Prawie nicTekst

Autor:Eric Karpeles
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Zawoławszy żonę, Mereżkowski słuchał w zamyśleniu zrozpaczonego nieznajomego. Uspokoił go słowami, które pomogły ukoić ból i zawierały radę: „Pan jest chrześcijaninem – zabijać to grzech – wiadomo – ale należy pamiętać, że Pan nie jest sam, że Pan należy do historii, do dziejów świata, ludzie się biją, o coś walczą, popełniają grzech, niech pan przyjmie na siebie ten grzech i razem walczy o lepszy świat”[16]. Po czym przytoczył przypowieść o świętym Kasjanie i Mikołaju:

Obaj zdążali do nieba w białych szatach wzdłuż zabłoconej drogi, aż spotkali chłopa, co wraz z wołem ugrzązł w tym błocie i błagał o ratunek. Kasjan minął chłopa, a Mikołaj nie wytrzymał, poszedł wyciągać wóz i potężnie się ubabrał. Tak doszli obaj do nieba. Święty Piotr wpuścił obu na sąd Boży, a Bóg oświadczył Kasjanowi: masz niepokalane szaty i będziesz miał święto raz do roku, ale tylko co cztery lata, bo w rok przestępny 29 lutego, a ty, Mikołaju, zapomniałeś o swoich szatach, ratowałeś bliźniego, dlatego twoje święto będzie obchodzone cztery razy do roku[17].

Trafił tą przypowieścią w sedno. Przed Czapskim rysowała się droga Mikołaja.

Mereżkowski i jego żona, poetka Zinaida Gippius, wielkie postacie rosyjskiej literatury, współpracowali z pisarzem, krytykiem i wydawcą Dymitrem Fiłosofowem. Wszyscy troje zbliżyli się do siebie najpierw jako przeciwnicy caratu po rewolucji 1905 roku, a potem jako antykomuniści po rewolucji październikowej. Wierzyli w „trzecią Rosję”, Rosję demokratyczną, ani bolszewicką, ani carską. Liczyli na pojednanie katolicyzmu z rosyjskim prawosławiem, marzyli o połączeniu inteligencji z Cerkwią w swobodnym związku wiary i rozumu. Szlachetne zamiary obojga przemówiły do Czapskiego w krytycznym momencie młodego życia. Ich dom stanął dla niego otworem. Przebywał u nich kilka dni. Twierdził później, że ten tercet skutecznie wyleczył go z chrześcijańskiego ekstremizmu i paraliżu moralnego. Mereżkowski „stworzył dla siebie własny świat – napisała Nina Berberowa. – Wiele tam było braków, jednakże to, co było mu niezbędne, zawsze się tam znajdowało”[18]. Zaopatrzył Czapskiego w stos dzieł Dostojewskiego, Nietzschego oraz rosyjskiego filozofa Wasilija Rozanowa.

Z tym darem w ręku Czapski rozpoczął okres intensywnych studiów. Odruchowa chęć zapukania bez zapowiedzi do drzwi, na których widniało nazwisko podziwianego pisarza, zaowocowała wyjątkowym postępem w kształtowaniu jego charakteru i ośmieliła go do tego, by zawsze odtąd polegać na spontanicznych odruchach. Lektura książek, które otrzymał, sprawiła, że zrzucił ciężar z serca i przełamał długotrwały impas; pomogła mu też wyzwolić się i stać człowiekiem, jakim pragnął być. Niewiele ponad rok później Mereżkowski, Gippius i Fiłosofow mieli udać się do Warszawy, gdzie Czapski i jego siostra Marynia pomogli przystosować się tym inteligenckim uchodźcom do życia kulturalnego i politycznego stolicy Polski.

W końcu Czapski dostał glejt na wyjazd pociągiem do Warszawy 22 stycznia 1919 roku. Powróciwszy do Polski, zameldował zwierzchnikom o wynikach swojej misji i podjął przerwane studia w warszawskiej Szkole Sztuk Pięknych. Znowu jednak nad granicą polsko-rosyjską zebrały się chmury wojny i przeszkodziły mu w nauce. Po niespełna kilku miesiącach od powstania II Rzeczypospolitej sowiecka Rosja (Związek Sowiecki jeszcze nie istniał) zagroziła jej suwerenności. Planując ofensywę na zachód, aby zaognić sytuację w powojennych Niemczech, Lenin uważał Polskę za pomost, który Armia Czerwona musiała sforsować, żeby uzyskać kontrolę nad całą dekadencką Europą Zachodnią, poczynając od Niemiec, państwa dojrzałego do wybuchu komunistycznej rewolucji. Działania wojenne między Polakami i Sowietami rozpoczęły się w początkach 1919 roku, a latem 1920, kiedy Armia Czerwona dotarła niemal do samej Warszawy, sytuacja była dramatyczna. Na przekór wszystkiemu w połowie sierpnia polskie wojska odniosły decydujące zwycięstwo, częściowo wskutek niesubordynacji komisarza politycznego Frontu Południowo-Zachodniego, który, zdecydowany toczyć własną wojnę, zlekceważył rozkazy wzmocnienia odkrytego skrzydła wojsk Frontu Zachodniego. Polskie wojska, zaskakując rozdzielone armie sowieckich ugrupowań, z łatwością przedarły się przez lukę między nimi i skutecznie odcięły Front Zachodni. Ścigając jego podzielone formacje na wschód, Polacy całkowicie rozbili jedną sowiecką armię, przetrzebili oraz rozproszyli trzy inne i skutecznie odparli najeźdźców. W wyniku tej dotkliwej porażki zarzucony został Leninowski pomysł wzniecenia międzynarodowej rewolucji komunistycznej pośród ruin Europy. „Bolszewicka klęska” w Bitwie Warszawskiej utemperowała ambicje Politbiura. Zawierając traktat ryski, Sowieci byli zmuszeni do ustępstw terytorialnych wobec „burżuazyjnej Polski”. To upokorzenie naznaczyło trwałym pragnienieniem zemsty umysł człowieka odpowiedzialnego za poniżającą klęskę – Józefa Wissarionowicza Stalina.

Chcąc pomóc w obronie kraju, Czapski ponownie zaciągnął się do polskiego wojska. Ujrzawszy swojego przyjaciela pacyfistę w mundurze 1 Pułku Ułanów, gdy ich ścieżki przecięły się w Warszawie, rzeźbiarz August Zamoyski zawołał: „Józiu, ty zmieniasz przekonania jak rękawiczki!”. Czapski zostanie odznaczony za odwagę Orderem Virtuti Militari.

W poszukiwaniu obrazów i rysunków Czapskiego odbyłem kilka podróży do Polski. Natknąłem się na szkic ołówkiem przedstawiający go jako młodego żołnierza w mundurze, w pozycji stojącej, z profilu, zatopionego w myślach; to autoportret z 1919 roku, kiedy był dwudziestotrzyletnim człowiekiem i walczył z sowieckim najeźdźcą. Patrzy w dół, głowa mocno pochylona, kwadratowa szczęka prawie dotyka piersi, lewa dłoń wsparta na biodrze z kciukiem wetkniętym za metalowy pas. Pleciony sznur, biegnący ciasno po przekątnej przez tors, pomaga zaznaczyć kontury ciała pod bluzą. To mundur poborowego z przełomu dziewiętnastego i dwudziestego wieku, składały się na niego workowate bryczesy i buty do kolan, bluza z okrągłymi mosiężnymi guzikami, epoletami i sztywną stójką. Oprócz jasnoszarej plamy włosów nic nie jest na rysunku wycieniowane; efekt jest czysto linearny. Każdą linię poprowadzono pewną ręką, wszystkie szczegóły są oddane prosto i zdecydowanie, pieszczotliwe pociągnięcia ołówkiem bardzo przypominają neoklasycystyczny styl nowej powojennej estetyki Picassa. Pionowy rysunek, wysokości około dwudziestu pięciu centymetrów, wykonany na papierze o postrzępionych brzegach i rogach wygląda jak owalna kamea na broszce wpiętej w czarne tło. Rysunek cierpko komentuje młodość artysty – Czapski jest tu poważnym młodym żołnierzem, a zarazem zamyślonym, eleganckim światowcem, tylko chłopięcy kosmyk opadający mu na czoło osłabia powagę żołnierskiej pozy.

Po mojej pierwszej wizycie w Polsce rozeszły się wieści o jakimś amerykańskim malarzu pragnącym zobaczyć dzieła Czapskiego, wysłuchać opowieści o nim i o niego wypytać. Kiedy wróciłem pół roku później, wąska grupa miłośników artysty – zwarta, strzegąca swego bohatera, ale ciekawa mojej ciekawości – okazała mi zaufanie. Łańcuch poleceń i rekomendacji pozwolił mi spotkać licznych krewnych artysty i rodziny jego przyjaciół, a dzięki nim zobaczyć jego ukryte przed postronnymi dzieła. W taki właśnie sposób znalazłem ten portret. Jan Woźniakowski, wnuk jednej z sióstr Czapskiego, zaprosił mnie do siebie, bym obejrzał znajdującą się u niego kolekcję obrazów i rysunków wuja. Jego matka, Maria Woźniakowska, jest siostrzenicą Czapskiego, córką najmłodszej siostry malarza, Róży. Ojciec zaś, Jacek Woźniakowski, był bliskim przyjacielem i miłośnikiem twórczości Czapskiego, jednym z czołowych polskich historyków sztuki.

Jan mieszka w budynku, w którym kiedyś mieściła się przeznaczona do wyburzenia wiejska szkoła. Rozebrał ją deska po desce i zrekonstruował jako dom dla powiększającej się rodziny na końcu wąskiej wiejskiej drogi w brzozowym lesie, kilkanaście kilometrów za administracyjnymi granicami Warszawy. Zaproszony na niedzielny poranek, zastałem go na werandzie w szarych dresowych spodniach i koszulce z długimi rękawami i nadrukiem „Dog Eat Dog”. Włosy ma krótko ostrzyżone, na brodzie kilkudniowy szpakowaty zarost. Wysoki pięćdziesięcioparolatek ujmuje surowym wdziękiem. Pracuje w muzeum Polin i jest ojcem trzech synów – Huberta, Piotra i Iwa. Natychmiast po wejściu do domu urzekła mnie ciepła, jasna, otwarta przestrzeń. Starsi synowie gospodarza, około dwudziestoletni, wyłonili się z różnych części domu, żeby ojciec mógł ich przedstawić. Dwaj niewątpliwie dobrze wychowani młodzieńcy uścisnęli mi dłoń, patrząc prosto w oczy, posłusznie stosując się do domowej zasady witania gości natychmiast po ich przyjściu. Nieśmiali, tyczkowaci i podobnie jak ich ojciec w dresowych spodniach, T-shirtach i sandałach, postanowili zostać chwilę i popatrzeć na amerykańskiego malarza. Jan prowadził nas do kuchni szerokim korytarzem, gdy zatrzymał mnie młodzieńczy autoportret Czapskiego w żołnierskim mundurze.

Wyrzucałem z siebie masę spostrzeżeń, a koło mnie Jan i chłopcy bacznie przyglądali się obrazowi, który znali tak dobrze, że przestali go zauważać. Hubert i Piotr, już młodzi mężczyźni, choć jeszcze po trosze chłopcy, są mniej więcej w wieku Czapskiego, kiedy rysował ten portret. Miał już za sobą ciężkie próby i niejeden wstrząs. Ci szczęśliwi, przystojni chłopcy, pomyślałem sobie, mogą nie domyślać się nawet, jak wiele już przeszedł. Kiedy o tym myślałem, nagle skoczył na mnie duży czarny labrador, smagając powietrze ogonem, i z łapami na mojej piersi zabrał się do wylizywania mi twarzy. Gospodarze zareagowali niemal równie szybko, jak szczeniak na mnie natarł, starając się złapać go za obrożę i odciągnąć, krzycząc: „Nie, Baba, siad, Baba, siad, siad”. Wszyscy wybuchamy śmiechem, staram się wytłumaczyć, że Baba w ogóle mi nie przeszkadza, gdy dostrzegam żywiołową, zmierzającą wprost na mnie postać. To poruszający się zrywami, z drżeniem rąk, głowy i nóg Iwo Woźniakowski, trzeci syn Jana. Tylko trochę niższy od nas, miota się w korytarzu, żeby do nas dołączyć, wybuchowa mieszanka jasnej i mrocznej energii, jasnowłosa siła natury, której rozbiegane oczy i gardłowe dźwięki świadczą o tym, że gdzieś w głębi jego umysłu doszło do jakiegoś zwarcia. Iwo ma jedenaście lat. Urodził się z wadą chromosomową, anomalią strukturalną, która upośledza jego funkcje poznawcze; Iwo nie umie żuć i porozumiewać się werbalnie.

 

Chwyciwszy Babę, Jan i starsi chłopcy zatrzymują się niepewnie, gotowi przyjść mi z pomocą, gdyby się okazało, że potrzebuję ochrony przed niespodziewanym atakiem nadaktywnego Iwa. Dają mi czas na reakcję i okazanie chęci lub niechęci do nawiązania kontaktu. Nie przeszkadzał mi Baba, w żadnej mierze nie przeszkadza mi Iwo. Wszyscy się odprężają, gdy pozwalam chłopcu, by nucąc pod nosem, starannie mnie obejrzał. Iwo jest na swój sposób towarzyski; stoi bardzo blisko mnie, jego ręce pląsają w powietrzu, przechyla głowę na różne strony, uśmiecha się, marszczy brwi, od czasu do czasu piszczy. Oczy ma rozbiegane, klepie mnie tu i ówdzie. Zmienia pozycję za szybko, bym miał go stale w polu widzenia, ale po burzliwym wstępie się uspokaja. Bracia i ojciec zostają w pobliżu, obserwując chłopca, kontrolując nas obu. Iwo stopniowo przenosi uwagę ze mnie na Babę. Starsi synowie Jana wyprowadzają brata i psa, a ja i gospodarz ruszamy w stronę kuchni. W korytarzu, którym idziemy, dostrzegam przelotnie następne oprawione rysunki Czapskiego oraz cudowny portret olejny.

Jan proponuje kawę. Siadamy przy długim drewnianym stole i rozmawiamy. Na widocznym miejscu wisi akwarela przedstawiająca jaskrawe zawilce w wysokim czarnym wazonie. Jan mówi, że jako młody mężczyzna chciał zostać malarzem. Podczas pobytu w Paryżu szukał porady u swojego wuja i dowiedział się, że powinien albo całkowicie poświęcić się temu zajęciu, przez co Czapski rozumiał brak własnej rodziny, albo pogodzić się z myślą, że będzie malarzem niedzielnym. „Wuj Józio wcale nie próbował mnie zniechęcić. Nie chciał jednak, bym hołdował romantycznym wyobrażeniom o życiu malarza, o tym, czego ono wymaga”. Niedługo po tamtej rozmowie Jan napisał do Czapskiego list, wykładając w nim swoje przemyślenia o malarstwie i dziękując mu, że potraktował go poważnie. W odpowiedzi Czapski wysłał mu pocztówkę, na której narysował siebie jako tyczkowatego starszego mężczyznę wspartego na lasce, pod dachem burzowych chmur, z których leje się deszcz; mężczyzna wskazuje na wyidealizowanego młodego artystę (Jana), malującego światło na szczycie stromej góry w pełnym słońcu. Nie wiszą nad nim chmury, nie dotykają go starcze niedołęstwo ani ból – rozpościera się przed nim tylko olśniewający pejzaż. U dołu kartki osiemdziesięciopięcioletni Czapski nagryzmolił do swojego ciotecznego wnuka: „Stary malarz (dziękuje za wspaniały list) młodemu malarzowi”. Po trzydziestu kilku latach pocztówka zawisła na ścianie, jak talizman.

Jan wybrał inną drogę, która pozwalała mu na luksus rodzinnego życia. Ożenił się i razem z żoną pojechał do Ameryki, gdzie najpierw studiował na Harvardzie, a potem znalazł pracę jako konserwator dzieł sztuki w Metropolitan Museum. Osiedlili się w Brooklynie. Urodziło się dwóch synów. Kiedy chłopcy mieli trzy i pięć lat, Woźniakowscy postanowili, że pora wracać do kraju. Iwo przyszedł na świat w Polsce kilka lat później.

Po mniej więcej godzinie wszyscy chłopcy dołączyli do nas, zapełniając kuchnię i pomagając przygotować późne wspólne śniadanie. Z szafek i obficie zaopatrzonej lodówki wjechały na stół imponujące ilości jedzenia. Porcje śniadaniowe były równie wielkie jak apetyty. W trakcie posiłku Iwo z ogromnym entuzjazmem spałaszował całą babkę pokrojoną w kostki włożone do miski z płatkami i zalane mlekiem. Obsługiwany z czułą troską przez starszych braci machał rękami, żeby przykuć ich uwagę, a potem pokazywał, czego sobie życzy. Nie przerywając rozmowy, Jan sięgał głęboko do szafki za sobą, znajdował w niej słoik z masłem orzechowym, nabierał je łyżką i wkładał do złaknionych ust Iwa. Wszyscy razem stanowili grupę łagodnych, serdecznych ludzi. Grupę jednolicie męską; górę bierze wysoki poziom testosteronu. W domu nie ma kobiecej ręki. Dominika Roqueplo, żona Jana i matka chłopców, zmarła na agresywnego raka kilka lat przed naszym spotkaniem, po długich czterech latach leczenia, operacji i hospitalizacji. Gdy przechodziła chemio- i radioterapię w drugim roku walki z chorobą, dowiedziała się, że u jej starszego syna Huberta, wówczas osiemnastoletniego, właśnie zdiagnozowano ostrą białaczkę limfatyczną. Organizm Huberta w końcu zareagował pozytywnie na leczenie. Jej nie.

Po posiłku obaj z Janem przeszliśmy do przestronnego salonu. Na gzymsie kominka stoi oprawione zdjęcie Dominiki. Przez wysokie szyby wlewa się słońce, grube zielone zasłony zwisają kolumnami w równych odstępach pomiędzy oknami, osadzonymi parami w długiej ścianie. Rozległa połać podłogi z sękatych sosnowych desek, niepokryta dywanami, jest pusta niczym parkiet taneczny – wygodne fotele i kanapy zgrupowane w kameralne zestawy przysunięto pod ściany. Nie do tańca służy ta wolna przestrzeń, przemknęło mi przez głowę, chodzi o Iwa, mniej przeszkód na drodze. Zdałem sobie również sprawę, że za szybko przypisałem jego starszym braciom beztroskę. Podobnie jak brat ich prababci, we wczesnym wieku wiele już przeszli. Jak Józef i jego brat Staś, wysłani przez ojca do Petersburga, Hubert i Piotr znaleźli się daleko od domu, żeby uczęszczać do szkoły średniej w Ameryce. Po ciężkich latach choroby i śmierci matki zmiana miejsca pobytu pozwoliła im wrócić do życia i równowagi. Dzięki nim potrafiłem lepiej wyobrazić sobie Czapskiego w ich wieku, kiedy stał u progu niepewnej przyszłości. W pogodnej, ożywionej atmosferze tego domu, gdzie wszyscy godzą się z tym, co daje i odbiera los, Czapski błąka się troskliwie, a jego liczne obrazy i rysunki stanowią, mimo tego, co przeszedł, świadectwo wilczego apetytu na życie.

Rozdział drugi

Po kilku latach wkładania i zdejmowania munduru Czapski został ponownie zdemobilizowany i w roku 1921 znów zapisał się na studia, tym razem do krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. W Krakowie czuł się samotny i niespokojny. Nikogo nie znał. Niewiele rozumiał z bieżących polskich spraw. Wkrótce jednak zbieg okoliczności radykalnie zmienił jego postawę.

[...] pamiętam dokładnie ciemny salonik-poczekalnię jakiegoś dentysty, gdzie na stole, pod brzydką secesyjną lampą, wśród brudnych, sto razy przeglądanych pism ilustrowanych odkryłem Legendę Młodej Polski. Otworzyłem ją w środku pierwszego rozdziału: „Nasze ja i historia”. [...] Zrozumiałem nagle całym sobą, już od pierwszych stron tej książki, że nie jestem sam, że jestem związany z całym światem, z historią, że nie ma samotności, że moje najtajniejsze myśli i przeżycia nie są moją tylko własnością, że mają odpowiedniki w świecie, bo nie są wytworem wyłącznie tylko mojej myśli, ale całego procesu historycznego, który moją świadomość wyżłobił (byt określa świadomość?), że należę do historii, chcę tego czy nie chcę, że jestem nie tylko potrzebny, ale że nikt inny za mnie tego, co zrobić muszę, nie zrobi i zrobić nie może.

Potem już, idąc w głąb tej książki, odkrywałem z upojeniem to, czego nigdy Rosja dać mi nie mogła, że droga moja do idei ludzkości, która mnie na Wschodzie urzekła, prowadzi przez Polskę, że jej rozwoju nie tylko nie muszę, ale nie mam prawa lekceważyć. Poprzez okrutny pamflet na Polskę zdziecinniałą, jedyną, którą znałem dotychczas, odkrywałem inną Polskę[19].

Legenda Młodej Polski pióra Stanisława Brzozowskiego pomogła Czapskiemu pojąć, kim jest i kim może się stać. Dała mu siłę. Powróciły wspomnienia wczesnego matczynego katechizmu. „Kto ty jesteś? Polak mały”. Pamiętał dobrze: „pierwsze przeczytane wówczas strony podziałały na mnie dosłownie jak piorun”; czytając Brzozowskiego, „stałem się Polakiem”[20]. Spotkanie z tekstem Brzozowskiego odbierał niemal jak kontrapunkt do swych piotrogrodzkich doświadczeń z Mereżkowskim i Gippius. Wyniósł z niego poczucie celu i przynależności. Legenda Młodej Polski stanowiła wezwanie do walki przeciw estetyzmowi i neoromantycznej dekadencji z przełomu dziewiętnastego i dwudziestego wieku. Czesław Miłosz, autor studium o Brzozowskim, uważał, że tchnął on nowego ducha w polską sztukę: „Armia jednego żołnierza [...]. Brzozowski zadawał decydujący cios modnemu szlochaniu nad okrucieństwem istnienia”[21]. Czysty estetyzm zawsze Czapskiego przygnębiał, uważał go za niebezpiecznie hermetyczny stan istnienia, rodzaj delektacji. Dzięki Brzozowskiemu mógł poszukiwać czystej sztuki, unikając zarazem pułapek estetyzmu.

Z nowym entuzjazmem oddawał się malowaniu i życiu wśród nowych przyjaciół, których znalazł w Akademii. Nie wszystko jednak było mu bliskie. Jego koledzy z zajęć doświadczyli już kubistycznego i futurystycznego przewrotu. Kiedy on był pochłonięty lekturą Brzozowskiego, oni czytali nowe, futurystyczne wiersze Włodzimierza Majakowskiego, który w 1917 roku opowiedział się za bolszewizmem.

Wchodzę w ten świat moich nowych przyjaciół, w zupełnie nową atmosferę intelektualną, beztroskiej pewności siebie, zwycięskiego optymizmu i zmysłowej radości życia.

Ta młodzież robi wszystko, żeby zapomnieć, że w tejże Akademii byli jeszcze tak niedawno malarze o przydługich włosach i długich pelerynach. Jestem wówczas wśród moich kolegów dość dla nich zabawnie anachroniczny. Mam odruchy myślowe i uczuciowe inne niż oni. I ta radosna afirmacja życia jest u mnie trochę wymuszona – to nie mój świat. Czuję się coraz to śmiesznym pogrobowcem Młodej Polski, do której nigdy nie należałem. Mała scenka z tamtych czasów do dziś utkwiła mi w pamięci.

Na wiosnę 1921 roku (czy już 1922?) moi koledzy coraz to zwiewali z pracowni, żeby godzinami pławić się w Wiśle i opalać na plaży. Jeden z najzdolniejszych („najmniej pracuje i ciągle robi postępy” – wzdychał profesor ze zgorszeniem i uznaniem) mówi mi, leżąc nago na piasku, ze świadomością, że wypowiada głęboką nowoczesną myśl filozoficzną: „Nie wiem, co jest ważniejsze, opalać się czy malować”[22].

W tym czasie powstały najwcześniejsze ze znanych obrazów Czapskiego, cykl górskich pejzaży malowanych na niewielkich kartonach podczas wakacji w Zakopanem. Na tych obrazach wierzchołki wysokich drzew, iglastych i liściastych, rosnących na spadzistym stoku przepastnej doliny napierają na płaszczyznę płótna, podczas gdy w oddali, pod bladobłękitnym, chmurnym niebem majaczy linia fioletowoniebieskich szczytów, majestatycznych bądź złowieszczych w zależności od pogody i światła. Szkice te są bezpośrednie, solidne, przekonująco namalowane, powściągliwe i ciekawe.

Chociaż Kraków kipiał wówczas twórczą aktywnością, a wielu malarzy hołdowało konstruktywizmowi i awangardowej szkole „formizmu”, Czapski oparł się modzie. Żaden prąd artystyczny gardzący studium natury nie mógł go znęcić. I on, i bliska mu nieliczna grupa uczelnianych kolegów opierali się wpływom rosyjskiej niefiguratywnej abstrakcji; pragnęli tylko wyjść poza ramy polskiego akademizmu, w którym dominowała tematyka religijna i historyczna. Kwestie tematu i stylu zaczęły ich drażnić. Jeden z profesorów, Józef Pankiewicz, doceniał i podsycał niepokój grupy. Pankiewicz, który spędził wiele letnich miesięcy w Normandii oraz na południu Francji, malując u boku swojego przyjaciela Pierre’a Bonnarda, wpoił swoim studentom zamiłowanie do kolorystycznych odkryć szkoły paryskiej. Zainspirowany jego przykładem Czapski miał się stać spiritus movens przedsięwzięcia kilkunastu studentów Akademii, zdecydowanych dotrzeć do Paryża, żeby przyjrzeć się legendarnej malarskiej scenie z bliska. Początkowo skrzyknęli się jako samodzielnie wybierająca swoich członków grupa, stanowili szeroką reprezentację polskiego społeczeństwa – byli wśród nich synowie oraz córki chłopów i arystokratów, Ukraińcy i Żydzi, dzieci bogatych krakowskich kupców oraz przedstawiciele prowincjonalnego mieszczaństwa. Nazwali się Komitetem Paryskim, czyli K.P., stąd zaczęto ich później określać mianem „kapistów”.

Żeby pokryć koszty planowanej podróży do Paryża, organizowali jeden bal za drugim, sprzedawali na aukcjach rysunki i obrazy, urządzali odczyty, loterie, sprzedawali losy, a także wystawiali amatorskie przedstawienia w krakowskim Teatrze im. Juliusza Słowackiego. Ciężko pracowali, żeby zebrać fundusze na sześciotygodniowy wyjazd. Dwunastka młodych malarzy dopięła swego – wiosną 1924 roku wyruszyli do stolicy Francji.

Zamiast sześciu tygodni zostali tam siedem lat. Spośród nich tylko Czapski znał biegle francuski – w rezultacie wziął na siebie wszystkie pertraktacje dotyczące podróży, zakwaterowania i wyżywienia grupki przyjaciół. Ich zawołaniem było peinture-peinture! (malarstwo-malarstwo), bożyszczem – Cézanne, panującym monarchą – Bonnard. Kapiści łaknęli przede wszystkim koloru, eksplozji barw. Kolor – nie linia, forma ani treść – miał budować ich obrazy. Szukając inspiracji w naturze, bo to ona miała być źródłem kompozycji i harmonii barw, odrzucali wszelkie próby odtwarzania kolorów w postaci, w jakiej postrzega je ludzki mózg. Tak zwany „kolor lokalny”, mechanizm dosłowności, który każe niebu przypisać błękit, a trawie zieleń, ich nie interesował. Ten teren został z trudem zdobyty przez wcześniejsze pokolenia, choćby przez Eugène’a Delacroix, którego egzotyzm przyćmił wszelkie zainteresowanie zwyczajnym życiem, a po nim przez impresjonistów, którzy postanowili obalić uparte twierdzenie Ingres’a o wyższości linii nad kolorem. Początkujący polscy malarze pojechali do Paryża, żeby podjąć sztandar van Gogha, fowistów i postimpresjonistów. Każdy z nich zamierzał samodzielnie wytyczać granice swojego terytorium, pewny, że dąży do celów artystycznych, które spajały całą grupę. Czapski, najstarszy z jej członków, stale czuł się zagubiony, widząc zarazem postępy swych młodszych przyjaciół. Swoje malarskie porażki przypisywał brakowi talentu. Tymczasem chodziło nie tyle o niedostatek talentu, ile o niepełne jeszcze zrozumienie, czego pragnie dokonać. Każdy z jego kolegów znalazł już swoją stylistyczną ścieżkę. On znalazł wspólnotę, ale nadal szukał zadowalającej go drogi malarskiej.

 

Grupa wynajęła wspólną pracownię w zaułku de Rouet, w czternastej dzielnicy (w tym samym czasie kilka przecznic dalej, przy ulicy Hippolyte-Maindron, Alberto Giacometti, znacząca postać w artystycznym panteonie Czapskiego, urządzał lokal, który miał się stać centrum jego świata i dożywotnią pracownią). Z taniego mieszkania, które znalazł w Châtillon, tuż za południowymi granicami miasta, Czapski każdego dnia sumiennie przyjeżdżał do pracowni w zaułku de Rouet. W Châtillon dzielił lokum z Siergiejem Nabokovem, nieśmiałym jasnowłosym Rosjaninem, miłośnikiem Wagnera poznanym pewnego dnia w kawiarni. Mający skłonność do jąkania się Nabokov utrzymywał się z nauczania angielskiego i rosyjskiego. Oddany muzyce i literaturze europejskiej, potrafił pięknie i bez zająknięcia recytować wiersze w rozmaitych językach. Podobnie jak Czapski, przybył niedawno do Paryża, niedawno też uzyskał dyplom Cambridge, gdzie grywając w tenisa na uniwersyteckich kortach, spędził ze swoim bratem Vladimirem część ich niewielu radosnych wspólnych chwil. Obaj bracia, wierni czytelnicy Puszkina, pracowali nad przekładem Eugeniusza Oniegina, Vladimir na angielski, Siergiej na francuski.

Józef i Siergiej, obaj wysocy, szczupli, nietroszczący się o przyszłość i wrażliwi, dzielili zamiłowanie do rosyjskich pisarzy: Anny Achmatowej, Osipa Mandelsztama i Borysa Pasternaka. Przez pewien czas, w początkach ich paryskiego pobytu, łączył ich miłosny związek. Wieczory często spędzali w mieście z bratem stryjecznym Siergieja, Nicolasem, przyszłym wybitnym kompozytorem, który także niedawno przeniósł się do Paryża z Berlina. Ci trzej zubożali, solidnie wykształceni młodzi arystokraci pochodzili z wielkich rodów, których majątek przepadł. W Paryżu nauczyli się do maksimum wykorzystywać swoje bardzo ograniczone środki, by móc spędzać czas w kawiarniach, na koncertach i przyjęciach.

Czapski bywał w Luwrze, wśród encyklopedycznych zbiorów uzupełniał swą edukację malarską, zatrzymując się przed obrazami wcześniej całkowicie mu nieznanymi lub znanymi jedynie z reprodukcji. Jak zwykle w przypadku początkujących malarzy, dostał odpowiednie pozwolenie, ustawiał sztalugi i sporządzał kopie obrazów, które robiły na nim wrażenie, z dziełami Poussina i Corota włącznie. Ilekroć mógł, uczęszczał na oficjalne zajęcia z rysunku, zarówno w Akademii Colarossiego, jak i w Akademii Ransona, szkołach bliższych współczesności niż konserwatywna École des Beaux-Arts.

Od dawna świadom, że jakiś decydujący aspekt malarstwa stale mu się wymyka, Czapski czuł się rozgoryczony. W jego trzydzieste urodziny do pracowni przyszli dwaj najbliżsi przyjaciele, przyprowadzając gościa, który dopiero co przyjechał z Polski. Jan Cybis i Zygmunt Waliszewski byli już uznanymi młodymi malarzami, później mieli się stać malarskimi tuzami swojego pokolenia w Polsce. Nim wstąpił do Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, Cybis studiował malarstwo we Wrocławiu pod kierunkiem Ottona Muellera, członka grupy niemieckich ekspresjonistów Die Brücke. Waliszewski malował zaś od dzieciństwa i należał do grupy futurystów. Na wczesne dzieła Cybisa i Waliszewskiego wpłynęła krakowska grupa formistów, która, zdominowana przez zwolenników kubizmu, szukała inspiracji w sztuce ludowej. W urodzinowy dzień przy butelce wina rozmowa toczyła się swobodnie. Waliszewski poprosił Czapskiego, aby pokazał gościowi z Polski swoje najnowsze martwe natury. Wszyscy siedzieli, kontemplując obrazy. O swoich zaprezentowanych wówczas dziełach Czapski napisał tak:

były dla mnie ostatnią nadzieją, deską ratunku w zwątpieniu. Owoc ostatniego okresu intensywnej pracy malarskiej i – jak mi się zdawało – postęp, ślad malarstwa.

[...] uważnie oglądali martwe, czekałem pochlebiony ich uwagą. [...]

Powiesiłem znów obrazy [...] i po jakiejś godzinie, jak sami stwierdzili, powrócili znów do tematu przerwanego, tematu dyskusji w tramwaju. Waliszewski twierdził, że docierają do malarstwa wybrani, że są ludzie, którzy pomimo pracy i najlepszej chęci nigdy nie będą w stanie malować naprawdę, że ten świat jest dla nich na zawsze zamknięty. Moje płótna, tak uważnie oglądane zaraz po przyjściu, były, zrozumiałem to nagle, właśnie tym ostatnim argumentem, którego użył, by przekonać gościa z Polski, że tak jest właśnie. Jeden Cybis wówczas bronił tezy, że nigdy o nikim nie można tak mówić. Nie dałem po sobie poznać, że powiązałem tamtą dyskusję z oglądaniem moich płócien, ale to odkrycie przeżyłem jak nieoczekiwany cios. Ludzie, do których miałem największe zaufanie malarskie, najbliżsi przyjaciele, tak możliwości moje malarskie oceniali.

Zdaje się, że tego wieczoru dopiero stałem się malarzem, bo zrozumiałem, że nadal tę ścianę ciemności będę próbował przebijać, nawet przyjmując ewentualność, że jej nigdy nie przebiję, bo oderwać się od malarstwa nie mogę[23].

Oddana twórczości, lecz z trudem wiążąca koniec z końcem grupa polskich malarzy robiła wszystko, żeby przeżyć: malowali wachlarze, parawany i modne wówczas hiszpańskie chusty, konstruowali i ozdabiali stoliki, tworzyli projekty tkanin, robili ilustracje do gazet i żurnali. Zyski przeznaczali na wspólny użytek. Te prozaiczne prace wpędzały Czapskiego w przygnębienie, na jakiś czas zupełnie przestał malować, z wściekłością szkicując damskie stroje dla „Vogue” przez dwanaście godzin dziennie, żeby zarobić trochę pieniędzy. Jego rysunki były zazwyczaj odrzucane. Malarze postanowili zaapelować do mieszkających w Paryżu rodaków. Szybko znalazło się wsparcie i zachęta kilku zamożnych przemysłowców, a także części wielkich dam, obracających się w kręgach towarzysko-kulturalnych wielkiej europejskiej stolicy. Wśród nich prym wiodła Misia Godebska-Sert, nestorka paryskiej socjety, symbol wyrafinowania kulturalnego Polaków. Urodziła się w Petersburgu, gdzie jej ojciec, Cyprian Godebski, ambitny rzeźbiarz, ciosał popiersia carskiej rodziny. Matka, córka słynnego wiolonczelisty, zmarła, wydając ją na świat. Małą Misię wysłano do Brukseli na wychowanie do rodziców matki. Była utalentowaną pianistką i namiętną miłośniczką muzyki, dorastała w towarzystwie Ferenca Liszta, gry na fortepianie uczył ją Gabriel Fauré. Tadeusz Natanson, jej pierwszy mąż, był jednym z trzech bratanków pierwszego męża jej macochy, którzy założyli „La Revue blanche”, bogato ilustrowane pismo literackie. Marcel Proust, przyjaciel nowożeńców, publikował swoje pierwsze teksty na jego łamach. Misia stała się muzą i mecenasem Stéphane’a Mallarmégo i Paula Verlaine’a oraz zastępów malarzy, którzy robili jej czułe portrety – malowali ją Renoir, Toulouse-Lautrec, Bonnard, Vuillard. Jej najserdeczniejszą przyjaciółką i powiernicą była Coco Chanel. Czapski pisał o Misi, którą poznał dzięki Pankiewiczowi, że „mogła sprawić, by zaświeciło słońce, lub sprowadzić deszcz”. Oddelegowany przez przyjaciół, by znaleźć wsparcie w paryskim beau monde, zwrócił się do niej z prośbą o pomoc. Postanowili zorganizować bal dla podreperowania budżetu kapistów.