Wszystkie kwiaty Alice HartTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


ZNACZENIE Zguba znaleziona

Actinotus helianthi | NOWA POŁUDNIOWA WALIA

Łodyga, gałązki i liście rośliny są bladoszare, pokryte meszkiem i w dotyku przypominają flanelę. Śliczne kwiaty podobne do margerytek kwitną głównie wiosną, ale obfite kwitnienie zdarza się też po pożarach buszu.


Pierwsza historia, którą Alice poznała, zaczynała się na obrzeżach ciemności, gdy krzyki noworodka ożywiły zamarłe serce jej matki.

W noc jej narodzin ze wschodu nadciągnęła burza podzwrotnikowa, a ogromne fale sprawiły, że rzeka wystąpiła z brzegów i zalała drogę między gospodarstwem Hartów a miastem. Agnes Hart, zdana na własne siły po odejściu wód, gdy ogień przecinał ją na pół, na tylnym siedzeniu mężowskiej ciężarówki powiła córkę, ale też przestała oddychać. Clem Hart, ogarnięty paniką, kiedy burza grzmiała nad polami trzciny cukrowej, z początku tak gorączkowo zajmował się opatulaniem noworodka, że nie zauważył bladości żony. Dostrzegłszy, że jej twarz zrobiła się biała jak piasek, a wargi nabrały odcienia muszel pipi, dopadł jej rozgorączkowany, zapominając o dziecku. Potrząsał żoną, daremnie. Dopiero krzyk córeczki spowodował, że Agnes się ocknęła. Na poboczu drogi przemoczone deszczem krzewy wystrzeliły białym kwieciem. Pierwszym oddechom Alice towarzyszyły błyskawice i zapach kwitnących zefirantów.

„Byłaś prawdziwą miłością, a to jej właśnie potrzebowałam, żeby się wybudzić z klątwy, Króliczku” – mówiła mama na koniec tej historii. „Byłaś moją bajką”.

Gdy Alice miała dwa lata, Agnes zapoznała ją z książkami; czytając, wskazywała palcem kolejne słowa na stronie. Na plaży powtarzała: jedna mątwa, dwa piórka, trzy drewienka, cztery muszle, pięć szkiełek. Po całym domu wieszała wypisane słowa: KSIĄŻKA, KRZESŁO, OKNO, DRZWI, STÓŁ, KUBEK, WANNA, ŁÓŻKO. Zanim Alice w wieku pięciu lat zaczęła naukę w domu, umiała już czytać. Chociaż książki pokochała od razu i bez pamięci, zawsze bardziej kochała matczyne opowieści. Gdy były same, Agnes przędła wokół nich kokon z różnych historii. Ale tylko wtedy, gdy nie słyszał ich ojciec.

Miały taki rytuał, że szły nad morze, kładły się na piasku i wpatrywały się w niebo. Gdy matka swoim łagodnym głosem zaczynała opowieść, wsiadały w pociąg i odbywały zimowe podróże po Europie, przez pejzaże z górami tak wysokimi, że nie widziało się ich szczytów, o pokrytych śniegiem stokach tak białych, że nie dało się odgraniczyć białego nieba od białej ziemi. Nosiły aksamitne płaszcze w brukowanym mieście tatuowanego króla, gdzie budynki portowe były kolorowe jak farbki w pudełku i gdzie siedziała zaklęta w brązie syrenka, wiecznie czekająca na miłość. Alice często zamykała oczy, wyobrażając sobie, że każdy wątek w matczynych historiach może je przenieść do wnętrza poczwarki, z której się będą mogły wykluć i odlecieć.

Gdy Alice miała sześć lat i matka układała ją pewnego wieczoru do snu, nachyliła się i wyszeptała jej do ucha: „Już czas, Króliczku”. Poprawiła kołdrę i usiadła, uśmiechając się. „Jesteś na tyle duża, żeby mi pomóc w ogrodzie”. Alice zwinęła się z uciechy; zwykle matka zostawiała ją z książką, a sama uprawiała ogród. „Zaczniemy jutro” – dodała Agnes i wyłączyła światło. Całą noc Alice co jakiś czas budziła się i wyglądała za ciemne okno. W końcu zobaczyła pierwsze pasma światła i odrzuciła kołdrę.

Matka przygotowywała w kuchni tosty z vegemite i twarożkiem oraz dzbanek herbaty z miodem, które zaniosła na tacy do ogrodu przy domu. Powietrze było chłodne, choć grzało wczesne słońce. Matka postawiła tacę na omszałym pieńku i nalała słodkiej herbaty do dwóch filiżanek. Usiadły, jadły i piły w milczeniu. Alice czuła pulsowanie krwi w skroniach. Gdy Agnes zjadła tosta i dopiła herbatę, przykucnęła pomiędzy paprociami i kwiatami, szepcząc, jakby budziła śpiące dzieci. Alice nie wiedziała, co robić. Czy na tym polegała uprawa ogrodu? Naśladując mamę, usiadła przy roślinach i patrzyła.

Z twarzy matki powoli znikało zatroskanie. Wygładzało się zmarszczone czoło. Nie wykręcała rąk, nie wierciła się. Oczy miała wielkie i jasne. Tej osoby Alice nie rozpoznawała. Jej mama była spokojna. Opanowana. Ten widok napełnił dziewczynkę zieloną nadzieją, taką samą, jaką znajdowała na dnie skalistych kałuż przy odpływie, ale nigdy nie zdołała nabrać jej w dłonie.

Im więcej czasu spędzała z matką w ogrodzie, tym lepiej rozumiała – z nachylenia nadgarstka Agnes, gdy sprawdzała nowy pączek, przez światło, które sięgało jej oczu, gdy podnosiła brodę, i po cienkie otoczki brudu na jej palcach, gdy odsłaniała z ziemi młode pędy paproci – że najprawdziwsze oblicze jej matki rozkwita pośród roślin. Zwłaszcza gdy mówi do kwiatów. Oczy jej się szkliły i szeptała w tajemnym języku, a to słowo, a to zdanie, gdy odcinała kwiat od łodygi i wtykała go do kieszeni.

„Smutne wspomnienie” – mówiła, odrywając od pnącza kwiat powoju. „Miłość odzyskana”. Cytrusowy zapach mirtu cytrynowego wypełniał powietrze, gdy odrywała go od gałęzi. „Rozkoszne wspomnienia” – wsuwała do kieszeni szkarłatną dłoń kangurzej łapy.

Od pytań dziewczynkę aż drapało w gardle. Dlaczego słowa jej matki płynęły tylko wtedy, gdy opowiadała historie o innych miejscach i innych światach? A co z ich światem, tym tu przed nosem? Dokąd się udawała, gdy jej oczy stawały się nieobecne? Dlaczego Alice nie mogła iść z nią?

Gdy dziewczynka kończyła siedem lat, ciało miała ciężkie od pytań bez odpowiedzi. Wypełniały jej klatkę piersiową. Dlaczego mama mówiła do kwiatów w tak tajemny sposób? Jak to się działo, że jej ojciec mógł być dwiema różnymi osobami? Od jakiej klątwy ocaliły matkę pierwsze krzyki Alice? Chociaż od tych pytań pękała jej głowa, nie wydostały się na zewnątrz, utkwiły boleśnie w tchawicy, jakby połknęła strąk. Dogodne chwile do zagadnięcia matki zdarzały się w dobre dni w ogrodzie, przy odpowiednim świetle, lecz Alice nic nie mówiła. W milczeniu podążała za matką, której kieszenie wypełniały się kwiatami.

Jeśli Agnes zauważyła kiedykolwiek milczenie córki, nigdy nie powiedziała nic, co by je przerwało. Zrozumiałe było, że czas spędzony w ogrodzie to czas milczący. „Jak w bibliotece” – wspomniała kiedyś matka, idąc wśród adiantum. Chociaż Alice nigdy nie była w bibliotece – nie widziała w jednym miejscu tylu książek, że nie mogła sobie tego wyobrazić, nie słyszała szelestu przewracanych stronic – dzięki opowieściom mamy miała wrażenie, że tego zaznała. Wyobrażała sobie, że biblioteka musi być cichym ogrodem książek, gdzie historie rosną jak kwiaty.

Alice nie była zresztą nigdzie poza ich gospodarstwem. Jej życie zamykało się w jego granicach: od ogrodu matki do miejsca, gdzie zaczynały się pola trzciny cukrowej, i do zatoki, gdzie wtaczało się morze. Miała zakaz wyprawiania się poza te granice, a zwłaszcza tę, która dzieliła ich drogę dojazdową od drogi prowadzącej do miasta. „To nie jest miejsce dla dziewczynki” – mówił ojciec, waląc pięścią w stół, aż podskakiwały talerze i sztućce, gdy matka Alice sugerowała, by wysłać ją do szkoły. „Tu jest bezpieczniejsza” – kończył z warknięciem rozmowę. To ojciec umiał najlepiej: kończyć wszystko.

Czy spędzały dzień w ogrodzie czy nad morzem, zawsze nadchodził moment, gdy krzyknął igłosternik albo chmura przesłoniła słońce, a matka wybudzała się gwałtownie, jakby lunatykowała rozmarzona. Ożywiała się, odwracała na pięcie i puszczała się biegiem do domu, wołając do Alice przez ramię: „Kto pierwszy w kuchni, dostaje śmietankę do bułeczki”. Podwieczorki były chwilą słodko-gorzką; niedługo wracał ojciec. Dziesięć minut przed czasem matka ustawiała się przy wejściu, z twarzą zbyt mocno ściągniętą w uśmiechu, z głosem zbyt wysokim i palcami zaciśniętymi w węzły.

W niektóre dni matka całkiem znikała, zostawało po niej puste ciało. Nie było żadnych opowieści ani spacerów nad morze. Nie było mówienia do kwiatów. Matka leżała w pościeli, przy zaciągniętych zasłonach, by nie wpuścić blednącego światła. Była nieobecna, jakby jej dusza powędrowała w jakieś zupełnie inne miejsce.

W takie dni powietrze w domu napierało na ciało Alice, choć starała się od tego uciec, od tej okropnej ciszy, jakby w domu nikogo nie było, od widoku załamanej matki w łóżku. Przez to wszystko właśnie oddychała z trudem. Przeglądała książki, które czytała już dziesiątki razy, i ponownie zaglądała do zestawów dawno rozwiązanych zadań. Uciekała nad morze, by krzyczeć z mewami i ścigać fale wzdłuż brzegu. Biegała wzdłuż ścian trzciny cukrowej, odrzucając włosy do tyłu i kołysząc się jak zielone łodygi w gorącym wietrze. Ale choćby nie wiadomo, jak się starała, nic nie pomagało. Alice chciałaby mieć pióra albo być dmuchawcem, zamienić się w ptaka i odlecieć daleko w złoty szew horyzontu, gdzie morze łączy się z niebem. Mijały kolejne ciemne dni bez matki. Alice przemierzała krańce świata. Jeszcze trochę i też się nauczy, jak zniknąć.


Pewnego ranka, gdy ojcowska ciężarówka odjechała, grzechocząc, Alice została w łóżku, nasłuchując, aż zagwiżdże czajnik; ten cudowny dźwięk obwieszczał początek dnia. Ponieważ nie rozbrzmiał, Alice zrzuciła kołdrę z ciężkich nóg. Podkradła się pod drzwi sypialni rodziców i zerknęła na ciało matki, zwinięte w kłębek, pozbawione życia jak rozrzucone dokoła koce. Fala gorącego i drżącego gniewu przelała się przez Alice. Tupiąc głośno, weszła do kuchni, złożyła dwie kromki chleba z vegemite, słoik po dżemie napełniła wodą, zapakowała to do plecaka i pobiegła w stronę trzcinowych pól. Nie zaryzykowała wędrówki drogą, bo tam ktoś mógłby ją zobaczyć, ale uznała, że jeśli ruszy ukryta wśród trzciny cukrowej, na pewno wyjdzie w jakimś miejscu po drugiej stronie, jakimś miejscu lepszym niż ciemny i cichy dom.

 

Chociaż łomot serca tak ją ogłuszał, że prawie nie słyszała kakadu wrzeszczących nad głową, dalej biegła. Na skraju pola się zatrzymała. Wśród wysokich zielonych łodyg biegł trakt aż po horyzont.

Alice bardzo się zdziwiła, że z taką łatwością zrobiła coś, czego zawsze jej zakazywano. Musiała tylko zrobić krok. Pierwszy. I potem drugi.


Alice szła tak daleko i tak długo, że zaczęła się zastanawiać, czy jeśli wyjdzie spomiędzy trzciny, to znajdzie się w innym kraju. Może wyłoni się w Europie i złapie któryś z matczynych pociągów jadących przez śnieżny świat. Ale gdy dotarła na skraj pól, dokonała jeszcze lepszego odkrycia: znajdowała się na skrzyżowaniu pośrodku miasteczka.

Zasłoniła oczy przed słońcem. Tyle koloru i ruchu, hałas i stukot. Przez skrzyżowanie przejeżdżały samochody osobowe i ciężarówki, trąbiły klaksony, farmerzy ze swoimi opalonymi łokciami przewieszonymi przez okno pozdrawiali się nawzajem ruchem zmęczonych rąk. Alice dojrzała sklep z szeroką witryną pełną świeżego chleba i lukrowanych ciastek. Uświadomiła sobie, że to piekarnia, widziała taką na obrazku w książce. Ta miała w wejściu zasłonę z paciorków. Na zewnątrz, pod markizą w pasy, stały w nieładzie krzesła i stoliki, wszystkie nakryte obrusami w kratkę, a na każdym ustawiono wazonik z jaskrawym kwiatkiem. Dziewczynce napłynęła ślina do ust. Chciałaby, żeby mama była przy niej.

Witryna sklepu obok piekarni kusiła farmerskie żony namiastką światowego życia: nowe sukienki z wąską talią, kapelusze o wielkich miękkich rondach, torebki z frędzlami i pantofelki kaczuszki. Alice poruszała palcami w sandałach. Nigdy nie widziała, żeby jej mama miała na sobie coś, co te manekiny w witrynie. Matka miała tylko jeden strój do miasta, poliestrową bordową sukienkę z długim rękawem i beżowe buty na płaskim obcasie. Poza tym zawsze nosiła luźne bawełniane sukienki, które sama sobie szyła, i podobnie jak Alice, na ogół chodziła boso.

Spojrzała przed siebie, gdzie na zmianę świateł na przejściu czekała młoda kobieta i dziewczynka. Kobieta trzymała małą za rękę, niosła jej różowy plecak. Dziewczynka miała czarne błyszczące buty i białe skarpetki z falbankami. Włosy nosiła zaplecione w dwa warkoczyki przewiązane wstążkami. Alice nie mogła oderwać wzroku. Kiedy światła się zmieniły, kobieta z dziewczynką przedostała się na drugą stronę ulicy i przez koralikową zasłonę weszła do piekarni. Niedługo później wyłoniły się z kremowymi shake’ami i wielkimi kawałkami ciasta. Usiadły przy stoliku, który Alice też by wybrała, takim z boleśnie radosną żółtą gerberą, i piły ze szklanek, uśmiechając się do siebie z mlecznym wąsem.

Słońce lało się strumieniem na Alice. Oczy ją bolały od oślepiającego blasku. Już miała się poddać, zrobić w tył zwrot i pobiec do domu, gdy po drugiej stronie ulicy zauważyła napis na zdobnym kamiennym frontonie budynku.

BIBLIOTEKA.

Gwałtownie wciągnęła powietrze i pobiegła do przejścia. Kilka razy wcisnęła guzik, tak jak podpatrzyła u dziewczynki, aż światło zmieniło się na zielone i skrzyżowanie opustoszało. Przebiegła na drugą stronę i przez ciężkie drzwi wpadła do biblioteki.

W holu zgięła się wpół, dysząc ciężko. Chłodne powietrze ukoiło jej rozgrzaną, spoconą skórę. Puls w uszach zwolnił. Odgarnęła włosy ze spalonego słońcem czoła i tym samym odegnała myśl o kobiecie, dziewczynce oraz ich radosnej żółtej gerberze. Gdy chciała wygładzić sukienkę, stwierdziła, że jej nie założyła. Ciągle miała na sobie koszulę nocną. Nie przebrała się przed wyjściem z domu, zapomniała. Nie wiedząc, co robić ani dokąd pójść, stała w miejscu, szczypiąc się w nadgarstki, aż obtarła sobie skórę; ból ciała odwracał jej uwagę od bólu wewnętrznego. Przestała dopiero, gdy na jej oczy padły promienie kolorowego światła.

Przekradłszy się przez hol, Alice weszła do głównej sali bibliotecznej, ogromnej i wysokiej. Wzrok jej przyciągnęło światło sączące się przez witraże: dziewczynka w czerwonym kapturze szła przez las; dziewczyna w karocy gubiła jeden szklany pantofelek; mała syrenka wpatrywała się tęsknie z morza w mężczyznę na brzegu. Alice ogarnęła ekscytacja.

– W czym mogę ci pomóc?

Alice oderwała wzrok od witraży i spojrzała w kierunku, z którego padło pytanie. Przy ośmiokątnym biurku siedziała młoda kobieta o gęstych włosach i szerokim uśmiechu. Alice podeszła do niej na paluszkach.

– Och, nie musisz chodzić na palcach – powiedziała kobieta, tłumiąc śmiech. Parsknęła przy tym. – Nie wytrzymałabym tu ani dnia, gdybym musiała się zachowywać aż tak cicho. Mam na imię Sally. Jeszcze cię tu chyba nie widziałam. – Oczy Sally skojarzyły się Alice z morzem w słoneczny dzień. – Byłaś już tutaj?

Dziewczynka pokręciła głową.

– Och, to wspaniale, mamy nową przyjaciółkę! – Sally klasnęła w dłonie. Paznokcie miała pomalowane na pudrowy róż. Zapadła cisza. – A ty jak masz na imię? – spytała.

Alice spojrzała na nią spod rzęs.

– No, nie wstydź się. Biblioteki to miejsca przyjazne. Każdy jest tu mile widziany.

– Alice – bąknęła.

– Alice?

– Alice Hart.

Przez twarz Sally przemknęło coś dziwnego. Odchrząknęła.

– Alice Hart – powtórzyła. – Pięknie się nazywasz. Witaj! Z przyjemnością cię oprowadzę. – Zerknęła szybko na koszulę nocną i z powrotem na twarz dziewczynki. – Przyszłaś z mamą albo z tatą?

Alice pokręciła głową.

– Rozumiem. A powiedz mi, ile masz lat?

Dziewczynkę paliły policzki. W końcu podniosła w górę pięć rozstawionych palców jednej dłoni i kciuk oraz palec wskazujący drugiej.

– Coś podobnego! Tak się składa, że siedem lat to akuratny wiek, żeby mieć własną kartę biblioteczną.

Alice poderwała głowę w górę.

– O, no proszę. Od twojej twarzy bije światło. – Sally mrugnęła okiem. Alice koniuszkami palców dotknęła swoich gorących policzków. Promienie słońca.

– Dam ci druczek i razem go wypełnimy. – Bibliotekarka wyciągnęła rękę i ścisnęła ramię dziewczynki. – Chcesz mnie najpierw o coś zapytać?

Dziewczynka zastanowiła się i skinęła głową.

– Tak. Może mi pani pokazać ogród, w którym rosną książki? – Odetchnęła z ulgą; jej głos jakoś przedostał się przez zaporę ze strąka. Sally przyglądała się jej chwilę, zanim zachichotała cichutko.

– Ależ mnie ubawiłaś. Czuję, że się szybko dogadamy.

Alice tylko się uśmiechnęła zmieszana.

Przez następne pół godziny Sally oprowadzała dziewczynkę po bibliotece, wyjaśniając, że książki mieszkają na półkach, nie rosną w ogrodzie. Całe rzędy historii wołały Alice ku sobie. Tyle książek... Po pewnym czasie Sally zostawiła ją samą na wielkim miękkim krześle przy jednym z regałów.

– Porozglądaj się i powybieraj sobie książki. Jeśli czegoś będziesz potrzebować, będę tam. – Sally wskazała swoje biurko. Alice kiwnęła głową, już trzymając książkę na kolanach.


Sally drżącymi rękami sięgnęła po telefon. Gdy wybierała numer posterunku, wychyliła się, by sprawdzić, czy Alice na nią nie patrzy, ale ta dalej siedziała na krześle, a zniszczone podeszwy sandałów wystawały spod brudnego obrąbka koszuli nocnej. Sally bawiła się formularzem Alice, nagle krzyknęła bezgłośnie, bo papier przeciął jej opuszkę. Łzy napłynęły jej do oczu, gdy wysysała krew z palca. Alice była córką Clema Harta. Przegnała jego imię z głowy i mocno przycisnęła słuchawkę do ucha. Odbierz, odbierz. Wreszcie jej mąż odebrał.

– John? To ja. Nie, nie, w porządku. Nie, posłuchaj, jest tu mała Clema Harta. Coś jest nie tak. Ona ma na sobie koszulę nocną, John. – Z trudem zachowywała spokój. – Strasznie brudną. – Głośno przełknęła ślinę. – I John... ona ma nieludzko posiniaczone ręce.

Sally kiwała głową, gdy mąż przemawiał do niej spokojnym głosem, i ocierała łzy z oczu.

– Tak, myślę, że ona tu przyszła sama aż z ich plantacji, a to jest jakieś... cztery kilometry? – Pociągnęła nosem, wyciągając chustkę z rękawa. – Dobra. Tak, tak, zatrzymam ją.

Gdy się rozłączała, słuchawka wyśliznęła się z jej spoconej dłoni.


Dziewczynka dołożyła kolejną książkę do półokrągłej wieży, którą zbudowała wokół siebie.

– Alice?

– Chciałabym to wszystko zabrać do domu, Sally – powiedziała mała z powagą, zataczając ramieniem dokoła.

Sally pomogła jej rozebrać książkową wieżę, dziesiątki tomów odłożyła na półki i dwa razy wyjaśniła, na czym polega wypożyczanie z biblioteki. Alice osłupiała na wieść, jak ograniczony ma wybór. Sally zerknęła na zegarek. Światło wpadające przez bajkowe okna złagodniało do pastelowych cieni.

– Chcesz, żebym ci pomogła wybrać?

Alice z wdzięcznością kiwnęła głową. Chciała czytać książki o ogniu, ale nie miała odwagi tego powiedzieć.

Sally przykucnęła, by spojrzeć dziewczynce prosto w oczy, i zadała jej kilka pytań – gdzie najbardziej lubi chodzić: nad morze; który bajkowy witraż najbardziej się jej podoba: syrenka, a potem ze zrozumieniem skinęła głową, dotknęła palcem wskazującym cienkiej książki w twardej oprawie z brązowymi literami na grzbiecie i wysunęła ją z półki.

– Myślę, że ta ci się spodoba. To o selkach.

– O selkach – powtórzyła Alice.

– Zobaczysz. Selka to kobieta z morza, która może zmieniać skórę, by stać się kimś zupełnie innym. – Alice poczuła, jak przechodzą ją ciarki. Przytuliła książkę do piersi.

– Od czytania robię się głodna – powiedziała nagle Sally. – A ty jesteś głodna? Mam bułeczki z dżemem i może byś się napiła herbaty?

Na wzmiankę o bułeczkach Alice pomyślała o mamie. Nagle zapragnęła wrócić do domu, ale wyglądało na to, że ta kobieta chce, by została.

– Mogę iść do toalety?

– Oczywiście – odrzekła Sally. – Damska jest tu kawałek dalej po prawej. Mam iść z tobą?

– Nie, dziękuję. – Alice uśmiechnęła się słodko.

– Będę tu na ciebie czekać. Zjemy bułeczki, dobra?

Alice pomknęła korytarzem. Otworzyła drzwi łazienki. Odczekała chwilę, a potem wytknęła głowę na zewnątrz, by sprawdzić, czy Sally jest przy biurku. Nie było jej. Gdzieś z oddali dobiegał szczęk sztućców i brzęk porcelany. Alice pognała do wyjścia.

Gdy biegła do domu przez pola trzciny cukrowej, czuła w kieszeni kształt karty bibliotecznej, jak matczyny kwiatek. Książka o selkach podskakiwała w plecaku, promienie słońca rozbłyskiwały w brzuchu. Myślała tylko o tym, jak bardzo mamie spodoba się książka z biblioteki. Nie przyszło jej do głowy, że zanim dotrze do domu, ojciec wróci z pracy.