Iluzjonista

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Re­dak­cja

Ja­cek Illg

Elż­bie­ta Spa­dziń­ska-Żak

Re­dak­cja tech­nicz­na

Da­mian Wa­la­sek

Skład, ła­ma­nie i pro­jekt okład­ki

Ewa Mierz­wa

Zdję­cie na okład­ce

© EAST NEWS

Wy­da­nie I, Cho­rzów 2012

Wy­daw­ca: Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA

41-500 Cho­rzów, Ale­ja Har­cer­ska 3c

tel. 32-348-31-33, 32-348-31-35

fax 32-348-31-25

of­fi­ce@vi­de­ograf.pl

www.vi­de­ograf.pl

© Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA, Cho­rzów 2012

ISBN 978-83-7835-079-8

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o. o.

Spis treści

  Dedykacja

  Motto

  Sło­wo wstęp­ne

  Pro­log

  Roz­dział I Dzie­dzic­two

  ROZ­DZIAŁ II Smu­tek

  ROZ­DZIAŁ III Że­bro

  ROZ­DZIAŁ IV Sło­wa

  ROZ­DZIAŁ V Trzci­na

  ROZ­DZIAŁ VI Ce­da­ka

  ROZ­DZIAŁ VII Płacz

  ROZ­DZIAŁ VIII Ży­cie

  Ka­len­da­rium

  Li­te­ra­tu­ra

  Przypisy

Pa­mię­ci An­drze­ja Sło­wiń­skie­go – „Astra­lvie­go”

Na­wet naj­trud­niej­sze rze­czy moż­na zro­bić szyb­ko i na­tych­miast. Do­pie­ro cuda wy­ma­ga­ją tro­chę cza­su.

Sło­wo wstęp­ne

Pro­fe­sja ilu­zjo­ni­sty, po­dob­nie jak pro­sty­tu­cja, na­le­ży do naj­star­szych za­wo­dów świa­ta. Już od naj­daw­niej­szych wie­ków prze­róż­ni ma­gi­cy wy­ko­rzy­sty­wa­li swo­je ku­glar­skie ta­len­ty, jed­ni ku ucie­sze ga­wie­dzi, inni dla osią­gnię­cia czę­sto za­ka­mu­flo­wa­nych ce­lów. Prze­po­wia­da­li przy­szłość, wy­cią­ga­li kró­li­ki z ka­pe­lu­sza, za­mie­nia­li ziem­nia­ki w zło­te klej­no­ty.

Gwał­tow­ny roz­wój „sztu­ki two­rze­nia złu­dzeń” na­stą­pił na prze­ło­mie XIX i XX wie­ku. Lu­dzie pra­gnę­li coś po­dzi­wiać, a duch cza­su za­bra­niał im tego. Go­to­wi byli pła­cić, byle dać im na­praw­dę do­bre i za­dzi­wia­ją­ce wi­do­wi­sko. Wiel­cy ar­ty­ści za­czę­li więc za­dzi­wiać umie­jęt­no­ścia­mi żąd­nych wra­żeń wi­dzów, za­ska­ku­jąc efek­ta­mi bę­dą­cy­mi świa­dec­twem za­rów­no ich po­my­sło­wo­ści, wy­obraź­ni, jak i in­te­lek­tu. Ol­brzy­mim po­wo­dze­niem cie­szy­ły się w tym cza­sie wiel­kie ma­gicz­ne re­wie, a w nich szcze­gól­nie „le­wi­ta­cja”, czy­li uno­sze­nie asy­stent­ki w prze­strze­ni. Tego ro­dza­ju „cuda” wy­da­wa­ły się być zwia­stu­nem nie­ogra­ni­czo­nych moż­li­wo­ści czło­wie­ka. Nie­cier­pli­wie ocze­ki­wa­no na ko­lej­ne wi­do­wi­sko, a po­tem pa­mię­ta­no je przez dłu­gie mie­sią­ce i lata.

Ale to, co wy­czy­niał Har­ry Ho­udi­ni, nie mie­ści­ło się po pro­stu w gło­wie. Prze­ra­ża­ło do szpi­ku ko­ści i za­pie­ra­ło dech w pier­siach. Oglą­da­jąc jego wy­stę­py, na­wet ane­mi­cy do­sta­wa­li wy­pie­ków. Ta­kich nu­me­rów nie po­tra­fił wcze­śniej wy­ko­nać ża­den ilu­zjo­ni­sta. (Póź­niej zresz­tą też nie). Ho­udi­ni był po pro­stu je­dy­ny w swo­im ro­dza­ju, wspa­nia­ły i nie­po­wta­rzal­ny w ca­łych dzie­jach sztu­ki ma­gicz­nej.

Zna­ny jest po­wszech­nie dzię­ki nu­me­rom po­le­ga­ją­cym na prze­dziw­nych spo­so­bach uwal­nia­nia się z róż­ne­go ro­dza­ju wię­zów i za­mknięć. Ka­zał się krę­po­wać i pę­tać na wszel­kie moż­li­we spo­so­by – i za­wsze się uwal­niał. Za­ku­wa­no go w kaj­dan­ki, nogi bra­no mu w dyby. Uwal­niał się. „Rów­nie do­brze kaj­dan­ki mo­gły­by być zro­bio­ne z ga­la­re­ty, z taką ła­two­ścią jego ręce się z nich wy­śli­zgi­wa­ły” – od­no­to­wał Sir Ar­thur Co­nan Doy­le, „oj­ciec” Sher­loc­ka Hol­me­sa.

Za­kła­da­no mu ka­ftan bez­pie­czeń­stwa i za­my­ka­no w trum­nie. Uwal­niał się. Uwal­niał się ze skarb­ców ban­ko­wych, z za­bi­tych gwoź­dzia­mi be­czek, z za­szy­tych wor­ków pocz­to­wych. Uwol­nił się też z obi­tej cyn­ko­wą bla­chą skrzy­ni for­te­pia­nu mar­ki Kna­be, z że­liw­ne­go ko­tła, z wy­peł­nio­nej wodą bań­ki na mle­ko. Jego wy­czy­ny były tym bar­dziej ta­jem­ni­cze, że nig­dy nie uszka­dzał przed­mio­tów, z któ­rych się wy­zwa­lał, i nie po­ka­zy­wał, jak je otwie­ra. Od­sła­nia­no kur­ty­nę i oto stał roz­cheł­sta­ny, ale trium­fal­nie uśmiech­nię­ty, obok nie tknię­te­go po­jem­ni­ka, w któ­rym przed chwi­lą był wię­zio­ny. Po­zdra­wiał wi­dzów, ma­cha­jąc rę­ka­mi.

Uciekł z ki­bit­ki, jaką wo­żo­no więź­niów na Sy­bir. Uwol­nił się z chiń­skiej celi tor­tur, z wię­zie­nia w Bo­sto­nie i w Ham­bur­gu. Przy­ku­wa­no go łań­cu­cha­mi do opon sa­mo­cho­do­wych, do kół wod­nych, do ar­mat, a on się wy­zwa­lał. W grud­niu 1907 roku skrę­po­wa­ny kaj­dan­ka­mi ze­sko­czył do lo­do­wa­tej wody z mo­stu Old Bel­le w Bo­sto­nie i z ła­two­ścią zdo­łał się uwol­nić. 26 sierp­nia na­stęp­ne­go roku wrzu­co­no go do za­to­ki San Fran­ci­sco, z rę­ka­mi zwią­za­ny­mi z tyłu i trzy­dzie­sto­ma ki­lo­gra­ma­mi łań­cu­chów umo­co­wa­nych do jego cia­ła. Bez­piecz­nie wy­pły­nął na po­wierzch­nię. Zwią­za­ny sznu­ra­mi ska­kał z mo­stów do Ta­mi­zy, Se­kwa­ny i Mis­si­si­pi.

Ubra­no go w od­po­wied­nio ob­cią­żo­ny strój nur­ka, od­cię­to do­pływ po­wie­trza i spusz­czo­no na dno oce­anu. Wy­pły­nął. Wie­sza­no go owi­nię­te­go ka­fta­nem bez­pie­czeń­stwa gło­wą w dół, na dźwi­gach, dwu­pła­tow­cach i da­chach bu­dyn­ków. Wszyst­ko na nic. Za­wsze zdo­łał się uwol­nić. Po­ka­zy te bu­dzi­ły za­rów­no po­dziw, jak i strach, a oglą­da­ły je, prze­cie­ra­jąc ze zdu­mie­nia oczy, ty­sią­ce osób. Jego wy­czy­ny były tak nie­zwy­kłe, wy­wie­ra­ły tak dziw­ny i nie­po­ko­ją­cy wpływ na wi­dow­nię, że czę­sto wy­pro­wa­dza­no z sali dzie­ci przed za­koń­cze­niem spek­ta­klu. Swo­je umie­jęt­no­ści pre­zen­to­wał rów­nież w wie­lu fil­mach, krę­co­nych w la­tach 1916-1923. Nie­praw­do­po­dob­ne sztucz­ki Ho­udi­nie­go po­le­ga­ły po czę­ści na jego wiel­kiej sile fi­zycz­nej i ogrom­nej spraw­no­ści, po czę­ści zaś na czymś, cze­go do dzi­siaj naj­wy­bit­niej­si spe­cja­li­ści nie zdo­ła­li roz­gryźć. Sam ma­gik opo­wia­dał o „we­wnętrz­nym gło­sie”, któ­ry do­ra­dzał mu, cze­go może się pod­jąć, a cze­go po­wi­nien za­nie­chać. „Do­pó­ki będę mu po­słusz­ny, nie gro­zi mi żad­ne nie­bez­pie­czeń­stwo” – twier­dził. W Ame­ry­ce do dzi­siaj uży­wa się w po­tocz­nej mo­wie okre­śle­nia to ho­udi­ni­ze, co zna­czy uwol­nić się, zna­leźć wyj­ście z trud­nej sy­tu­acji.

Słyn­ny dra­ma­to­pi­sarz Geo­r­ge Ber­nard Shaw uznał Ho­udi­nie­go – nie bez prze­sa­dy, któ­ra jed­nak ma swo­ją wy­mo­wę – za jed­ną z trzech naj­bar­dziej zna­nych po­sta­ci w ca­łej hi­sto­rii ludz­ko­ści. W 1968 roku w mie­ście Nia­ga­ra Falls, w sta­nie Nowy Jork, otwar­te zo­sta­ło sła­wią­ce go mu­zeum pod na­zwą „Ho­udi­ni – Ma­gi­cal Hall of Fame”. Obok roz­licz­nych i cią­gle no­wych prze­ja­wów pa­mię­ci o wiel­kim ilu­zjo­ni­ście obiekt ten wy­da­je się być naj­lep­szym gwa­ran­tem jego nie­śmier­tel­no­ści.

*

Wszy­scy dzi­siaj do­sko­na­le wie­dzą, że ilu­zjo­ni­sta nie jest cza­ro­dzie­jem wy­po­sa­żo­nym w nad­przy­ro­dzo­ne moce, ale nie wszy­scy zda­ją so­bie spra­wę z tego, jak wie­le cięż­kiej pra­cy wy­ma­ga ten ro­dzaj sztu­ki. Ile dłu­gich i sta­ran­nych ćwi­czeń po­trze­ba dla osią­gnię­cia od­po­wied­niej zręcz­no­ści i ru­chli­wo­ści rąk, dla wy­pra­co­wa­nia ko­or­dy­na­cji wszyst­kich ru­chów, dla opa­no­wa­nia umie­jęt­no­ści od­wra­ca­nia uwa­gi. W za­wo­dzie ma­gi­ka ko­niecz­ny jest bły­ska­wicz­ny re­fleks, in­te­li­gen­cja i ta­lent ak­tor­ski god­ny naj­więk­szych mi­strzów sce­ny. Ilu­zjo­ni­sta musi mieć pe­wien za­pas wie­dzy z dzie­dzi­ny che­mii i fi­zy­ki, a tak­że zna­jo­mość ślu­sar­ki i sto­lar­ki, by kon­stru­ować i re­pe­ro­wać swo­je re­kwi­zy­ty. Prócz tego czę­sto musi być za­rów­no bu­ta­fo­rem, jak i elek­try­kiem. Tyl­ko w tych wa­run­kach może li­czyć na suk­ces. Lu­dzie pa­trzą na ilu­zjo­ni­stów po­dejrz­li­wie, cią­gle do­szu­ku­jąc się w każ­dym ich ge­ście, w każ­dym ru­chu za­cząt­ku no­we­go tri­ku. I nie­rzad­ko mają ra­cję. Ilu­zja to nie tyl­ko za­wód, to rów­nież spo­sób na ży­cie.

 

Pro­log

Roz­glą­da­jąc się nie­pew­nie na boki, dwu­na­sto­let­ni chło­piec stał na pu­stym pe­ro­nie ko­le­jo­we­go dwor­ca. Prze­raź­li­wą ci­szę roz­bi­ja­ło tyl­ko cięż­kie sa­pa­nie lo­ko­mo­ty­wy po­ru­sza­ją­cej się do­stoj­nie i le­ni­wie gdzieś po bocz­nym to­rze. Głów­ny tor był wol­ny i lśnił szy­na­mi w za­cho­dzą­cym słoń­cu. W dali ma­ja­czy­ły po­tęż­ne góry, w prze­ciw­nym kie­run­ku że­la­zny trakt gi­nął na za­krę­cie wśród pól i la­sów. Stam­tąd wła­śnie do­biegł w pew­nej chwi­li gwizd po­cią­gu. Ktoś po­wie­dział kie­dyś chłop­cu, że taki sy­gnał dają po­cią­gi, któ­re za­błą­dzi­ły, ale w tym wy­pad­ku to nie po­ciąg za­błą­dził, lecz on sam.

Po cie­płym dniu nad­cho­dził chłod­ny wie­czór. Da­le­kie szczy­ty sta­ły jesz­cze w bla­sku za­cho­dzą­ce­go słoń­ca, jak od­la­ne z go­rą­cej mie­dzi, lecz bliż­sze wzgó­rza za­gar­niał już ame­ty­sto­wy cień. Nad da­cha­mi ja­skół­ki z ra­do­snym świer­go­tem cię­ły sty­gną­cy błę­kit. Było mar­two i sen­nie. Cały dwo­rzec wy­glą­dał na wy­mar­ły. Od­kąd wy­siadł z po­cią­gu, chło­piec nie za­uwa­żył ani jed­nej ży­wej du­szy, co zresz­tą było sta­nem zu­peł­nie nor­mal­nym w tej oko­li­cy. Gwar na sta­cji i w po­bli­skim mia­stecz­ku wy­bu­chał tyl­ko póź­ną wio­sną i je­sie­nią, w po­rze prze­go­nu by­dła. Wte­dy szyn­ki się za­peł­nia­ły, wód­ka i kar­ty świę­ci­ły try­um­fy. Poza tym do rzad­ko­ści na­le­ża­ło, żeby ktoś się tu na­wet gło­śniej ode­zwał.

Chło­piec ubra­ny był w czer­wo­ną ba­weł­nia­ną ko­szu­lę i wy­strzę­pio­ne dre­li­cho­we spodnie ko­lo­ru kha­ki, na no­gach miał roz­ła­żą­ce się brą­zo­we pół­bu­ty, o ja­kich czę­sto mówi się: „pa­mię­ta­ją­ce lep­sze cza­sy”. Te były jed­nak tak sta­re, że z po­wo­du za­awan­so­wa­nej skle­ro­zy za­pew­ne w ogó­le nic już nie pa­mię­ta­ły. W pra­wej ręce ści­skał moc­no po­dróż­ny wę­ze­łek. Był jak na swój wiek nie­wy­so­ki, za to mu­sku­lar­ny, spra­wia­ją­cy wra­że­nie zwin­ne­go jak wie­wiór­ka. Sza­ro­nie­bie­skie oczy by­stro spo­glą­da­ły spod szo­py ciem­nych wło­sów.

Świat ob­ję­ła wła­śnie w po­sia­da­nie cu­dow­na wio­sna 1886 roku. Pła­sko­wyż stał w kę­pach traw i kwit­ną­cych krze­wów. Kwia­ty try­ska­ły z zie­mi jak czer­wo­ne, żół­te, fio­le­to­we i nie­bie­skie pło­mie­nie. Zie­leń łąk była szma­rag­do­wym prze­stwo­rzem, w któ­rym pły­wa­ły kon­ste­la­cje po­lnych kwia­tów. I wszyst­ko by­ło­by pięk­nie, gdy­by nie przy­twier­dzo­na do jed­ne­go ze słu­pów ta­bli­ca z na­zwą miej­sco­wo­ści: Kan­sas City, Mis­so­uri.

W la­tach trzy­dzie­stych XIX wie­ku Kan­sas City było bar­dzo po­pu­lar­nym miej­scem po­sto­ju wo­zów cią­gną­cych na Za­chód. Roz­kwit mia­sta i le­gen­da sie­dli­ska grze­chu zo­sta­ły za­ha­mo­wa­ne przez wy­buch woj­ny se­ce­syj­nej. Los za­czął się zno­wu od­mie­niać w koń­cu lat sie­dem­dzie­sią­tych, gdy po­wsta­nie ko­lei umoż­li­wi­ło roz­wój prze­my­słu mię­sne­go. W su­mie więc mia­sto jak mia­sto, z po­zo­ru naj­mniej­szych po­wo­dów do zde­ner­wo­wa­nia, ale chło­piec był in­ne­go zda­nia. Za­nim kil­ka dni temu wy­ru­szył w świat, wy­słał do domu kart­kę pocz­to­wą za­adre­so­wa­ną do pani Ce­ci­lii We­iss, w Mil­wau­kee w sta­nie Wi­scon­sin, 517 Si­xth Stre­et: „Ko­cha­na mamo – na­pi­sał. – Jadę do Ga­lve­ston w Tek­sa­sie, wró­cę gdzieś za rok, kie­dy uda mi się za­ro­bić tro­chę pie­nię­dzy. Po­zdro­wie­nia dla wszyst­kich. Twój syn Eh­rich”.

Jak­kol­wiek by pa­trzeć, Kan­sas City znaj­du­je się w od­le­gło­ści do­brych kil­ku­set mil od Ga­lve­ston. Mały Eh­rich po­my­lił po pro­stu po­cią­gi. Wam to się nig­dy nie zda­rzy­ło? Więc nie dziw­cie się dwu­na­sto­let­nie­mu za­le­d­wie dzie­cia­ko­wi. Sy­tu­acja była o tyle nie­do­bra, że cały jego ma­ją­tek wy­no­sił pięć cen­tów, suma nie­wy­star­cza­ją­ca na­wet na bi­let do St Lo­uis, a co do­pie­ro do Ga­lve­ston. Moż­na było jesz­cze spró­bo­wać jaz­dy na gapę, lecz za­ję­cie to mo­gło być wiel­ce ry­zy­kow­ne. Miał już oka­zję prze­ko­nać się o tym na wła­snej skó­rze.

Wsia­da­jąc do po­cią­gu w Mil­wau­kee, po­ło­żył się na brzu­chu pod ław­ką w jed­nym z wa­go­nów i tak prze­le­żał kil­ka go­dzin. Wa­gon, w któ­rym się zna­lazł, był ro­dza­jem dłu­gie­go wozu spo­czy­wa­ją­ce­go na dwóch pod­wo­ziach za­opa­trzo­nych w czte­ry ru­cho­me koła, co po­zwa­la­ło mu brać bez­piecz­nie ostre skrę­ty. We­wnątrz nie było prze­dzia­łów; pro­sto­pa­dle do osi za­in­sta­lo­wa­no dwa rzę­dy ła­wek, zo­sta­wia­jąc w środ­ku wol­ne przej­ście do in­nych po­miesz­czeń. Wszyst­kie wa­go­ny po­łą­czo­ne były plat­for­ma­mi w ten spo­sób, że pa­sa­że­ro­wie mo­gli prze­cho­dzić z jed­ne­go koń­ca po­cią­gu na dru­gi i w każ­dej chwi­li sko­rzy­stać z wo­zów-sa­lo­nów, wo­zów-ta­ra­sów i wo­zów-re­stau­ra­cji. Bra­ko­wa­ło tyl­ko wo­zów-te­atrów, ale któ­re­goś dnia i te się znaj­dą – po­my­ślał chło­piec.

W pew­nym mo­men­cie jed­nak, kie­dy zbyt moc­no przy­pie­kły go rury cen­tral­ne­go ogrze­wa­nia, nie wy­trzy­mał. Wy­cze­kał, aż ktoś wstał do ubi­ka­cji, i wy­sko­czył z ukry­cia jak mały dia­be­łek. Był brud­ny, za­ku­rzo­ny, na ubra­niu wi­dać było wy­pa­lo­ne śla­dy rur. W po­miesz­cze­niu zro­bił się po­płoch. Pech chciał, że aku­rat w tym mo­men­cie na­pa­to­czył się kon­duk­tor.

To­wa­rzy­stwa ko­le­jo­we chro­nicz­nie nie zno­si­ły zło­dziei, za ja­kich uwa­ża­ły pa­sa­że­rów na gapę, nie­za­leż­nie od tego, czy po­dró­żo­wa­li oni po­cią­ga­mi oso­bo­wy­mi czy to­wa­ro­wy­mi. Nie zno­si­ły zło­dziei być może dla­te­go, że same zaj­mo­wa­ły się kra­dzie­żą, i to na ogrom­ną ska­lę. „Więk­sze jest wro­giem mniej­sze­go” – mówi po­pu­lar­ny w Sta­nach bon-mot. To w Ame­ry­ce rów­nież zro­dzi­ło się słyn­ne po­wie­dze­nie, że „dru­gi mi­lion do­la­rów moż­na za­ro­bić uczci­wie”. Pro­blem po­le­gał na tym, że naj­pierw trze­ba było za­ro­bić ten pierw­szy mi­lion. I Ame­ry­ka­nie za­ra­bia­li, wy­ka­zu­jąc przy tym ogrom­ną po­my­sło­wość na dłu­go przed­tem, za­nim od­kry­to tek­sań­ską ropę i zbu­do­wa­no Hol­ly­wo­od. Wła­ści­cie­le to­wa­rzystw ko­le­jo­wych na­le­że­li do naj­bar­dziej po­my­sło­wych.

Roz­wój ko­lej­nic­twa roz­po­czął się w Sta­nach w roku 1829, kie­dy to­wa­rzy­stwo bu­do­wy ko­lei De­la­va­re-Hud­son spro­wa­dzi­ło z An­glii lo­ko­mo­ty­wę, któ­ra oka­za­ła się jed­nak zbyt duża i cięż­ka dla uło­żo­ne­go toru. Rok póź­niej w No­wym Jor­ku skon­stru­owa­no pierw­szy ame­ry­kań­ski pa­ro­wóz „Tom Thumb” (Tom­cio Pa­luch). Ten dla od­mia­ny oka­zał się zbyt lek­ki. Do­pie­ro nie­ja­ki Ro­bert Ste­ven­son przy­wiózł z An­glii pierw­szą lo­ko­mo­ty­wę, któ­rej jaz­da za­koń­czy­ła się suk­ce­sem. Był to pa­ro­wóz „John Bull”, któ­ry w 1839 roku roz­po­czął służ­bę na li­nii w sta­nie New Jer­sey, zbu­do­wa­nej przez jego ojca, puł­kow­ni­ka Joh­na Ste­ven­so­na. Lo­ko­mo­ty­wa spi­sy­wa­ła się na ogół nie­źle, cho­ciaż lu­bi­ła się cza­sa­mi wy­ko­le­ić na za­krę­cie. Nie­mniej uży­wa­no jej aż przez 30 lat.

Ame­ry­ka­nie szyb­ko stwo­rzy­li wła­sny prze­mysł pa­ro­wo­zo­wy. Ty­po­wą ce­chą bu­do­wa­nych wów­czas w Sta­nach lo­ko­mo­tyw był uko­śny zde­rzak prze­zna­czo­ny do spy­cha­nia prze­szkód z toru. Przed tym roz­le­głym, w znacz­nej czę­ści pra­wie nie za­miesz­ka­nym kra­jem ko­lej otwo­rzy­ła ogrom­ne moż­li­wo­ści. Bu­do­wa li­nii ko­le­jo­wych, łą­czą­cych od­le­głe miej­sco­wo­ści i uła­twia­ją­cych wy­mia­nę to­wa­ro­wą oraz za­sie­dla­nie no­wych te­re­nów, sta­ła się tam spra­wą nie­zwy­kłej wagi. Ame­ry­ka­nie nie za­prze­pa­ści­li ta­kiej szan­sy. W roku 1840, kie­dy ogól­na dłu­gość sie­ci ko­le­jo­wej na świe­cie za­le­d­wie prze­kro­czy­ła 9000 ki­lo­me­trów, jej po­ło­wa znaj­do­wa­ła się w Sta­nach Zjed­no­czo­nych. W po­ło­wie stu­le­cia ame­ry­kań­ska sieć ko­le­jo­wa li­czy­ła już 15 400 ki­lo­me­trów. Osią­gnię­cia te sta­ły się moż­li­we dzię­ki za­sto­so­wa­niu ta­nie­go toru. Po raz pierw­szy uży­to tam ma­so­wo drew­nia­nych pod­kła­dów – drew­na bo­wiem było pod do­stat­kiem – ukła­da­nych na żwi­ro­wej pod­syp­ce. Ten typ toru szyb­ko zresz­tą roz­po­wszech­nił się na ca­łym świe­cie.

1 lip­ca 1862 roku Kon­gres uchwa­lił tak zwa­ny Pa­ci­fic Ra­il­way Act, pierw­szą usta­wę o ko­lei trans­kon­ty­nen­tal­nej, pod­pi­sa­ną przez Abra­ha­ma Lin­col­na. Na jej pod­sta­wie utwo­rzo­no spół­kę Union Pa­ci­fic Ra­il­ro­ad, ma­ją­cą bu­do­wać tory na za­chód od Oma­ha w sta­nie Ne­bra­ska, oraz zle­co­no in­ne­mu to­wa­rzy­stwu, Cen­tral Pa­ci­fic Ra­il­ro­ad of Ca­li­for­nia, kła­dze­nie to­rów na wschód od Sa­cra­men­to w Ka­li­for­nii. Oba to­wa­rzy­stwa otrzy­ma­ły ol­brzy­mie przy­dzia­ły zie­mi pu­blicz­nej – pas wzdłuż to­rów sze­ro­ko­ści 400 stóp (132 me­try) i dzie­sięć dzia­łek za każ­dy ukoń­czo­ny od­ci­nek to­rów o dłu­go­ści jed­nej mili (1,6 ki­lo­me­tra) – w su­mie 13 mi­lio­nów ha. Otrzy­ma­ły też ogrom­ne kre­dy­ty rzą­do­we, a kie­dy dwa lata póź­niej pra­ce sta­nę­ły z po­wo­du bra­ku ka­pi­ta­łu, Kon­gres po­dwo­ił przy­dzia­ły zie­mi oraz zre­du­ko­wał raty spła­ca­nej po­życz­ki.

W myśl sta­re­go przy­sło­wia, ape­tyt ro­śnie jed­nak w mia­rę je­dze­nia. Nie­uczci­wym udzia­łow­com obu to­wa­rzystw nie dość było kro­cio­wych zy­sków. Szyb­ko wy­na­leź­li nowy spo­sób na do­dat­ko­we wzbo­ga­ce­nie się. Ma­new­ru­jąc spryt­nie prze­pi­sa­mi, omi­ja­li obo­wią­zu­ją­ce pra­wo or­ga­ni­zo­wa­nia prze­tar­gów na wy­ko­na­nie ro­bót i two­rzy­li fik­cyj­ne spół­ki bu­dow­la­ne, co umoż­li­wi­ło im dyk­to­wa­nie wy­śru­bo­wa­nych cen. Union Pa­ci­fic po­wo­ła­ło Cre­dit Mo­bi­lier, in­ka­su­jąc 73 mi­lio­ny do­la­rów za pra­ce o war­to­ści 50 mi­lio­nów. Utwo­rzo­na przez Cen­tral Pa­ci­fic spół­ka Con­tract and Fi­nan­ce Com­pa­ny oka­za­ła się jesz­cze lep­sza. Za pra­ce, któ­re kosz­to­wa­ły ją tyl­ko 58 mi­lio­nów do­la­rów, wy­łu­dzi­ła ich aż 120.

Ge­niusz i spe­ku­lant, fi­lan­trop i zło­dziej, prze­my­sło­wiec i gang­ster to­wa­rzy­szy­li so­bie od po­cząt­ku na­ro­dzin ka­pi­ta­li­zmu w Sta­nach Zjed­no­czo­nych. To­wa­rzy­szą so­bie zresz­tą w każ­dej epo­ce i pod każ­dą sze­ro­ko­ścią geo­gra­ficz­ną. Tak się bo­wiem skła­da, że dra­pież­ność, bez­względ­ność i pra­gnie­nie po­sia­da­nia wy­zwa­la­ją me­cha­nizm pier­wot­nej aku­mu­la­cji ka­pi­ta­łu – pro­ces uni­wer­sal­ny, ma­ją­cy po­stać eko­no­micz­nej ko­niecz­no­ści, wręcz wa­run­ku roz­wo­ju cy­wi­li­zo­wa­nych państw.

Przy­to­czo­ne wy­żej fak­ty zu­peł­nie jed­nak nie in­te­re­so­wa­ły ani kon­duk­to­rów, ani ko­le­jo­wych straż­ni­ków. Tra­fia­li się wśród nich praw­dzi­wi sa­dy­ści, któ­rzy wie­dząc, że pra­wo stoi po ich stro­nie, po­tra­fi­li ga­po­wi­cza sko­pać do nie­przy­tom­no­ści i wy­rzu­cić go z po­cią­gu w ja­kimś miej­scu, zwa­nym po pro­stu no­whe­re, czy­li „nig­dzie”.

Bio­rąc pod uwa­gę kil­ka kuk­sań­ców w że­bra i parę „ko­ko­sów” w gło­wę, któ­re otrzy­mał Eh­rich, ten kon­duk­tor nie za­li­czał się na szczę­ście do na­zbyt ostrych. Po­czę­sto­wa­ny na ko­niec so­lid­nym kop­nia­kiem w oko­li­cę krzy­żo­wo-lę­dź­wio­wą, chło­piec zo­stał wy­sa­dzo­ny z po­cią­gu na naj­bliż­szej sta­cji. Miej­sco­wość na­zy­wa­ła się De­le­van i wró­ci­my do niej jesz­cze w dal­szej czę­ści opo­wie­ści. Ale te­raz je­ste­śmy wraz z dwu­na­sto­let­nim Eh­ri­chem w Kan­sas City.

– Cóż – po­wie­dział sam do sie­bie nie­for­tun­ny pa­sa­żer po chwi­li na­my­słu – w Mis­so­uri lu­dzie też chy­ba po­trze­bu­ją ko­goś, kto wy­czy­ści im buty, na­pra­wi płot czy umy­je okna.

Za­rzu­cił na ple­cy wę­ze­łek i udał się w kie­run­ku po­bli­skie­go mia­sta na po­szu­ki­wa­nie ja­kie­goś miej­sca do spa­nia.

Wpraw­dzie nie miał do­sta­tecz­nej ilo­ści pie­nię­dzy, ale miał za to wia­rę w przy­szłość. Na­zy­wał się Eh­rich We­iss, i to wła­śnie owa wia­ra spra­wi­ła, że w przy­szło­ści mógł po­dró­żo­wać dużo da­lej niż do Kan­sas City, da­lej na­wet niż do Ga­lve­ston, a pla­no­wa­ne mie­dzia­ki, któ­re za­mie­rzał za­ro­bić dla ro­dzi­ny, czysz­cząc buty, za­mie­ni­ły się w dzie­siąt­ki i set­ki ty­się­cy do­la­rów.

„Nikt nie może obie­cy­wać so­bie cze­goś na przy­szłość” – stwier­dził przed wie­ka­mi Lu­cius An­na­eus Se­ne­ca. To­też mały Eh­rih nie­wie­le so­bie za­pew­ne obie­cy­wał, kie­dy w ów kwiet­nio­wy cie­pły wie­czór za­głę­biał się w sen­ne ulicz­ki Kan­sas City. A z pew­no­ścią już nie wy­obra­żał so­bie, że za kil­ka lat bę­dzie zna­nym i po­dzi­wia­nym na ca­łym świe­cie ilu­zjo­ni­stą, wy­stę­pu­ją­cym pod pseu­do­ni­mem Har­ry Ho­udi­ni. Na ra­zie chciał tyl­ko gdzieś się prze­spać i za­ro­bić na ju­trzej­sze śnia­da­nie.