OdważniTekst

Autor:Randy Alcorn
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Randy dedykuje tę książkę:

Mojej drogiej żonie, Nancy,

Moim wspaniałym córkom, Karinie i Angeli,

Moim znakomitym zięciom, Danowi Franklinowi i Danowi Stumpowi, oraz moim ukochanym wnukom, Jakowi, Mattowi, Tylerowi i Jackowi.

Za każdego z Was, najdrożsi, nikt nie może być bardziej wdzięczny Bogu niż ja.

Alex i Stephen dedykują tę książkę:

Naszym żonom, Christinie i Jill – Wasza miłość i wsparcie nadały tempo naszym dążeniom do powołania Bożego w naszym życiu. Jesteście największym skarbem! Niech Bóg nadal błogosławi, naucza i przybliża nas do siebie i do Niego. Kochamy Was i bardzo Was potrzebujemy.

Kościołowi Baptystycznemu w Sherwood – niech twoja miłość do Jezusa i każdego z nas z każdym rokiem świeci jaśniej. Nadal otaczaj nas modlitwą, służ, dawaj i rośnij w siłę. Już wiadomo, że było warto, a przecież największa nagroda ma dopiero nadejść! Niech świat się dowie, że Jezus Chrystus jest jego Panem! Niech będzie mu chwała!

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

jeden

Ford F-150 SuperCrew w kolorze królewskiej czerwieni sunął ulicami Albany w Georgii. Kierowcę pickupa tak bardzo przepełniał optymizm, że nie był w stanie przewidzieć batalii, które miał stoczyć w swoim rodzinnym mieście.

Życie tutaj będzie spokojne, powtarzał sobie w myślach trzydziestosiedmioletni Nathan Hayes. Po ośmiu latach spędzonych w Atlancie Nathan wrócił do Albany, położonego trzy godziny jazdy samochodem na południe, razem ze swoją żoną i trójką dzieci. Nowa praca. Nowy dom. Nowy początek. Nawet nowy samochód.

Opuściwszy szyby w samochodzie, Nathan cieszył się słońcem południowej Georgii. Zatrzymał się na stacji benzynowej w zachodniej części miasta, która była unowocześnioną wersją tej, przy której zatrzymywał się dwadzieścia lat temu, zaraz po otrzymaniu prawa jazdy. Denerwował się. To nie była jego dzielnica – mieszkali tu głównie biali, a wtedy nie znał ich zbyt wielu. Ale benzyna była tania, a do tego wspaniale się jechało.

Nathan przeciągnął się powoli i leniwie. Wsunął kartę kredytową w otwór i zaczął pompować benzynę, nucąc sobie pod nosem. Albany było miastem, w którym urodził się Ray Charles – Georgia on My Mind, i do tego miejscem z najlepszą domową kuchnią w całej galaktyce. Zamieszkiwane przez jedną trzecią białych mieszkańców, dwie trzecie czarnych i jedną czwartą populacji żyjącą poniżej poziomu ubóstwa, Albany przetrwało powodzie rzeki Flint i historyczne napięcia na tle rasowym. Ale, oprócz całego swojego piękna i wad, Albany było przede wszystkim domem.

Nathan zamknął bak, wsiadł do samochodu i przekręcił kluczyk, zanim przypomniał sobie o masakrze, jaka dokonała się na przedniej szybie. Pół tuzina rozgniecionych żuków wywarło na nim duże wrażenie.

Wysiadł i zanurzył gumową wycieraczkę w wiadrze, które okazało się zupełnie puste.

Rozglądając się za innym wiadrem, Nathan ogarnął wzrokiem grupę ludzi znajdujących się na stacji: staruszka, który z przesadną ostrożnością ruszył swoim buickiem w kierunku Newton Road, kobietę w średnim wieku siedzącą za kierownicą i piszącą SMS-a, mężczyznę w bandanie na głowie opierającego się o nieskazitelnie czystego srebrnego Denali.

Nathan wysiadł z samochodu, zostawiając włączony silnik, i otworzył szeroko drzwi. Odwrócił się tylko na sekundę – tak mu się przynajmniej wydawało. Kiedy usłyszał odgłos zatrzaskujących się drzwi, zrobił obrót i zobaczył, jak jego wóz rusza spod pompy!

Adrenalina skoczyła mu do góry. Podbiegł do samochodu od strony kierowcy, kiedy jego pickup wyjeżdżał już na ulicę.

– Hej! Stój! Nie! – W Nathanie odezwały się umiejętności nabyte w drużynie Dougherty High Football. Skoczył i przez otwarte okno złapał prawą ręką za kierownicę, jednocześnie biegnąc za samochodem.

– Stój! – krzyczał Nathan. – Zatrzymaj się!

Złodziej samochodów, TJ, miał dwadzieścia osiem lat i był twardszy niż skóra żołnierskich butów. Był niekwestionowanym liderem Gangster Nation, jednego z największych gangów w Albany.

– Gościu, coś z tobą nie tak? – TJ potrafił wycisnąć na ławce jakieś 200 kilogramów i ważył blisko trzydzieści kilo więcej od Nathana. Poza tym nie miał zamiaru rezygnować z przejażdżki.

Przyśpieszył na głównej drodze, ale Nathan nie odpuszczał. TJ nieustannie uderzał prawą pięścią w twarz Nathana, a później zaczął walić w jego palce, aby puściły chwyt. – Człowieku, zginiesz! Zginiesz!

Palce u nóg Nathana zaczęły płonąć z bólu. Jego buty do biegania Mizuno nie nadawały się na asfalt. Chwilami jego prawa stopa opierała się na stopniu z boku samochodu, ale tylko po to, aby za chwile ześlizgnąć się po przyjęciu kolejnego ciosu. Złapawszy jedną ręką kierownicę, drugą zacisnął na szyi złodzieja. Pickup zaczął zjeżdżać na prawo i lewo. Odchylając się, aby uniknąć uderzenia, Nathan zerknął na nadjeżdżające z naprzeciwka samochody.

TJ również je zauważył i próbował kierować pojazdem pod takim kątem, aby samochody zahaczyły o Nathana i oderwały go od auta.

Najpierw z głośnym klaksonem przejechała srebrna toyota, a potem biały chevrolet. Oba gwałtownie skręciły i udało im się uniknąć zderzenia. Nathan Hayes zwisał jak hollywoodzki kaskader.

– Puszczaj, frajerze!

W końcu Nathan zdołał się utrzymać stopami na stopniu iużył całej siły, jaka mu jeszcze pozostała, aby szarpnąć kierownicą. Złodziej stracił kontrolę nad samochodem i zjechał z drogi. Nathan przekoziołkował po żwirze i szorstkiej trawie.

TJ uderzył w drzewo. W tym samym momencie prosto w jego twarz eksplodowała poduszka powietrzna, która momentalnie pokryła się czerwonymi śladami krwi. Gangster zataczając się, zdołał się wydostać z samochodu, ogłuszony i zakrwawiony, desperacko próbując utrzymać się na nogach. TJ chciał się jeszcze odegrać na gościu, który miał odwagę z nim zadrzeć, ale potykając się, ledwie mógł pokonać kilka kroków.

Srebrny Denali ze stacji benzynowej zahamował z piskiem i zatrzymał się parę metrów od TJ-a. – Pośpiesz się, człowieku – zawołał kierowca. – Zostaw. Nie warto. Wsiadaj! I spadamy stąd!

TJ zataczając się, wsiadł do Denali, które szybko odjechało.

Oszołomiony Nathan wlókł się w kierunku swojego samochodu. Jego twarz była czerwona i pełna zadrapań, niebieska koszula cała pobrudzona, a dżinsy rozdarte. But, rozerwany na prawej stopie, odsłaniał zakrwawioną skarpetę.

Kobieta o kasztanowych włosach, ubrana na sportowo w czarne spodnie do jogi, wyskoczyła od strony kierowcy z białej Acadii. Podbiegła do Nathana. – Czy nic się panu nie stało?

Nathan zupełnie ją zignorował i dalej czołgał się do swojego samochodu.

Blondynka kierująca SUV-em opisywała operatorowi numeru alarmowego 911 miejsce wypadku.

– Proszę pana – odezwała się kobieta o kasztanowych włosach – nie wolno się panu ruszać.

Nathan nadal się czołgał, zdezorientowany, ale i zdeterminowany.

– Proszę się nie martwić o samochód!

Nie zatrzymując się ani na sekundę, Nathan odezwał się: – Nie martwię się o samochód.

Wspiął się na oponie na tyle wysoko, aby otworzyć tylne drzwi pickupa. Z siedzenia samochodu rozlegał się rozdzierający płacz. Maleńki chłopiec, na widok swojego klęczącego na ziemi, spoconego i zakrwawionego taty, dał upust stłumionym przez szok emocjom. Nathan wyciągnął dłoń, aby go uspokoić.

Przy akompaniamencie zbliżających się syren kobieta o kasztanowych włosach obserwowała Nathana, trzymając na rękach swojego małego synka w dżinsowych ogrodniczkach. Ten obcy mężczyzna nie był ślepo opętany chęcią posiadania. Nie był szalony.

Był bohaterem – ojcem, który ryzykował życie, aby ratować własne dziecko.

dwa

Kapral Adam Mitchell podszedł do dzielnego ojca, który siedział na tylnym zderzaku karetki, podczas gdy ratownicy medyczni opatrywali jego zranioną stopę. Shane Fuller, młodszy partner Adama, podążał za nim krok w krok. Dwaj inni policjanci przesłuchiwali kobietę, która zatrzymała się, aby pomóc. Mężczyzna mocno przytulał chłopca do piersi i głaskał jego miękkie, czarne włosy.

Adam zwrócił się do ratowników medycznych. – Może zajęlibyście się przez chwilę dzieckiem? Niech ktoś go popilnuje, a my w tym czasie zadamy jego tacie kilka pytań.

– Nie, dziękuję – odparł mężczyzna. – Już raz straciłem go z oczu i zanim się obejrzałem, mogłem go utracić na zawsze.

Adam zamilkł, pogładził się dłonią po ciemnobrązowych, przerzedzających się włosach, a potem zapytał: – Czy mógłby pan opisać tego mężczyznę, który ukradł samochód?

– Czarny – jak ja. Ogromne bicepsy i mocne uderzenie. – Dotknął delikatnie swojej szczęki. – Nie pamiętam dokładnie jego twarzy, ale mógłbym z detalami opisać jego pięść: twarda jak granit. Z dużym, złotym pierścieniem. Około trzydziestki. Złoty łańcuch wokół szyi.

– Czy zauważył pan jakieś znaki szczególne? Tatuaż?

– Nie. Wszystko działo się tak szybko. Na głowie miał czarną chustkę. Ale cały czas próbowałem skoncentrować się na kierownicy. I nadjeżdżających samochodach!

Shane zmrużył oczy i potarł dłonią zmęczone oczy. – A kierowca samochodu, którym uciekł?

– Nie widziałem go. Myślałem tylko o synu.

– Miał pan szczęście, że nie upadł pan na drodze. Nie mogę uwierzyć, że wyszedł pan cało z tego szalonego zdarzenia.

– Tak, udało mi się. Chociaż nie jestem szaleńcem. Co innego mogłem zrobić?

 

– Dlaczego nie zaczekał pan na policję, która zajęłaby się pościgiem? To należy do naszych obowiązków.

– A co zrobiłby ten zbir z moim synem? Wyrzucił gdzieś w krzaki, kiedy by się rozpłakał? Nie zamierzałem do tego dopuścić. Bezpieczeństwo Jacksona jest dla mnie najważniejsze.

– Zdaje pan sobie sprawę, że mógł pan stracić życie?

– Tak, wiem – odparł, tuląc w ramionach dziecko. – Ale nie mogłem stracić syna.

Adam przestał notować, pogrążając się głęboko w myślach.

Poszkodowany w wypadku mężczyzna odezwał się: – Chciałem, żebyśmy spotkali się w zupełnie innych okolicznościach, w poniedziałek.

– W poniedziałek?

– Tak. Będę z panami pracował od następnego tygodnia.

Adam rzucił okiem na notatki, które zrobił wcześniej. – Nathan Hayes. Zastanawiałem się, skąd znam pana nazwisko. – Wyciągnął rękę. – Adam Mitchell. Miło pana poznać, agencie Hayes.

– Shane Fuller.

– Miło panów poznać – odparł Nathan.

– Dlaczego Albany? – zapytał Shane.

– Chcieliśmy z rodziną nieco zwolnić. Dorastałem w tym mieście. Chodziłem do szkoły Dougherty High. Życie w Atlancie to nie był dla nas dobry wybór.

Adam zaczął oglądać samochód Nathana. – Sam mam forda F-150. Znam świetny warsztat. Zapiszę ci jego adres.

– Dziękuję.

Ratownicy medyczni przerwali ich rozmowę. – Opatrzyliśmy panu nogę. Teraz zajmą się panem w szpitalu. Musi pan wsiąść do karetki. Możemy przypiąć również fotelik dla dziecka.

– Chcę zobaczyć Jacksona.

Adam spojrzał na Nathana. – Chciałbym powiedzieć, witamy z powrotem w Albany, ale to chyba nie na miejscu po takim okropnym dniu.

– Cóż, mojemu synowi nic się nie stało. Więc nadal mogę twierdzić, że to dobry dzień. – Nathan uśmiechnął się do Jacksona i zaczął delikatnie go kołysać.

Ze swojego samochodu Adam obserwował ratowników medycznych zamykających drzwi karetki i odjeżdżających z dzielnym ojcem i jego dzieckiem.

Powoli włączył się do ruchu. – Złapałbyś za kierownicę? I trzymałbyś się jej, kiedy ktoś biłby cię na kwaśne jabłko? – zapytał siedzącego obok policjanta.

Shane Fuller odwrócił głowę i zamyślił się na chwilę. – Cóż, niestety, było bardzo prawdopodobne, że zginie. To z jego strony czyste szaleństwo, ale myślę, że uratował swojemu dziecku życie.

– A ty złapałbyś za kierownicę?

– Szczerze? Nie wiem. A ty?

Adam zaczął się zastanawiać, ale nie odpowiedział.

Niepokoiło go, że nie był pewien swojewiedzi.

*

Taszcząc w rękach kilka teczek z papierami z biura szeryfa, Adam wszedł do domu tylnymi drzwiami i spojrzał na wiszącą w dużym pokoju, najbardziej rzucającą się w oczy fotografię w dużej ramie, z autografem jednego z najwspanialszych zawodników Atlanta Falcons wszech czasów: Steve’a Bartkowskiego. Skinął głową w jego kierunku – swojego idola z chłopięcych lat.

Przeszedł korytarzem do kuchni, gdzie jego żona kończyła zmywać naczynia.

– Adam, jest 18.15! Gdzie byłeś?

Victoria mówiła tym tonem, więc Adam rzucił jej to spojrzenie.

– Musiałem skończyć raporty, żeby nie zawalić żadnych terminów. Przepraszam za kolację. – Zaledwie przekroczył próg domu, a już musiał się bronić. Ledwie zauważył ciemne gęste loki Victorii opadające na jej nowy błękitny sweter. Czasami, nawet po osiemnastu latach małżeństwa, Adama uderzała jej uroda. Ale tego wieczoru wyrosła między nimi ściana, a romantyczne myśli uleciały w powietrze.

– Przegapiłeś koncert fortepianowy Emily.

Adam skrzywił twarz. – Zupełnie o tym zapomniałem.

– Rozmawialiśmy o tym w zeszłym tygodniu, wczoraj i jeszcze raz dziś rano.

– To był szalony dzień. Zdarzyło się dzisiaj wiele ważnych rzeczy.

– A co jest ważniejszego od twoich dzieci?

Adam przybrał najlepszą ze swoich min typu: nikt-i-tak-nie-zrozumie-glin.

Victoria zacisnęła usta, ale odezwała się łagodniejszym tonem. – Emily bardzo chciała na ciebie poczekać, aż wrócisz do domu. – Zamilkła, jakby szukając odpowiednich słów. – Dylan poszedł biegać. Kiedy wróci, na pewno poprosi cię, żebyś pobiegł z nim w biegu 5K.

– I znowu powiem mu ‘nie’.

– Próbowałam mu to dać do zrozumienia, ale on się uparł, że cię przekona.

Tylne drzwi otworzyły się. Adam westchnął głęboko. – Znowu się zacznie.

Dylan Mitchell, szczupły, ciemnowłosy piętnastolatek w przepoconej koszulce bez rękawów i w czerwonych szortach, wszedł do środka, ciężko oddychając.

Adam przeglądał pocztę, przerzucając w ręku koperty z reklamami.

– Tato, czy mogę z tobą porozmawiać?

– Jeśli nie będzie to rozmowa o biegu 5K.

– Dlaczego nie? Mnóstwo innych chłopaków biegnie ze swoimi ojcami.

Adam w końcu uniósł głowę i spojrzał na Dylana. Kiedy on tak wyrósł?

– Trenujesz biegi! Nie musisz dodatkowo biegać.

– Ale oni prawie nie pozwalają mi brać udziału w zawodach, bo jestem w pierwszej klasie. A nie mogę zapisać się na ten bieg, jeśli ty nie pobiegniesz ze mną.

– Dylan, zrozum, nie mam nic przeciwko temu, że chcesz biegać. Ale będą też inne zawody.

Dylan spojrzał na niego gniewnie, a potem ruszył do swojego pokoju.

Victoria wytarła ręce w kuchenny ręcznik i podeszła do Adama. – Czy mogę poczynić małą sugestię, żebyś spędzał z nim trochę więcej czasu?

– Ale on jest tylko zainteresowany grami wideo albo bieganiem po parę mil.

– Więc pobiegnij z nim. To tylko 5K! Jedynie pięć kilometrów. Jakieś trzy mile.

– Trzy przecinek dziesięć.

– Och, przepraszam. Rzeczywiście. Ten ‘przecinek dziesięć’ może cię naprawdę zabić. – Ale szybko się uśmiechnęła, próbując rozładować atmosferę.

– Wiesz, że nigdy nie lubiłem biegać. Kosz? Jak najbardziej. Futbol? Zawsze. Ale on nie lubi tego, co ja. Mam czterdzieści lat. Musi być jakiś inny sposób na spędzanie z nim czasu niż zamęczanie się bieganiem.

– Cóż, musisz coś wymyślić.

– Może mi pomóc przy budowie szopy z tyłu domu. Wezmę sobie kilka wolnych dni w następnym tygodniu.

– Ale w tym wszystkim znowu chodzi o ciebie. A poza tym przez większość czasu on będzie w szkole. Potem ma jeszcze treningi po szkole i w domu nie pojawia się wcześniej niż na kolację, o czym nie wiesz, ponieważ rzadko wtedy jesteś w domu. Adam, naprawdę musisz spróbować zbliżyć się do swojego syna.

– Victorio, znowu mnie pouczasz.

Podeszła do zlewu i wrzuciła do niego kuchenny ręcznik. Adam zastanawiał się, czy była świadoma symbolicznego wydźwięku swojego gestu.

– Cześć, tatusiu! – Dziewięcioletnia Emily weszła do kuchni, oparła się o kuchenny blat i uśmiechnęła się do ojca. Wyglądała zachwycająco w piżamie w księżniczki, a jej buzię otaczały ciemne, kręcone włosy, takie same jak jej mamy.

– Cześć, kochanie. Przepraszam, że przegapiłem dzisiaj twój koncert.

– W porządku. – Wpatrywała się w niego szeroko otwartymi, ciemnymi oczami elfa. – Fałszowałam trzy razy.

– Naprawdę?

– Tak. Ale Hannah fałszowała cztery razy, więc chyba jestem lepsza.

Adam uśmiechnął się szeroko. – Moje małe słoneczko!

Emily zachichotała.

Adam obszedł kuchenną wyspę i objął swoją małą córeczkę. Więc tak to wyglądało – Adam uświadomił to sobie – taka była hierarchia stosunków panujących w domu Mitchellów. Dylan oznaczał kiepską zapłatę za ciężką pracę. Następna była Victoria. Nadal ją kochał, ale ostatnio sprawy między nimi w jednej chwili układały się słodko, a w następnej przybierały cierpki smak. Cierpkie momenty najczęściej dotyczyły Dylana.

Pod koniec dnia Adam marzył tylko o tym, żeby zostawić za sobą najcięższy zawód świata. Nie chciał przynosić do domu tego, co wydarzyło się na służbie. A Emily była nagrodą. Z nią wszystko było takie łatwe!

– Emily została zaproszona na urodziny do Hannah.

– Tak? Naprawdę? – Mocniej ją przytulił.

– Mama Hannah zaproponowała, że zabierze ją po szkole. Ale powiedziałam Emily, że musi najpierw zapytać ciebie.

Emily zrobiła obrót jak mały bączek. Adam uwielbiał w niej to, że cieszyły ją najmniejsze rzeczy.

– Och, błagam cię, tatusiu! Pozwól mi iść! Posprzątam swój pokój, odrobię pracę domową… i zrobię wszystko, co tylko każesz! Proszę cię, zgódź się! – Promienny uśmiech rozjaśnił jej twarz, dołeczki w policzkach dodały jej uroku, a jej podekscytowanie rozjaśniło cały pokój.

Adam zwrócił się w stronę Victorii: – Czy popełniła ostatnio jakąś zbrodnię lub drobne przewinienie?

– Nie, była bardzo grzeczna. Nawet nie musiałam jej prosić, żeby poukładała rzeczy w swoim pokoju.

– Tak, ale chyba nie wrzuciłaś wszystkiego do szafy? Co, Emily?

Mały elf uśmiechnął się wstydliwie.

– No dobra, zgadzam się. Ale za to będziesz musiała mocno mnie uścisnąć.

Emily zapiszczała i rozłożyła szeroko ręce. – Super! Dziękuję, tatusiu!

Kiedy Emily zarzucała ramiona wokół szyi Adama, do kuchni zajrzał Dylan, aby wziąć jabłko. Patrzył na ojca obejmującego Emily. Siostra znowu była w centrum, jak zawsze. Dylan czuł, jak zaciska szczęki. Zawsze daje jej wszystko, czego ona chce. A ze mną nawet nie chce wystartować w biegu.

Dylan wiedział, że dla swojego ojca jest niewidoczny, ale dostrzegł też, że mama mu się przyglądała. Zwykle go zauważała. Ojciec nigdy. Chyba że chciał, żeby się zamknął.

Dylan odwrócił się do ojca plecami i wycofał się do swojego pokoju.

Nie trzasnął drzwiami. Jeśliby to zrobił, dom zadrżałby w posadach.

trzy

W poniedziałkowy poranek Adam wszedł do kuchni i sięgnął po prawie pełny dzbanek kawy French roast. Z porankami jest taki problem, że nadchodzą przed pierwszą filiżanką kawy.

Adam wiedział, że niedziela zwykle jest stresującym dniem, ale wczoraj było szczególnie nerwowo. Kiedy Dylan nie chciał pójść do kościoła, Adam musiał nalegać, a potem Dylan siedział nadąsany przez całą niedzielną kolację. Adam zareagował dość gwałtownie. Więc Victoria wyraziła swój sprzeciw, a Adam powiedział jej, że Dylan musi dorosnąć i przestać się obrażać, kiedy życie nie układa się po jego myśli. Victoria był przekonana, że Dylan i Emily słyszeli ich głośną wymianę zdań. Przez cały wieczór w domu Mitchellów powiewał mroźny wiatr.

Teraz Victoria siedziała przy stole w kuchni i popijała poranną kawę. Jej blady uśmiech najwyraźniej świadczył, że nadal nie tryskała szczęściem, ale istniało duże prawdopodobieństwo, że nie będzie go ścigać z nożem w ręku.

Zjadł szybko kawałek tostu i miseczkę Wheaties, a potem przeszedł przez duży pokój i, jak to miał w zwyczaju, oddał hołd Steve’owi Bartkowskiemu. Steve był wieczny. Niczego od Adama nie wymagał i przypominał mu o jego chłopięcych fantazjach. W tamtych czasach Adam marzył o tym, aby zostać piłkarzem lub astronautą. Wyjeżdżając z podjazdu przed domem, pomyślał o chłopcach, którzy pragnęli zostać policjantami, a są biznesmenami. Może gdyby go teraz zobaczyli, wyobraziliby sobie, że Adam wciela w życie takie marzenie.

No, tak. Akurat!

Praca gliniarza nie była łatwa. Więc dlaczego bycie mężem i ojcem wydaje się znacznie trudniejsze?

Salę odpraw w biurze szeryfa wypełniał zwykły gwar rozmów, przerywany śmiechem, kiedy to policjanci opowiadali sobie ulubione, wielokrotnie ubarwiane historie, w oczekiwaniu na rozpoczęcie spotkania z szeryfem. Sala była boksem zbudowanym z białych pustaków. Na jej przedzie stało podium, a przed nim w dwóch rzędach 14 rozkładanych stolików z imitacji drewna, pomiędzy którymi biegło wąskie przejście. Nikt nie mógłby pomylić tego pomieszczenia z salą posiedzeń zarządu.

Jednak te proste ściany i gromada kumpli stanowili prawdziwe pocieszenie, a kiedy Adam wszedł do sali odpraw, poczuł się bardziej w domu niż wczoraj, będąc ze swoją rodziną.

Adam i Shane usiedli obok siebie na niewygodnych, czarnych, rozkładanych krzesełkach, tak jak to robili przez ostatnich trzynaście lat. Przed nimi stały styropianowe kubki z kawą i leżały notesy oraz długopisy. Po lewej stronie siedział dwudziestotrzyletni David Thomson, wyglądający jak uczeń ostatniej klasy college’u, który przebrał się za glinę. Dziesięciu innych policjantów, ośmiu mężczyzn i dwie kobiety, zajęło miejsca wokół nich, po dwie osoby przy stole.

Adam odwrócił się do Shane’a. – Hej, w sobotę robię steki na grillu. Co ty na to?

– No to wpadnę i zjem jednego. Może dwa.

– Właśnie o tym mówię. – Nachylił się do przodu. – David, ty nie masz własnego życia. Może też byś wpadł?

 

– Mam własne życie.

– Tak? A co robiłeś w weekend?

– Eee… ja… To zależy, czy…

– No to dobra. Widzimy się w sobotę. – Adam i Shane roześmieli się. David uśmiechnął się niepewnie.

Sierżant Murphy – krępy, doświadczony weteran – rozpoczął zebranie. – Okej, zaczynamy! Najpierw agent David Thomson, który przetrwał swój pierwszy rok pracy w policji.

Zerwała się burza oklasków. Adam uniósł dłoń, żeby przybić piątkę. David uśmiechał się szeroko z zakłopotaniem i również uniósł rękę, aby przyjąć ten wyraz uznania.

– Ale zdajesz sobie sprawę, co to oznacza? – odezwał się Shane. – Teraz będziesz mógł używać prawdziwych naboi.

Kiedy wszyscy się śmieli, do salki wszedł umundurowany oficer policji, którego rozpoznali jedynie Adam i Shane.

– A teraz chciałbym przestawić wam nowego partnera agenta Thomsona, Nathana Hayesa. Będzie dzisiaj z nami na zmianie. Przepracował osiem lat w policji hrabstwa Fulton w Atlancie. Ale dorastał tutaj, w Albany. Powitajmy go.

Rozległy się gromkie oklaski dla Hayesa. Pomachał do nich, po czym usiadł na pustym krześle obok Davida, a potem wyciąg­nął do niego rękę.

– Niestety agent Hayes zetknął się już z parą członków gangu. Jestem pewien, że słyszeliście o tej historii. Nie mam pojęcia o zasadach postępowania w policji w Atlancie, Hayes, ale w Albany zalecamy raczej pozostanie wewnątrz samochodu na drodze szybkiego ruchu.

– Postaram się o tym pamiętać.

– Dzisiaj mamy dwa nowe nakazy aresztowania: Clyde i Jamar Hollomanowie. Ta dwójka przestępców, którzy kilka razy już nam umknęli, zaczęła sprzedawać narkotyki na 600 ulicy w Sheffield. Tym razem chciałbym, żeby zajęły się tym dwa zespoły. Pozostali wracają do swoich zwykłych zajęć. Jest jeszcze coś, co szeryf chciałby wam przekazać dzisiejszego ranka. Szeryfie?

Do sali wkroczył wysoki, rudawy mężczyzna w mundurze. Sądząc po jego fryzurze, wyglądał jak żołnierz marines, i kiedyś naprawdę nim był. Jego stalowo niebieskie oczy wydawały się zmęczone. Szeryf Brandon Gentry rzadko pojawiał się w sali odpraw, dlatego policjanci wiedzieli, że to musi być coś ważnego.

– Na moim biurku wylądował e-mail, którym chciałbym się z wami podzielić. Przeprowadzono ostatnio badania dotyczące wzrostu przemocy w działaniach gangów. Mówi się w nich, że te sprawy coś łączy. Ucieczki z domów, porzucenie szkoły, dzieciaki biorące narkotyki, nastolatki w więzieniach.

Szeryf Gentry umilkł i zerknął na wydruk. – Tym, co je łączy, jest to, że większość młodocianych sprawców pochodzi z domów bez ojca. Dorastanie bez ojców stanowi dla nas największy problem i jest źródłem wielu innych kłopotów. Badanie dowodzi, że w rodzinach, gdzie ojciec jest nieobecny, dzieciaki pięć razy częściej popełniają samobójstwa, dziesięć razy częściej nadużywają narkotyków, czternaście razy częściej dokonują gwałtów oraz dwadzieścia razy częściej lądują w więzieniu.

Spojrzał na zgromadzonych policjantów, zanim zaczął kontynuować. – Badanie kończy się podsumowaniem: „Ponieważ liczba nieobecnych ojców nadal rośnie, liczby te będą szły w górę, podobnie jak liczba przestępstw i przemoc w gangach”.

Szeryf odłożył kartkę. – Może zastanawiacie się, dlaczego wam to mówię, skoro kiedy mierzymy się z tym na ulicy, zwykle jest już za późno? Odpowiedzią jest to, co powtarzałem wam już setki razy – liczba rozwodów wśród policjantów jest wysoka. Wiem, że ciężko pracujecie. Ale chodzi mi o to: kiedy skończy się wasza zmiana, idźcie do domu i kochajcie wasze rodziny. To by było na tyle. Możecie się rozejść.

Szeryf wyszedł, a policjanci wstali ze swoich miejsc.

– „Idźcie do domu i kochajcie wasze rodziny?” – Sierżant Brad Bronson parsknął, zwracając się do sierżanta Murphy’ego. – Kiedyś mówiono nam, „zwińcie tych oprychów i róbcie, co do was należy!”

– No tak, a większość z nas rozwiodła się, łącznie z tobą i ze mną. Szeryf po prostu próbuje zaradzić tej sytuacji. Powinieneś okazać nieco więcej szacunku.

– Gadka szmatka – Bronson zwrócił się do Murphy’ego stanowczo za głośno. – Gościowi za dobrze się powodzi.

Brad Bronson był niezłym okazem. Przy wzroście metr osiemdziesiąt pięć, około stu trzydziestu kilogramów rozłożonych na jego ciele w niezbyt proporcjonalny sposób, był kulą zwiotczałej skóry, potężną pianką marshmallow w spodniach, ale nadal potrafił być groźny. Włosy, które niegdyś bujnie rosły mu na głowie, pozostały jedynie gdzieś z tyłu, za uszami. Czoło miał upstrzone plamami farby z papieru gazetowego oraz popękanymi żyłkami, które stanowiły zapis historii jego bezpośredniego kontaktu ze sprawcami nieskorymi do współpracy. Do tego szeroka szyja i obwisły podbródek oraz nieustanny zapach cygar. Wierzył, że uzasadnienie ławy przysięgłych typu „za głupi, żeby żyć” jest w zupełności wystarczające.

– Dobra, chłopaki – zawarczał Bronson – Idę pilnować porządku na ulicach, a wy zabierzcie w tym czasie swoje paniusie na lekcje baletu.

– A gdzie dzisiaj cię przydzielili? – zapytał Adam.

– Do najtrudniejszej dzielnicy miasta. „Oczywiście, najtrudniejsza dzielnica miasta będzie tam, gdzie będę patrolował”. – Nawet teraz Bronson rzucił Adamowi spojrzenie, jakby patrzył na niego z odległości jakichś stu metrów, spojrzenie, które zmieniłoby Clinta Eastwooda w jego najlepszych latach w miękką kaczuszkę. Zakaszlał, co zabrzmiało jak włączona betoniarka.

Bronson był twardym zawodnikiem, ale Adam wyczuwał, że pod powierzchnią jego zachowania kryło się coś więcej. Znał go przez dwanaście lat i w tym czasie Bronson zdążył mieć dwie żony i czwórkę dzieci. Był ciągłym utrapieniem dla swoich zwierzchników. Doprowadzał do wściekłości rzecznika prasowego policji, który ciągle upominał go za publicznie wygłaszane poglądy oraz pogardliwy stosunek do mediów.

Wychodząc, policjanci zamieniali ze sobą kilka słów, niektórzy witali się z Nathanem i ściskali mu dłoń.

– Poczekaj chwilę. – Shane zwrócił się do Adama, a potem poszedł porozmawiać z Rileyem Cooperem.

Adam ruszył w kierunku partnera Coopera, Jeffa Hendersona, który stał jakieś dziesięć metrów dalej, przy wozie patrolowym. Obecnie pięćdziesięciosześcioletni weteran, Jeff, specjalizował się w przysposabianiu do zawodu żółtodziobów, tak jak to było z Adamem siedemnaście lat temu. W zeszłym roku, po skończeniu szkoły przez ich najmłodszego syna, żona Jeffa, Emma, wypełniła papiery rozwodowe i wyjechała do Kalifornii, aby mieszkać bliżej najstarszych dzieci i wnuków.

Jego szczęka nadal była mocno zarysowana, ale policzki nieco się zapadły, a niebieskie oczy, które niegdyś były tak błyszczące, wydawały się teraz przygaszone. Adam wyciągnął do niego dłoń. Jeff uścisnął ją, słabiej niż dawniej.

– Jak się masz, Jeff?

Wzruszył ramionami. – Nie mogę narzekać. Nic by to nie pomogło, gdybym zaczął to robić. – Jego mocny dawniej głos wydawał się teraz tak słaby jak jego uścisk dłoni. Mimo że posłał mu uśmiech, wydawał się on raczej wymuszony.

– Jak tam Jeff junior?

– Nadal żyje, mam nadzieję. Nie rozmawiał ze mną od roku. On i jego siostra trzymają stronę ich mamy. Brent jest na studiach, jeszcze nie wrócił.

– Przykro mi, Jeff.

– Takie jest życie.

– A jak żołądek?

– Czasami wszystko jest dobrze, a czasami… czuję, jakby to wydarzyło się wczoraj.

„To” wydarzyło się czternaście lat temu, kiedy Jeff i Adam próbowali zatrzymać złodzieja sklepowego, który zaczął uciekać. Jeff powalił go na chodnik, ale facet zanurzył ostrze noża w brzuchu Jeffa. Przebił jelito cienkie. Jeff przeszedł dwie operacje i niekończące się leczenie, ale od tej pory ciągle coś mu dolegało.

Czas miał uleczyć Jeffa, ale tak się nie stało. Tylko go postarzył. Niektórzy gliniarze trzymają fason, inni się poddają. Jeff poświęcał swój czas, ale wykonywał swoją pracę ze znacznie mniejszą pasją. Miał nowego, młodego partnera, Rileya Coopera, który był zapaleńcem, tak jak dawniej Adam. Ale Jeff nie był już pełnym energii mentorem. Miał tak wiele do dania innym, a wydawało się, że już nic od siebie nie daje. Niestety, pomyślał Adam, nie tylko Riley na tym tracił, ale i Jeff.

Bez względu na to, czy był to nadal utrzymujący się ból, czy ciągle żywa trauma po ugodzeniu nożem, Jeff, którego Adam znał przed laty, i ten obecny byli zupełnie różnymi osobami. Na początku Emma była wzorem żony, wspierającej swego męża, próbującej mu pomóc. Ale on jej nie pozwalał. Pewnego dnia, trzynaście lat temu, Adam podjechał po Jeffa do jego domu. Zanim zdołał zapukać, drzwi otworzyły się i zaraz z hukiem zamk­nęły za wściekłym Jeffem, który z nich wypadł. Emma krzyknęła przez okno. – Przestań obwiniać swoją rodzinę! To nie my ugodziliśmy cię nożem!