Prawie nicTekst

Autor:Eric Karpeles
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Patrząc na obraz przedstawiający kogoś, kto patrzy na obraz, zacząłem odczuwać pewne skrępowanie, ale to dziwne uczucie dość szybko przemogła silniejsza od niego moc obrazu, wydobywając mnie z cielesnej powłoki i przyciągając z powrotem do płótna. Przypomniał mi się homerycki i szekspirowski trop „opowieści w opowieści”, „sztuki w sztuce”, który pozwala wykorzystać fikcję wewnętrznej intrygi do ujawnienia prawdy intrygi zewnętrznej. Podobne zjawisko można wyśledzić w dziejach malarstwa. Pogrążony w zadumie przed płótnem Czapskiego, czułem, jak w moim umyśle pojawiać się zaczyna obraz z początków XVIII wieku, Szyld sklepu Gersainta, dzieło Antoine’a Watteau, które akt spoglądania na obraz przedstawiający ludzi patrzących na obraz wynosi do poziomu niemal wojerystycznej przyjemności. Byłem prawie pewny, że obraz w obrazie na niewielkim płótnie Czapskiego to dzieło Nicolasa de Staëla, francuskiego malarza rosyjskiego pochodzenia, którego twórczość kojarzy mi się z paryską sceną artystyczną połowy XX wieku (później miało się to potwierdzić, jest nim Composition en gris et bleu z 1950 roku). Widoczne w pracy Czapskiego nasycenie czystym kolorem, posługiwanie się farbą i umiejętna redukcja form przywodziły na myśl obrazy Miltona Avery’ego. Watteau i Avery emanujący z jednego płótna? Byłem zaintrygowany i urzeczony.

Próbując wcześniej rozeznać się, jakim malarzem jest Czapski, byłem rozczarowany. W jego pracach, które widziałem na reprodukcjach, zdołałem dostrzec tylko podstawową umiejętność posługiwania się farbą i coś, co wydawało mi się uporczywą dowolnością malarskich rozstrzygnięć. Pociągały mnie pewna świeżość i śmiałość tematyki i kompozycji, nie umiałem jednak określić faktury jego obrazów. Przed tym małym żółtym płótnem wątpliwości zniknęły. Miałem przed oczyma dowód malarskiej siły Czapskiego.

Kiedy znacznie później natrafiłem na cykl jego rysunków przedstawiających dzieła osiemnastowiecznego brazylijskiego rzeźbiarza Aleijadinho, rozpoznałem natychmiast, że szkice te mogły powstać tylko w barokowym sanktuarium w mieście Congonhas w brazylijskim stanie Minas Gerais. Znalazłem w nich jakby wpisane w kreskę Czapskiego wyraźne powinowactwo z moimi własnymi rysunkami, które robiłem, przyglądając się tym samym monumentalnym steatytowym rzeźbom, w których uderzające połączenie chropowatości i świętości wydaje się niemal ekspresjonistyczne (te same walory przemówiły do mnie w szkicach Czapskiego). Nagła świadomość, że on i ja staliśmy kiedyś, w odstępie pięćdziesięciu lat, patrząc uważnie, z ołówkiem w dłoni, w tym samym miejscu w odległym zakątku świata, była czymś niesamowitym. Ta niezapomniana grupa masywnych rzeźb proroków i figur pasyjnych jest mało znana w Paryżu i Nowym Jorku, a ich autor stale pomijany w historii sztuki. Kontakt z niedocenionymi pracami o olbrzymiej sile oddziaływania, patrzenie na nie oczami nieskażonymi przez ugruntowane sądy stanowi rzadki przywilej. Podczas przeciągającej się wizyty w Ameryce Południowej Czapski trafił do Congonhas, do Aleijadinho. W czasie mojej podróży też tam trafiłem, a potem, wiele lat później, miałem trafić do Czapskiego; wrażliwość i doświadczenie dziwnie zazębiają się w tej opowieści o jego życiu i twórczości.

Cóż takiego jest w jego obrazach i rysunkach, że wciąż wywierają na mnie tak silne wrażenie? Początkowo ich jakość była dla mnie dyskusyjna, a ogólny wpływ ograniczony. Niniejsza książka świadczy o tym, że zmieniłem zdanie. Podczas wernisażu późnej wystawy jego obrazów reporter przeprowadzający wywiad z Czapskim ocenił ich niemodną tematykę, znalazłszy na nich „samotnych ludzi, stoliki w opustoszałych kawiarniach, na wpół ukryte twarze w metrze, stare i niepiękne osoby w pachnących stęchlizną, obitych pluszem fotelach teatralnych lub ponurych pasażach. Drobne codzienne zdarzenia ujrzane w przelocie”. Dziennikarz wyróżnił także „jasne pejzaże i na pozór nieistotne przedmioty, takie jak stolik nocny z kawałkiem sznurka na blacie”. Czapski odparł: „Tak, to prawie nic. Ale to prawie nic oznacza wszystko”[8].

Pewien zapis w jego dzienniku ukazuje rezultaty kilkudniowej pracy poświęconej rysowaniu różnych kwiatów. Czapski, potrafiący wykraczać poza własne dostrzeżone niepowodzenia, odnotowuje zniechęcenie faktem, że zdołał uchwycić tylko odrobinę ich witalności.

Kiedy rysujesz, czujesz każdą kreskę prowadzoną na papierze jako coś żyjącego, nieodwołalnego, i naraz rysunek zaczyna żyć. [...] Potem dwie – jedną kreską – notatki tulipanów wydały mi się nagle żywiej istniejące. Dlaczego? Bo je czułem podczas rysowania, czułem ten związek niezdarnego, niepewnego, zdeformowanego trochę rysunku, jakby między końcem mojego ołówka a mną nie było żadnej przerwy. Ja byłem na końcu ołówka[9].

Mam nadzieję ożywić Czapskiego w sposób, w jaki opisuje rysowanie tych tulipanów. On i ja spotykamy się na końcu ołówka.


.

STAŁEM SIĘ MALARZEM

CZĘŚĆ PIERWSZA: 1896–1939

Rozdział pierwszy

Pisane mu było życie szczęśliwe. Trzeciego kwietnia 1896 roku urodził się Józef Maria Emeryk Franciszek Ignacy hrabia Hutten-Czapski. Rola hrabiego nigdy go nie pociągała, odnosił się nieufnie do ludzi, którzy go w ten sposób tytułowali. Konstanty (Kot) Jeleński, pisarz i przyjaciel, podsumował kosmopolityczne dzieje rodu Czapskich:

Austriacy są tu patriotami czeskimi, niemieccy protestanci wiernie służą Rosji, polscy Czapscy są lojalnymi poddanymi caratu, dopóki nie nawróci ich na patriotyzm córka udzielnego książątka Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego. Co wuj, to przyjaciel Mickiewicza i Tocqueville’a, jeśli nie wróg Bismarcka; co ciotka, to uczennica Chopina, co kuzynka, to właścicielka Duino z Elegii Rilkego; co dziadek, to protektor Marii Duplessis – Damy Kameliowej[10].

Korzenie drzewa genealogicznego rodziny tworzą splot narodów, kultur i przekonań politycznych. Baron Aleksander von Meyendorff, wuj Czapskiego, czuł się jak u siebie w najbliższym kręgu cara Mikołaja II i służył jako jego ambasador w Londynie. Kuzyn Czapskiego, marksistowski rewolucjonista Gieorgij W. Cziczerin, bliski współpracownik Lenina, został po rewolucji październikowej pierwszym po Lwie Trockim sowieckim ministrem spraw zagranicznych. Czapski bardzo lubił opowiadać, jak jego ciotka Maria Pusłowska wpadła w gniew, gdy bolszewicy przejęli władzę w Petersburgu. Uzbrojeni ludzie skonfiskowali wszystko, co trzymała w bankowym skarbcu. Wtargnąwszy do gabinetu ministra, zażądała, by w jej imieniu nakazał zwrócić zrabowane brylanty. Cziczerin kategorycznie odmówił. Pusłowska zamaszystym ruchem zgarnęła z biurka stos poufnych dokumentów. „Ukradliście moje brylanty! – zawołała – to ja zabieram wasze akta!”. Cziczerin siłą odebrał papiery i wyprowadził kuzynkę z gabinetu, a ta, nim trzasnęła drzwiami, wykrzyknęła: „Mogę tylko prosić Boga, byś się opamiętał!”. Cziczerin, nie chcąc, by do niej należało ostatnie słowo, gwałtownie otworzył drzwi: „Twój Bóg nie istnieje, ot co myślę!”.

Matka Czapskiego, Józefa, przyszła na świat jako hrabina Josephine von Thun und Hohenstein. Jej najstarszy brat, hrabia Franz Anton von Thun und Hohenstein, był premierem austriackiego rządu. To on podarował siostrzeńcowi cisawego kuca. Narowiste zwierzę wielokrotnie zrzucało małego Józia, który w końcu zaczął bać się wierzchowca. Hrabia Thun niechcący wzburzył także inną wrażliwą duszę, pewnego żydowskiego lekarza, w którym to spotkanie pozostawiło trwały ślad. Hrabia – wysoki, chudy, nienagannie ubrany mężczyzna – pewnego razu spieszył się do Bad Ischl, gdzie dwór Habsburgów rezydował latem. Na wiedeńskim Westbahnhofie, nie zwracając uwagi na konduktora, znalazł wolny przedział pierwszej klasy i zamknął za sobą drzwi. Jego pociąg niebawem odjechał. Inny podróżny, obserwujący z peronu zachowanie premiera, był oburzony jego wyniosłością. Sam bowiem zapłacił za bilet pierwszej klasy, lecz w jego przedziale nie było toalety, w odróżnieniu od miejsca, którym zawładnął hrabia Thun. Ów podróżny – doktor Zygmunt Freud – daremnie powoływał się na swoje prawo do muszli klozetowej. Tej nocy w pociągu trapił go sen. Nad ranem zapisał go i poddał gruntownej analizie. Wuj Czapskiego pojawia się na stronach Objaśniania marzeń sennych jako symbol arogancji władzy, źródło freudowskiego poczucia niemocy i przyczyna głębokiego urazu. Freud zdawał sobie doskonale sprawę z długich dziejów służby publicznej członków rodu Thun und Hohenstein w roli ministrów kultury i zwolenników reformy edukacji, a jednak przypadkowe spotkanie z hrabią uprzytomniło mu za pośrednictwem snu, że psychoanaliza jest bezradna wobec myśli politycznej, i pozostawiło bolesne poczucie wyobcowania. Józef Czapski nie odziedziczył ani władczości swojego wuja Franza, ani jego kastowego antysemityzmu, miał jednak pójść w ślady członków rodziny oddanych służbie publicznej.

Oprócz bałtyckich, austriackich i rosyjskich przodków miał też kilku polskich antenatów. Urodził się w Pradze, tuż pod zamkiem królewskim, w rodowym pałacu Thunów, gdzie obecnie mieści się ambasada Włoch. W dzieciństwie zajmował pokój ocieniony skrzydłem potężnego orła wyrzeźbionego nad bramą. Zarówno jego dziadkowie po mieczu, jak i po kądzieli posiadali latyfundia, podróżowali swobodnie między Petersburgiem i Paryżem, jeździli do niemieckich wód, a Wielki Tydzień spędzali na modłach w Rzymie. Nad wychowaniem ich dzieci czuwały polskie, francuskie i niemieckie guwernantki, korepetytorzy, instruktorzy fechtunku i nauczyciele muzyki. Wzorca moralnego dostarczali zatrudniani w tym celu księża. Matka Czapskiego miała sześciu braci i pięć sióstr, wszystkich skoligaconych z innymi arystokratycznymi rodami. Dorastała, mówiąc po niemiecku i francusku. Polskiego zaczęła się uczyć w wieku lat dwunastu. Postanowiła w ten sposób wesprzeć sprawę udręczonego narodu, jej zdaniem godnego większego szacunku. Wyszła za Polaka, hrabiego Jerzego Hutten-Czapskiego, i uczyła swoich siedmioro dzieci polskich pieśni patriotycznych. Emeryk Hutten-Czapski, ojciec Jerzego i dziadek Józefa, pragnął ze swoich chłopców „zrobić Greków lub Rzymian”. Matka Jerzego, z domu baronowa von Meyendorff, była Niemką. Ojciec Józefa Czapskiego wychowywał się w Petersburgu, mówiąc po francusku, rosyjsku i niemiecku. Ten polski arystokrata nauczył się w pełni języka ojczystego dopiero jako student uniwersytetu.

 

Józef i jego rodzeństwo – Leopoldyna, Elżbieta, Karolina, Maria, Stanisław i Róża – wychowywali się w Przyłukach, posiadłości niedaleko Mińska, na terenach obecnej Białorusi. Wszystkimi opiekowała się niania, Konstancja Jakubowska, serdeczna kobieta, którą nazywali „Babuśką”. Nie było wcale przesądzone, że dzieci – zdrobniale nazywane Poldzia, Lila, Karla, Marynia, Józio, Staś i Rózia – będą się czuły Polakami. Polskie dziedzictwo ojca stało się im drogie pod wpływem matki Austriaczki. „Kto ty jesteś? Polak mały” – wpajała swoim dzieciom. Brak uprzedzeń narodowościowych niekoniecznie jednak świadczył o szerszej tolerancyjności. Józefa Hutten-Czapska, pobożna, rygorystycznie przestrzegająca zasad wiary katolickiej, nie życzyła sobie niekatolików w domu. W Przyłukach, gdzie służba i chłopi byli na ogół prawosławni, ta nieustępliwość powodowała niemałe komplikacje. Starszy syn Józef zrozumiał jako chłopiec, że pobożnością może zaskarbić sobie względy matki. Jeszcze długo po jej śmierci religijność Czapskiego, który stale pragnął matczynej miłości, była silnie naznaczona pamięcią o zmarłej.

Bezpośredni wpływ Józefy na wychowanie dzieci był jednak krótkotrwały. Zmarła, gdy Czapski miał zaledwie sześć lat. W ostatnich tygodniach ósmej ciąży dostała ostrego zapalenia wyrostka robaczkowego. Córka Teresa przyszła na świat przedwcześnie i nie zdołała przeżyć. Przeprowadzona po wielu burzliwych dyskusjach operacja matki okazała się spóźniona. Józefa była kobietą surową i onieśmielającą, ale stanowiła opokę bezpieczeństwa i bezwarunkowej miłości. Jej niespodziewana utrata odcisnęła na Czapskim głębokie piętno. Nie rozumiejąc, co się stało, nie płakał na jej pogrzebie, ale matka pozostała w jego sercu do ostatnich chwil jego życia.

Dzieci postanowiły zostać polskimi patriotami. W ten sposób czciły przywiązanie matki do przybranej ojczyzny. Ich babka po mieczu nie doceniała tego sentymentalnego odruchu, była zbyt światowa, by przywiązywać się do jednej flagi narodowej. Niemiecka baronowa, która tańczyła z synami cara Mikołaja I na petersburskim dworze, zawsze uważała, że katolickie rządy jej synowej w Przyłukach są zbyt surowe. Czapski lubił przytaczać jej słowa, że jest „zbyt katolicka, żeby być protestantką, i zbyt protestancka, żeby być katoliczką”. Tymczasem potomstwo Czapskich, żyjące blisko ze sobą w swym małym świecie, zaczęło propagować w rodzinnym majątku coś w rodzaju oświecenia ludu, próbując poszerzać horyzonty chłopów. Urządzali dla nich zebrania, czytali im na głos postępowe rozprawki, proponowali naukę tkactwa i snycerstwa, przy użyciu latarni magicznej pokazywali obrazy ze szklanych przeźroczy. Działania te gniewały ojca i niepokoiły babkę, gdyż pod wpływem młodych ludzi parobkowie przestali jej czapkować, gdy mijała ich konno.

Życie codzienne w Przyłukach płynęło wedle dawnego porządku, odcięte od świata, mimo że linie kolejowe łączące Paryż, Berlin i Warszawę biegły zaledwie kilka kilometrów od posiadłości. Przyjaciel Czapskiego, Jerzy Stempowski, odebrał podobne wychowanie i tak wspominał podróż, którą w dzieciństwie odbył z ojcem do rosyjskiej części podzielonej przez zaborców Polski, obszaru przypominającego okolice Mińska, gdzie leżały Przyłuki.

Przy ulicy Machnowieckiej, głównej arterii Berdyczowa, znajdował się sklep Szafnagla, do którego panowie szlachta z bliższych i dalszych okolic, zwłaszcza przed świętami i uroczystościami rodzinnymi, przyjeżdżali po pieprz, imbir, wanilię i inne towary kolonialne. [...] Długi szereg pojazdów stał przed sklepem: karety, powozy, fajetony, wasągi, bryczki, szarabany i wozy drabiniaste. Wzdłuż nich, parami lub w małych grupach, przechadzali się przyjezdni w pudermantlach, prowadząc ożywione rozmowy. Dla rozproszonych po powiecie Sarmatów, ziemian czy oficjalistów, ulica Machnowiecka i sklep Szafnagla były głównym miejscem spotkań i źródłem ostatnich nowin. Przechodząc, słyszałem strzępy rozmów o imieninach u cioci Tekli, o chrzcinach u Kapruckich, o tym jak Szułdybułdowicz próbował kupić w Jarmolińcach czwórki koni, i co z tego wynikło. Zniżając nieco głos, mówiono także de publicis o wiadomościach, jakie Hejbowicz przywiózł z Petersburga, a Ciotowicz z Warszawy. Dzielono się informacjami o cenach zboża, przywiezionymi przez kupców z Odessy. Źródłem wielu wiadomości było też getto berdyczowskie, gdzie wielu miało krewnych w Nowym Jorku i w Buenos Aires. [...] Zdawało się, że poza terminami płatności weksli przechadzający się po Machnowieckiej nie mieli większych trosk. Ich świadomość historyczna – Geschichtsbewußtsein, jak nazywają to Niemcy – była w uśpieniu. Żyli w zaciszu, z dala od głównego nurtu wypadków, mających przynieść – także w Berdyczowie – wielkie przemiany[11].

Poza największą stratą – śmiercią matki – były to dla Czapskiego i jego rodzeństwa lata względnie szczęśliwe. Najważniejszą postacią ich życia była ukochana „Babuśka”. Sprawując z wielką życzliwością i taktem pieczę nad ich codziennym wychowaniem, wpoiła wszystkim poczucie dyscypliny. Relacje Czapskiego z babcią baronową były serdeczne i wiele mu dawały. Posiłki zawsze dostarczały strawy także duchowej; wraz z korepetytorami i guwernantkami do stołu regularnie zasiadało piętnaście do dwudziestu osób. W życiu rodziny dużą rolę odgrywała muzyka. Czapski poświęcał wiele godzin ćwiczeniom na fortepianie. Ilekroć Ignacy Jan Paderewski odwiedzał sąsiedni majątek, całe Przyłuki jechały przez trzy godziny powozem na koncert. Józio słyszał obdarzonego wyjątkowym talentem Jaschę Heifetza, gdy obaj byli jeszcze dziećmi. Przez całe swoje długie życie utrzymywał przyjacielskie stosunki z Arturem Rubinsteinem. Dzięki muzyce po raz pierwszy poczuł egzaltację i przygnębienie.

Pierwszy koncert mego życia. W Houlgate w Normandii. Miałem już dwanaście lat. Kasyno, jakaś śpiewaczka niemiecka, soprano, miała wieczór pieśni, z taką gorączką już nigdy na żaden koncert nie czekałem. Wspomnienie zachowałem dziwnej męki, która mi nie pozwalała nic używać. Od pierwszej chwili rachowałem, ile już przeszło czasu, więc już ćwierć, już połowa, już trzy ćwierci, już zaraz koniec. Całe szczęście oczekiwane było zatrute doszczętnie[12].

Budzącą się w nim wrażliwość artysty, przeczuwającego już, że istnieje związek między odczuciem piękna a upływem czasu, można by określić mianem proustowskiej. Notabene Proust zaczął pisać W poszukiwaniu straconego czasu w tym samym roku.

Zgodnie z ugruntowaną od dawna tradycją posyłania arystokratycznych synów na studia poza domem i w nadziei na ich przyszłą karierę prawniczą, Czapskiego i jego młodszego brata Stanisława wysłano do Petersburga. Mieli tam mieszkać u prywatnego nauczyciela i przygotować się do rosyjskich egzaminów maturalnych. Rodzinny majątek znajdował się w zaborze rosyjskim i chłopcy musieli dodać do imponującej już listy języków lepszą znajomość rosyjskiego. W pałacu w Przyłukach po rosyjsku zwracano się tylko do służby, urzędników niższego szczebla i parobków. Wyjeżdżając z rodzinnego majątku, zostawiali za sobą niespieszne i zasobne życie. Opuszczając świat Przyłuk, tak nienaruszalny zdawałoby się i uporządkowany, nie mogli wiedzieć, że jest on skazany na zagładę.

Chłopcy dobrze zaadaptowali się w Petersburgu, choć warunki, w jakich się znaleźli, były o wiele mniej luksusowe niż w rodzinnym pałacu. Zamieszkali w skromnym mieszkaniu swojego nauczyciela. Uczyli się pilnie w szkole, do której uczęszczały także dzieci dozorców i służących, daleko od świata „wielkich książąt i Niżyńskiego”. Czapski poświęcał cztery, pięć godzin dziennie ćwiczeniom na fortepianie i marzeniom o karierze koncertowej. W lodowatym zimnie północy nasiliły się kłopoty z delikatnymi płucami. Dochodząc do siebie po okresach słabości i problemów z oddychaniem, zagłębiał się w lekturę książek i ulegał ich wpływowi. Czytanie pochłonęło go bez reszty po raz pierwszy, gdy zmożony chorobą dostał zestaw przełożonych na rosyjski książek Juliusza Verne’a. Jego ciotka, Zofia Cziczerin, siostra przyszłego sowieckiego ministra spraw zagranicznych, czytała mu na głos opowiadania i powieści Turgieniewa oraz, co jeszcze ważniejsze, dzieła Lwa Tołstoja, powieściopisarza, moralisty i społecznego radykała – to pod wpływem jego pism młody Czapski kształtował swoją osobowość. Nic w jego wychowaniu nie przygotowało go na potęgę tego pisarstwa. Lubił wspominać, że gdy po raz pierwszy czytał Sonatę Kreutzerowską, zlewał go pot. Był przede wszystkim pod głębokim wrażeniem zalecenia autora, by złu nie przeciwstawiać się przemocą.

Po długich latach uległości wobec męczących korepetytorów Czapski zdał maturę i wreszcie rozpoczął naukę na cesarskim uniwersytecie. Studiował prawo. Po raz pierwszy w życiu traktowany jak dorosły, wprowadził się do eleganckiego domu swojego wuja Aleksandra Meyendorffa, który, nie mając własnych dzieci, darzył go ojcowską miłością. Baron Meyendorff, orędownik tolerancji religijnej oraz praw mniejszości narodowych w rosyjskiej Dumie, wcielenie rozsądku i inteligencji, był dla Czapskiego wzorem. Wychowany w Weimarze, bliski przyjaciel Ferenca Liszta i Richarda Wagnera, mieszkał w Petersburgu w rezydencji, w której zawsze rozbrzmiewała muzyka. Czapski przyzwyczajał się do prawdziwego życia domowego, gdy wybuch pierwszej wojny światowej zburzył spokój i zakłócił pierwszy rok jego uniwersyteckiej egzystencji. W 1914 roku wojska rosyjskie zaatakowały Prusy. Sankt Petersburg przemianowano na Piotrogród, co brzmiało bardziej słowiańsko (dziesięć lat później miasto miało otrzymać nazwę Leningrad). Wojna się przeciągała i rosła niechęć do cara. Partie polityczne krytykowały władze za nieudolne prowadzenie wojny, robotnicy strajkowali, demonstracje wielokrotnie zakłócały niespieszny rytm uniwersyteckiego życia. W styczniu 1917 roku, po latach obaw o przyszłość swych młodych synów, Jerzy Czapski umieścił ich w Korpusie Paziów, najbardziej prestiżowej akademii wojskowej carskiej Rosji, w nadziei, że dzięki temu opóźni wcielenie ich do armii i wysłanie na front. Liczono również, że słabe zdrowie Józefa, jego chroniczne zapalenie oskrzeli i groźba gruźlicy odsuną perspektywę poboru.

W lutym wybuchła rewolucja. Coraz większe żądania ekonomiczne i społeczne, spotęgowane ciągłym wojennym napięciem, wstrząsnęły starym porządkiem. Bez szczególnego przywództwa ludzie stojący w kolejkach po chleb i strajkujący robotnicy połączyli siły ze zniechęconymi żołnierzami. Zapanował chaos. „Przeżyłem tam [w Rosji] dwie rewolucje, pierwszą z nich, lutową, w Petersburgu” – napisał później Czapski.

Białe noce tego lata, w mieście pełnym zawrotnych nadziei i wstrząsów, gdzie nie było mleka i cukru, ale gdzie place były aż do rana zapełnione tłumami ludzi wszystkich stanów, którzy godzinami, grupami, bez krzyków, w namiętnym skupieniu dyskutowali o istnieniu i nieistnieniu Boga, o prawości i nieprawości wszelkiego posiadania, o braterstwie ludzi, zniszczeniu wszelkich granic, o nowej sprawiedliwości. W tymże Petersburgu-Piotrogrodzie powstał pierwszy wszechrosyjski Sowiet Robotników i Żołnierzy, a prezes tego sowietu, socjalista Cereteli, tylko co wypuszczony z carskiego więzienia, ogłosił odezwę do żołnierzy wszystkich frontów, by broń złożyli, by się przez zwały trupów okropnej wojny wszyscy bratali. Strzęp gazety z tą odezwą miałem przez długie miesiące zawsze przy sobie[13].

W marcu car abdykował. Korpus Paziów Jego Imperatorskiej Wysokości szybko przekształcono w szkołę oficerską. Czapski ukończył ją we wrześniu 1917 roku i jako oficer kawalerii wstąpił do 1 Pułku Ułanów Krechowieckich. Po kilku tygodniach wybuchła następna rewolucja, październikowa. Czapski, posłany do walki przeciwko oddziałom bolszewików, był przerażony tym, co widział. Przesiąknięty Tołstojowskim pacyfizmem, podszedł do swojego dowódcy i powiedział mu, że nie jest w stanie strzelić, by zabić człowieka. Gotów był położyć głowę za swe antymilitarystyczne przekonania, bo musiał się spodziewać, że stanie przed sądem wojennym i najprawdopodobniej zostanie rozstrzelany za niesubordynację. Tymczasem dowódca oddziału cierpliwie wysłuchał jego żarliwych słów protestu, po czym, rzecz niezwykła, stwierdził, że nie wątpi w czystość jego przekonań i intencji. „Kiedy byłem młody – wyznał dwudziestojednoletniemu kadetowi – też chciałem zmieniać świat. Idź. Próbuj”. Tę zaskakującą wyrozumiałość dla nieposłuszeństwa w trakcie wojny trzeba rozpatrywać, biorąc pod uwagę tytuł szlachecki młodego mężczyzny, jego prezencję i znaczenie rodowego nazwiska. W nakręconym w 1937 roku przez Jeana Renoira filmie Towarzysze broni, którego akcja toczy się podczas pierwszej wojny światowej, niemiecki baron, nadzorujący obóz jeniecki, podejmuje wystawną kolacją równie szlachetnie urodzonego francuskiego pilota, wroga, którego samolot niedawno zestrzelił. Nawet w czasie wojny błękitna krew znaczy więcej niż przynależność do narodu; dwaj arystokraci znajdują większą przyjemność w swoim towarzystwie aniżeli w obcowaniu z pospolitymi żołnierzami z własnej armii. Być może podobne poczucie wspólnoty krwi uchroniło Czapskiego od represji.

 

Szeregi wojskowe opuścił w styczniu 1918 roku, dołączając do dwóch swoich przyjaciół, braci Antoniego i Edwarda Marylskich. Kierując się antymilitarystycznymi nakazami Tołstoja i Ewangelią, połączyli siły, by na tyle, na ile to możliwe, ulżyć umęczonej ludności. Wspierany przez siostry, Karlę i Marynię, które przybyły do Piotrogrodu, żeby zamieszkać z rodzeństwem, Czapski z pomocą braci Marylskich i błogosławieństwem swojego krewnego, Gieorgija Cziczerina, stworzył w centrum miasta prowizoryczny falanster. Kartki żywnościowe, uprawniające ich okaziciela do jednego kawałka chleba tygodniowo, zbierano do wspólnego użytku. Czapski podjął się gromadzenia żywności we wczesnych godzinach porannych, kiedy chłopi przywozili cenne ziemniaki i mleko z okolicznych gospodarstw. Zapotrzebowanie było wielkie, często wracał z pustymi rękami. Niebawem mleko zupełnie zniknęło z targowisk. Młodzi zapaleńcy sami z trudem bronili się przed głodem, o niesieniu pomocy innym nie mogło być mowy. Mimo najlepszych chęci i gotowości do ciężkiej pracy ich plan spalił na panewce. Po pięciu miesiącach w mieście zapanowała anarchia. Transport został sparaliżowany. Szerzył się głód. Ich nadzieje legły w gruzach. W maju 1918 roku wrócili do Polski.

Ledwie liznąwszy rysunku w szkole średniej, Józef podjął studia w warszawskiej Szkole Sztuk Pięknych. Pod wpływem nagłego impulsu postanowił zostać malarzem. Pół roku później stary świat runął. Trzy wielkie imperia, które od ponad stu lat dławiły polityczną niezależność Polski – Austro-Węgry, cesarstwo Niemiec i carska Rosja – przestały istnieć. Z entuzjazmem proklamowano utworzenie II Rzeczypospolitej Polskiej. Rozgorączkowany Czapski rzucił studia i chociaż był przysposobiony do roli oficera, zaciągnął się jako szeregowiec do nowo tworzonej armii polskiej – na warunkach zapewniających mu status żołnierza nieuczestniczącego w walkach. Czternastego listopada 1918 roku, trzy dni po tym, jak rozejm z Niemcami zakończył pierwszą wojnę światową, polskie władze odzyskały kontrolę nad siecią kolejową. Tego samego dnia dwudziestodwuletni szeregowiec Józef Czapski otrzymał świeżo wystawiony paszport dyplomatyczny i z uwagi na biegłą znajomość języka rosyjskiego wysłany został przez swojego nowego dowódcę z misją specjalną. Jego zadaniem było odnalezienie pięciu oficerów z 1 Pułku Ułanów Krechowieckich – rotmistrzów Bronisława Romera i Macieja Starzeńskiego oraz trzech adiutantów, którzy zaginęli na terenie Rosji. Powierzono mu sporą sumę pieniędzy, żeby w razie potrzeby wykupił ich z niewoli, i wsadzono do pociągu do Piotrogrodu. Opowieści Czapskiego o tamtych przygodach czyta się niczym materiał na powieść łotrzykowską.

Na stacji w Białej dowódca pociągu powiedział, że dalej jechać nie mogę. Białystok był w rękach Niemców i w tym kierunku nie kursowały żadne pociągi. Wydawało się, że przekroczenie granicy możliwe jest tylko przez Kijów. Po chwili wahania postanowiłem kontynuować podróż wszelkimi możliwymi sposobami.

Tego samego dnia do Białej przybyła duża liczba rosyjskich jeńców wracających z Niemiec. Ich szorstki bolszewicki sposób bycia i wyniszczone cierpieniem twarze źle wróżyły. Dowódca zdecydował, że wyśle ich aż do Białegostoku, częściowo pociągiem, częściowo pieszo. Skwapliwie skorzystałem z tej szansy i przyłączyłem się do konwoju, widząc jednak tak wielu jeńców, wsiadłem do lokomotywy. Pociąg wyruszył o północy w iście polarnych warunkach. [...] Kiedy zbliżaliśmy się do celu podróży, lokomotywa się zepsuła. Pociąg natychmiast otoczyli niemieccy żołnierze, którzy kazali nam wszystkim wysiąść. Kilku kolejarzy, z którymi wcześniej się zaznajomiłem, domagało się natychmiastowego wyjazdu do Białegostoku. Moja znajomość języka niemieckiego zrobiła korzystne wrażenie i pozwolono mi wsiąść do pociągu, który służył do transportu oddziału niemieckich żołnierzy. Zauważyłem, że wydarzenia w Berlinie nie zrobiły na nich większego wrażenia; oficerowie nadal nosili cesarskie kokardy na czapkach, a podwładni okazywali im posłuszeństwo. Polscy żołnierze, którzy odważyli się przepędzić Niemców i którzy, ich zdaniem, zamierzali odzyskać Białystok, budzili w nich gwałtowną irytację. Kiedy przyjechaliśmy do Białegostoku, powiedziano nam, że pociągi dalej nie jeżdżą z uwagi na rozruchy chłopskie w okolicy. W końcu, następnej nocy, znowu w otoczeniu rosyjskich jeńców, ulokowany w wagonie czwartej klasy wyruszyłem do Wilna, dokąd przybyłem w południe następnego dnia. [...] Nocą kontynuowałem podróż przez Mińsk, Dwińsk i Połock. W Dwińsku rozmawiałem z paroma oficerami Białej Gwardii. Według nich koniec bolszewickiego terroru był bliski, zaraz mieli zjawić się Anglicy, a białogwardziści pomaszerować na Piotrogród z wielką armią i trzydziestoma milionami rubli na stanie. Kontynuowałem podróż przekonany, że za kilka dni Piotrogród znajdzie się w rękach Białej Gwardii.

Sprawy potoczyły się trochę inaczej[14].

Kiedy Czapski wędrował od urzędu do urzędu, usiłując wyjaśnić sprawę pięciu zaginionych polskich oficerów, nowy bolszewicki rząd właśnie przenosił swą siedzibę z Piotrogrodu do Moskwy. Wytrwałość Czapskiego wreszcie przyniosła owoce – po wielu tygodniach zdołał umówić się na spotkanie z jednym z członków rządzącego „Komuną Północy” triumwiratu. Jelena Stasowa, uprzejma niemłoda kobieta, często nazywana sumieniem rosyjskiej rewolucji – „twarz ascetyczna, druciane okulary, sweter stary i dziurawy”[15] – siedziała za biurkiem pod portretami Lenina i Marksa. Usłyszawszy, że Czapski dostał rozkaz, by odnaleźć zaginionych oficerów, zaproponowała pomoc. Następnie doszło do serii spotkań. W końcu Stasowa poinformowała go, że ludzie, których szuka, nie żyją: zostali straceni w miasteczku koło fińskiej granicy. Trybunał Armii Czerwonej uznał ich za kontrrewolucjonistów i skazał na śmierć. Wyczuwając, jakim wstrząsem jest taka wiadomość dla wrażliwego emisariusza, Stasowa zdobyła się na cierpliwość. Czapski zuchwale kwestionował legalność poczynań jej partii. Nie szczędząc czasu na poważną i życzliwą rozmowę, Stasowa tłumaczyła, jakie nadzieje wiąże z sowieckim ustrojem. „Niech pan wróci za dwadzieścia lat – zachęcała – przekona się pan, jakiego dokonaliśmy postępu”.

Niewiele ponad dwadzieścia lat później Czapski rzeczywiście wrócił do Rosji.

Poznawszy szczegóły potwierdzające tragiczny los zaginionych oficerów, nerwowo oczekiwał na wyjazd z Piotrogrodu. Władze wielokrotnie zapewniały, że może jechać, po czym okazywało się, że jednak nie może. Trwało to wiele dni. Wędrował po mieście, obserwując bolszewickie gwałty i terror. Opóźniany wyjazd zaowocował też pomyślnym zdarzeniem: Czapski natknął się przypadkiem na grupę myślicieli, którzy mieli zaważyć na jego rozwoju duchowym. Odwiedzając znajomego w kamienicy przy ulicy Siergiejewskiej, spostrzegł na drzwiach innego mieszkania nazwisko „Mereżkowski” (Dmitrij Mereżkowski był jednym z najwybitniejszych żyjących rosyjskich pisarzy. Czapski czytał jego powieść Leonardo da Vinci, drugi tom trylogii zatytułowanej Chrystus i Antychryst, w której autor zgłębiał, jak w średniowieczu humanizm zakorzenił się i rozkwitł na gruncie barbarzyństwa). Pod wpływem impulsu, mając dużo czasu, zadzwonił do drzwi. Otworzył mu niski mężczyzna o jasnych oczach, z ciemną kozią bródką. Z powodu panującego w mieszkaniu zimna owinięty był aksamitnym płaszczem, lamowanym futrem, który, jak Czapski miał się niebawem dowiedzieć, należał do żony pisarza. Mereżkowski zaprosił młodego polskiego żołnierza do środka; Czapskiego zawsze zachwycała łatwość, z jaką Rosjanie przyjmowali nowych znajomych. Pełen podziwu dla religijnych pism Mereżkowskiego wyznał, że czuje się uczniem Tołstoja i sprzeciwia zabijaniu jako sposobowi zwalczania zła; jak jednak ma wytrwać w tym przekonaniu, pytał, kiedy wokół niego ginie tylu ludzi? Wobec tego, co widział w ostatnich kilku latach w Rosji, wobec okrucieństw, których był świadkiem, skamieniało mu serce. Jego wrodzony pacyfizm stanął pod znakiem zapytania. Jak pogodzić ducha Ewangelii z wojenną przemocą?