MotylTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Po przeczytaniu MOTYLA miałam ochotę wstać i krzyknąć w pociągu pełnym nieznajomych: Musicie przeczytać tę książkę!

Beverly Beckham, „The Boston Globe”

Absolutnie wyjątkowa, prawdziwie poruszająca, jedna z tych, z którą każdy powinien się zmierzyć. Nie poznałam piękniejszej książki w swoim życiu...

Klaudyna Maciąg, www.kreatywa.net

Powieść nagrodzona Bronte Prize 2008, nominowana do 2010 Indies Choice Debut Book of the Year, zwycięzca Bexley Book of the Year Award 2011, ponad 40 tygodni na liście bestsellerów „New York Timesa”. Przełożona na 25 języków.

Ku pamięci Angie

Dla Aleny

Przed rokiem neurony w jej głowie, umiejscowione niedaleko uszu, zaczęły obumierać, lecz cały proces odbywał się zbyt cicho, by mogła go usłyszeć. Ktoś mógłby rzec, że działo się coś złego, skoro same neurony zapoczątkowały serię wydarzeń mającą na celu doprowadzenie do ich własnej destrukcji. Niezależnie od tego, czy było to molekularne morderstwo, czy też komórkowe samobójstwo, jej ciało nie było w stanie jej ostrzec, że umiera.

WRZESIEŃ 2003

Alice siedziała przy biurku w sypialni. Na parterze John biegał z pokoju do pokoju, a towarzyszący temu hałas rozpraszał ją. Przed odlotem musiała skończyć recenzję artykułu dla czasopisma „Psychologia Kognitywna”, ale po przeczytaniu tego samego zdania po raz trzeci zorientowała się, że nie rozumie z niego ani słowa. Według jej budzika, który, jak się domyślała, śpieszył się o jakieś dziesięć minut, była 7:30. Wiedziała, mając na uwadze przybliżoną godzinę i tempo jego kroków, że chciał już wyjść, jednak zapomniał o czymś i teraz nie mógł tego znaleźć. Dotknęła czerwonym długopisem dolnej wargi, wpatrując się w cyfry na tarczy budzika i wyczekując tego, co miało za chwilę nastąpić.

– Ali?

Położyła długopis na biurku i westchnęła. Ujrzała go, jak klęczy w salonie na dole i przetrzepuje poduszki na kanapie.

– Klucze? – zapytała.

– Okulary. Proszę, nie pouczaj mnie teraz, jestem spóźniony.

Podążyła wzrokiem za jego rozpaczliwym spojrzeniem skierowanym na gzyms kominka, na którym znajdował się ceniony głównie ze względu na swoją wartość antyczny zegar, który wskazywał godzinę 8:00. Dawno powinien nauczyć się, żeby mu nie ufać. Zegary w ich domu rzadko bywały wiarygodne. W przeszłości Alice zbyt wiele razy dała się nabrać ich czcigodnym obliczom, i dlatego nauczyła się polegać na własnym zegarku. Oczywiście, gdy weszła do kuchni, magicznie cofnęła się w czasie, ponieważ zegar na mikrofalówce upierał się, że jest dopiero 6:52.

Spojrzała na gładką powierzchnię granitowego blatu i oto były, obok miski z grzybami i nieotwartej poczty. Nie pod czymś, nie za czymś, lecz tuż na linii wzroku. Jak to możliwe, że on, ktoś tak mądry, naukowiec, nie potrafił zobaczyć tego, co znajdowało się tuż pod jego nosem?

Oczywiście i przed nią osobiste przedmioty chowały się w najróżniejszych zakątkach. Jednak nie przyznawała mu się do tego i nie angażowała go w poszukiwania. Pewnego dnia, ku błogiej nieświadomości Johna, spędziła szalony poranek, najpierw przeczesując cały dom, a potem gabinet w poszukiwaniu ładowarki do swojego BlackBerry. Zbita z tropu, poddała się, poszła do sklepu, kupiła nową, po czym wieczorem odkryła, że stara ładowarka podłączona była do gniazdka obok jej łóżka, w miejscu, które powinna wcześniej sprawdzić. Najprawdopodobniej można to było wytłumaczyć nadmiarem obowiązków i pośpiechem, a także starzeniem się.

Stał w progu, spoglądając na okulary, które trzymała w dłoni, unikając jej spojrzenia.

– Następnym razem, kiedy będziesz czegoś szukał, udawaj, że jesteś kobietą – powiedziała Alice, uśmiechając się.

– Założę jedną z twoich spódnic. Ali, proszę cię, jestem naprawdę spóźniony.

– Zegar na mikrofalówce pokazuje, że masz jeszcze mnóstwo czasu – powiedziała, podając mu okulary.

– Dzięki.

Wziął je niczym sprinter przejmujący pałeczkę i ruszył w kierunku drzwi.

– Będziesz w domu, kiedy wrócę w sobotę? – zapytała, podążając za nim do przedpokoju.

– Nie wiem, w sobotę mam mnóstwo pracy w laboratorium.

Zabrał teczkę, telefon i klucze ze stolika w przedpokoju.

– Miłej podróży, ucałuj ode mnie Lydię. I postaraj się z nią nie pokłócić – powiedział John.

Ujrzała ich odbicie w lustrze – elegancki, wysoki mężczyzna w okularach, o brązowych, gdzieniegdzie przeplatanych siwymi pasmami włosach oraz niewysoka kobieta z kręconymi włosami i założonymi rękami, gotowa do podjęcia tej samej kłótni, która nie miała końca. Zacisnęła zęby i przełknęła ślinę, postanawiając nie wdawać się w ten spór.

– Ostatnio spędzamy ze sobą niewiele czasu. Proszę, postaraj się być w domu.

– Wiem, postaram się.

Pocałował ją i chociaż bardzo się spieszył, przedłużył pocałunek. Gdyby nie znała go tak dobrze, uznałaby taki pocałunek za coś niezwykle romantycznego. Stałaby tam, pełna nadziei, wierząc, że ten pocałunek mówi: Kocham cię, będę za tobą tęsknił. Jednak kiedy widziała, jak spieszy się, idąc ulicą, była niemal pewna, że właśnie powiedział jej: Kocham cię, ale proszę, nie wkurzaj się, kiedy nie będzie mnie w domu w sobotę.

Kiedyś każdego ranka chodzili razem aż na sam plac uniwersytetu. Z wielu rzeczy, jakie podobały jej się w pracy niedaleko domu, i to w dodatku na tej samej uczelni, to ich wspólne chodzenie do pracy lubiła najbardziej. Zawsze zatrzymywali się w kawiarni u Jerry’ego – czarna kawa dla niego, herbata z cytryną dla niej, ciepła bądź mrożona, w zależności od pory roku, po czym kontynuowali spacer na Harvard, rozmawiając o swoich badaniach i wykładach, sprawach dotyczących ich wydziałów, o dzieciach lub o planach na wieczór. Gdy byli świeżo po ślubie, trzymali się nawet za ręce. Rozkoszowała się tą odprężającą intymnością porannych spacerów, zanim stali się zbyt wyczerpani i zestresowani natłokiem codziennych obowiązków i wygórowanych ambicji.

Już od jakiegoś czasu wychodzili do pracy osobno. Alice żyła na walizkach przez całe lato. Brała udział w konferencjach psychologicznych w Rzymie, Nowym Orleanie i Miami, była też członkiem komisji egzaminacyjnej podczas obrony prac studentów w Princeton. Wiosną kultury komórkowe Johna wymagały czegoś w rodzaju dokarmiania i to o nieprzyzwoicie wczesnej porze. Ponieważ nie wierzył, aby jakikolwiek z jego studentów codziennie rano meldował się w laboratorium i wypełniał ten obowiązek, sam się tym zajmował. Nie pamiętała pozostałych powodów, dlaczego tak rzadko widywali się jeszcze przed nadejściem wiosny, lecz wtedy wydawały się one rozsądne i wyłącznie tymczasowe.

Wróciła do artykułu leżącego na biurku, ale wciąż była rozkojarzona myślami o kłótni, której nie odbyła z Johnem na temat ich młodszej córki, Lydii. Umarłby, gdyby choć raz opowiedział się po stronie żony? Przeczytała resztę artykułu dość pobieżnie, a nie ze szczególną dokładnością, jak miała w zwyczaju, jednak to musiało wystarczyć, zważając na jej obecny stan umysłu i całkowity brak czasu. Gdy napisała już wszystkie komentarze i sugestie do recenzji, włożyła artykuł do koperty i zakleiła ją, świadoma tego, że mogła przeoczyć jakiś błąd dotyczący metodyki badania lub interpretacji. W duchu przeklinała Johna, że przerwał jej pracę.

Przepakowała swoją walizkę, w której znajdowało się mnóstwo rzeczy z ostatniego wyjazdu. Cieszyła się na myśl, że w nadchodzących miesiącach nie będzie musiała tak często podróżować. Podczas jesiennego semestru miała uczestniczyć w zaledwie kilku gościnnych wykładach, z czego większość z nich odbywała się w piątek, dzień, w którym nie miała zajęć ze studentami. Jutro jej wykład miał zapoczątkować jesienne sympozjum dotyczące psychologii kognitywnej na Uniwersytecie Stanforda. Potem zobaczy się z Lydią. Postara się z nią nie pokłócić, lecz nie mogła niczego obiecać.

ALICE BEZ NAJMNIEJSZEGO TRUDU znalazła wejście do głównej auli Uniwersytetu Stanforda, która mieściła się na skrzyżowaniu ulic Campus Driver West i Panama Drive. Gmach miał otynkowane na biało ściany, dach w kolorze terakoty, a okalająca go bujna roślinność nadawała mu raczej wygląd karaibskiego hotelu niż budynku akademickiego. Przyjechała dosyć wcześnie, toteż weszła do środka z nadzieją, że będzie mogła usiąść w cichym audytorium, by przed przemówieniem przejrzeć jeszcze spokojnie notatki.

Ku swojemu zaskoczeniu, weszła do pomieszczenia pełnego ludzi. Podekscytowany tłum otaczał szwedzki stół, agresywnie nurkując po jedzenie, niczym mewy na miejskiej plaży. Zanim zdołała wycofać się niezauważona, spostrzegła Josha, byłego kolegę z Harvardu, uznanego egocentryka, który stał teraz naprzeciw niej na szeroko rozstawionych nogach, sprawiając wrażenie, jak gdyby szykował się do skoku.

– To wszystko dla mnie? – zapytała Alice, uśmiechając się figlarnie.

– Co? Nie, codziennie tutaj tak jadamy. To dla jednego z naszych psychologów rozwojowych, wczoraj otrzymał u nas etat. A jak traktują cię na Harvardzie?

– Dobrze.

 

– Nie mogę uwierzyć, że po tylu latach wciąż tam jesteś. Jeśli kiedykolwiek poczujesz się znudzona, pomyśl o przeniesieniu się tutaj.

– Dam ci znać. A co u ciebie?

– Fantastycznie. Po wykładzie wstąp do mojego gabinetu, to pokażę ci najnowsze modelowanie danych. Zobaczysz, powali cię na kolana.

– Przykro mi, ale nie mogę, zaraz po wykładzie muszę złapać samolot do Los Angeles – powiedziała Alice zadowolona, że miała gotową wymówkę.

– Szkoda. Ostatni raz widziałem cię chyba w ubiegłym roku na konferencji poświęconej psychologii eksperymentalnej. Niestety, nie widziałem twojej prezentacji.

– Dziś będziesz miał okazję usłyszeć większą jej część.

– Więc odgrzebujesz stare wykłady?

Zanim zdążyła odpowiedzieć, Gordon Miller, dziekan wydziału i jej nowy superbohater, podszedł do niej i wybawił z opresji, prosząc Josha, by pomógł roznosić szampana. Tak jak na Harvardzie, tak i na Wydziale Psychologii Uniwersytetu Stanforda, tradycją było wzniesienie toastu za wykładowcę, który dostąpił zaszczytu otrzymania upragnionego etatu. Tak naprawdę, dźwięki triumfalnych trąb rzadko towarzyszyły wykładowcom w czasie ich awansów, jednak stały etat na uczelni zasługiwał na donośny aplauz.

Kiedy każdy z obecnych miał już kieliszek w dłoni, Gordon stanął na mównicy, sprawdzając mikrofon.

– Proszę o uwagę.

Przesadnie głośny, przerywany śmiech Josha rozbrzmiał samotnie w audytorium tuż przed tym, jak Gordon zaczął kontynuować swoją przemowę.

– Dziś gratulujemy Markowi otrzymania stałego etatu. Jestem pewien, że jest podekscytowany tym szczególnym osiągnięciem. Jestem też pewien, że przed nim jeszcze wiele ekscytujących wyzwań. Za Marka!

– Za Marka!

Alice stuknęła się kieliszkiem z osobami stojącymi obok, po czym każdy wrócił do jedzenia, picia i prowadzenia dyskusji. Kiedy wszystkie talerze z potrawami stały się puste i wszystkie butelki szampana zostały już opróżnione do ostatniej kropli, Gordon ponownie wszedł na mównicę.

– Bardzo proszę o zajęcie miejsc, zaczynamy prezentację.

Poczekał, aż tłum liczący około siedemdziesięciu osób usadowi się na swoich miejscach i zamilknie.

– Mam zaszczyt przedstawić gościa, który rozpocznie nasze tegoroczne sympozjum. Doktor Alice Howland jest wybitnym wykładowcą psychologii na Harvardzie. Przez ponad dwadzieścia pięć lat jej błyskotliwa kariera przyczyniała się do znacznego rozwoju psycholingwistyki. Jest pionierem i wciąż wiodącym naukowcem badającym interdyscyplinarne i zintegrowane podejście do mechanizmów językowych. Jesteśmy zaszczyceni, że jest tu dzisiaj z nami, by opowiedzieć nam o konceptualnej organizacji języka, odnoszącej się do układu nerwowego.

Alice zamieniła się miejscami z Gordonem i spojrzała na zwróconą ku niej widownię. Czekając, aż ustaną oklaski, przypomniała sobie o statystykach, według których ludzie boją się publicznych wystąpień bardziej niż śmierci. Ona to uwielbiała. Uwielbiała momenty wytężonej koncentracji, kiedy przemawiała przed słuchającą widownią – lubiła uczyć, występować, opowiadać historie, prowokować dyskusję. Uwielbiała również przypływ adrenaliny. Im większa była stawka, im bardziej dystyngowana lub trudna publiczność, tym bardziej całe wydarzenie ją ekscytowało. John był wspaniałym nauczycielem, jednak publiczne przemówienia przerażały go i nie mógł się nadziwić, że Alice tak się do tego rwie. Śmierci od przemówień prawdopodobnie by nie wolał, ale towarzystwo pająków i węży na pewno.

– Dziękuję, Gordonie. Dziś opowiem o niektórych procesach zachodzących w umyśle, stanowiących podłoże do nabywania, organizacji i używania języka.

Alice opowiadała już o tym niezliczoną ilość razy, jednak wcale nie czuła, że się powtarza. Sedno tego przemówienia opierało się na głównych zasadach lingwistyki, z których dużą część odkryła sama i od wielu już lat używała tych samych slajdów. Czuła się jednak dumna, a nie rozleniwiona czy zawstydzona, że jej odkrycia wciąż pozostawały prawdziwe i oparły się upływowi czasu. Jej wkład miał znaczenie i napędzał przyszłe dokonania.

Mówiła, nie odczuwając potrzeby patrzenia w swoje notatki, zrelaksowana i ożywiona. Słowa wydobywały się z jej ust bez najmniejszego trudu. Nagle, na około dziesięć minut przed zakończeniem prezentacji, utknęła.

Po prostu nie potrafiła znaleźć odpowiedniego słowa. Miała nikłe poczucie tego, co chciała powiedzieć, jednak samo słowo umykało jej. Zniknęło. Nie wiedziała, na jaką literę się zaczynało, jak brzmiało, ile zawierało sylab. Nie miała go też na końcu języka.

Może to była wina szampana. Zwykle nie pijała alkoholu przed wygłoszeniem przemówienia. Nawet jeśli znała swoją prezentację na pamięć, nawet jeśli miała ona się odbyć w kameralnym gronie, zawsze chciała zachować jak największą jasność umysłu, szczególnie na koniec, kiedy publiczność mogła zadawać pytania. Często prowokowały one konfrontację i prowadziły do ożywionej dyskusji. Jednak dziś, podczas kolejnej rozmowy z Joshem, nie chcąc nikogo urazić, prawdopodobnie wypiła trochę więcej, niż powinna.

Może po prosu była zmęczona. Kiedy jej umysł gorączkowo poszukiwał zaginionego słowa, a także racjonalnego wytłumaczenia, dlaczego w ogóle ono przepadło, jej serce zaczęło bić mocniej, a na twarzy poczuła gorący rumieniec. Coś takiego nigdy wcześniej się jej nie przydarzyło. Nigdy też nie ogarnęła jej panika na oczach publiczności, choć wiele razy stała przed liczniejszą i bardziej onieśmielającą niż ta. Przekonała samą siebie, aby wziąć głęboki oddech, zapomnieć o tym i kontynuować przemówienie.

Zastąpiła wciąż nieznane jej słowo nieprecyzyjnym i niestosownym wyrazem „rzecz”, zrezygnowała z doprowadzenia konkluzji do końca i przeszła do omawiania kolejnego slajdu. Przerwa wydawała jej się być oczywistą i krępującą wiecznością, jednak gdy spojrzała na twarze swoich słuchaczy, by sprawdzić, czy zauważyli jej drobną wpadkę, nie dostrzegła nikogo, kto mógł się wydawać zaniepokojony, zawstydzony czy też w jakiś sposób zdezorientowany. Wtedy zobaczyła, jak Josh szepcze coś do ucha kobiety siedzącej obok, unosi brwi i lekko się uśmiecha.

Siedziała już w samolocie, wreszcie pozwalając sobie na relaks, kiedy odnalazła w głowie zaginione słowo.

Leksykon.

LYDIA MIESZKAŁA w Los Angeles od trzech lat. Jeżeli poszłaby na studia od razu po skończeniu szkoły średniej, już tej wiosny zostałaby absolwentką. Alice rozpierałaby duma. Lydia prawdopodobnie była bystrzejsza od starszego rodzeństwa, a przecież jej brat ukończył medycynę, a siostra prawo.

Jednak zamiast na studia, Lydia najpierw wyjechała do Europy. Alice miała nadzieję, że jej córka wróci do domu zdecydowana, co chce studiować i jaką uczelnię wybierze. Zamiast tego, po powrocie oświadczyła, że w Dublinie zainteresowało ją aktorstwo, a na dodatek zakochała się i natychmiast wyjeżdża do Los Angeles.

Alice prawie odeszła od zmysłów. Szaleńczo sfrustrowana, odkryła, że sama w dużym stopniu przyczyniła się do powstania tego problemu. Lydia, najmłodsza z trójki ich dzieci, była córką rodziców, którzy dużo pracowali i często podróżowali, a ponieważ dobrze się uczyła, Alice i John w zasadzie ignorowali ją. Pozostawiali jej dużo swobody i dali prawo do decydowania o sobie z dala od władzy rodzicielskiej, której podlegały inne dzieci w jej wieku. Kariery akademickie jej rodziców były dla niej jasnym przykładem tego, co można osiągnąć dzięki stawianiu sobie jasnych celów i dążeniu do ich realizacji przy pomocy pasji i ciężkiej pracy. Lydia rozumiała rady swojej matki na temat tego, jak ważne jest zdobycie dobrego wykształcenia, jednak miała w sobie na tyle odwagi i śmiałości, by się jej sprzeciwić.

Na dodatek nie była w tym sama. Najgwałtowniejsza kłótnia, jaką Alice kiedykolwiek odbyła z Johnem, nastąpiła wtedy, gdy wtrącił swoje trzy grosze na ten temat: – Myślę, że to wspaniale, przecież na studia zawsze może pójść później, jeśli w ogóle będzie chciała.

Alice sprawdziła zapisany w telefonie adres, zadzwoniła do drzwi mieszkania numer siedem i zastygła w oczekiwaniu. Już miała zadzwonić po raz drugi, kiedy Lydia otworzyła drzwi.

– Mamo, przyjechałaś wcześniej – powiedziała.

Alice spojrzała na zegarek.

– Jestem na czas.

– Powiedziałaś, że wylatujesz o ósmej.

– Powiedziałam: o piątej.

– W moim notatniku napisane jest, że o ósmej.

– Lydia, jest za piętnaście szósta, więc jestem.

Lydia wyglądała na niezdecydowaną i spanikowaną, niczym ptak, który na swojej drodze właśnie spostrzegł nadjeżdżający samochód.

– Przepraszam, wejdź, proszę.

Zanim się uściskały, obie nieco zawahały się, tak jakby miały zacząć ćwiczyć nowe kroki tańca i nie były do końca pewne, która z nich powinna prowadzić. Albo może to był jakiś dobrze znany taniec, jednak od dawna go nie wykonywały i nie były do końca pewne choreografii. Przytulając Lydię, Alice wyczuła kontury jej żeber i kręgosłupa. Wyglądała zbyt chudo, jak gdyby straciła pięć kilo od chwili, kiedy Alice widziała ją ostatni raz. Miała jednak nadzieję, że to dlatego, iż ma dużo zajęć, a nie że katuje się jakąś drakońską dietą. Z blond włosami i wysokim wzrostem Lydia wyróżniała się w Cambridge spośród niskich kobiet o azjatyckiej i włoskiej urodzie, jednak w Los Angeles poczekalnie do sali przesłuchań pełne były podobnie wyglądających dziewczyn.

– Mamy rezerwację na dziewiątą. Poczekaj tutaj, zaraz wracam.

Próbując rozluźnić nieco szyję, Alice przebiegła wzrokiem kuchnię i salon. Meble, w większości znaleziska z wyprzedaży i starocie odziedziczone po rodzicach, stanowiły interesujący widok – pomarańczowa kanapa, stolik kawowy w stylu retro oraz modny stół kuchenny z krzesłami. Na białych ścianach nie było obrazów, ale nad kanapą wisiała pocztówka z Marlonem Brando. W powietrzu wyraźnie dało się wyczuć zapach płynu do mycia okien, jak gdyby Lydia w ostatniej chwili przed przyjazdem Alice próbowała posprzątać.

Tak naprawdę było tu zbyt czysto. Żadnych płyt CD ani DVD walających się po podłodze, żadnych książek czy czasopism porozrzucanych na stoliku, żadnych zdjęć przyklejonych do lodówki. Nie widziała też osobistych akcentów, które zdradzałyby zainteresowania czy poczucie estetyki Lydii. Właściwie mógł tu mieszkać każdy. Nagle Alice zauważyła stos męskich butów leżących na podłodze obok drzwi znajdujących się za jej plecami.

– Opowiedz mi o swoich współlokatorach – powiedziała, kiedy Lydia wróciła ze swojego pokoju, trzymając w dłoni telefon komórkowy.

– Są w pracy.

– A gdzie pracują?

– Jeden pracuje za barem, a drugi dostarcza jedzenie.

– Myślałam, że obaj są aktorami.

– Bo są.

– Rozumiem. Przypomnisz mi, jak się nazywają?

– Doug i Malcolm.

Stało się to niemal niezauważalnie, jednak nie zdołało umknąć uwadze Alice – policzki Lydii zarumieniły się, gdy wypowiedziała imię Malcolma, a jej oczy nerwowo unikały spojrzenia matki.

– Może już pójdziemy? W restauracji powiedzieli, że możemy przyjść wcześniej – zaproponowała Lydia.

– Okay, ale najpierw muszę skorzystać z toalety.

Myjąc ręce, Alice spojrzała na rzeczy ustawione na półce obok umywalki – żel do mycia twarzy, pasta do zębów, męski dezodorant i pudełko tamponów. Zastanowiła się przez chwilę. Przez całe lato nie miała okresu. Ostatni raz miała go chyba w maju. Za miesiąc kończyła pięćdziesiąt lat, więc nie czuła się zaniepokojona. Nie odczuwała uderzeń gorąca ani nie pociła się w nocy, tak jak niektóre kobiety w trakcie menopauzy. To jej odpowiadało.

Kiedy wycierała ręce, zobaczyła pudełko prezerwatyw stojące obok kosmetyków do stylizacji włosów Lydii. Miała zamiar dowiedzieć się czegoś więcej na temat jej współlokatorów. W szczególności na temat Malcolma.

Usiadły przy stoliku na patio w Ivy, modnej restauracji mieszczącej się w centrum Los Angeles, i zamówiły drinki – martini dla Lydii i wino dla Alice.

– Jak idzie tacie praca nad artykułem? – zapytała Lydia.

Musiała ostatnio kontaktować się ze swoim ojcem. Alice rozmawiała z nią po raz ostatni, kiedy Lydia zadzwoniła w Dzień Matki.

– Skończył. Jest z niego bardzo dumny.

– A co u Anny i Toma?

– W porządku, są bardzo zajęci, ciężko pracują. Więc jak poznałaś Douga i Malcolma?

– Pewnego wieczoru przyszli do Starbucks, kiedy akurat byłam na zmianie.

Pojawił się kelner i obie zamówiły danie główne i kolejnego drinka. Alice miała nadzieję, że alkohol trochę złagodzi napięcie, które wyraźnie dało się wyczuć pod przykrywką lekkiej rozmowy.

– Więc jak poznałaś Douga i Malcolma? – zapytała.

 

– Właśnie ci powiedziałam. Dlaczego ty nigdy mnie nie słuchasz? Przyszli do Starbucks pewnego wieczoru i rozmawiali o tym, że poszukują współlokatora.

– Myślałam, że jesteś kelnerką w restauracji.

– Bo jestem. W ciągu tygodnia pracuję w Starbucks, a w sobotnie wieczory jestem kelnerką w restauracji.

– No to rzeczywiście masz mnóstwo czasu, by grać.

– Obecnie nie jestem w nic zaangażowana, ale chodzę na zajęcia i często biorę udział w przesłuchaniach.

– Na jakie zajęcia?

– Zajęcia z techniki Meisnera.

– A na jakie przesłuchania chodzisz?

– Do telewizji i gazet.

Alice przechyliła kieliszek z winem, wypiła ostatni duży łyk i oblizała usta.

– Lydio, jaki właściwie masz plan?

– Nie planuję przestać, jeśli o to pytasz.

Alkohol zaczynał już działać, ale nie w taki sposób, na jaki Alice liczyła. Wręcz przeciwnie – płytka konwersacja zaczęła się wypalać, eksponując w pełni napięcie, które było zwiastunem mającej nastąpić rozmowy.

– Przecież nie możesz żyć wiecznie w ten sposób. Czy zamierzasz pracować w Starbucks do trzydziestki?

– Przecież to dopiero za osiem lat! Ty już wiesz, co będziesz robiła w tym czasie?

– Tak, wiem. W końcu musisz stać się odpowiedzialna, pomyśleć o takich rzeczach jak ubezpieczenie zdrowotne, hipoteka, oszczędności emerytalne.

– Mam ubezpieczenie zdrowotne. I mogę na nie zarobić jako aktorka. Tak jak wielu innych ludzi, którzy zarabiają w ten sposób o wiele więcej pieniędzy, niż ty i tata razem wzięci.

– Nie chodzi wyłącznie o pieniądze.

– A o co? Że nie stałam się taka jak ty?

– Nie podnoś głosu.

– A ty nie mów mi, co mam robić.

– Lydio, nie chcę, żebyś stała się taka jak ja. Po prostu nie chcę, żebyś sama ograniczała sobie możliwość dokonywania wyborów.

– To ty chcesz dokonywać za mnie wyborów.

– To nieprawda.

– Taka jestem i to jest to, co chcę robić.

– Na przykład serwować klientom kawę? Powinnaś być teraz na studiach. Powinnaś przeżyć ten okres swojego życia, ucząc się czegoś.

– Przecież uczę się czegoś! Nie siedzę po prostu na Harvardzie i nie zabijam się tylko po to, żeby dostać najwyższą ocenę z nauk politycznych. Chodzę na poważny kurs aktorstwa przez piętnaście godzin w tygodniu. Ile godzin w tygodniu uczą się studenci na Harvardzie? Dwanaście?

– To nie to samo.

– Tato uważa inaczej. Opłaca go dla mnie.

Alice chwyciła mocno boki spódnicy i zacisnęła usta. To, co chciała powiedzieć, nie było przeznaczone dla uszu Lydii.

– Nigdy nie widziałaś nawet, jak gram.

John widział. Zeszłej zimy przyleciał, by zobaczyć, jak Lydia występuje w sztuce. Alice nie przyjechała, ponieważ miała wtedy zbyt wiele pilnych spraw do załatwienia. Kiedy jednak patrzyła w przepełnione bólem oczy Lydii, nie potrafiła sobie przypomnieć, jakie pilne sprawy ją właściwie wtedy zatrzymały. Tak naprawdę nie miała nic przeciwko samej karierze aktorskiej córki, jednak pogoń Lydii za tym celem bez jakiegokolwiek wykształcenia graniczyła z lekkomyślnością. Jeśli teraz nie pójdzie na studia, nie przyswoi podstawowej wiedzy lub nie otrzyma formalnego wykształcenia w konkretnej dziedzinie, to co ze sobą pocznie, jeśli nie uda jej się z aktorstwem?

Alice pomyślała o prezerwatywach w łazience. A co, jeśli Lydia zajdzie w ciążę? Alice bała się, że jej córka pewnego dnia odkryje, że jest niespełniona, że jej życie jest pełne rozczarowań. Spojrzała na nią i zobaczyła tak wiele marnującego się potencjału, tak wiele zmarnowanego czasu.

– Lydio, z każdym kolejnym rokiem nie stajesz się coraz młodsza. Życie mija tak szybko.

– Zgadzam się.

Kelner przyniósł jedzenie, jednak żadna z nich nie wzięła do ręki widelca. Lydia przetarła oczy ręcznie haftowaną, lnianą serwetką. Zawsze dochodziło między nimi do tej samej bitwy, a Alice wydawało się, że obie walą głową w mur. Kłótnia nigdy nie była produktywna i tylko raniła je obie, powodując trwały uraz. Pragnęła, by Lydia dostrzegła mądrość i miłość w tym, czego dla niej chciała. Pragnęła znaleźć się po przeciwnej stronie stolika i przytulić ją, jednak dzieliło je zbyt wiele talerzy, szklanek i lat.

Nagłe ożywienie kilka stolików dalej sprawiło, że skupiły uwagę na czymś innym. Błysnęły flesze, a mały tłum klientów i kelnerów zebrał się wokół kobiety, która wyglądała trochę jak Lydia.

– Kto to? – zapytała Alice.

– Mamo – powiedziała Lydia tonem wyrażającym zarówno zażenowanie, jak i wyższość, tonem, który córki, poczynając od trzynastego roku życia, doprowadzają do perfekcji. – To Jennifer Aniston.

Zjadły kolację, rozmawiając tylko na bezpieczne tematy, takie jak jedzenie czy pogoda. Alice chciała się dowiedzieć czegoś więcej o związku Lydii i Malcolma, jednak żar uczuć jej córki wciąż płonął bardzo jasno i Alice bała się sprowokować kolejną kłótnię. Zapłaciła rachunek, po czym wyszły z restauracji najedzone, ale niezadowolone.

– Przepraszam!

Kelner wybiegł za nimi na ulicę.

– Zostawiła to pani.

Alice zatrzymała się, próbując zrozumieć, jak kelner mógł wejść w posiadanie jej telefonu. Przecież nie wyjmowała go w restauracji. Sięgnęła do torby. Nie było go tam. Musiała go wyjąć, kiedy wyciągała portfel.

– Dziękuję.

Lydia patrzyła na nią zdziwiona, jak gdyby chciała powiedzieć coś na inny temat niż pogoda, jednak zdecydowała się tego nie robić. Wracały do mieszkania w milczeniu.

– John?

Alice czekała w przedpokoju, trzymając w ręku walizkę. Tuż pod jej nogami, na podłodze, na samej górze sterty nieprzeczytanej poczty, leżało pismo „Harvard Magazine”. Słychać było tykanie zegara i buczenie lodówki. Na zewnątrz było ciepłe, słoneczne popołudnie, jednak w środku panował chłód, ciemność i duchota. Zupełnie jakby dom był niezamieszkany.

Podniosła pocztę i weszła do kuchni w towarzystwie walizki, która podążała za nią niczym wierny pies. Wylot był opóźniony, więc nawet według zegara na mikrofalówce wróciła do domu później, niż powinna. On zaś miał całą sobotę, żeby popracować.

Czerwone światełko automatycznej sekretarki nie migało. Spojrzała na lodówkę. Żadnej wiadomości na drzwiach. Nic.

Wciąż trzymając w dłoni uchwyt walizki, stała w ciemnej kuchni, gapiąc się na spóźniający się o kilka minut zegar mikrofalówki. Rozczarowany, lecz wyrozumiały głos w jej głowie przeszedł w szept, podczas gdy drugi, bardziej pierwotny i agresywny, przybierał na sile. Pomyślała, żeby zadzwonić do Johna, jednak narastający w niej głos od razu odrzucił tę sugestię, nie przyjmując przy tym żadnych wymówek. Pomyślała, że może po prostu nie będzie się przejmować, jednak głos, teraz ogarniający jej całe ciało, rozbrzmiewał echem w brzuchu, wibrował w każdym palcu i był zbyt potężny oraz zbyt natarczywy, by mogła go zignorować.

Dlaczego się tak martwiła? Przecież był w trakcie badań i nie mógł tak po prostu tego zostawić i wrócić do domu. Przecież wielokrotnie była w jego położeniu. To była ich praca. To było ich życie. Głos nazwał ją głupią idiotką.

Zauważyła swoje buty do biegania stojące na podłodze obok drzwi. Bieganie z pewnością dobrze by jej zrobiło. Tak, właśnie tego potrzebowała.

Najchętniej biegałaby codziennie. Od wielu lat traktowała bieganie na równi z jedzeniem lub spaniem, jako podstawową czynność życiową. Zdarzało się jej biegać nawet w środku nocy czy podczas burzy. Jednak od paru miesięcy zaniedbała ten zwyczaj. Tak bardzo była zajęta. Sznurując buty, tłumaczyła sobie, że nie zabrała ich ze sobą do Kalifornii, ponieważ wiedziała, że i tak nie będzie miała na to czasu. Ale tak naprawdę, po prostu zapomniała je zapakować.

Wyruszając ze swojego domu stojącego przy Poplar Street, zwykle podążała tą samą trasą – wzdłuż Massachusetts Avenue, przez Harvard Square do Memorial Drive, potem wzdłuż Charles River do Harvard Bridge, mijając przy tym Massachusetts Institute of Technology i z powrotem – trasa liczyła ponad osiem kilometrów, a przebycie jej zajmowało około czterdziestu pięciu minut. Już od dawna pociągała ją myśl, aby wziąć udział w maratonie bostońskim, jednak każdego roku stwierdzała, że nie ma czasu, by przygotować się do tak długiego dystansu. Może kiedyś. Mając tak świetną kondycję fizyczną, jak na kobietę w jej wieku, wyobrażała sobie, że będzie biegała co najmniej do sześćdziesiątki.

Zatłoczone chodniki oraz sporadyczne czekanie przy przejściu dla pieszych były stałym elementem pierwszego etapu trasy biegu przez Harvard Square. W soboty o tej porze dnia plac był zatłoczony i gwarny. Wszędzie wokół pełno było ludzi czekających na każdym rogu ulicy, na przejściach dla pieszych, przed restauracjami, przed kinem czy w samochodach. Pierwsze dziesięć minut biegu wymagało od niej nie lada koncentracji, by przebrnąć przez ten zgiełk, jednak kiedy dotarła przez Memorial Drive do Charles River, mogła już biec swobodnie, niczym się nie przejmując.