z grządki warzywnej; mężczyzna spadł z roweru i runął do rowu metr od drogi. Rower rozbił się o nasyp. Żołnierz z aparatem Minolty, który oddał serię od strony grządki warzywnej, wstał po minucie i podszedł do rowu, a w ślad za nim jeden z saperów. Wietnamczyk miał około dwudziestu lat, leżał bez ruchu na boku, z otwartymi oczami, krew płynęła mu z twarzy na wpół zakopanej w ziemi na dnie rowu. Saper schylił się, dotknął nadgarstka mężczyzny i stwierdził: „Nie żyje”. Dwaj żołnierze – moi towarzysze ze śmigłowca numer 47 – przez chwilę stali nieruchomo z założonymi rękami i patrzyli na twarz zabitego, jakby chcieli dać mu szansę coś powiedzieć. Wreszcie saper stwierdził kategorycznie: „Był z Wietkongu. Pewnie, że z Wietkongu. Oni tak się ubierają. Wyjeżdżał z wioski. Musiał mieć jakiś powód”.

Obaj mężczyźni wrócili do wybrzuszenia na polu warzywnym i usiedli na nim, patrząc w dal ze stropionymi minami i nie zawracając sobie już głowy ukryciem. Ten, który otworzył ogień, odezwał się nagle, jakby ocknął się z głębokiego zamyślenia. „Widziałem, jak ten facet jedzie drogą na rowerze – powiedział. – I wiesz, pomyślałem sobie: Czy to już? Mam strzelać? A potem ktoś zaczął walić tam z krzaków, no to ja też”.

Saper uniósł wzrok jak ktoś, kto odkrył coś dziwnego, i powiedział: „Ja się nie martwię. Wiesz, właśnie pierwszy raz zobaczyłem trupa i wcale źle się z tym nie czuję. Nie i już”. A potem, z ostrą nutą przekory w głosie, dodał: „Właściwie to się cieszę. Cieszę się, że zabiliśmy tego małego z Wietkongu”.

To zwyczajny fragment. Składa się tylko z opisu i fragmentów dialogu. Ma jednak złożone działanie. Bez żadnego odautorskiego komentarza dowodzi pewnej dogłębnej prawdy. Pokazuje – nie mówiąc tego – że popełniono morderstwo.

Schell zderza nas z tą prawdą, po prostu w beznamiętny sposób opisując to, co dzieje się na jego oczach. Być może pierwszym twórcą świadomie posługującym się tą techniką był Lew Tołstoj. Krytyk Wiktor Szkłowski nadał jej nazwę ostranienije, „uniezwyklenie”. Chodzi o to, by coś, co znajome, uczynić obcym, dokonać „defamiliaryzacji”. Jak pisał: „Cel sztuki – dać odczucie rzeczy w formie widzenia, a nie pojmowania; środkiem sztuki jest chwyt »udziwniania« rzeczy”[2]. To, co rozgrywa się na twoich oczach, opisz w skrajnie bezbarwny, przejrzysty, mechaniczny sposób, tak by przez to skłonić czytelnika, żeby zadał sobie pytanie, co się wydarzyło, co kryje się pod warstwą codzienności i co tak naprawdę ma miejsce za tą zasłoną. Robiąc to w Wiosce Ben Suc, Schell pokazuje, że chodzi nie tylko o pojedyncze morderstwo, ciche morderstwo, o którym nikt nie będzie rozmawiał i nikt się nigdy nie dowie. Przedstawiając je bez komentarza wraz z rozległym spustoszeniem, którego częścią było, pokazuje nam niemożliwy charakter tej wojny. Z lektury Wioski Ben Suc nie można nie wynieść poczucia, że ta wojna musi zakończyć się klęską, że amerykańskie zaangażowanie w Wietnamie skazane jest na niepowodzenie. Ten tekst, tak jak wiele innych, stanowił przepowiednię. Jego autor miał wtedy dwadzieścia cztery lata.

Jonathan Schell był amerykańskim Jeremiaszem. Oprócz nerwu proroka miał też bardzo silny nerw patrioty, któremu z kolei towarzyszył nerw humanizmu każący wierzyć, że jeśli tylko pozwolisz ludziom zobaczyć, w czym rzecz, jeśli bez względu na temat – czy chodzi o Wietnam, Irak, czy o silosy nuklearne w kraju – rozkroisz wielki ocean kłamstw i odsłonisz prawdę o wydarzeniach, jeśli po prostu pokażesz ludziom, co się dzieje, dołączą do ciebie i postąpią właściwie. Jest to przekonanie dogłębnie patriotyczne, dowodzi bowiem nieskończonej wiary w sprawiedliwość współobywateli. Kryje się za tym wyrażona nie wprost wiara w staroświecki model społeczeństwa obywatelskiego, w którym reporterzy ujawniają zło, Kongres i prasa badają prawdę, a sądy karzą i nakładają pokutę. Ujawnienie. Zbadanie. Odpokutowanie. Afera Watergate z połowy lat siedem­dziesiątych, w praktyce będąca sposobem publicznego rozliczenia się z korupcją, skandalami i masowymi mordami wojny w Wietnamie, to przykład owego chwalebnego cyklu. Water­gate to wielka amerykańska pieśń procesyjna, amerykańska Oresteja. Tak samo jak w Orestei – w przypadku Agamemnona, Orestesa i pozostałych – chodziło tu o stworzenie pewnego modelu publicznej prawości i sprawiedliwości. To dlatego jako piętnastolatka tak bardzo pochłaniały mnie te przesłuchania w telewizji. Pokazywały Amerykę, w której sprawiedliwości stało się zadość. Dziennikarz ujawnił, Kongres i sądy zbadały, potem zaś prezydent podał się do dymisji, a niektórzy poszli do więzienia. Amerykanie za pośrednictwem swoich instytucji, począwszy od dziennikarzy – naszych głosicieli prawdy – wydobyli na światło dzienne to, co trujące i zepsute, i wykroili to z tkanki polityki.

Od swego pierwszego reportażu z Wietnamu napisanego w wieku dwudziestu czterech lat poprzez wiele książek i artykułów, które powstały na przestrzeni ponad czterech dekad, Jonathan Schell pozostał głosicielem prawdy, a inspiracją dla jego dzieł było proste patriotyczne wyobrażenie tego, czym jest jego kraj i czym może się on stać. Choć pisał o wielu innych rzeczach, zwłaszcza o broni jądrowej i o pokojowych przemianach politycznych, Wietnam oraz jego pokłosie zawsze były kluczowe dla wizji Schella. Ta nieprawa wojna i rozliczenie się z nią w wielkim obywatelskim widowisku, jakim była afera Watergate, stanowiły przykład zarówno okropieństw, do jakich może się posunąć nasz kraj dzięki swej niezrównanej sile, jak i odkupienia, które w odpowiedzi mogą przynieść jego wyjątkowe instytucje. Z naszego punktu widzenia po 11 września, wojnie w Iraku i wiecznej wojnie, która nastąpiła potem, przypadek Wietnamu i obywatelskiej korekty Watergate wydaje się raczej wyjątkiem niż regułą. Zobaczymy. To dla nas wielka szkoda, że nie ma już z nami Jonathana Schella, by to ocenił. Zmarł w 2014 roku w wieku siedemdziesięciu lat. Możemy być mu wdzięczni za to, co pozostawił i co donośnie rozbrzmiewa na kartach tej książki: ów rozsądny, skromny, żarliwy i niepodrabialny głos.

Mark Danner

Tivoli, Nowy Jork

Mark Danner od trzydziestu lat pisze o wojnie i konfliktach politycznych. Był reporterem w Ameryce Środkowej, na Haiti, Bałkanach i Bliskim Wschodzie. Jest między innymi autorem książek Masakra w El Mozote, Stripping Bare the Body i Spiral. Trapped in the Forever War.

Prawdziwa wojna

Ponad dekadę po zakończeniu wojna wietnamska nie chce spocząć spokojnie w historycznym grobie. Przyczyny tego konfliktu rozpalają społeczność naukową, towarzyszące mu namiętności wciąż przewijają się w książkach, filmach i sztukach teatralnych, jego dziedzictwo dręczy i dzieli naszych decydentów. Pytania o samą naturę tej wojny pozostają bez odpowiedzi. Kto – zastanawiamy się do dziś – był naszym wrogiem? Narodowy Front Wyzwolenia Wietnamu Południowego (NFW)? Wietnam Północny? Związek Radziecki? Chiny? I Związek Radziecki, i Chiny? Albo najpierw jedni, a potem drudzy? A może jeszcze większy, choć bardziej niejasny, byt nazywany „światowym komunizmem”? Innymi słowy – czy walczyliśmy z miejscową partyzantką, konwencjonalną armią małego państwa, konkurencyjnym supermocarstwem, koalicją supermocarstw, czy z globalnym skoordynowanym ruchem politycznym? Czy może jakimś cudem sami sobie byliśmy wrogiem? (Myślał tak na przykład prezydent Nixon. W orędziu do narodu z 3 listopada 1969 roku, w którym ogłosił swój tajny „plan” zakończenia wojny, oznajmił społeczeństwu: „Wietnam Północny nie może pokonać ani upokorzyć Stanów Zjednoczonych. Mogą to zrobić tylko Amerykanie”). A także, co za tym idzie, jaki był charakter tej wojny? Czy była to wewnętrzna rewolucja, wojna domowa, wojna agresywna wypowiedziana przez sąsiednie państwo, wojna wywrotowa wzniecana przez wpływy zewnętrzne, czy strategiczny krok globalnej potęgi pragnącej dominacji nad światem? A może wydawało nam się, że była jedną z tych rzeczy, chociaż naprawdę była czymś innym? Dlaczego walczyliśmy? Czy po to, by bronić wolności i niepodległości małego państwa? By na „poligonie próbnym” zdławić „wojny narodowo­wyzwoleńcze”? Czy chodziło o jak najwcześniejsze powstrzymanie marszu wielkiego mocarstwa, aby zapobiec powtórzeniu błędu, który państwa demokratyczne popełniły w 1938 roku w Monachium, kiedy przyzwoliły na zajęcie części Czecho­słowacji przez ­Hitlera? A może naszym celem było nie tyle fizyczne zatrzymanie wroga, ile zachowanie światowej reputacji potężnego państwa, zdolnego i skłonnego do użycia siły w celu realizowania swoich interesów i propagowania swoich przekonań – zachowanie tego, co czterech prezydentów nazwało „wiarygodnością” naszej potęgi? Czy nasz cel zmienił się w trakcie wojny: może przystąpiliśmy do konfliktu z jednego powodu, a pozostaliśmy w nim z innego? W jaki sposób zaangażowaliśmy się w tę wojnę? Czy wbrew woli zostaliśmy wciągnięci w azjatyckie „grzęzawisko”? Czy wręcz przeciwnie – ostrożnie i z wyrachowaniem aplikowaliśmy naszą siłę zgodnie z teoriami „wojny ograniczonej”, opracowanymi z wyprzedzeniem przez analityków strategicznych zmagających się z dylematami potęgi nuklearnej? I wreszcie – to zapewne najtrudniejsze z pytań: dlaczego przegraliśmy? Jak to się stało, że państwo nazywające siebie największą potęgą świata nie dało rady siłom maleńkiego, ubogiego, zacofanego Wietnamu? Czy dlatego, że błędna była nasza strategia wojskowa? Czy może strategia była prawidłowa i dzięki niej wygraliśmy, ale tylko po to, by zmarnować zwycięstwo, przedwcześnie się wycofując, ugiąwszy się pod presją tchórzliwych polityków, obłudnej prasy i oszukanej opinii publicznej? Czy nasz polityczny „establishment” przeżył „upadek moralny”, jak sugerował Henry Kissinger, i to było przyczyną przegranej? A może wręcz przeciwnie, wycofaliśmy się i przegraliśmy nie z powodu jakiegokolwiek upadku, ale dlatego, że się opamiętaliśmy i porzuciliśmy beznadziejne, wyniszczające przedsięwzięcie, w które nigdy nie powinniśmy byli się angażować? Wreszcie zadajemy sobie pytanie: co to wszystko znaczy – jaką naukę, jeśli w ogóle, powinny wynieść Stany Zjednoczone z tego doświadczenia? Czy taką, że istnieją granice przydatności siły zbrojnej w narzuceniu swej woli innym państwom? A może lekcją jest groźny „syndrom”, kolejny symptom upadku moralnego stanowiącego przyczynę porażki, której można było uniknąć? Czy zatem prawdziwa nauka jest taka, że powinniśmy rozbudzić słabnącą wolę i zaznaczyć swój autorytet w świecie? Ponieważ te pytania dotykają natury świata, w którym żyjemy, i natury zobowiązań, jakie mają wobec niego Stany Zjednoczone, debata dotyczy czegoś więcej niż tylko przeszłości; teraźniejszość i przyszłość również odgrywają tu rolę. Pod koniec 1966 i w 1967 roku byłem w Wietnamie jako reporter „New Yorkera”; od tamtej pory aż do teraz w taki czy inny sposób rozmyślam i piszę o tej wojnie. Poniżej nie podejmę próby odniesienia się do wszystkich pytań, które ona sprowokowała; zamiast tego, w pełni korzystając z dystansu czasowego, w tym z materiałów upublicznionych do chwili zakończenia konfliktu, skupię się na pytaniu, dlaczego Stany Zjednoczone przegrały w Wietnamie. Liczę jednak, że ustosunkowując się do tej kwestii, przy okazji rzucę nieco światła na pozostałe.