Stara Flota. Tom 4. Niepodległość

Tekst
Autor:Nick Webb
Z serii: Stara Flota #4
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Stara Flota. Tom 4. Niepodległość
Stara Flota. Tom 4. Niepodległość
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 62,69  50,15 
Stara Flota. Tom 4. Niepodległość
Stara Flota. Tom 4. Niepodległość
E-book
29,79 
Szczegóły
Stara Flota. Tom 4. Niepodległość
Stara Flota. Tom 4. Niepodległość
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
32,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 2


Brytania, Whitehaven

Uniwersytet Oxford Novum

Budynek im. Curie, audytorium numer 201

– Zniszczony? Jak? – Proctor na oślep sięgnęła po krzesło i usiadła ciężko. Diaz był jej starym przyjacielem. Przez wiele lat służył jako jej pierwszy oficer na pokładzie „Chesapeake’a”, zanim opuściła mostek kapitański i przeniosła się do sztabu jako admirał i naczelny dowódca ZSO.

Była to najgorsza decyzja w jej życiu.

– Nad ranem kontakt metaprzestrzenny z „Chesapeakiem” został zerwany. Wcześniej wysłał wiadomość, że napotkał okręt nieznanej konstrukcji i pochodzenia w sektorze Irigoyen. Wysłaliśmy tam zwiadowcę, ale znalazł tylko szczątki i ślady walki. Nieznany okręt zniknął.

Proctor nie wierzyła własnym uszom. Kapitan Diaz był najlepszym oficerem floty, przynajmniej w jej opinii, a „Chesapeake” od dawna służył jako okręt flagowy. We flocie znajdowały się jednostki o wiele nowocześniejsze, lepiej uzbrojone i większe, ale „Chesapeake” był ostatni ze Starej Floty – nielicznych okrętów z grubym, wolframowym pancerzem, zdolnych wytrzymać silny ostrzał i potężne uszkodzenia. Właśnie dzięki okrętom Starej Floty udało się obronić Ziemię przed atakiem Roju nie raz, lecz dwa razy.

A teraz „Chesapeake” przestał istnieć. Ostatni okręt ze Starej Floty. Stracony na zawsze. Epoka wielkich pancerników oficjalnie dobiegła końca.

– Załoga przesłała jakieś dane wizualne?

– Niestety, nie. Po prostu zabrakło czasu. W jednej chwili ruszyli do walki, w następnej okręt został zniszczony. Nie wiadomo dosłownie nic o zagrożeniu, oprócz jednego – ten obcy zniszczył nasz okręt flagowy w pięć minut.

– A co z akcją terrorystów na Sangre de Cristo? Są powiązane? To ten sam sektor.

Oppenheimer pokręcił głową.

– Nie, na ile mogę ocenić. Wciąż nie mamy pojęcia, kto to zrobił. GKL twierdzi, że właśnie oni. Nasz wywiad zapewnia, że to fanatyczni grangeryści. Patriarcha grangerystów ogłosił dziś rano, że podejrzewa Chińczyków, a Chińczycy oczywiście zaprzeczają. Zresztą Chińska DRM też uważa, że to my. Normalnie kurewski bałagan…

– Licz się ze słowami – mruknęła Proctor odruchowo, jednak myślami była gdzie indziej. Zastanawiała się, jak oba te wydarzenia mogą się ze sobą wiązać.

Admirał wzruszył ramionami, lecz ani myślał przepraszać.

– Ten, kto zrzucił bombę, zapłaci za ten czyn. Od tygodnia eskortujemy statki konwojów humanitarnych zmierzające na Sangre. Jedna kopuła została całkowicie zniszczona. Zginęło ponad pięćdziesiąt tysięcy ludzi, a każda z pozostałych kopuł uważa, że będzie następna. Mamy tam pandemonium. Zamieszki, brak jedzenia, zastój prac. Do tego polityczne gówno: wszyscy obwiniają wszystkich, połowa z nich wskazuje na nas. Takie są skutki. I jeszcze ten nieznany okręt. Całkowicie obca konstrukcja, ani ludzka, ani Dolmasi czy Skiohra. Obcy nie odpowiedział na żadne nasze wywołania. A teraz „Chesapeake”… – zamilkł.

Profesor Proctor wstała. Musiała przytrzymać się katedry, żeby odzyskać równowagę. Wieść wywołała w niej wstrząs. Domyślała się, po co Oppenheimer tutaj przyszedł. Biorąc pod uwagę, że miała doświadczenie nie tylko z Rojem, lecz także z wieloma innymi obcymi – choćby z Dolmasi, Skiohra, Quiassi, Findiri oraz sporą liczbą dawno wymarłych cywilizacji zniszczonych przez Rój w jego tysiącletnim pochodzie przez Galaktykę – Oppenheimer chciał zapewne, aby pomogła zidentyfikować to zagrożenie. Miałaby zająć się badaniami i wycisnąć z nich najistotniejsze konkluzje.

– Dobra. Przyślij mi, co masz. Przygotuję rekomendacje dla Zjednoczonego Sztabu, gdy tylko przejrzę materiały. Mogę nawet zebrać zespół naukowy w krótkim czasie, jeżeli uda ci się znaleźć jakieś próbki albo nagrania tego nowego obcego. Domyślam się, że…

– Shelby, nie proszę cię o pomoc w laboratorium. Nie mamy czasu na badania naukowe.

Proctor odwróciła się i spojrzała mężczyźnie w oczy.

– No to po jaką cholerą się tutaj fatygowałeś, Christianie?

– Ponieważ jesteś mi potrzebna we flocie. Chcę, żebyś przejęła okręt i sprawdziła, co to za obcy, zanim nas wszystkich powybijają.

Proctor parsknęła śmiechem.

– Christianie, nie mówisz poważnie. Mam prawie siedemdziesiąt lat. Uczę ksenobiologii i właśnie kupiłam willę przy plaży. Tylko dwadzieścia kilometrów stąd. Wiesz, jak długo na to czekałam? Zdajesz sobie sprawę, jak wygląda rynek nieruchomości na Brytanii? Na nieruchomość przy plaży czeka się co najmniej dziesięć lat, a trudno nawet dostać się na listę oczekujących. Wiesz, ile mnie to kosztowało? To czyste szaleństwo…

– Shelby. – Admirał nie dał się nabrać na jej narzekania i nie pozwolił zmienić tematu. – Potrzebujemy cię.

– Sama się potrzebuję. Mój młodszy brat i jego żona oraz dzieci też mnie potrzebują. I moi studenci.

– Zjednoczona Ziemia cię potrzebuje.

Nie. Shelby Proctor zrobiła już swoje. Była marionetką, odegrała wyznaczoną jej rolę. Pozwoliła, aby jej karierą militarną manipulowali żądni awansu admirałowie, spiskujący generałowie, a co gorsza, pozbawieni skrupułów i chciwi politycy, przejęci bardziej kolejnym kryzysem w swoich kręgach niż prawdziwymi zagrożeniami.

A ten obcy okręt należał do takich właśnie prawdziwych zagrożeń. Galaktyka była niewyobrażalnie wielka, a ludzkość z pewnością nie odkryła wszystkiego, co kryło się wśród gwiazd. Z pewnością powstały tam inne Roje, inne zagrożenia dla cywilizacji. A co administracja i sztab naczelny kazali robić Proctor podczas jej służby jako kapitan okrętu oraz potem, jako admirał floty?

Kazali jej tak manewrować siłami zbrojnymi, żeby osiągnąć jak największe korzyści polityczne. Skierować je przeciw Konfederacji Rosyjskiej, przeciw Kalifatowi, przeciw Chińskiej Demokratycznej Republice Międzygwiezdnej… czy każdemu innemu oponentowi, któremu w danym dniu politycy Zjednoczonej Ziemi zamierzali zaimponować albo którego po prostu chcieli zastraszyć przy pomocy kilku okrętów.

– Zjednoczona Ziemia? Phi! Administracja może się smażyć w piekle…

Admirał Oppenheimer mruknął i pochylił się, aby podnieść kawałek kredy, którego Proctor nie zauważyła.

– Rząd? Nie mówię o rządzie, Shelby. Prezydent Quimby może sobie grzebać nawet palcem w tyłku, mało mnie to obchodzi. Mówię o naszej cywilizacji. Setkach miliardów dzieci, kobiet i mężczyzn, którzy mieszkają na naszych światach. Właśnie ta Zjednoczona Ziemia cię potrzebuje.

Proctor usiadła znowu. Popatrzyła na pusty monitor.

Słyszała to już wcześniej wiele razy. Tę samą przemowę wygłaszał każdy urzędnik administracji i każdy senator, gdy Proctor była admirał naczelną floty.

Jednak odpowiedź pozostawała wciąż ta sama.

– Nie – stwierdziła i wstała. Chwyciła swoją teczkę (nigdy nie nazywała jej torebką) i otworzyła drzwi. – Znajdź sobie innego bohatera, Christianie. Dla mnie te czasy już się skończyły.

– Jest jeszcze jedna sprawa, Shelby.

Proctor zatrzymała się w progu.

– Jaka?

– O ile się orientuję, twój krewniak, syn twojego brata, mieszka na San Martin.

– Owszem?

– San Martin znajduje się w sektorze Irigoyen, Shelby. Podobnie jak Sangre de Cristo. A niecałe dwie godziny temu otrzymałem… raporty.

Proctor poczuła ucisk w piersi. Danny był najstarszym synem jej brata i rok temu rozpoczął naukę w college’u na San Martin.

– Jakiego rodzaju raporty?

– Wywiad floty próbował poskładać informacje o tym… incydencie terrorystycznym.

„Pięćdziesiąt tysięcy ofiar to incydent?” – pomyślała Proctor z oburzeniem.

– Nie mogę ujawniać szczegółów – podjął admirał Oppenheimer. – Twój poziom dostępu uległ znacznym ograniczeniom. Jednak… ostatnio na San Martin zanotowano niepokoje społeczne. Nie takie, aby pojawiły się w wiadomościach sieciowych, rzecz jasna. Niepokoje związane są z GKL.

– Jasne, wiem. Wszyscy to wiedzą.

Oppenheimer wzruszył ramionami.

– Jednak zapewne nie wiesz, że wywiad od prawie roku śledził Danny’ego…

– Śledził Danny’ego? Czemu?

– …a trzy tygodnie temu chłopak zniknął. Rozwiał się jak dym. I mamy powody podejrzewać, że mógł być zaangażowany w incydent na Sangre.

Proctor odwróciła się i zatrzasnęła drzwi.

– Niemożliwe. Danny to dobry dzieciak. Nigdy, przenigdy nie wmieszałby się w nic podobnego. Nigdy.

Oppenheimer pokręcił głową.

– Przekazuję tylko to, co słyszałem. Przemyśl to. „Chesapeake” został zniszczony przez nieznanego wroga, a kapitan Diaz zginął. Zaledwie dwadzieścia lat świetlnych dalej w tym samym sektorze małą kolonię zaatakowali terroryści, którzy spuścili bombę atomową na kopułę, a w tym samym systemie wybuchają coraz większe niepokoje społeczne i polityczne. Wydarzenia najwyraźniej nie są powiązane, ale… no cóż, sama wyciągnij wnioski. W końcu chodzi o twoją rodzinę.

Tak, Danny należał do rodziny. Tak samo jak Diaz. Zanim został kapitanem, był prawą ręką Proctor, jej pierwszym oficerem.

Niech to szlag, Oppenheimer wiedział dokładnie, jak ją wmanewrować.

– Dobra. Ale tylko ten jeden raz. Tylko ta misja. Po jej zakończeniu i uporządkowaniu sprawy odejdę na dobre.

Admirał uśmiechnął się półgębkiem.

– Wiedziałem, że się zgodzisz. Świetnie. – Wyciągnął z kieszeni niewielki komunikator i uderzył palcem w wyświetlacz. Zaraz potem w drzwiach stanęło kilku oficerów. – Mamy dla ciebie okręt, załoga jest już na miejscu… Oczywiście oprócz głównej kadry. Udzieliłem ci przywileju, żebyś sama sobie wybrała współpracowników. Możesz wziąć każdego, kto służy w ZSO.

– A jakiż to stary wrak zarekwirowałeś któremuś z beznadziejnych kapitanów floty?

Oppenheimer wyszczerzył się w promiennym uśmiechu.

– Stary wrak? Nic podobnego. Tym razem, Shelby, nawet ty powinnaś być pod wrażeniem. Obecny tutaj komandor Yarbrough zaprowadzi cię i pokaże „Niepodległość”.

 

Nazwa okrętu przywołała wspomnienie sprzed lat.

– Dlaczego ta nazwa wydaje mi się znajoma?

– Ponieważ stocznie ZSO przygotowały projekt za twojej kadencji. Było to i nadal jest ściśle tajne przedsięwzięcie.

– Dlaczego?

Oppenheimer ruszył do drzwi.

– Niedługo sama się przekonasz – rzucił przez ramię, zanim wyszedł.

ROZDZIAŁ 3


Brytania, Whitehaven

Uniwersytet Oxford Novum

Budynek im. Curie, audytorium numer 201

– Pozwoli pani ze mną. – Komandor Yarbrough wskazał drzwi. Proctor popatrzyła na niego z niechęcią, jednak podniosła teczkę i ruszyła do wyjścia. Yarbrough prawie dreptał jej po piętach. Był młody i wydawał się beznadziejnie nadgorliwy. – Myślę, że spodoba się pani to, co zrobiliśmy z konstrukcją okrętów przez ostatnie kilka lat. – Niemal podskakiwał przy każdym kroku, gdy to mówił. Proctor uznała, że to żałosne.

– Na pewno.

Pozwoliła się poprowadzić do promu czekającego na lądowisku i usiadła w fotelu drugiego pilota, obok komandora.

– Lecimy do Scotland Yardu? – Z pozorną obojętnością wskazała w stronę suchych doków stoczni na rogatkach miasta. Obywatele Whitehaven, stolicy Brytanii, słynęli z dość pokrętnego poczucia humoru.

– Nie. Ten okręt jest zbyt tajny, żeby go tam umieścić. Nie życzylibyśmy sobie, żeby każdy w Whitehaven mógł wyjrzeć przez okno i przyjrzeć się naszej ptaszynie, unoszącej się w oddali.

– Ptaszynie?

– Tak przezwaliśmy OZF „Niepodległość”. Główna projektant uznała, że przezwisko pasuje. Niedługo ją pani pozna, będzie głównym mechanikiem w tej misji.

– Myślałam, że sama mogę wybrać załogę mostka? – zdziwiła się Proctor. – Czy to znaczy, że ten przywilej był tylko na papierze? Cholera…

Komandor Yarbrough pokręcił głową, a potem skierował prom na kurs, którym oddalali się od bazy w Whitehaven, niedaleko stoczni Scotland Yard na rogatkach stolicy.

– Nie, pani admirał. Oczywiście, że ma pani prawo wymienić główną mechanik, gdy tylko pani zechce, jednak wydaje mi się, że ze względu na wiedzę o konstrukcji okrętu lepiej będzie ją zatrzymać. Nowe technologie, które zostały zastosowane, są… imponujące, chociaż może to niezbyt adekwatne określenie. Niestety, lepszego nie znam.

Prom wylądował. Proctor i komandor przesiedli się na prom orbitalny, który mógł ich zabrać z powierzchni planety do stoczni Wellington na orbicie Calais, gazowego giganta, znajdującego się za pasem asteroid, zaledwie o skok kwantowy od Brytanii. Gdy Proctor przeszła przez właz, omal nie podskoczyła na tubalny okrzyk, który powitał ją w kabinie.

– Shelby! Cholernie miło znowu cię widzieć.

Na fotelu pilota siedział mężczyzna w średnim wieku. Wyglądał, jakby siłą wepchnięto go w uniform kadeta, który dopiero skończył szkołę. Oprócz przyciasnego kombinezonu pilot nosił wypielęgnowaną kozią bródkę i oczywiście uśmiechał się szeroko.

Proctor odpowiedziała równie serdecznym uśmiechem.

– Ciebie też miło znowu widzieć, Chojrak – zwróciła się do niego starym pseudonimem z czasów, gdy służyli razem na „Konstytucji” i „Wojowniku”. Proctor zaskoczyło, że Tyler „Chojrak” Volz jest tutaj, zamiast dowodzić własną jednostką, dopóki nie przypomniała sobie, że jego okręt został zezłomowany rok temu. – Christian ciebie też w to wciągnął?

– Wciągnął? Cholera, poprosiłem o ten przydział. Zeszłej nocy zaczęły krążyć pogłoski, że Oppenheimer zamierza cię przywrócić do służby. Uznałem, że nie pozwolę, aby jakiś zasmarkany chłoptaś został twoim dowódcą skrzydła myśliwców.

Proctor spojrzała na niego ze zdumieniem. Volz dobiegał sześćdziesiątki, powinien raczej nosić epolety wiceadmirała i siedzieć wygodnie za biurkiem w jakiejś placówce floty blisko plaży.

– Zgłosiłeś się na ochotnika?

– A czy europejscy politycy cuchną jak tanie dziwki? – Obrócił się w fotelu i uśmiechnął złośliwie do komandora Yarbrough, który skrzywił się na to dość wulgarne określenie. – To znaczy tak, synu. Właśnie tak cuchną.

– Ale masz teraz stopień kapitański, Chojrak…

– Dzięki czemu łatwiej mi było pociągnąć za odpowiednie sznurki, żeby się tutaj znaleźć. Trzymajcie się. – Przesunął dźwignię akceleratora do maksimum. Budynki za oknami kabiny rozmyły się w niewyraźne pasma.

– Kapitanie Volz, proszę trzymać się standardowych parametrów przelotu – upomniał go komandor Yarbrough, zacisnąwszy dłonie na podłokietnikach fotela.

– Bez obaw, komandorze, nie puszczą ci zwieracze. Latałem na takich promach, zanim jeszcze się urodziłeś. – Volz uniósł dziób w niebo i prom pomknął przez chmury.

Proctor uśmiechnęła się pod nosem. Chętnie sama wybrałaby do załogi Tylera Volza, gdyby przypuszczała, że się zgodzi. Chociaż miała mieszane uczucia dotyczące tej misji, jednak obecność Chojraka nieco łagodziła niepokój.

– Proszę mi powiedzieć, komandorze Yarbrough, co to za nowe technologie wprowadzono do mojego okrętu? – zagaiła.

Yarbrough nerwowo zacisnął pasy, gdy prom przedzierał się przez atmosferę.

– Bardzo różne, pani admirał, zarówno defensywne, jak i ofensywne, a także nowy, eksperymentalny rodzaj napędu. Nazwaliśmy go technologią skoku transkwantowego. Generalnie pozwala na wykonywanie o wiele dalszych skoków niż standardowe. Można skoczyć prawie pięćdziesiąt razy dalej.

Proctor zatchnęła się z wrażenia.

– Skok na pięć lat świetlnych? Jasna cholera…

Yarbrough z powagą skinął głową.

– W rzeczy samej. Przeprowadzałem wczesne testy z podstawową załogą na pokładzie. Nasza nawigator nazwała te skoki „transowymi” pomimo moich wielokrotnych próśb, żeby tego nie robiła. – Skrzywił się boleśnie. Zdaje się, że był odporny na humor z zeszytów szkolnych, chociaż Proctor musiała się lekko uśmiechnąć. Skoki transowe. Lepiej, żeby Oppenheimer tego nie usłyszał.

– Skoki transowe? – zaśmiał się Chojrak. – Muszę zapamiętać.

Komandor Yarbrough pochylił się nad pulpitem sterowniczym drugiego pilota i przełączył kilka przycisków. Zapewne próbował wyrównać kurs po wykręcających wnętrzności manewrach kapitana Volza. Stary pilot po prostu nie potrafił się powstrzymać przed wyjściem z atmosfery po ciasnej spirali.

– Zastanawiałem się nad tym dość długo. Początkowo sądziłem, że można po prostu nadal mówić skoki kwantowe i nic nie zmieniać, ale potem zacząłem się skłaniać bardziej do określenia „transskoki”. Jednak okazało się, że może to wywołać zamieszanie niewyraźną wymową, zwłaszcza przy używaniu systemów łączności. Rozważałem także skrótową nazwę skoki q-t…

– Skoki kute? – skrzywił się Volz.

Yarbrough wzruszył ramionami.

– Potem uznałem, że potrzebny będzie chyba bardziej formalny termin, więc sporządziłem listę możliwych nazw…

Proctor przewróciła oczami. Ten komandor za bardzo się popisywał.

– Na razie pozostaniemy przy określeniu skoki transkwantowe, komandorze. – Popatrzyła przez iluminator dziobowy na rozrzedzającą się atmosferę.

Yarbrough włączył reduktory inercji. Proctor była przyjemnie zaskoczona – technologia w tej dziedzinie musiała bardzo pójść naprzód, ponieważ prawie nie odczuwało się turbulencji podczas mijania kolejnych warstw atmosfery.

– A w ogóle jak duża jest ta piękność?

Chojrak uśmiechnął się znowu.

– I kto to pyta – parsknął.

– Ty nigdy nie dorośniesz, co? – Proctor zmarszczyła brwi w udawanym oburzeniu. Szczerze powiedziawszy, brakowało jej przekomarzania się, wulgarnych żartów i radości, jaką niosła służba z oficerami, którzy lekceważyli oficjalny protokół, mimo że politycy i najwyższe szarże floty nieustannie przywoływali wszystkich, zwłaszcza Proctor, do porządku. Akademia nigdy jej tego nie dała. Bo niby jak?

– A po cholerę miałbym dorastać?

Komandor Yarbrough wyjął podręczny komunikator, rozłożył go i zaczął czytać z wyświetlacza:

– Okręt ma pięćset jeden metrów długości, zasilany jest reaktorem z bezpośrednim podwójnym wtryskiem fuzyjnym antymaterii, wytwarzającym moc pięćdziesięciu terawatów. Centralny komputer nie posiada jednolitego rdzenia o określonej lokalizacji, lecz jest rozproszony po ścianach i pokładach okrętu. Standardowy napęd zapewnia średnie przyśpieszenie do dziesięciu g i ma poczwórną stabilizację oraz emituje grawitony z przesunięciem fazowym w reduktorach inercji. Konwektory napędu transkwantowego ładują się ponownie w mniej niż minutę i pozwalają na pokonanie odległości ponad trzystu lat świetlnych w godzinę. I ponad pięćdziesiąt…

Proctor przerwała mu uniesieniem ręki.

– Trzysta lat świetlnych w godzinę? W dwie godziny możemy dotrzeć do granic znanej nam przestrzeni!

– Tak jest. Jak powiedziałem, to ściśle tajne. ZSO doskonaliły tę technologię przez prawie trzy lata i raczej nie życzą sobie, aby ta wiedza stała się powszechna. Przynajmniej na razie.

Proctor przeliczyła w pamięci i wyszło jej, że „Niepodległość” może dotrzeć do sektora Irigoyen w mniej niż dziesięć minut.

„Cholera, będę musiała się skupić na misji, gdy tylko zbiorę załogę”.

Jakby czytając jej w myślach, Volz oznajmił:

– Trzymajcie się mocno, chłopcy i dziewczynki. Za chwilę zrobimy skok kwantowy na Calais.

A potem wcisnął guzik inicjatora na panelu i obraz za oknami nagle się zmienił. Zniknęła rozmyta atmosfera Brytanii, a pojawiły się pomarańczowo-czerwone pasma obłoków Calais, jednego z dwóch gazowych olbrzymów w układzie planetarnym Brytanii. Kilkadziesiąt kilometrów dalej unosiła się stocznia Wellington, w której na długich rampach konstrukcyjnych znajdowały się dziesiątki okrętów w różnych stadiach budowy. Stocznia została bardzo mocno zniszczona podczas drugiej wojny z Rojem, ale w okresie powojennej rekonstrukcji nie tylko ją odbudowano, lecz także rozwinięto – w myśl ludzkiej tradycji, że gdy zepsuto zabawkę, należy sprawić sobie kolejną, jeszcze większą.

Ukryty w jednym z niższych doków konstrukcyjnych niczym mały ptak pod skrzydłami matki, unosił się okręt, jakiego Proctor jeszcze nigdy nie widziała. Jednostki Starej Floty, na których służyła przez połowę swojej militarnej kariery, były przysadziste i masywne, przystosowane do znoszenia uszkodzeń w walce, podczas gdy to cacko wyglądało jak dzieło sztuki.

– Oto „Niepodległość”, pani admirał – oznajmił Yarbrough. – Gotowa do wyjścia w przestrzeń pod pani rozkazami.

Volz zagwizdał.

– Rzeczywiście piękność, co tu kryć. W niczym nie przypomina wraków, do których przywykliśmy podczas drugiej wojny. Ale też te wraki ocaliły nam tyłki więcej razy, niż mógłbym zliczyć. Ta ślicznotka na pewno jest gotowa? Jakieś asy w rękawie mamy?

Po prawie godzinie marszczenia brwi, krzywienia się i napominania towarzyszy podróży Yarbrough nareszcie się uśmiechnął.

– Sam pan zobaczy.

ROZDZIAŁ 4


Sektor Irigoyen

układ gwiezdny Bolivar, planeta Bolivar

Wysoka orbita stacjonarna

stacja strażnicza Brytan

Porucznik Ethan Zivik wiedział z całą pewnością, że jego stanowisko na pokładzie stacji obronnej Brytan nad peryferyjną kolonią na planecie Bolivar to kara. Odwet za niesubordynację. Przynajmniej w oczach poprzedniej zwierzchniczki, wrednej suki, była to niesubordynacja. A przecież Ethan tylko powiedział prawdę.

„W tym mundurze naprawdę wygląda pani grubo”. Tylko tyle. Co w tym złego? Zapytała, więc odpowiedział. Chciała znać jego uczciwą opinię, zatem ją wyraził.

Jasne, Ethan pojawił się wtedy na służbie podpity, ale chyba połowa oficerów „Farraguta” wcale nie zachowywała się lepiej. Pierwsza była grubą świnią uzależnioną od kokainy, więc zwykle nie zwracała uwagi na uchybienia innych, zwłaszcza że nie chciała wyjść na hipokrytkę. Jednak nie zniosła, gdy niepochlebnie skomentowano jej figurę. Co to, to nie. A przecież wyglądała jak przerośnięta ropucha.

Ethan wcisnął kilka przełączników, aby uruchomić cogodzinny skan detektorami – czujniki miały go ostrzec, gdyby w pobliżu Bolivara pojawił się jakiś nieproszony gość. Ze względu na sytuację alarmową na Sangre de Cristo oraz zniknięcie „Chesapeake’a” zaledwie dziesięć lat świetlnych stąd Zivik ostatnio poświęcał więcej uwagi wynikom skanowania. Wcześniej po prostu układał na komputerze pasjanse, podczas gdy przychodziły raporty ze skanów, potwierdzając cichym piknięciem, że w okolicy planety nie ma żadnego intruza.

Intruza? He-he. Minęły lata, a raczej dekady, odkąd w pobliżu jakiejkolwiek planety ludzi pojawił się intruz. Rój został zgładzony. Konfederacja Rosyjska wycofała się i zachowywała obecnie jak pustelnik zapatrzony we własne wnętrze. W Kalifacie wybrano po raz pierwszy mułłę, który modlił się nie tylko o pokojową koegzystencję, lecz także o współpracę ze światami Zjednoczonej Ziemi, a Chińska Demokratyczna Republika Międzygwiezdna jak zwykle troszczyła się tylko o zyski. Ale przynajmniej chciała je osiągać metodami pokojowymi. A wojna psuła interesy. Chyba że chodziło o uzbrojenie i jednostki militarne, ale w tym Chińczycy osiągali spore zyski także podczas pokoju.

 

Ethan popatrzył przez iluminator.

I dosłownie spadł z fotela.

Nigdy wcześniej nie zleciał z siedzenia, przynajmniej nie wtedy, gdy był trzeźwy, a jednak tym razem znalazł się na podłodze. Próbował szybko wstać, ale uderzył kolanami w konsolę i znowu się przewrócił.

– Alarm – zawołał, zwróciwszy głowę w stronę autokomu. – Oddziały obronne, pełna gotowość! Zbliża się intruz!

Dlaczego nic nie usłyszał? Gdy skanowanie dawało wynik negatywny, rozlegało się krótkie piknięcie. Gdyby czujniki wykryły obiekt, dyspozytornię wypełniłyby syreny alarmowe – zupełnie jak na ćwiczeniach. Zivik postanowił, że przy najbliższej okazji pogada sobie z ekipą naprawczą.

Kiedy znowu popatrzył na statek, uznał, że nie ma co oglądać. Intruz miał masywny kadłub, ale bez żadnych wyraźnych cech wskazujących na uzbrojenie, poszycie pokrywały tylko małe łuskowate występy. No, ale to jednak był niezapowiedziany gość. Ethan nie dostał od ZSO żadnego powiadomienia, że ma się spodziewać jakiejkolwiek jednostki ziemskiej lub obcej, a to znaczyło, że należy ogłosić alarm.

Tyle tylko, że Ethan myślał jedynie o tym, żeby się napić. I to sporo. Sięgnął do łydki, szarpnął cholewę buta, zrywając sznurówkę, aby wyjąć niewielką płaską flaszkę. Zwykle Zivik nie zaczynał pić wcześniej niż pod sam koniec wachty, ale ten dzień był wyjątkowy. Nie wiedział, dlaczego tak uważał. Po prostu to czuł. A wiadomo przecież, że pije się właśnie podczas specjalnych okazji.

Nieduży statek wypuścił czerwony promień, który przebił stanowisko obronne.

„No to mamy problem” – pomyślał Zivik i na poważnie rozważył, czyby nie wstać i nie ostrzec obsługi dział, że sytuacja jest krytyczna. Jednak przechylił tylko flaszkę i ją opróżnił. „Kurwa, potrzebuję więcej tego gówna”.

Drzwi do jego ciasnej dyspozytorni otworzyły się z trzaskiem i w progu pojawił się komandor Dupek. Przynajmniej tak nazywał go w myślach Zivik. Gdy Dupek się odzywał, trzęsły mu się wąsy, a jego krótkie włosy jeżyły się, kiedy się denerwował. Obecna sytuacja bez wątpienia była denerwująca. Ethan domyślał się, że statek, czy raczej okręt, który do nich strzelił, zapewne stanowił przyczynę tego stanu, ale czy to powód, żeby od razu się tak napinać? Doprawdy, komandor Dupek wyglądał, jakby zaraz miał wybuchnąć.

– Co, u licha, się dzieje, Zivik? Dlaczego nie zostaliśmy ostrzeżeni?

„Wal się, dupku”.

Ethan zdusił grubiańską odpowiedź i wyraził się bardziej oględnie.

– Doprawdy, komandorze, sam muszę wszystko tutaj robić?

W głębi duszy prawie nie wierzył własnym uszom. Naprawdę tak powiedział? Co on, kurwa, niby robił? Ethan w duchu rechotał jak dwunastolatek i chętnie dodałby do tego jeszcze jakiś żart o cyckach. Piersi zwierzchnika trzęsły się przy każdym kroku, zwłaszcza gdy spocony prostował się z oburzenia.

Komandor zamarł. Wyglądał, jakby się bił z myślami. Z jednej strony miał ochotę dosadnie zrugać podwładnego, ale z drugiej po prostu nie wierzył w to, co usłyszał.

Na szczęście niedowierzanie wzięło górę.

– Coś jest nie tak, Zivik. Czujesz to?

– Czuję co? Chcesz, żebym znowu pomacał ci jaja?

– Kurwa, zamknij się, poruczniku, i słuchaj.

Zivik zmusił się i powstrzymał kolejny komentarz, a potem uspokoił oddech na tyle, aby cokolwiek usłyszeć.

Krzyki. Wrzaski. Śmiechy. Gdzieś na końcu korytarza trwało wspaniałe przyjęcie. Albo walka na pięści do krwi ostatniej. Tak czy siak, było bardzo głośno.

Komandor zaklął.

– Czujesz to?

Ręce dowódcy się trzęsły, oczy miał wytrzeszczone. Zacisnął dłonie tak mocno, że pobielały mu kłykcie. Oddychał płytko, ale do Zivika dotarł ledwie słyszalny szept, który wyrwał się zwierzchnikowi z ust:

– Golgoci.

Komandor się przeżegnał.

„Hę?” – zdziwił się Ethan. O co chodziło temu dupkowi? Zawsze był taki religijny? Śmiechy i krzyki na korytarzu zabrzmiały głośniej.

– Nie rozumiem, dlaczego wszyscy się bawią, gdy znajdujemy się pod ostrzałem, Pat. Albo Patsy. Mogę nazywać cię Patsy?

Pięść uderzyła Zivika prosto w twarz, w ustach poczuł metaliczny smak krwi.

„Kurwa, mam tak to przyjąć? Pora wziąć się w garść. Tylko najpierw muszę znaleźć coś do picia…”

Komandor Sztywny Dupek nie uderzył jednak po raz drugi, lecz pochylił się do konsoli i wcisnął guzik łączności ze wszystkimi stanowiskami.

– Uwaga, załoga! Tu komandor Smith! Walczcie z tym, ludzie! Wiecie, o co mi chodzi. Czujecie to. Głosy mówią wam, co robić… Każą wam robić coś, czego nie powinniście, i dobrze o tym wiecie. Walczcie z tym. To rozkaz. Wykonajcie swój obowiązek. Albo… albo przyjdę i osobiście wam to wybiję z tych zakutych łbów. Smith, bez odbioru.

Głosy? O czym ten kretyn gada? Ethan zaklął. Wszystko nabrałoby więcej sensu, gdyby tylko wypił kilka głębszych.

„Gdzie ja dałem tę drugą flaszkę?” – zastanawiał się. Jednak głos w jego głowie, ten rozsądny i koszmarnie nudny, powtarzał, że w słowach dowódcy było sporo racji. Ethan nie czuł się normalnie. Właściwie był rozdarty. Chciał działać, zostać bohaterem, podziurawić obcy okręt i załatwić sprawę, jednak miał też ochotę kopnąć zwierzchnika w jaja, napić się wódki, a potem dołączyć do imprezy na korytarzu.

– Poruczniku Zivik, jeżeli nie zacznie pan wydawać rozkazów, aby odpowiedzieć ostrzałem na ostrzał, wyślę pana do aresztu – ostrzegł komandor Dupek Sztywny Pal. Zaciskał zęby, jakby z trudem powstrzymywał wybuch gniewu. Ethana kusiło, aby podrażnić zwierzchnika bardziej w odwecie za cios pięścią, ale zaraz dotarło do niego, że to zupełnie irracjonalne zachowanie. Przecież stacja naprawdę została ostrzelana.

Kurwa mać, obcy okręt!

Komandor Jebany Dupek mówił dalej. Przestał zaciskać zęby, chyba udało mu się opanować. Idealna okazja, żeby rzucić jeszcze jednym grubszym żartem pod jego adresem.

– I proszę przekazać ostrzeżenie do CENTCOM-u ZSO o sytuacji alarmowej. Zostaliśmy zaatakowani.

Za oknem nieduży okręt strzelał nieustannie. Zbliżył się już na tyle, że znajdował się zaledwie o kilka kilometrów od stacji Brytan.

A potem rozpętało się piekło, jednak Zivik, wbrew narastającemu napięciu, nie przestał macać przy klamrach drugiego buta.

„No, jest” – pomyślał, gdy znalazł butelkę.

Musiał się napić, żeby znieść to, co – jak widział – czekało zaraz stację.