Lewa strona życiaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dla Chrisa i Ethana

PROLOG

Wydaje mi się, że jakaś mała cząstka mnie wiedziała, że w moim życiu brakuje rozwagi. Od czasu do czasu szeptała: Sarah, zwolnij, proszę. Tak się nie da. Nie możesz tego wszystkiego ciągnąć. Ale reszta mnie, ta silna, bystra i nastawiona na sukces, sukces, sukces zupełnie tego nie słuchała. A kiedy raz na jakiś czas myśli tego rodzaju zdołały przedrzeć się do mojej świadomości, tłumiłam je i odsyłałam z powrotem na swoje miejsce. Bądźcie cicho, nie widzicie, że mam jeszcze milion rzeczy do zrobienia?

Nawet moje sny zaczęły klepać mnie po ramieniu, żeby zwrócić na siebie moją uwagę. Czy naprawdę nie widzisz, co robisz? Zaraz ci pokażemy. Ale każdy sen umykał zaraz po przebudzeniu niczym oślizgła ryba pochwycona gołymi rękoma. Wyślizgiwał się i odpływał, jeszcze zanim mogłam lepiej mu się przyjrzeć. To dziwne, że teraz wszystkie je pamiętam. Sądzę, że podczas tych nocy przed wypadkiem moje sny próbowały mnie obudzić. Po tym, co się stało, szczerze wierzę, że były wskazówkami z jakiegoś duchowego źródła. Wiadomościami od Boga. A ja je zignorowałam. Chyba potrzebowałam czegoś mniej ulotnego, bardziej konkretnego.

Na przykład silnego walnięcia w głowę.

ROZDZIAŁ 1

– Rozbitkowie, jesteście gotowi?

Jeff, niepokojąco przystojny gospodarz telewizyjnego reality show, uśmiecha się i przeciąga w nieskończoność sygnał do startu, wiedząc, że doprowadza nas tym do szaleństwa.

– Start!

Biegnę przez deszczowy las. Owady zderzają się z moją twarzą niczym z przednią szybą samochodu. Te robaki mnie wkurzają.

Zignoruj je. Prędzej.

Cienkie gałązki uderzają i rozcinają mi skórę na twarzy, nadgarstkach i kostkach. Krwawię. Piecze mnie.

Nie zwracaj na to uwagi. Prędzej.

Jakaś gałąź robi dziurę w mojej ulubionej, najdroższej jedwabnej bluzce i rozrywa ją od ramienia do łokcia.

Świetnie, nie będę mogła jej założyć na poranne spotkanie. Później ją pozszywam. Szybciej. Szybciej.

Dobiegam do plaży i widzę jakieś deski naniesione przez morze. Mam zrobić tratwę. Ale nie mam żadnych narzędzi. Rękoma przerzucam piasek. Nadal nie znajduję narzędzi. Wtedy przypominam sobie mapę, którą Jeff machnął nam przed oczami, zanim ją spalił. Podpalając ją, uśmiechał się szyderczo. Łatwo jest być takim wesołkiem, kiedy ma się pełen brzuch i pachnące świeżością ubrania. Ja nie jadłam ani nie myłam się od kilku dni.

– Mamo, pomóż mi. – Charlie z płaczem wtula się w mój brzuch. To nie miejsce dla niego.

– Nie teraz, Charlie. Muszę odszukać czerwoną flagę i zestaw narzędzi.

– Mamo, mamo, mamo! – nalega. Uwiesza się na moim oderwanym rękawie i wyciera zapłakaną buzię w mankiet.

Super, teraz to już jest do wyrzucenia. A nie sądzę, żebym miała czas na przebranie się przed pracą.

W odległości około stu metrów zauważam czerwony punkcik nad płaską powierzchnią plaży. Biegnę w jego kierunku, a Charlie podąża za mną, błagając:

– Mamo, mamo, mamo!

Spoglądam pod nogi i widzę, że plaża błyszczy na zielono i brązowo. To szkło. Ale nie takie oszlifowane przez morze. Świeże szkło, poszczerbione i ostre. Potłuczone butelki leżą na całej plaży.

– Charlie, zatrzymaj się! Nie idź za mną!

Biegnę i dobrze mi idzie omijanie szkła, ale wtem słyszę, jak Charlie puszcza pawia. Jeff się śmieje, a ja źle stawiam stopę. Kawałek zielonego szkła wbija mi się głęboko. Rana potwornie boli i mocno krwawi.

Nie przejmuj się. Pospiesz się.

Dobiegam do czerwonej flagi. Z każdym oddechem połykam całe chmary komarów, wlatują mi do nosa, ust i uszu, sprawiają, że dławię się i pluję. Nie tego rodzaju proteiny miałam na myśli. Zakrywam twarz dłońmi, wstrzymuję oddech i odmierzam dwanaście kroków na zachód od czerwonej flagi.

Kopię gołymi rękami, otoczona rojem komarów, znajduję skrzynkę z narzędziami i kuśtykając, wracam do wyrzuconych na brzeg desek. Jest tam Charlie, kuca i buduje zamek z kawałków szkła.

– Charlie, przestań. Skaleczysz się.

Ale on mnie nie słucha.

Nie przejmuj się nim. Pospiesz się.

Jestem w trakcie budowania tratwy, kiedy słyszę, że fale przybierają na sile. Są coraz głośniejsze.

Prędzej!

Pospiesznie sklecona, nieskończona tratwa nie utrzyma dwóch osób. Podnoszę Charliego, który krzyczy, kiedy odrywam go od jego szklanego zamku. Kopie i okłada mnie pięściami, gdy próbuję usadowić go na tratwie.

– Kiedy dotrzesz na drugą stronę, sprowadź pomoc.

– Mamusiu, nie zostawiaj mnie!

– Tu nie jest bezpiecznie. Musisz płynąć!

Spycham tratwę na wodę. Silny prąd zaraz ją porywa. Tratwa znika mi z oczu, a wtedy wilki rzucają się na mnie, rozrywając mi spodnie i moją ulubioną bluzkę, rozdzierają mi skórę, zjadają mnie żywcem. Jeff uśmiecha się, kiedy umieram, a ja myślę, po co właściwie chciałam grać w tę głupią grę.


Budzi mnie budzik „w ludzkiej skórze”, czyli mój dziewięciomiesięczny synek Linus. Podczas gdy umieram w moim śnie, z elektronicznej niani rozlega się płacz.

– Baaaabaaaaa!

___________

PIĄTEK

Na budziku wyświetla się godzina 5:06, więc wiem, że alarm zadzwoni dopiero za godzinę. Poddaję się i postanawiam już wstać. Wcześniej jeszcze wyłączam dzwonienie. Szczerze mówiąc, nie pamiętam, kiedy ostatnio obudził mnie dźwięk bomp, bomp, bomp, a nie jedno z trojga moich dzieci. Funkcja drzemki to już w ogóle zamierzchła przeszłość. Tak samo jak poranki, podczas których mogłam choć na chwilę wydłużyć wylegiwanie się w łóżku. Jeszcze dziewięć minut i nie ogolę nóg. Jeszcze dziewięć minut i będę musiała odpuścić sobie śniadanie. Jeszcze dziewięć minut na poranny seks. Nie dotykałam tego przycisku od długiego czasu. Charlie ma siedem lat, więc musi to trwać mniej więcej tyle samo. A jednak wydaje się wiecznością. Każdego wieczora nastawiam budzik tylko dlatego, że wiem, po prostu wiem, że jeśli tego nie zrobię, jeśli chociaż raz w kwestii budzenia zdam się na moje małe skarby, wypadnie na pewno taki poranek, kiedy będę miała jakieś niezmiernie ważne spotkanie lub lot, na które nie mogę się spóźnić, a one wszystkie po raz pierwszy w życiu będą sobie słodko spały.

Wstaję i patrzę z góry na Boba. Leży na plecach, ma zamknięte oczy, rozluźnioną twarz i otwarte usta.

– Nie udawaj – mówię.

– Nie śpię – odpowiada, ale wciąż ma zamknięte oczy. – Ciebie woła.

– Wołał „baba”, a nie „mama”.

– Mam go przynieść?

– I tak już wstałam.

Idę boso korytarzem po zimnej podłodze z desek aż do pokoju Linusa. Otwieram drzwi i widzę, jak stoi za szczebelkami łóżeczka, ssie smoczek, w jednej rączce trzyma zmechacony kocyk, a w drugiej jeszcze bardziej wymęczonego króliczka. Na mój widok uśmiecha się od ucha do ucha, co sprawia, że i ja odwzajemniam uśmiech, a on zaczyna uderzać w szczebelki. Wygląda jak rozkoszny mały więzień, już spakowany i gotowy na swój ostatni dzień w więzieniu, w oczekiwaniu na wyjście na wolność.

Podnoszę go i niosę w kierunku stolika do przewijania, gdzie jego nastrój ulega gwałtownemu pogorszeniu, więc wydaje z siebie okrzyk. Okrzyk zawodu. Wygina się i kręci na boki, walcząc z całych sił, co zdarza się pięć, może sześć razy dziennie. Każdego dnia! Nigdy nie zrozumiem, dlaczego tak zajadle nienawidzi zmieniania pieluchy.

– Przestań, Linus.

Muszę użyć sporo siły, żeby utrzymać go na miejscu i założyć mu świeżą pieluchę oraz ubranka. Poklepuję go po brzuszku i śpiewam kołysankę, żeby odwrócić jego uwagę, ale bezskutecznie, do samego końca odmawia współpracy i jest wrogo nastawiony. Stolik do przewijania znajduje się obok okna, co czasami pomaga skierować jego uwagę na coś innego. „Spójrz, jaki ptaszek!”. Ale teraz jest jeszcze ciemno i nawet ptaki jeszcze śpią. Ciągle jest noc, dzięki Bogu.

Linus nie przesypia całych nocy. O pierwszej kołysałam go do snu, kiedy obudził się z płaczem, a Bob wstawał do niego po trzeciej. Dziewięciomiesięczny Linus jeszcze nie mówi, oprócz słów „mama”, „baba”, „dada”. Nie możemy więc go przepytać, aby dowiedzieć się, w czym jest problem, nie możemy również niczego mu wytłumaczyć ani nawet przekupić. Każdej nocy bez żadnej przyjemności gramy w zgaduj-zgadulę i nigdy nie udaje nam się wygrać.

– Nie wydaje ci się, że on ząbkuje? Może powinniśmy podać mu Tylenol? Nie możemy dawać mu tego co wieczór. Może ma zapalenie ucha? Widziałam, jak grzebał sobie dzisiaj przy uchu. Zawsze tak robi. Może wypadł mu smoczek? Może miał jakiś koszmarny sen? A może to przez to, że jest sam? Czyż nie powinniśmy przynieść go do naszego łóżka? Chyba nie chcemy, żeby to się stało regułą, prawda? Co robiliśmy w takim przypadku z pozostałą dwójką? Nie pamiętam – zawsze pada gradobicie pytań z mojej strony.

Od czasu do czasu, umęczeni i doprowadzeni do ostateczności, decydujemy się go ignorować. Dzisiaj damy mu się wypłakać. Ale mały Linus ma nieprawdopodobną wytrzymałość i płuca, które się nie poddają. Kiedy już postanowi coś zrobić, to robi to w stu procentach, co jest cechą, która moim zdaniem przyda mu się w życiu. Nie jestem więc przekonana, czy powinniśmy ją w nim zmieniać. Zazwyczaj będzie płakał ponad godzinę, podczas której Bob i ja nie zmrużymy oka, nie tyle ignorując jego płacz, co wsłuchując się w niego, koncentrując się na nim, wyłapując subtelne zmiany w natężeniu i rytmie, które mogą wskazywać, że płacz zbliża się do końca, ale nie znajdując żadnej z tych oznak.

 

Jedno ze starszej dwójki, zazwyczaj Lucy, wreszcie zacznie pukać do naszych drzwi.

– Linus płacze.

– Wiemy, skarbie.

– Mogę dostać szklankę mleka?

Wstaję więc, żeby przynieść Lucy mleko, a Bob idzie uspokoić Linusa. Plan nie wypalił. Dziecko wygrywa. Wynik: rodzice z wyższym wykształceniem, po Harvardzie, oboje świetnie przygotowani do prowadzenia negocjacji i piastowania kierowniczych stanowisk – zero, dziewięciomiesięczne dziecko bez żadnego wykształcenia ani doświadczenia – zbyt wiele punktów, abym zdołała je zliczyć moim przemęczonym umysłem.

Ubrany i zabrany ze znienawidzonego przewijaka Linus od razu się uspokaja. Nie widać po nim żadnych pretensji ani fochów, po prostu cieszy się chwilą. Daję buziaka temu mojemu małemu Buddzie, przytulam go mocno i niosę na dół. Charlie i Lucy też już nie śpią. Słyszę, jak Lucy krząta się po swoim pokoju, a Charlie leży na jednym z foteli w pokoju dziennym i ogląda SpongeBoba.

– Charlie, jest za wcześnie na telewizję. Wyłącz to.

Ale on jest tak zapatrzony, że wcale mnie nie słyszy. Przynajmniej taką mam nadzieję, że nie słyszy, a nie że specjalnie mnie olewa.

Lucy wychodzi ze swojego pokoju ubrana jak wariatka.

– Mamusiu, jak ci się podobam w tym stroju?

Ma na sobie różowo-białą kamizelkę w kropki nałożoną na pomarańczową bluzkę z długimi rękawami, aksamitne legginsy z nadrukiem w cętki lamparta pod jasnoróżową spódniczką baletnicy, botki Ugg i sześć spinek wpiętych na chybił trafił we włosy, każdą w innym kolorze.

– Wyglądasz fantastycznie, skarbie.

– Jestem głodna.

– Chodź ze mną.

Idziemy do kuchni, gdzie Lucy wspina się na jeden z wysokich barowych stołków stojących przy kuchennym blacie. Do dwóch miseczek nalewam mleka z płatkami Lucky Charms, jedną dla Lucy i jedną dla Charliego. Szykuję też butelkę mieszanki mlecznej dla Linusa.

Tak, moje dzieci mają imiona jak bohaterowie „Fistaszków”. Siedmioletni Charlie i pięciolatka Lucy dostali swoje imiona bez żadnego odniesienia do komiksu. Charlie ma imię po swoim dziadku, ojcu Boba, a imię Lucy po prostu obojgu nam się bardzo podobało. Potem, kiedy niespodziewanie znowu zaszłam w ciążę, lata po tym, gdy pooddawaliśmy lub sprzedaliśmy na eBayu wszystkie niemowlęce mebelki i sprzęty, a także po świętowaniu końca z pieluchami, wózkami i Barneyem, musieliśmy jeszcze raz wymyślić jakieś imię i zupełnie nic nam nie przychodziło na myśl.

– Dajcie mu na imię Schroeder – podpowiedziała koleżanka z pracy.

– Nie, koniecznie Linus. Albo Woodstock – powiedziała inna.

Dopiero wtedy uświadomiłam sobie, jaki schemat rozpoczęliśmy, nadając imiona starszym dzieciom. I spodobało mi się imię Linus.

Podałam mu teraz butelkę i przypatrywałam się, jak Lucy wyjada najpierw wszystkie kolorowe pianki z mleka.

– Charlie, chodź tutaj! Zaraz ci rozmokną płatki.

Lucy zjada jeszcze dwie łyżki.

– Charlie!

– Idę już.

Charlie wchodzi na stołek obok Lucy i spogląda na swoją miseczkę, jakby było to najgorsze na świecie zadanie domowe.

– Jestem zmęczony – mówi.

– To dlaczego już wstałeś? Idź się jeszcze położyć.

– Okej – mówi i idzie na górę do swojego pokoju.

Lucy wypija mleko ze swojej miseczki, wyciera buzię w rękaw, zeskakuje ze stołka i wychodzi bez słowa. Linus, chcąc być wolnym jak jego siostra, pośpiesznie wypija wszystko z butelki i beka bez mojej pomocy. Sadzam go na podłodze, po której walają się zabawki i pokruszone herbatniki. Biorę piłkę i rzucam nią w stronę pokoju.

– Łap piłeczkę!

Zachwycony tym, że zaczyna się zabawa, Linus raczkuje za nią jak rozbrykany szczeniak.

Zostając na chwilę sama, zjadam nietknięte przez Charliego rozmoknięte płatki, bo ktoś powinien to zrobić, następnie odkładam wszystkie naczynia do zlewu, wycieram blat, włączam ekspres do kawy, pakuję drugie śniadanie dla Charliego i Lucy oraz torbę z pieluchami dla Linusa. Podpisuję Lucy zgodę na wyjazd do Plimoth Plantation. Przy pytaniu: „Czy może Pani uczestniczyć w wycieczce jako opiekun grupy?” zaznaczam „Nie”. W plecaku Charliego znajduję liścik od jego wychowawczyni:

Szanowni Państwo Nickerson,

W zeszłym tygodniu wysłałam do Państwa karty oceny ucznia i, jak sądzę, znaleźli Państwo czas na dokładne ich przeanalizowanie. Chciałabym spotkać się z Państwem osobiście, żeby porozmawiać o Charliem.

Proszę o telefon w najbliższym możliwym terminie.

Z poważaniem

Ms. Gavin


Karta oceny Charliego nie jest tym, co każdy rodzic wymarzyłby sobie dla swojego dziecka, w szczególności jeśli ten rodzic sam zawsze otrzymywał doskonałe oceny. Bob i ja wiedzieliśmy, że mogą być jakieś problemy, że trzeba będzie popracować nad niektórymi umiejętnościami, takimi jak czytanie czy skupienie uwagi. Zeszły rok nieco nas do tego przygotował. Ale w przedszkolu osiągnięcia Charliego, znacznie poniżej przeciętnej, były lekceważone przez Boba i wychowawczynię. „Przecież to chłopak! Zanim pójdzie do pierwszej klasy, nauczy się siedzieć spokojnie przez cały dzień. Co roku mam takie dzieci. Nie martwcie się”.

Cóż, jest już w pierwszej klasie, a ja się martwię. Na wydruku w większości kategorii były znaczki w kolumnach: „Wymaga poprawy” i „Poniżej wymagań”. Nawet Bob zbladł, kiedy to zobaczył. Cokolwiek działo się z Charliem, tym razem nie da się już generalizować i zrzucać wszystkiego na jego płeć. Co z nim jest nie tak?

Płatki Lucky Charms zaczęły mnie mdlić. Nie powinnam zjadać tak dużo cukru. Na kredensie obok ekspresu do kawy otwieram laptopa i na stojąco sprawdzam pocztę w oczekiwaniu na porządną dawkę kofeiny dla mojego uzależnionego już od niej mózgu. Mam sześćdziesiąt cztery nowe wiadomości. Do północy siedziałam przy komputerze i wyczyściłam skrzynkę odbiorczą, więc te musiały przyjść w przeciągu ostatnich pięciu godzin. Niektóre są z biur na Zachodnim Wybrzeżu i zostały wysłane wczoraj wieczorem. Co najmniej dwa tuziny z biur w Azji i Europie, które już jakiś czas temu rozpoczęły swój dzień pracy. Kilka maili oznaczonych znaczkiem „pilne” wysłał młody i spanikowany analityk z biura w Bostonie.

Pochłonęło mnie czytanie i odpisywanie, zbyt długo nikt mi nie przeszkadzał. Nadstawiam uszy i nic nie słyszę. Gdzie oni są?

– Lucy? Linus?

W pokoju dziennym SpongeBoba „oglądają” już tylko miękkie fotele. Pędzę na górę, prosto do pokoju Lucy. Są tam oboje, co oznacza, że Lucy zapomniała zamknąć bramkę ustawioną na dole schodów, a Linus na czworakach wspiął się na piętro. Dzięki Bogu, nie próbował schodzić w dół, ponieważ aktualnie jego ulubioną metodą było schodzenie z głową skierowaną do przodu. Ale zanim udaje mi się podziękować Bogu za to, że dzieciak jest w jednym kawałku, zanim pukam w niemalowane drewno podłogi i zanim jeszcze dochodzi do mnie, co mogło mu się stać i zanim porządnie opierniczę Lucy za niezamknięcie bramki, wszystkie moje zmysły przyjmują alarmującą pozycję i skupiam się na Linusie. Ten siedzi na podłodze, niczego aktualnie nie bada i ma podejrzanie zamkniętą buzię. Lucy siedzi kawałek dalej, układa kolorowe koraliki, tworząc z nich biżuterię. Koraliki są rozsypane po całej podłodze.

– Linus!

Lewą ręką chwytam go za głowę od tyłu, a palec wskazujący prawej ręki wkładam mu do buzi. Opiera się, kręci głową na wszystkie strony i jeszcze mocniej zaciska usta.

– Linus, otwieraj buzię! Co tam masz?

Mam to. Grzebię palcem i wyciągam plastikowy koralik koloru różowej gumy do żucia, mniej więcej wielkości żurawiny. Napadnięty, obrabowany i zupełnie nieświadomy tego, że jego życie znajdowało się w niebezpieczeństwie, Linus zaczyna płakać. Bob staje w drzwiach. Jest już po prysznicu, ubrany i skupiony.

– Co się stało? – pyta.

– Prawie się tym zadławił.

Pokazuję morderczy koralik leżący na mojej dłoni.

– Nie sądzę, jest zbyt mały. Nic mu nie jest.

Wokół Lucy na podłodze wala się mnóstwo większych koralików, oprócz nich dostrzegam kilka monet, gumek do włosów, kauczukową piłeczkę. Ten pokój to śmiertelna pułapka. A jeśli wziąłby do ust którąś monetę? A jeśli któryś z większych pomarańczowych korali wydałby mu się szczególnie smaczny? A jeśli przyszłabym za późno i Linus leżałby na podłodze, nie oddychając, z ustami w kolorze fioletowym?

Gdyby Bob potrafił czytać w moich myślach, co prawdopodobnie potrafi, powiedziałby mi, żebym nie zapędzała się w swoich wyobrażeniach. Powiedziałby, żebym przestała wymyślać najgorsze scenariusze i odpuściła. Że wszystko jest w porządku. Że wszystkie dzieci wkładają do buzi rzeczy, których nie powinny. Zjadają odłażącą farbę, kredki, połykają grudki ziemi i kamyczki, i wiele innych rzeczy, o których nie mamy zielonego pojęcia. Nawet wchodzą po schodach bez niczyjej pomocy. „Dzieciaki są twarde”, powiedziałby. Przeżyją.

Ale ja to postrzegam inaczej. Nie muszę wyobrażać sobie najgorszego. Po prostu mam to w głowie. Czasami dzieciaki przeżywają. A czasami nie.

Będąc mocno przesądną, bogobojną, trochę obsesyjno-kompulsywną perfekcjonistką i trzymając w dłoni koralik, odpukuję w niemalowane drewno nogi łóżka, dziękuję Bogu za ocalenie Linusa i oskarżam jego siostrę.

– Lucy, twój pokój wygląda tragicznie. Musisz pozbierać te wszystkie koraliki.

– Ale przecież robię naszyjnik – marudzi.

– Chodź, Gąsko, pomogę ci – mówi Bob i klęczy już na podłodze, zbierając koraliki. – A może założysz dziś któryś z tych naszyjników, które już są gotowe? Potem razem z Linusem zejdziemy na dół.

– Charlie jeszcze się nie ubrał I nie zjadł śniadania – mówię, poddając się i przekazując pałeczkę Bobowi.

PO SZYBKIM PRYSZNICU stoję nago przed dużym lustrem w sypialni i poddaję się samoocenie, wklepując balsam w ręce i nogi.

Wymaga poprawy.

Wciąż jeszcze nie zgubiłam ponad siedmiu kilogramów wagi, które mi zostały po ostatniej ciąży, a jeśli mam być szczera, to nie zgubiłam jeszcze tych pięciu, które zostały po Charliem. Łapię w garść luźne, pomarszczone ciasto, które kiedyś było moim płaskim brzuchem i patrzę na rdzawoczerwoną kreskę, która zaczyna się kilka centymetrów nad pępkiem i wyraźnie ciągnie w kierunku moich włosów łonowych. Dotykam poduszeczek tłuszczu, które zebrały się na moich biodrach i rozeszły się na boki, by zrobić miejsce Linusowi, mojemu największemu dziecku, zostawiając mi szerokie biodra i szufladę pełną spodni, których nie mogę dopiąć.

Siłownię, do której się zapisałam, powinnam tak naprawdę nazywać moją ulubioną instytucją charytatywną. Nigdy tam nie chodzę. Powinnam zlikwidować abonament zamiast darować im sto dolarów każdego miesiąca. W piwnicy mam również sprzęt do ćwiczeń, rozstawiony niczym rzeźby i zbierający kurz: orbitrek, atlas Bowflex i wioślarz treningowy, który dostałam od Boba na gwiazdkę, kiedy akurat byłam w ósmym miesiącu ciąży (Oszalał czy co?). Mijam te zawalidrogi za każdym razem, kiedy robię pranie, co przy trójce dzieci ma miejsce raczej często. Zawsze omijam je biegiem, nie patrząc na nie, okazując im swoje lekceważenie, jakbyśmy mieli ze sobą na pieńku. To działa. Nigdy mi nie zawracają głowy.

Wcieram resztę balsamu w dłonie.

Nie bądź dla siebie zbyt wymagająca, myślę, bo to jest typowe dla mnie.

Linus ma dopiero dziewięć miesięcy. Nagle przypomina mi się powiedzenie: „dziewięć miesięcy pod górkę, dziewięć z górki” z książki Jak wrócić na stare tory – poradnik dla dziewczyn. Autorka zakłada, że mam czas na rzeczy typu manicure, zakupy i wyprzedaże, i że priorytetem jest dla mnie bycie taką jak dawniej. Nie jest oczywiście tak, że nie chcę. Mam to na liście. Tyle że zajmuje pozycję gdzieś na samym dole, gdzie rzadko zaglądam.

Zanim się ubieram, jeszcze raz oglądam się w lustrze. Skórę mam pokrytą piegami, za sprawą mojej matki Szkotki. Kiedy byłam dziewczynką, łączyłam kropki na ciele za pomocą flamastra i tworzyłam różne konstelacje i tatuaże. Moim ulubionym była doskonała pięcioramienna gwiazda, w którą układają się moje piegi na lewym udzie. Ale to było w latach osiemdziesiątych, zanim dowiedziałam się o istnieniu kremów z filtrem, kiedy to razem z dziewczynami zabierałyśmy na plażę oliwkę dla niemowląt i dosłownie smażyłyśmy się na słońcu. A teraz każdy lekarz i wszystkie media trąbią, że moje piegi to przebarwienia i szkody wyrządzone przez słońce.

 

Ukrywam większość tych szkód pod białą bluzką i czarną marynarką od Elie Tahari. Praktycznie czuję się mężczyzną w tym kostiumie. Doskonale nadaje się na dzień, który mam przed sobą. Osuszam włosy ręcznikiem i wcieram w nie odrobinę odżywki Shine & Hold. W moich rudych, gęstych i długich do ramion włosach nie ma nic męskiego. Może i jestem gruba, piegowata i ubrana jak facet, ale i tak uwielbiam moje śliczne włosy.

Po pobieżnym wklepaniu podkładu, nałożeniu różu, eyelinera i tuszu na rzęsy idę na dół i wkraczam ponownie na pole bitwy. Lucy siedzi teraz na jednym z dużych pufów wypełnionych grochem i śpiewa z Dorą z kreskówki, Linus siedzi obok niej bezpiecznie zapięty w foteliku i ssie głowę plastikowego kierowcy szkolnego autobusu. W kuchni został tylko Bob, który siedzi przy stole, popija kawę ze swojego kubka z Harvardu i czyta „Wall Street Journal”.

– Gdzie Charlie? – pytam.

– Ubiera się.

– Zjadł coś?

– Płatki i sok.

Jak on to robi? Bob Opiekujący się Całą Trójką to zupełnie inny obrazek niż Sarah Opiekująca się Całą Trójką. Z Bobem starają się być samodzielni i chętnie wykonują małe zadania, zadowoleni, że dają mu spokój aż do czasu, kiedy znowu do nich przyjdzie i wyznaczy im nowy cel. Jeśli o mnie chodzi, to mam przyciąganie podobne do znanych gwiazd rocka, ale nie posiadam ochroniarzy. Zaraz są na mnie. Prosty przykład: Linus siedzi mi pod nogami, wrzeszczy, żeby wziąć go na ręce, z drugiego pokoju Lucy krzyczy: „Mamo, pomóż mi!”, a Charlie zadaje mi właśnie cztery tysiące siedemset niepotrzebnych pytań na temat tego, co dzieje się ze śmieciami.

Biorę kubek z kawą i siadam obok Boba, aby rozpocząć nasze poranne posiedzenie. Upijam łyk. Zimna. A co tam.

– Widziałeś, co napisała nauczycielka Charliego? – pytam.

– Nie, powiedz.

– Chce się z nami spotkać, żeby omówić jego kartę ocen.

– Dobrze, chciałbym się dowiedzieć, co się z nim dzieje.

Sięga do swojej torby i wyjmuje iPhone’a.

– Jak sądzisz, będzie chciała się z nami spotkać przed lekcjami? – pyta.

Przynoszę swój laptop z kredensu i znowu siadam.

– Rano jestem wolna w środę i w piątek, ewentualnie mogę coś poprzesuwać również w czwartek – mówię.

– Czwartek mi pasuje. Masz jej e-mail?

Przytakuję. Piszę wiadomość po pani Gavin.

– Pójdziesz dziś do niego na mecz? – pyta.

– Nie, a ty?

– Pamiętasz chyba, że dziś mogę wrócić później?

– No tak. Ja też nie mogę, dziś mam urwanie głowy.

– Okej. Po prostu szkoda, że żadne z nas nie może go zobaczyć.

– Mnie też, skarbie.

Wierzę, że mówi szczerze, ale nie mogę się powstrzymać, aby jego słowa: „szkoda, że żadne z nas nie może go zobaczyć” przełożyć sobie w głowie na: „szkoda, że ty nie możesz”. A kiedy już wszystkie śrubki mojego wewnętrznego tłumacza są dobrze naoliwione, to zamieniają jeszcze „możesz” na „powinnaś”. Większość kobiet z Welmont z dziećmi w wieku Charliego nigdy nie opuszcza żadnego meczu piłki nożnej i nie są dzięki temu jakimiś wyjątkowo dobrymi matkami. Po prostu dobre matki tak robią. Te same matki ogłaszają niezwykłym dzień, kiedy któryś z ojców zwalnia się wcześniej z biura, żeby zobaczyć mecz. Ojcowie kibicujący przy linii boiska uważani są za świetnych tatusiów. Ojcowie, którzy nie przychodzą na mecze, pracują. Matki, które nie przychodzą na mecze, podobnie jak ja, są złymi matkami.

Zwykła dawka matczynych wyrzutów sumienia opada na dno zimnej kawy i zupy z Lucky Charmsów w moim żołądku. Nie nazwałabym tego Śniadaniem Mistrzów.

– Abby zostanie i pójdzie na mecz – mówię, podnosząc się na duchu.

Abby jest naszą nianią. Zaczęła u nas pracować, kiedy Charlie miał zaledwie dwanaście tygodni, a mój urlop macierzyński właśnie się skończył. Byliśmy przeszczęśliwi, że udało nam się ją znaleźć. Abby miała wtedy dwadzieścia dwa lata, właśnie skończyła college z licencjatem z psychologii i mieszkała w Newton, 10 minut drogi od nas. Jest bystra, sumienna, ma mnóstwo energii i kocha nasze dzieci.

Zanim Charlie i Lucy dorośli na tyle, by posłać ich do przedszkola, Abby zajmowała się nimi od 7:30 do 18:30 od poniedziałku do piątku. Zmieniała im pieluchy, kołysała do snu, czytała im bajki, ocierała łzy, uczyła zabaw i piosenek, kąpała i karmiła je. Robiła zakupy i sprzątała dom. Stała się niezbędnym członkiem naszej rodziny. Nie umiem wyobrazić sobie życia bez niej. Tak naprawdę gdybym musiała dokonać wyboru pomiędzy Bobem a Abby, mogłoby się zdarzyć, że czasami miałabym opory przed wybraniem Boba.

Zeszłej wiosny Abby powiedziała nam coś, co zbiło nas z nóg. Postanowiła nas opuścić i zapisać się na studia magisterskie z edukacji wczesnoszkolnej w Boston College. Ogłuszyła nas tą wiadomością i zaczęliśmy panikować. Nie mogliśmy jej stracić. Więc wynegocjowaliśmy kompromis. Charlie i Lucy chodzili już do szkoły, gdzie spędzali siedem godzin dziennie, od września chcieliśmy zapisać Linusa do żłobka. To oznaczało, że potrzebowalibyśmy jej tylko od 15:00 do 18:30 i ponadto zaproponowaliśmy, że pokryjemy część opłat za studia.

Pewnie, że mogliśmy przewertować Panoramę Firm i znaleźć kogoś dobrego, kto zarazem byłby tańszy. Albo mogliśmy zatrudnić kogoś poprzez agencję. Ale Abby już zna nasze dzieci. Zna ich przyzwyczajenia, humorki, ulubione zajęcia. Wie, jak poradzić sobie z pytaniami Charliego, napadami złego humoru Lucy i wie, że nigdy, przenigdy nie można zapomnieć króliczka, kiedy wychodzi się gdzieś z Linusem. Poza tym ona już je kocha. Jak wycenić niezbitą pewność, że twoje dzieci są kochane, wtedy gdy ciebie przy nich nie ma?

Zasapany Charlie wpada do kuchni.

– Gdzie są moje karty z Pokemonami?

– Charlie, wciąż jesteś w piżamie. Zapomnij teraz o Pokemonach. Ubieraj się – mówię.

– Ale muszę mieć te karty z Pokemonami.

– Spodnie, koszulka, buty i zgaś u siebie światło – mówię.

Charlie odrzuca głowę do tyłu, wyrażając tym frustrację, ale odpuszcza i zasuwa na górę do swojego pokoju.

– Mamy coś jeszcze? – pyta Bob.

– Może zadzwonisz do tego gościa od drzwi garażowych?

– Jasne, mam go na liście.

Nasz garaż zaopatrzony jest w jeden z najnowszych modeli mechanizmów zamykających z czujnikiem, który zapobiega zamykaniu się, jeśli zobaczy kogoś pod drzwiami, na przykład małe dziecko. W teorii brzmi to świetnie, ale ostatnio doprowadza nas do szaleństwa. Jedno z naszych dzieci, podejrzewamy, że Charlie, puka w czujnik po prawej stronie, co sprawia, że przestaje on wisieć na tym samym poziomie, co czujnik po lewej. A gdy mechanizm ma zeza, przestaje w ogóle działać.

Kiedy my byliśmy dziećmi, razem z bratem Natem bawiliśmy się w Indianę Jonesa, używając do tego automatycznych drzwi w garażu. Jedno z nas naciskało przycisk na pilocie, a potem sprawdzaliśmy, które ma więcej zimnej krwi i dłużej odczeka, zanim pobiegnie i przeczołga się pod zamykającymi się drzwiami. Wtedy nie było żadnych zabezpieczeń. Tamten mechanizm działał zupełnie na ślepo. Gdyby nie było ryzyka, że drzwi śmiertelnie nas przygniotą albo przynajmniej boleśnie ścisną, nie mielibyśmy żadnej radości z tej zabawy. Nate był w niej świetny, nurkował i przetaczał się na drugą stronę w ostatniej sekundzie. Boże, wciąż za nim tęsknię.

Charlie przybiega do kuchni ubrany w koszulkę i szorty, ale bez butów.

– Mamo, co się stanie, jeśli na ziemi zabraknie przyciągania?

– A co ci kazałam założyć na siebie?

Żadnej odpowiedzi.

– Jest listopad, musisz mieć długie spodnie, koszulkę z długim rękawem i buty – mówię.

Sprawdzam godzinę. 7:15. Ciągle tu stoi, chyba czeka na moją odpowiedź w sprawie przyciągania ziemskiego.

– No idź!

– Dalej, dzieciaku, znajdź coś lepszego – mówi Bob i razem wychodzą.

Pozostałej dwójce zakładam kurtki i czapki, wysyłam jeszcze kilka e-maili, zapinam Linusa w foteliku samochodowym, odsłuchuję pocztę głosową, pakuję swoją torbę, zostawiam liścik dla Abby, w którym piszę o meczu, wylewam resztę zimnej kawy i wreszcie wychodzę. Przy drzwiach stoi już Bob z porządnie ubranym Charliem.

– Gotowa? – pyta Bob, odwracając się w moją stronę.

Oboje chowamy dłonie za plecami w pozycji wyjściowej.

– Gotowa.

Dzisiaj jest piątek. Bob odwozi dzieci do szkoły i żłobka we wtorki i w czwartki, ja obstawiam poniedziałki i środy. Piątki podlegają losowaniu. Chyba że jedno z nas zgłosi nieznoszący sprzeciwu wniosek, że musi jechać do pracy długo przed tym, gdy zaczynają się lekcje w szkole. Nożyczki przecinają papier. Papier wygrywa z kamieniem. Kamień wygrywa z nożyczkami. Oboje traktujemy to zupełnie serio.