Wszystkie kwiaty Alice HartTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


ZNACZENIE Opłakuję cię

Brunonia australis | WSZYSTKIE STANY I TERYTORIA

Roślina wieloletnia występująca na obszarach leśnych, w lasach i na piaskowych równinach. Niekiedy trudno się przyjmuje. Może obumrzeć po kilku latach.


„Alice, słyszysz mnie? Jestem tutaj”.

Głos. Łagodny.

To traciła przytomność, to ją odzyskiwała, na chwile wystarczająco długie, by zorientować się w otoczeniu. Ostry zapach środków dezynfekcyjnych i antyseptycznych. Blask białych ścian. Słodkość róż. Szorstka wykrochmalona pościel. Rytmiczne pikanie gdzieś obok. Pisk butów na śliskiej podłodze. Głos. Łagodny.

„Nie jesteś sama, Alice. Jestem z tobą. Coś ci opowiem”.

Jej język spuchł z pragnienia. Starała się odpowiedzieć głosowi, zostać blisko zapachu róż, ale za szybko zanurzyła się z powrotem w mroczne głębiny, z ciałem ciężkim od osadu pamięci.


Blade bursztynowe światło przedarło się przez nicość, która napierała na Alice ze wszystkich stron. Przesuwała się w jego stronę. Pod stopami czuła coraz twardsze oparcie, jakby wracając z głębin, dotarła do piaszczystego dna płycizny. Zrozumiała, że jest na plaży, ale stało się coś bardzo złego. Na wydmach srebrnozielona trawa morska dymiła wypalona. Piasek był czarny jak sadza, a morze zniknęło, tak dalekiego odpływu Alice jeszcze nie widziała. Trącała nogami poczerniałe muszle martwych krabów i spękane muszle pipi, których pastelowe kolory się zwęgliły. Drobinki żaru unosiły się jak płatki gwiazd, grudki słonego popiołu zebrały się na jej rzęsach. Hen, daleko połyskiwał odpływ, pomarańczowe węgielki pod ciemnym niebem. Powietrze było gorące i cuchnęło.

„Jestem z tobą, Alice”.

Łzy paliły jej policzki.

„Alice, opowiem ci coś”.

Szukała poczerniałego brzegu. W ustach miała ostry smak. Zanim się odwróciła do morza, poczuła gorączkę na skórze.

Z węgielków mieniących się na horyzoncie wybuchły płomienie. Ogniste fale rosły, załamywały się i znowu rosły, rodeo gniewnych bestii. Każdy oddech sprawiał jej ból. Morze ognia z hukiem nadciągało ku niej przez czarny piasek.

Żar bijący od zbliżających się wielkich fal palił jej twarz. Jedyny zapach, jaki czuła, to woń róż.


Jedna fala za drugą toczyły się i wznosiły, nabierając sił, w miarę jak pędziły ku niej. Próbowała się odczołgać, wdrapać się na szczyt wydm, ale tonęła w miękkim piasku. Uwięziona odwróciła się bezradnie, gdy morze ognia wtargnęło na nią, kłębiąca się ściana płomieni. Czuła, jak z jej wnętrzności coś się wydobywa, ale gdy wzięła głęboki wdech, z jej ust wydostał się tylko milczący krzyk maleńkich białych kwiatków.

Unosiła się na koralowych i płowych płomieniach. To, co brała za morze ognia, wcale nie było morską wodą. To było morze ognistego światła. Falowało dokoła niej, nieustannie się zmieniając, błysk wody, plama fioletu, pomarańczowa eksplozja. Jej ciało się zanurzyło, a ona przeczesywała palcami kolory.


W pokoju panowała ciemność. Szorstka pościel jej ciążyła. Powietrze pachniało tak ostro, że czuła ten zapach w ustach i oczach. Próbowała się obrócić, ale nie miała tyle siły; pasma światła przeobrażały się w gęste i płonące węże, wijąc się wokół jej ciała, tym mocniej paląc, im silniej się zaciskały. Zakaszlała potężnie, walcząc rozpaczliwie o oddech, gdy jej płuca się zacisnęły. Strach zdusił jej głos.

„Alice, słyszysz mnie? Jestem przy tobie”.

Była poza swoim ciałem i patrzyła, jak pożerają je ogniste węże.

„Trzymaj się mojego głosu”.


Sally dotarła do końca ostatniej strony i zamknęła trzymaną na kolanach książkę. Opadła na oparcie krzesła przy szpitalnym łóżku Alice. Ledwie mogła patrzeć na jej bladą skórę i sińce. Jak inaczej wyglądała, dwa lata starsza niż dziewczynka, którą Sally poznała w rozpływający się w upale letni dzień, gdy Alice pojawiła się w bibliotece jak sen, w nocnej koszuli, brudna, zaniedbana, wyrazista i żywa. Teraz leżała bez życia, z długimi włosami rozsypanymi na poduszce i po bokach łóżka, jakby była postacią z książki, którą Sally trzymała w ręku.

– Słyszysz mnie, Alice? – powtórzyła. – Alice, jestem przy tobie. Trzymaj się mojego głosu. – Wpatrywała się w twarz dziewczynki, przyglądała się jej rękom spoczywającym na szpitalnej pościeli, wyczekując najmniejszego ruchu. Nic. Tylko klatka piersiowa unosiła się i opadała przy wtórze pikania i szmeru aparatury. Żuchwa Alice zwisała bezwładnie, prawą stronę twarzy zajmował siniec. Rura wspomagająca oddychanie rozepchnęła jej usta w kształt litery O.

Sally otarła łzę, gdy myśl zatoczyła krąg w jej głowie niczym wąż zjadający własny ogon: nie powinna była spuszczać Alice z oka tamtego dnia, gdy sama przyszła do biblioteki. Albo spokojniejsza, głębsza, trudniejsza prawda: powinna wsadzić Alice do samochodu i zawieźć ją do swojego domu, a tam ugotować jej ciepły posiłek, wykąpać ją i trzymać z dala od Clema Harta.

Od wyrzutów sumienia nie mogła usiedzieć na miejscu, więc poderwała się z krzesła i zaczęła krążyć przy łóżku dziewczynki.

Nie powinna była słuchać Johna, gdy powiedział, że Sally w świetle prawa nie może nic zrobić. Nie powinna zaakceptować historii, którą jej przekazał: kiedy Sally zadzwoniła na posterunek z biblioteki, do gospodarstwa Hartów pojechał radiowóz. Agnes zaprosiła policjantów do środka. Zaproponowała herbatę i bułeczki. W czasie ich wizyty wrócił do domu Clem. „Alice to kawał łobuza” – powiedział. „Nic złego się nie stało”. Ze względu na Johna Sally bardzo się starała odpuścić. Ale spotkanie z Alice wywarło na niej takie wrażenie, że nad tym nie panowała; nie potrafiła myśleć o niczym innym. Jakiś miesiąc po wizycie Alice w bibliotece wszedł tam bezceremonialnie Clem z książką o selkach i sklejoną taśmą kartą córki, jakby wszystko mu było wolno. Sally schowała się za stosem książek, Clema obsłużył ktoś inny. Po jego wyjściu była tak wstrząśnięta, że poszła chora do domu. Wykąpała się. Wypiła pół butelki szkockiej. I nic nie pomogło, dalej była w szoku. Zawsze tak na nią działał. Był jej najmroczniejszym sekretem. Teraz, po latach, o Clemie Harcie mówiło całe miasto: uroczy młody farmer, który trzymał w zamknięciu swoją piękną młodą żonę i ciekawską córeczkę, jak w ponurej bajce. Tacy młodzi, mówili niektórzy ludzie. Taka tragedia, mówili inni, odwracając wzrok.

Kardiomonitor pikał miarowo. Sally się zatrzymała. Na zamkniętych powiekach Alice pod przezroczystą skórą żyłki drgały jak maleńkie fioletowe rzeczki. Sally objęła się rękoma. Od śmierci Gillian spotkała w bibliotece niezliczone dzieci; żadne nie poruszyło jej tak jak Alice Hart. Oczywiście nieprzypadkowo. To dlatego, że Alice była córką Clema Harta. Od tamtej nocy, gdy John wszedł do domu i powiedział Sally o pożarze, jeździła do szpitala codziennie, czytała dziewczynce, gdy policja i ludzie z opieki społecznej tłoczyli się pod drzwiami i decydowali o jej losie. Sally pilnowała, by jej głos był łagodny, czysty i silny, w nadziei, że gdziekolwiek Alice się znajduje tam, w środku, usłyszy ją.

Otworzyły się drzwi.

– Cześć, Sal. Jak się dziś miewa nasza mała wojowniczka?

– Dobrze, Brookie. Naprawdę dobrze.

Brooke przejrzała zapisy aparatury, sprawdziła kroplówkę i uśmiechnęła się, zmierzywszy jej temperaturę.

– Dzięki tobie w jej sali pachnie różami. Nie znam chyba drugiej osoby, która całe życie używałaby tych samych perfum.

Sally rozpogodziła się, pokrzepiona ciepłem i bliskością ich starej przyjaźni. Ale dźwięki maszyn wypełniały jej głowę. Nie mogąc ich już dłużej słuchać, Sally zaczęła mówić:

– Ona sobie dzisiaj naprawdę dobrze radzi. Naprawdę. Uwielbia bajki. – Uniosła książkę, którą czytała. Ręka jej drżała. – Ale kto ich nie lubi?

– Właśnie. Wszyscy kochają szczęśliwe zakończenia, prawda? – Brooke się rozpromieniła.

Uśmiech Sally zgasł. Wiedziała jak wszyscy, że szczęśliwe zakończenia nie zawsze wyglądają tak, jak się sądzi.

Brooke przyglądała się jej uważnie.

– Wiem, Sal – powiedziała łagodnie. – Wiem, jak jest ci ciężko.

Sally otarła rękawem nos.

– Przez wszystkie te lata niczego się nie nauczyłam – westchnęła. – Mogłam ją uratować. Mogłam coś zrobić. I co? Spójrz na nią. – Podbródek zaczął jej drgać w sposób niekontrolowany. – Jestem głupia.

– Nie. – Brooke pokręciła głową. – Moim zdaniem nie, Sal. Nie będę prowadzić takich rozmów, słyszysz? Na miejscu Agnes Hart, świeć Panie nad jej duszą, byłabym ci cholernie wdzięczna, że przychodzisz tu codziennie z miłością w swoim wielkim sercu, żeby dotrzymywać Alice towarzystwa i czytać jej książki.

Na wzmiankę o Agnes Sally ścisnął się żołądek. Przez te wszystkie lata widziała ją kilka razy. Dwa razy, jak przejeżdżała przez miasto, siedząc obok Clema w jego ciężarówce. Raz na poczcie. Była chucherkiem. Jakoś tak gasła, jakby miała w każdej chwili zniknąć. Stojąc za nią w kolejce, Sally nie była w stanie patrzeć na kruchość jej ramion. Chociaż tyle mogła teraz zrobić dla Agnes – siedzieć przy łóżku Alice.

 

– Ona mnie nawet nie słyszy. – Sally oklapła na krześle. Bolała ją głowa.

– Bzdury – rzuciła Brooke. – Wiem, że mi nie wierzysz, ale pewnie, dam ci się poroztkliwiać. – Z czułością trąciła Sally. – Każdy dzień twojej obecności pomaga jej wyzdrowieć. Wiesz przecież. Gorączka spada, płuca się oczyszczają. Monitorujemy obrzęk mózgu, ale jest dobrze. Jeśli tak dalej pójdzie, przed końcem tygodnia ją wypiszemy.

Sally ściągnęła brwi. Brooke, mylnie interpretując łzy w jej oczach, nachyliła się i przytuliła przyjaciółkę.

– Rozumiem, rozumiem... Czy to nie cudowne wieści z tą babcią? – Jeszcze raz ją uścisnęła i podniosła się.

– Babcią? – spytała Sally. Zniknęło jej czucie w nogach.

– No, opieka społeczna znalazła babcię Alice.

– Co? – ledwie wydusiła szeptem.

– Na plantacji, gdzieś tam w interiorze. Zajmuje się uprawą kwiatów. Zdaje się, że mają to w genach.

Sally bez końca kiwała głową, nie mogła przestać.

– Myślałam, że to John do niej dzwonił, żeby wszystko zorganizowała. Nic ci nie mówił?

Sally zerwała się z krzesła, pospiesznie zaczęła zbierać swoje rzeczy. Brooke postawiła ostrożnie krok w jej stronę, podając rękę w uspokajającym geście. Sally odsunęła się w stronę drzwi, kręcąc głową.

– Och, Sal. – Brooke zrozumiała.

Sally wybiegła na korytarz i dalej ze szpitala, który zabrał jej już dwójkę dzieci, ukochanych najbardziej na świecie.


Alice unosiła się w powietrzu, kołysana przez spokojną nicość. Żadnego morza, żadnego ognia, żadnego głosu. Skóra ją mrowiła od wyczekiwania. Gdzieś w pobliżu wytrysnęło powietrze i rozległ się łopot skrzydeł. Szust, szust i lot. W górę, w górę, daleko.

Jedno ogniste pióro kiwało na nią, zostawiając za sobą ślad migoczącego światła.

Podążyła za nim bez lęku.


ZNACZENIE Łzy

Verticordia picta | POŁUDNIOWO-ZACHODNIA AUSTRALIA

Niewielki, osiągający średnie rozmiary krzew z różowymi kulistymi kwiatami, które pachną słodko. Żyje raptem mniej więcej dziesięć lat, przez długi okres kwitnie obficie jasnymi kwiatami.


„Je-stem”.

„Je-stem”.

„Je-stem”.

Alice słuchała swojego serca w jedyny znany jej sposób – by się uspokoić i opanować emocje. Nie zawsze jednak pomagało. Czasami słuchanie było gorsze niż patrzenie: głuchy łomot ciała matki uderzającego o ścianę; niemal bezgłośne krótkie sapnięcie, z którym ojciec ją uderzał.

Otworzyła oczy, głośno domagając się powietrza. Aparatura u jej boku pikała jak szalona. W panice czuła, jak szczypie ją skóra.

Do sali wpadła kobieta.

– Już dobrze, Alice. Posadzimy cię, żeby ci się lepiej oddychało. – Kobieta wyciągnęła rękę i wcisnęła coś na ścianie. – Staraj się nie panikować.

Górna połowa łóżka podnosiła się, aż Alice znalazła się w pozycji siedzącej. Bóle w klatce piersiowej powoli łagodniały.

– Lepiej?

Alice kiwnęła głową.

– Grzeczna dziewczynka. Oddychaj jak najgłębiej.

Oddychała, starając się nabrać jak najwięcej powietrza, chciała, by jej serce zwolniło. Kobieta nachyliła się nad łóżkiem, przyłożyła dwa palce do nadgarstka Alice i jednocześnie wpatrywała się w mały zegarek przypięty do fartucha.

– Mam na imię Brooke. – Jej głos brzmiał miło. – Jestem twoją pielęgniarką. – Spojrzała na Alice i mrugnęła okiem. Gdy się uśmiechała, policzki znikały jej w głębokich dołeczkach. W fałdach skóry nad oczami połyskiwały zmarszczki niebiesko-fioletowego cienia; tak samo migotała macica perłowa pomiędzy krawędziami ostrygowych muszli. Pikanie zwolniło. Brooke puściła jej nadgarstek.

– Potrzebujesz czegoś?

Alice chciała poprosić o wodę, ale nie mogła wydusić słowa. Pokazała ręką, że chce pić.

– Nie ma sprawy, zaraz wrócę, skarbie.

Brooke wyszła. Aparatura pikała. Biała sala wypełniła się niemal nieuchwytnym szmerem szpitalnych odgłosów. Komunikaty przez głośniki. Brzęk windy w oddali. Świst automatycznych drzwi otwierających się i zamykających. Dzwoniące telefony. Serce Alice znów zaczęło uderzać o ściany klatki piersiowej. Próbowała spowolnić je oddechem, zamykając oczy, ale zbyt głębokie wciąganie powietrza bolało. Chciała zawołać kogoś, żeby do niej przyszedł, żeby pomógł, ale zamiast głosu z jej ust wydobywała się mgiełka. Wargi popękały; oczy i nos paliły. Ciężar mnożących się pytań uciskał żebra. Gdzie jest jej rodzina? Kiedy może iść do domu? Próbowała znowu coś powiedzieć, nie zdołała jednak wydobyć z siebie głosu. Umysł wypełnił się obrazem białych ciem wylatujących z jej ust w morze ognia. Czy to było wspomnienie? Czy to się naprawdę wydarzyło? Czy to był może sen? A jeśli to był sen, czy to znaczyło, że ona do tej pory spała? I jak długo spała?

– Spokojnie, Alice – powiedziała Brooke, wpadając do sali z dzbankiem i kubkiem. Odstawiła je i wzięła rękę dziewczynki, gdy ta ocierała łzy z policzków. – Wiem, że to szok tak się budzić, kochanie. Ale jesteś bezpieczna. Dobrze się tobą zajmujemy. – Alice spojrzała w perłowe oczy Brooke. Tak bardzo chciała jej wierzyć. – Już idzie do ciebie lekarka. – Pielęgniarka kciukiem kreśliła powolne kółka na dłoni dziewczynki. – Jest cudowna – dodała, wpatrując się w jej twarz.

Niedługo później weszła do sali kobieta w białym fartuchu. Była wysoka i smukła i miała długie srebrne włosy odgarnięte z twarzy. Dziewczynce skojarzyła się z trawą morską.

– Alice, jestem doktor Harris. – Stanęła w nogach łóżka i przeglądała kartki na clipboardzie. – Bardzo się cieszę, że się wybudziłaś. Jesteś naprawdę dzielną dziewczynką.

Doktor Harris przeszła wzdłuż łóżka, wyjęła z kieszeni niewielką latarkę, włączyła ją i poświeciła nią na boki przed oczami małej pacjentki. Alice odruchowo zmrużyła oczy i odwróciła twarz.

– Przepraszam, wiem, że to niemiłe. – Lekarka przytknęła zimną głowicę stetoskopu do piersi Alice i słuchała. Czy usłyszy te pytania ze środka? Czy nagle podniesie wzrok i da Alice odpowiedzi, których ona sama chyba nie do końca chciała znać? Maleńkie dziurki strachu rozrastały się w jej brzuchu.

Doktor Harris wyjęła z uszu oliwki stetoskopu. Wyszeptała coś do Brooke i podała jej clipboard. Pielęgniarka powiesiła go na końcu łóżka i zamknęła drzwi.

– Alice, chciałabym z tobą porozmawiać o tym, jak się tu znalazłaś, dobrze?

Mała popatrzyła na Brooke. Powieki jej ciążyły. Spojrzała z powrotem na doktor Harris i powoli skinęła głową.

– Dzielna dziewczynka. – Lekarka uśmiechnęła się słabo. – Alice... – podjęła, składając ręce jak do modlitwy – w waszym gospodarstwie, w twoim domu, wybuchł pożar. Policja próbuje ustalić, co się stało, ale najważniejsze, że tobie nic nie grozi i tak ładnie wracasz do zdrowia. – Okropna cisza wypełniła salę. – Bardzo mi przykro – oczy lekarki były ciemne i wilgotne – ale żadne z twoich rodziców się nie uratowało. Wszyscy tu bardzo się troszczą o twoje samopoczucie i będziemy się tobą zajmować, dopóki nie przyjedzie twoja babcia...

Uszy Alice przestały działać. Nie słyszała, jak doktor Harris po raz drugi wspomniała o babci, już w ogóle nie słyszała jej słów. Myślała tylko o mamie. O jej oczach wypełnionych światłem. Piosenkach, które nuciła w ogrodzie, i jej dręczącym smutku. O ruchach jej delikatnych nadgarstków; kieszeniach wypełnionych kwiatami; jej ciepłym mlecznym oddechu o poranku. Jak ją tuliła na zimnym piasku pod gorącym słońcem, a ona czuła, jak unosi się i opada oddech w jej klatce piersiowej; i o rytmie jej serca i głosu, gdy opowiadała historie, owijając je dwie w ciepły czarodziejski kokon. „Jesteś prawdziwą miłością, a to jej właśnie potrzebowałam, żeby się wybudzić z klątwy, Króliczku. Jesteś moją bajką”.

– Zajrzę do ciebie przy następnym obchodzie – powiedziała doktor Harris i spojrzawszy na Brooke, wyszła.

Pielęgniarka została przy łóżku, z ponurą twarzą. Wnętrze Alice przepalała dziura. Czy Brooke tego nie słyszała? Gdy huczała jak ogień, syczała, szalała, pochłaniała wszystko w środku? W jej głowie raz za razem powtarzało się pytanie. Przedzierało się przez nią jak hak i rozrywało ją na kawałki.

Co ona narobiła?

Brooke podeszła, nalała kubek bladego soku i podała go Alice. Najpierw chciała go wytrącić z ręki pielęgniarki, ale gdy spróbowała chłodnej słodkości, odchyliła głowę i wypiła. Zimny płyn poraził jej żołądek. Dysząc, podniosła kubek, prosząc o więcej.

– Ostrożnie – powiedziała Brooke, z wahaniem nalewając kolejną porcję.

Alice wypiła tak szybko, że trochę soku ściekło jej po brodzie. Odbiło jej się, gdy podniosła kubek po dolewkę. Jeszcze. Jeszcze. Potrząsnęła kubkiem przed twarzą kobiety.

– Ostatni.

Alice niemal się zakrztusiła. Drżącą ręką opuściła kubek. Brooke chwyciła torebkę na wymioty i otworzyła ją w samą porę, by Alice zwróciła strumienie soku. Opadła na poduszki, dysząc ciężko.

– Właśnie tak. – Brooke pogłaskała ją po ramieniu. – Spokojnie. Grzeczna dziewczynka. Oddychaj powoli.

Alice już wcale nie chciała oddychać.


Spała niespokojnie. Od snów o ogniu zlewał ją zimny pot. Gdy się obudziła, serce miała tak gorące, aż zdawało jej się, że zaraz wytopi dziurę w jej klatce piersiowej. Drapała się po obojczyku do krwi. Brooke co kilka dni obcinała jej paznokcie, ale nie pomagało. Każdej nocy Alice rozszarpywała sobie skórę, aż Brooke przyniosła jej puszyste rękawiczki, by wkładała je na noc. A jednak jej głos ciągle nie wracał. Zniknął, wyparował jak słona kałuża pozostawiona przez odpływ.

Przychodziły do niej nowe pielęgniarki. Miały inne fartuchy niż Brooke. Niektóre oprowadzały ją po szpitalu, wyjaśniając, że jej mięśnie osłabły, gdy spała, i musi sobie przypomnieć, jak być silną. Uczyły ją także ćwiczeń, które miała wykonywać w łóżku i krążąc po pokoju. Inne przychodziły rozmawiać z nią o jej uczuciach. Przynosiły zabawki i karty z obrazkami. Alice nie usłyszała już w snach głosu bajarki. Bladła. Skóra jej pękała. Wyobrażała sobie, że jej serce niszczeje z pragnienia, wysycha, poczynając od krawędzi aż po żywe czerwone wnętrze. Każdej nocy przedzierała się przez fale ognia. Na ogół leżała w łóżku i wpatrywała się w okno, w zmieniające się niebo, starając się nie pamiętać, nie pytać o nich, i czekając na Brooke. Brooke miała najpiękniejsze oczy.

Czas mijał. Głos Alice przepadł. Podczas każdego posiłku jadła najwyżej kilka kęsów, bez względu na to, jak Brooke się z nią cackała. Pytania bez odpowiedzi zajęły całe miejsce w jej ciele. To przerażało ją najbardziej.

Co ona narobiła?

Chociaż ledwie jadła, piła jeden dzbanek za drugim słodkiego soku i wody, ale nic nie zmywało dymu ani smutku.

Wkrótce pod jej oczami pojawiły się sine smugi jak burzowe chmury. Pielęgniarki zabierały ją na słońce dwa razy dziennie, ale jego blask mogła znieść najwyżej przez kilka chwil. Znowu przyszła do niej doktor Harris, by wyjaśnić, że jeśli nie zacznie jeść, będą musieli ją karmić przez rurkę. Alice nie zaprotestowała. Niezadane pytania bolały ją bardziej niż jakakolwiek rurka. W jej wnętrzu nie było już nic, co by ją obchodziło.


Pewnego ranka Brooke weszła do pokoju, piskając gumowymi podeszwami swoich różowych butów. Jej oczy migotały jak letnie morze. Trzymała coś w rękach schowanych za plecami. Alice spojrzała na nią ze słabym zainteresowaniem.

– Mam tu coś. – Brooke się rozpromieniła. – Przesyłka specjalnie dla ciebie. – Alice podniosła jedną brew. – Ta da!

W rękach trzymała pudełko przewiązane jaskrawym sznurkiem. Alice usiadła na łóżku. Po jej ciele rozeszło się delikatne mrowienie ciekawości.

– Gdy dzisiaj rano zaczynałam zmianę, paczka leżała na stanowisku pielęgniarek. I miała tylko karteczkę z twoim imieniem. – Brooke postawiła pudełko na kolanach Alice, puszczając oko. Pudełko było rozkosznie ciężkie.

 

Alice rozwiązała kokardę i podniosła wieczko. W środku, pod warstwami bibułki, znajdował się pakiet książek. Ich grzbiety sterczały w górę, tak jak kwiaty jej mamy obracały się twarzą do słońca. Przebiegła palcami po literach tytułów, przełykając ciężko ślinę, gdy dostrzegła jeden znajomy. To była książka, którą jako pierwszą wypożyczyła z biblioteki, ta o selkach. W przypływie energii Alice wywróciła pudło do góry dnem. Książki wysypały się na posłanie. Westchnęła z przyjemności, zgarniając je w ramiona. Wertowała kartki, wdychała stęchły zapach papieru i tuszu. Opowieści o soli i tęsknocie buchnęły jej w twarz, przyzywając ją. Gdy usłyszała popiskiwanie butów Brooke na linoleum w korytarzu, podniosła wzrok zdumiona. Nie słyszała, jak pielęgniarka wyszła.

Później Brooke w milczeniu wtoczyła do sali stolik i ustawiła go nad łóżkiem. Był zastawiony kolorowymi naczyniami. Kubek jogurtu i sałatka owocowa. Kanapka z serem i sałatką, wszystkie skórki odcięte, mały stosik chrupkich frytek. Połyskiwały olejem i solą. Z boku pudełko rodzynek i migdałów. I mleko słodowe w kartoniku ze słomką.

Alice spojrzała w oczy pielęgniarce. Po chwili skinęła głową.

– Brawo! – powiedziała Brooke. Zablokowała kółka stolika i wyszła.

Trzymając przy sobie książkę o selkach, Alice przejrzała pozostałe tomy i wybrała jeden. Otworzyła okładkę, drżąc z rozkoszy na dźwięk trzeszczącego grzbietu. Sięgnęła po trójkąt kanapki i zamknęła oczy, zagłębiając zęby w miękkim świeżym chlebie. Nie pamiętała, kiedy ostatnio coś jej tak smakowało. Kremowość solonego masła i pikantny ser. Chrupka sałata, słodka marchewka i soczysty pomidor. Wygłodniała Alice wepchnęła resztę trójkąta w policzki, z trudem zgarniając kawałki chleba i marchewki, które zostały na zewnątrz ust.

Popiła lunch kilkoma łykami mleka i beknęła głośno. Uśmiechnęła się do siebie z zadowoleniem i z pełnym brzuchem zajęła się książką. Chociaż była pewna, że jeszcze nigdy jej nie czytała, miała wrażenie, że zna tę historię. Przebiegła palcami po tłoczonej okładce. Widniała na niej ilustracja przedstawiająca dziewczynę we śnie, trzymającą w dłoni ciernistą różę.


Następnego dnia, gdy już prawie skończyła Śpiącą Królewnę, Alice podniosła wzrok znak książki i ujrzała Brooke i doktor Harris stojące za drzwiami z dwiema obcymi kobietami. Jedna była w garniturze, ciężkich kwadratowych okularach, wargi zaś miała pociągnięte jasną szminką. W rękach trzymała teczkę wypchaną dokumentami. Druga miała na sobie koszulę khaki zapiętą pod szyję, spodnie w tym samym kolorze i solidne brązowe buty za kostkę, takie jakie do pracy nosił jej ojciec. We włosach miała siwe pasma. Każdemu jej ruchowi towarzyszył szmer dzwonków. Na nadgarstkach nosiła kolekcję srebrnych bransoletek, pobrzękujących o siebie przy każdym drgnieniu ręki.

Grupa się odwróciła, by wejść do pokoju. Alice skupiła się na książce. Gdy weszły, nie podniosła wzroku. Małe dzwoneczki pobrzękiwały i dzwoniły.

– Alice – zaczęła Brooke. Głos miała za wysoki. Dziewczynka nie rozumiała łez w jej oczach.

Kobieta w garniturze wysunęła się do przodu.

– Alice, przyszłyśmy przedstawić ci kogoś wyjątkowego.

Nadal nie odrywała wzroku od książki. Królewnę miała ocalić miłość. Kiedy kobieta w garniturze znowu się odezwała, głos miała za głośny, jakby dziewczynka cierpiała na niedosłuch.

– Alice, to twoja babcia. Ma na imię June. Przyjechała zabrać cię do domu.


Brooke pchała Alice na wózku inwalidzkim przez szpital i dalej na jasny poranek. Wcześniej zniknęła z pokoju, gdy kobieta w garniturze mówiła. June tylko wpatrywała się w dziewczynkę i przestępowała z nogi na nogę. Alice dość się naczytała o babciach, by wiedzieć, że ta w roboczych spodniach i wysokich butach blundstone nie wygląda jak typowa babcia ani się tak nie zachowuje. Gdy jej bransoletki pobrzękiwały bez końca, ona prawie nic nie mówiła, nawet gdy kobieta poinformowała, że to June przesłała Alice pudełko z książkami. Doktor Harris powiedziała, że June jest opiekunką Alice. Ona i kobieta w garniturze często używały tego słowa. Opiekunka. Opiekunka. Alice kojarzyło się to z nianią. Ale June nie wyglądała na nianię, a do tego oczy miała tak dalekie. Alice jeszcze takich nie widziała, jakby to był horyzont tak odległy, że nie da się odróżnić morza od nieba.

June czekała na nie w starej farmerskiej ciężarówce na parkingu dla gości. Obok niej siedział ogromny dyszący pies. Z otwartych okien wylewała się muzyka klasyczna. Na widok Brooke i Alice pies skoczył na nogi i zaczął szczekać, wypełniając szoferkę swoim cielskiem. June drgnęła i przyciszyła muzykę, mocując się z psem.

– Harry! – krzyknęła, próbując go uspokoić. – Przepraszam! – zawołała, wysiadając z wozu. Harry dalej szczekał. Zanim zdążyła się powstrzymać, Alice podniosła dłoń na znak „cisza” do Harry’ego. Do Harry’ego, nie Toby’ego. Kiedy nie zareagował i Alice zrozumiała swoją pomyłkę, podbródek zaczął jej drżeć.

– Och, nie! – zawołała June, błędnie interpretując minę Alice. – Wiem, że jest duży, ale nie masz się czego bać. Bulmastify są łagodne. – Przykucnęła przy wózku, ale dziewczynka na nią nie patrzyła. – Harry ma supermoce. Troszczy się o ludzi, gdy są smutni. – June tak została, czekając. Alice nie zwracała na nią uwagi, zajmowała się rękoma spoczywającymi na kolanach.

– Wsiądźmy do ciężarówki, Alice – powiedziała Brooke.

June odsunęła się, by pielęgniarka pomogła małej wstać z wózka i usiąść na fotelu pasażera. Harry wskoczył obok niej. Pachniał inaczej niż Toby, słodko, ziemią, nie solą i wilgocią. Jego sierść też nie była długa i puszysta, dziewczynka nie miała w co zaplątać palców.

Brooke nachyliła się przez okno. Harry dyszał do niej zadowolony. Dziewczynka zagryzła dolną wargę.

– Bądź grzeczna, Alice. – Brooke delikatnie dotknęła jej policzka, po czym gwałtownie odwróciła się plecami. Skierowała się do June stojącej w niewielkiej odległości i teraz rozmawiały przyciszonymi głosami. Lada chwila Brooke podejdzie zdecydowanym krokiem do ciężarówki w swoich różowych butach na gumowych podeszwach, stanowczym ruchem otworzy drzwi i powie, że to wszystko pomyłka. Alice nie musi wyjeżdżać. Brooke zawiezie ją do domu, do jej biurka i matczynego ogrodu, Alice zaś znajdzie swój głos gdzieś nad morzem, pośród muszli przegrzebków i krabów, i będzie wrzeszczała tak głośno, że usłyszy ją jej rodzina. Lada chwila, już zaraz Brooke się odwróci. Lada chwila. Brooke była jej przyjaciółką. Nie puściłaby Alice z kimś, kogo nie zna. Nawet jeśli ten ktoś jest opiekunką.

Alice obserwowała je uważnie. June dotknęła ramienia Brooke, a ta odwzajemniła gest. Pewnie pocieszała June, wyjaśniając, że to jedna wielka pomyłka – Alice nie wyjeżdża. Potem Brooke podała June torbę z rzeczami dziewczynki, skrywającą wszystkie książki, i odwróciła się do ciężarówki.

– Bądź grzeczna – powiedziała do Alice, podnosząc rękę na pożegnanie. Stała przy wejściu z pustym wózkiem. Po chwili pchnęła go przez automatyczne drzwi i zniknęła za nimi.

Alice zakręciło się w głowie. Jakby Brooke, odchodząc, zabrała ze sobą całą krew z jej ciała. Właśnie zostawiła ją z obcą osobą. Alice potarła oczy, żeby wepchnąć łzy z powrotem, ale na próżno. Myliła się, sądząc, że jej łzy znikną w tym samym miejscu co jej głos. Teraz sunęły po policzkach, jakby płynęły z zepsutego kranu. June stała przy oknie pasażera, z rękoma zwieszonymi po bokach, nie wiedziała, co z nimi zrobić. Po kilku chwilach otworzyła auto, wsadziła torbę Alice za jej siedzenie i jak najdelikatniej zatrzasnęła drzwi. Obeszła ciężarówkę i wsunęła się za kierownicę, żeby uruchomić silnik. Siedzieli razem w ciszy. Nawet Harry, wielki pies.

– No to jedźmy do domu, Alice – powiedziała June. Wrzuciła bieg. – Przed nami długa droga.

Wyjechały z parkingu. Z wyczerpania powieki Alice zaczęły opadać. Wszystko bolało. Kilka razy Harry próbował trącić nosem jej nogę, ale odepchnęła go, odwróciła się tyłem do obojga towarzyszy podróży i zamknęła oczy, by odciąć się od swojego nowego świata.


Brooke wcisnęła guzik jazdy w dół i przetrząsała torbę, aż palce znalazły awaryjną paczkę papierosów. Chwyciła ją w garść. Gdy winda brzdęknęła, Brooke wsiadła i uderzyła w guzik poziomu parkingu mocniej, niż zamierzała. Znowu przypomniała sobie szczęście malujące się na twarzy Alice na widok pudełka z książkami; światło, które wypełniało jej oczy, usprawiedliwiło kłamstwo Brooke – to dotyczące ofiarodawcy. Dziewczynka jest teraz ze swoją babcią. Swoją rodziną, poprawiła się, a to właśnie rodziny teraz Alice potrzebowała najbardziej.

W całym swoim życiu Brooke nie widziała niczego, co można by porównać ze skutkami pożaru u Hartów. Policja nazwała to fatalną kumulacją: suchy piorun, dziecko zostawione samo z zapałkami i rodzina uwięziona w brutalnym kręgu przemocy, gdy mężczyzna znęcał się nad żoną i córką. Brooke stała w pobliżu, kiedy policja przyszła do June wyjaśnić, co się wydarzyło: Clem zbił swoją córkę do nieprzytomności w jej pokoju, po czym zdał sobie sprawę, że wybuchł pożar, wyciągnął ją na zewnątrz i wrócił po Agnes. Zanim na miejsce dojechała straż pożarna i karetka, Agnes nie dało się już reanimować, a Clem zmarł niedługo później uduszony dymem. W tym momencie twarz June przybrała już tak chory kolor, że Brooke zainterweniowała i zasugerowała przerwę.