Cztery miłościTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Trudniej jest zwięźle wyjaśnić, czemu odpowiada przyjemność płynąca z doceniania innych rzeczy.

Przede wszystkim jest ona punktem wyjścia dla ludzkiego doświadczenia piękna. Nie da się odkreślić miejsca, w którym kończą się przyjemności „czysto zmysłowe”, a zaczynają „czysto estetyczne”. Doświadczenie znawcy win zawiera w sobie również elementy skupienia, oceny i zdyscyplinowanej otwartości umysłowej, które nie są zmysłowe; z kolei doświadczenie muzyka oprócz elementów estetycznych zawiera zmysłowe. Pomiędzy zmysłową przyjemnością czerpaną z ogrodowych aromatów, przyjemnością oglądania wiejskiego krajobrazu jako takiego (tj. kontemplowaniem „piękna”), a nawet przyjemnością obcowania z przedstawiającymi go malowidłami czy opisującymi go wierszami istnieje nie tyle ostra granica, ile nieprzerwana ciągłość stanów pośrednich.

Ponadto – jak już zauważyliśmy – w przyjemnościach takich od początku tkwi ślad czy przebłysk bezinteresowności. Oczywiście można powiedzieć, że w jeszcze większym stopniu bywamy bezinteresowni czy altruistyczni w stosunku do przyjemności płynących z potrzeby. W kulturze angielskiej do legendy przeszedł gest renesansowego poety i dworzanina Philipa Sidneya, który, choć sam ciężko ranny, oddał kubek wody umierającemu towarzyszowi broni. Teraz nie mówię jednak o takiej bezinteresowności. Sidney spełnił uczynek miłości bliźniego – jednak w wypadku przyjemności płynących z docenienia czegoś (choćby i najniższych) mamy do czynienia z poczuciem, które trzeba nazwać bezinteresowną miłością w o b e c r z e c z y s a m e j. Mówimy tu o uczuciu, które sprawia, że człowiekowi trudno byłoby zniszczyć piękny obraz, choćby człowiek ten był ostatnim z żyjących i sam miał wkrótce umrzeć. To samo uczucie każe nam się cieszyć na myśl o pięknie nietkniętych lasów, chociaż sami nigdy ich nie zobaczymy; wywołuje w nas ono niechęć do planów zniszczenia ogrodu albo zagonu pachnącego groszku. Nie w tym rzecz, że po prostu „lubimy” te rzeczy – na krótką chwilę, niczym sam Bóg „widzimy, że są bardzo dobre”.

W tym miejscu zaczyna nam przynosić korzyść zasada rozpoczynania od tego, co najniższe, bez którego nie zdoła ustać to, co najwyższe – a mianowicie pokazuje nam ona pewną niedoskonałość we wcześniejszym podziale miłości na płynące z potrzeby oraz będące darem. W miłości istnieje jeszcze element trzeci, nie mniej od poprzednich ważny, którego zapowiedź znajdujemy właśnie w przyjemnościach płynących z docenienia czegoś. Otóż to samo poczucie, że dana rzecz jest bardzo dobra (tego samego rodzaju troska czy wręcz hołd oddawany rzeczy z poczuciem, że spłacamy w ten sposób pewien dług), to samo pragnienie, aby dana rzecz istniała jak najdłużej, choćbyśmy sami nie mieli z niej korzystać – wszystko to może dotyczyć nie tylko rzeczy, ale i osób. W odniesieniu do kobiety nazywamy to adorowaniem; do mężczyzny – kultem bohaterów; do Boga – po prostu czcią.

Miłość z potrzeby woła do Boga z głębin naszej nędzy; miłość będąca darem pragnie służyć Bogu, a nawet dla Niego cierpieć. Miłość płynąca z docenienia mówi: „Dzięki Ci składamy, bo wielka jest chwała Twoja”. Miłość z potrzeby mówi o kobiecie: „Nie umiem bez niej żyć”; miłość-dar chce jej zapewnić szczęście, wygodę, ochronę, na ile się da – również bogactwo; miłość z docenienia z zapartym tchem wpatruje się w kobietę i raduje się milcząco, że może istnieć podobny cud; choćby ktoś taki kobietę utracił, nie popadnie w całkowite przygnębienie, bo woli zostać odrzucony, niż gdyby miał jej nigdy w ogóle nie spotkać.

Tak szczegółowa analiza miłości przypomina zabijanie żywej istoty w celu przeprowadzenia sekcji. Na szczęście jednak w rzeczywistości te trzy elementy mieszają się i przeplatają. Z wyjątkiem miłości-potrzeby, żaden raczej nie występuje bez innych w stanie „chemicznie czystym” na dłużej niż kilka sekund. Być może dzieje się tak dlatego, że w naszym obecnym życiu nic nie jest trwałe oprócz naszej nędzy.

Dwa rodzaje miłości wobec rzeczy bezosobowych domagają się szczególnego potraktowania.

Dla niektórych, w tym może szczególnie Anglików i Rosjan, nadzwyczaj trwałym i ważnym uczuciem jest umiłowanie szczególnej mocy natury. Mam tu na myśli taką miłość przyrody, której nie da się zaklasyfikowaćpo prostu jako przykładu ogólnej miłości do piękna. Oczywiście wiele rzeczy naturalnych – takich jak drzewa, kwiaty czy zwierzęta – jest pięknych. Jednak ci miłośnicy natury, o których mi tutaj chodzi, nie interesują się zbytnio tym czy innym z pięknych stworzeń. Ludzie, którzy tak robią, wręcz ich irytują. Dla miłośnika mocy i potęgi natury wędrówka w towarzystwie zapalonego botanika stanie się torturą – botanik przez cały czas będzie przystawał i podkreślał szczegóły. Tak samo miłośnik natury nie szuka „widoków” czy ładnych krajobrazów. Zdecydowanie potępiał to angielski poeta William Wordsworth, którego możemy uznać za rzecznika tego rodzaju postawy. Jego zdaniem szukanie „widoków” prowadzi do tego, że „scenę ze sceną jedynie porównujemy” i – jak twierdził – „folguje sobie wówczas zaledwie człowiek marnych nowości w barwie i proporcji wyszukiwaniem”. Kiedy zaprząta nas krytyczne myślenie i ocena krajobrazu, przeoczamy to, co naprawdę istotne, a więc„czasu i pór roku nastroje” – nie widzimy „ducha” danego miejsca. Wordsworth oczywiście miał słuszność; dlatego dla takiej osoby malarz-pejzażysta będzie na spacerze nawet jeszcze gorszym towarzyszem od botanika.

Liczą się „nastroje”, liczy się „duch”. Miłośnicy natury pragną możliwie jak najpełniej odbierać to, co przyroda niejako mówi do nich w danym miejscu o danym czasie. Obfitość, piękno i harmonia niektórych scenerii wcale nie mają dla nich większej wartości niż ponurość, monotonia czy „natchniona posępność” innych. Tacy ludzie są otwarci na monotonny krajobraz, który dla nich również jest słowem wypowiedzianym przez naturę. Odsłaniają się na działanie przyrody – w każdym miejscu i o każdej porze dnia – chcąc je w siebie wchłonąć i do głębi przyswoić.

Doświadczenie to, wynoszone ponad niebiosa w dziewiętnastym wieku, współcześnie jest (jak wiele innych) lekceważone i wydrwiwane. Trzeba oczywiście przyznać, że Wordsworth, wypowiadając się nie jako poeta, ale jako filozof (niekoniecznie wysokiego lotu), powiedział na ten temat niejedno głupstwo. Dopóki nie ma na to dowodów, głupotą było z jego strony twierdzić, że kwiaty cieszą się wdychanym powietrzem, nie dodając przy tym, że gdyby tak było, oprócz przyjemności kwiaty musiałyby również zaznawać bólu. Podobnie niewielu ludzi może za nim powiedzieć, że nauczyło się filozofii moralnej za sprawą „impulsu z wiosennego lasu płynącego”.

Gdyby nawet tak było, raczej nie byłaby to moralność, która spodobałaby się Wordsworthowi. Być może byłaby to moralność bezwzględnej konkurencji. Wydaje mi się, że tak właśnie jest w wypadku wielu myślicieli współczesnych. Kochają oni przyrodę o tyle, o ile okazuje się ona w ich mniemaniu wołaniem do „mrocznych bogów w naszym krwiobiegu” – obszaru, w którym bez litości i wstydu trwa działanie seksu, głodu i brutalnej władzy.

Przyroda jest nauczycielką, która uczy wyłącznie tych rzeczy, których z góry postanowiliśmy się nauczyć: innymi słowy, przyroda nie uczy niczego. Skłonność do traktowania przyrody jako nauczycielki oczywiście łatwo jest zaszczepić na gruncie tego, co nazwałem „miłością natury”, jednak skłonność ta pozostaje obcym przeszczepem. Kiedy poddajemy się „nastrojom” i „duchom” przyrody, nie dają nam one wskazówek moralnych. Natura miota w naszą stronę swą przytłaczającą radość, wzniosłą potęgę i monotonną posępność. Jeżeli decydujesz się coś od niej przyjąć, możesz to zrozumieć tak, jak tylko zechcesz. Jedynym nakazem, jaki wypowiada przyroda, jest: „Patrz – słuchaj – uważaj”.

To, że jej nakaz tak często bywa interpretowany błędnie, przez co ludzie zaczynają wokół niego tworzyć różnorakie teologie, panteologie i kontrteologie (z których każdą można łatwo podważyć), nie dotyczy tak naprawdę istoty tego doświadczenia. Tym, co naprawdę czerpią z przyrody jej miłośnicy – czy to będą naśladowcy romantycznej postawy Wordswortha, czy nosiciele „mrocznych bogów w krwiobiegu” – jest pewna ikonografia, język obrazów. Nie chodzi mi tu po prostu o obrazy wizualne, lecz o „nastroje” czy „duchy” same w sobie – obrazy te to przemożne naturalne ucieleśnienia smutku, radości, okrucieństwa, przerażenia, pożądania, niewinności, czystości. Każdy może w nie potem przyoblec własne przekonania. Jednak teologię czy filozofię musimy czerpać skądinąd (i nie będzie dla nas wielkim zaskoczeniem, że często uczymy się jej po prostu od teologów i filozofów).

Mówiąc o przyoblekaniu naszych przekonań w pewne obrazy, nie mam na myśli wykorzystywania przyrody jako źródła porównań czy metafor, tak jak to czynią poeci. Równie dobrze mógłbym powiedzieć, że dzięki obrazom płynącym z natury nasze przekonania „zostają napełnione treścią” czy „nabierają rzeczywistości”. Gdyby nie działanie przyrody, wielu ludzi – w tym niżej podpisany – nie umiałoby włożyć żadnej treści w słowa, którymi wyznajemy naszą wiarę. Natura nigdy nie nauczyła mnie, że istnieje Bóg chwały i nieskończonego majestatu – tego musiałem się dowiedzieć skądinąd. Nauczyła mnie jednak, czym jest majestat i chwała, i nie znam innego źródła, z którego mógłbym się tego dowiedzieć. Bez przyrody nie wyobrażam sobie, abym mówiąc o „lękaniu” się Boga, mógł mieć na myśli cokolwiek innego niż banalne starania o zwykłe, codzienne bezpieczeństwo – oglądałem jednak złowrogie głębie wąwozów i niedostępne urwiska. Gdyby przyroda nie obudziła we mnie pewnych tęsknot i pragnień, nie byłaby możliwa, jak mi się wydaje, wielka część tego, co rozumiem przez „miłość” do Boga.

Oczywiście sam fakt, że chrześcijanin może czynić taki użytek z przyrody, w najmniejszym stopniu nie stanowi dowodu na prawdziwość chrześcijaństwa. Równie dobrze w tym samym celu mogą ją wykorzystywać zwolennicy „mrocznych bogów” – i w tym właśnie rzecz. Przyroda niczego nie uczy. Prawdziwa filozofia może niekiedy potwierdzać doświadczenie płynące z obcowania z przyrodą – jednak doświadczenie to nie może stanowić potwierdzenia dla filozofii. Natura nie jest w stanie zweryfikować żadnego stwierdzenia teologicznego czy metafizycznego (a przynajmniej nie w sensie, o jaki nam tu chodzi). Może jedynie pokazać, co dane stwierdzenie może oznaczać.

 

Na gruncie założeń chrześcijaństwa możemy dodać, że nie dzieje się tak przypadkowo. Należy się spodziewać, że chwała stworzenia będzie dla nas wskazówką mówiącą o chwale Tego, który nie jest stworzony – natura wywodzi się przecież właśnie z Niego i w pewien sposób stanowi Jego odbicie.

W pewien sposób – jednak chyba nie w sposób tak bezpośredni i prosty, jak mogłoby nam się z początku wydawać. Wszak faktem są również wszystkie te rzeczy, które lubią podkreślać miłośnicy natury należący do drugiej szkoły: istnieją nie tylko pierwiosnki w lesie, ale i robaki w jelitach. Kiedy próbujemy godzić ze sobą te różne fakty, czy też usiłujemy twierdzić, że tak naprawdę nie potrzebują one godzenia, odchodzimy tym samym od bezpośredniego doświadczenia przyrody (o którym teraz mówimy), a przechodzimy do metafizyki czy teodycei. Być może taki wysiłek interpretacyjny jest rzeczą słuszną, jednak moim zdaniem nie należy go mieszać z umiłowaniem siły i piękna przyrody jako takim. Kiedy próbujemy wyrazić, co natura mówi do nas bezpośrednio, nie możemy wychodzić poza nią. Nie wolno nam szukać przez nią bezpośredniej ścieżki biegnącej na skróty ku lepszemu poznaniu Boga. Taka ścieżka natychmiast się kończy i zaciera. Dreszcze przerażenia i tajemnice, głębia Bożych zamysłów i plątanina dziejów wszechświata – oglądane z perspektywy samej przyrody wszystko to zarasta nieprzebytym gąszczem problemów. Nie tędy droga. W tym celu musimy znaleźć drogę okrężną: trzeba opuścić lasy i góry, a powrócić do własnych bibliotek, kościołów, biblii i klęczników. W przeciwnym razie umiłowanie mocy przyrody zacznie się przeradzać w religię przyrody. Ta zaś, nawet jeśli nie doprowadzi nas do„mrocznych bogów”, na pewno nauczy nas masy głupstw.

Nie musimy jednak rezygnować z tej szczególnej miłości do przyrody i jej mocy: jeżeli tylko nakreślimy jej wyraźne granice, o których wspominałem powyżej, nie musimy jej oddawać bez walki współczesnym szydercom. Przyroda nie jest w stanie zaspokoić pragnień, które sama w nas budzi; nie umie odpowiadać na pytania teologiczne ani nas uświęcać. Nasza prawdziwa podróż do Boga polega na stałym odwracaniu się plecami do natury, gdy mijamy rozświetlone blaskiem świtu pola tylko po to, żeby wejść do jakiegoś nędznego kościółka czy – powiedzmy – pracować w parafii nędznej dzielnicy. Niemniej nasze umiłowanie przyrody odegrało rolę cennej, a dla niektórych wręcz niezbędnej inicjacji.

Właściwie niepotrzebnie używam czasu przeszłego – „odegrało” – bo najwyraźniej to właśnie ludzie z takim świadomym podejściem do przyrody potrafią odczuwać w stosunku do niej tę szczególną miłość. Nie jest to niczym dziwnym. Umiłowanie mocy przyrody, kiedy przeradza się w religię, zaczyna stawać się bogiem – a zatem i demonem. Demony zaś nigdy nie dotrzymują obietnic. Człowiek, który usiłuje cały żyć miłością i czcią wobec przyrody, szybko stwierdza, że miłość ta mu przeszła. Angielski poeta romantyczny, Samuel Taylor Coleridge, z czasem zobojętniał na zew przyrody. Wordsworth opłakiwał przemijanie jej piękna. Wyjdź wczesnym rankiem do ogrodu na modlitwę – jeśli uda ci się przy tym ignorować rosę, ptaki i kwiaty, doznasz autentycznego zachwytu świeżością i radością przyrody. Wyjdź do ogrodu tylko po to, żeby szukać zachwytu – gdy osiągniesz pewien wiek, w dziewięciu przypadkach na dziesięć nie przydarzy ci się nic.

Przechodzę teraz do miłości ojczyzny. Nie trzeba tu się nawet rozwodzić nad słusznością maksymy de Rougemonta; wszyscy mogliśmy się przekonać, że miłość taka staje się demonem, kiedy staje się bogiem. Niektórzy ludzie zaczynają wręcz podejrzewać, że miłość ojczyzny nigdy nie bywa niczym innym niż demonem. Czyniąc tak, są oni jednak zmuszeni odrzucić połowę wzniosłej poezji i bohaterskich dokonań ludzkości. Jeśli odrzucimy miłość ojczyzny, nie uchowa się nawet lament Jezusa nad Jerozolimą. On także przejawiał miłość do własnej ojczyzny.

Spróbujmy więc ograniczyć pole dyskusji. Nie potrzebujemy tu tworzyć eseju na temat etyki międzynarodowej. Gdy miłość do ojczyzny nabiera demonicznego charakteru, oczywiście staje się zdolna do czynienia zła – a inni pisarze, sprawniejsi ode mnie, mogą wyjaśnić, które konkretnie czyny dokonywane przez narody trzeba uznać za złe. Tu rozważamy jedynie uczucie miłości ojczyzny samo w sobie, licząc, że zdołamy odróżnić, kiedy pozostaje ono niewinne, a kiedy demoniczne. Miłość ojczyzny wśród obywateli – czy to niewinna, czy demoniczna – nie jest bowiem rzeczywistą przyczyną zachowania narodów. Ściśle rzecz biorąc, działania na scenie międzynarodowej podejmowane są przez rządzących, a nie przez narody. Demoniczny patriotyzm wśród obywateli – a ja piszę tu wyłącznie dla obywateli – ułatwia rządzącym podejmowanie działań złych, zaś zdrowy patriotyzm im to utrudnia. Jeśli rządzący mają złe zamiary, mogą za pomocą propagandy rozniecać w nas demoniczne uczucia, aby nas zjednać do podejmowania złych działań, i odwrotnie. Dlatego my sami, zwykli obywatele, powinniśmy bacznie pilnować, czy nasza miłość ojczyzny jest zdrowa, czy chora – i o tym właśnie chcę pisać.

Łatwo zauważyć, jak bardzo ambiwalentnym uczuciem musi być miłość ojczyzny, skoro jej dwoma największymi piewcami na gruncie literatury angielskiej byli Joseph Rudyard Kipling (1865–1936) i Gilbert Keith Chesterton (1874–1936). Gdyby to uczucie było żywiołem jednorodnym, nie mogłoby go pochwalać dwóch tak krańcowo różnych pisarzy. W rzeczywistości jednak miłość ojczyzny mieści w sobie wiele składników występujących w najrozmaitszych połączeniach.

Pierwszym składnikiem jest tu miłość do rodzimej okolicy – do miejsca czy miejsc, gdzie znajdował się nasz dom, a także miejsc im podobnych i bliskich. Jest to zarazem miłość do starych przyjaciół i do znajomych widoków, dźwięków czy zapachów. U danej osoby miłość taka może sięgać najwyżej do granic jej własnego kraju – czy to będzie Anglia, czy Walia, Szkocja czy Irlandia Północna. Nikt oprócz cudzoziemców i polityków nie mówi przecież o „Wielkiej Brytanii”. Dlatego tak fałszywą nutą brzmi wiersz Kiplinga pt. Piet, w którym prosty żołnierz stwierdza: „Nie kocham może Imperium mego wrogów” – m e g o Imperium?!

Taka miłość do miejsca idzie w parze z miłością do określonego sposobu życia – do piwa i herbaty, ognia płonącego w otwartym kominku, pociągów z przedziałami, policjantów nienoszących przy sobie broni i tak dalej. Jest to miłość do miejscowej gwary oraz, w nieco mniejszym stopniu, do ojczystej mowy. Jak stwierdził Chesterton, powody, dla których ludzie nie chcą, żeby ich krajem rządzili obcokrajowcy, są bardzo podobne do powodów, dla których nie chcą, żeby spalił im się dom – nie sposób nawet wyliczyć tych wszystkich rzeczy, których by im wówczas zabrakło.

Trudno byłoby znaleźć uzasadniony punkt widzenia, który pozwoliłby skrytykować tego rodzaju uczucie. Tak jak rodzina umożliwia człowiekowi wykonanie pierwszego kroku poza miłość samego siebie, tak samo umiłowanie stron ojczystych pozwala nam wyjść w myśleniu poza ciasne granice rodziny. Nie jest to oczywiście miłość doskonała – nie kochamy nią bliźnich, a jedynie sąsiadów. Jednak ten, kto nie kocha znanych mu osobiście sąsiadów z rodzinnej wsi czy własnego miasteczka, raczej nie będzie zbytnio kochał „ludzkości”, czyli ludzi, których nawet nie poznał. Każde uczucie naturalne może rywalizować z miłością duchową, i to uczucie nie jest bynajmniej wyjątkiem. Jednak uczucia takie mogą zarazem być wstępnym naśladowaniem miłości duchowej; można powiedzieć, że są one treningiem dla duchowych muskułów, które dzięki łasce zostaną później wykorzystane dla wyższych celów. To tak jak z dziewczynkami, które bawią się lalkami, żeby później, już jako kobiety, umiały opiekować się dziećmi. Zdarzają się powody, dla których taką miłość ojczyzny trzeba odrzucić. W niektórych sytuacjach Jezus nakazywał wszak „wyłupić i odrzucić od siebie” własne oko – jednak najpierw trzeba oko mieć. Istota oka pozbawiona, jak niektóre zwierzęta posiadające jedynie światłoczułą plamkę, niewiele zrozumiałaby, rozmyślając na temat tego surowego wersetu z Ewangelii.

Oczywiście tego rodzaju patriotyzm nie przejawia choćby śladu agresji. On chce jedynie być pozostawiony w spokoju i do walki budzi się wyłącznie po to, aby chronić to, co kocha. O ile człowiek posiada choćby krztynę wyobraźni, taki patriotyzm musi go nastrajać pozytywnie wobec obcokrajowców. Jak można kochać ojczyste strony i nie uświadamiać sobie, że inni ludzie mają takie samo prawo, aby kochać własne? Kiedy sobie uświadomimy, że Francuz uwielbia café complet tak samo jak my jajecznicę z boczkiem, możemy wyłącznie życzyć mu smacznego. Dlaczegóż mielibyśmy kogoś zmuszać, żeby gdzie indziej żył tak, jak się żyje w naszych stronach? Przecież to na tym właśnie polega, że jego strony ojczyste muszą być inne niż nasze.

Drugim naszym składnikiem jest szczególne podejście do przeszłości własnego kraju. Mam tu na myśli przeszłość żyjącą w zbiorowej wyobraźni – chwalebne czyny naszych przodków. Wspomnij na bitwę pod Maratonem. Wspomnij na bitwę pod Waterloo. Jak pisał William Wordsworth, „Musimy być wolni lub umrzeć – my, którzy językiem Szekspira mówimy”. Przeszłość w tym sensie staje się zarówno obowiązkiem, jak i oparciem – nie wolno nam zejść poniżej standardu wyznaczonego przez ojców, a jako ich synowie możemy mieć nadzieję, że podołamy temu wyzwaniu.

To uczucie nie może się poszczycić aż tak dobrymi referencjami jak zwykła miłość stron ojczystych. Prawdziwa historia każdego kraju zawiera mnóstwo postępków żenujących, czy wręcz haniebnych. Jeśli przyjmujemy te heroiczne opowieści za pewnego rodzaju normę, budujemy fałszywy obraz przeszłości i często narażamy się na poważną historyczną krytykę. Dlatego patriotyzm oparty na chwalebnej przeszłości kraju słusznie atakują nowocześni krytycy pomnikowego traktowania historii. Gdy człowiek taki dowie się o historii własnego kraju zbyt wiele, jego patriotyzm może się załamać i zmienić w zimny cynizm, ewentualnie trwa za cenę świadomego przymykania oka na fakty. Z drugiej strony jednak kto może potępić postawę, która wyraźnie pomaga wielu osobom w ważnych chwilach zachować się znacznie lepiej, niż byłyby to w stanie uczynić bez niej?

Wydaje mi się, że da się czerpać umocnienie z popularnego obrazu przeszłości, nie popadając przy tym w fałsz ani pychę. Obraz taki staje się niebezpieczny o tyle, o ile pozostaje błędny albo ma zastępować poważne i systematyczne badania historyczne. Najlepiej jest, jeśli tego rodzaju opowieści powtarzamy i przyjmujemy właśnie jako opowieści. Nie chcę przez to powiedzieć, że należy je przekazywać jako zwyczajne zmyślenia (w końcu są wśród nich opowieści prawdziwe). Jednak nacisk należałoby kłaść na opowieść jako taką – na rozpalający wyobraźnię obraz, na przykład umacniający siłę woli. Słuchający ich uczeń powinien mieć mgliste uczucie – którego oczywiście nie będzie umiał ubrać w słowa – że słucha sagi. Niech emocjonuje się – najlepiej w czasie pozalekcyjnym – „Czynami, które zbudowały Imperium”[5]. Jednak lepiej uczynimy, jeśli jak najmniej takich opowieści będziemy mieszać z lekcjami historii albo mylić z poważną analizą historyczną czy wręcz usprawiedliwieniem brytyjskiej polityki imperialnej. Jako dziecko miałem bogato i barwnie ilustrowaną książkę o historii Wielkiej Brytanii pt. Opowieści z naszej wyspy i od zawsze mam wrażenie, że jej tytuł idealnie trafia we właściwy ton. Sama książka również w niczym nie przypominała podręcznika. Trujące wydają mi się dopiero te książki, które celowo indoktrynują młodzież za pomocą historii świadomie fałszywej lub stronniczej, czyli heroiczne legendy upozorowane na podręcznikowy fakt. Patriotyzm krzewiony przez tego rodzaju pozycje może się okazać szkodliwy, o ile wywiera wpływ przez czas dłuższy, choć na szczęście raczej nie zdoła utrzymać się długo w umyśle wykształconej osoby dorosłej. Milcząco przemyca się w nich założenie, że inne narody w przeciwieństwie do nas nie posiadają bohaterów – a przy tym może wręcz przekonanie (biologicznie bezzasadne), że tradycję da się „odziedziczyć” w sensie dosłownym. A taka postawa w niemal nieunikniony sposób prowadzi do trzeciego z naszych składników, który również niekiedy nazywa się patriotyzmem.

Ten trzeci składnik nie jest poczuciem, lecz przekonaniem – głębokim, wręcz prozaicznym przekonaniem, że nasz naród w całkowicie obiektywnym sensie od dawna góruje nad innymi narodami. Pamiętam rozmowę ze znajomym, starym pastorem, który wypowiadał się w takim właśnie duchu. – Ale czy nie jest tak – zapytałem go – że każdy naród bez wyjątku uważa właśnie swoich własnych mężczyzn za najdzielniejszych, a swoje własne kobiety za najpiękniejsze? Z niezmąconą powagą i miną, jakby składał wyznanie wiary przy ołtarzu, pastor odparł:

 

– Owszem, ale w Anglii to jest prawda. – Oczywiście takie przekonanie nie oznaczało, że mój świętej pamięci znajomy był łajdakiem – co najwyżej był przesympatycznym starym osłem. Bywają jednak podobne osły, które potrafiąteż kopać i gryźć. W skrajnej, chorobliwej postaci taka postawa może się przeradzać w rasizm, w równym stopniu gwałcący naukę i chrześcijaństwo.

W ten sposób dochodzimy do składnika czwartego. Skoro nasz własny naród jest rzeczywiście aż o tyle lepszy od innych, można by twierdzić, że posiada wobec nich prawa lub obowiązki z tej wyższości wynikające. W dziewiętnastym wieku bardzo rozpowszechniła się wśród Anglików świadomość obowiązku misji cywilizacyjnej, którą określano mianem „brzemienia białego człowieka”. Ludzi, których nazywaliśmy „tubylcami”, traktowaliśmy jako prawnych podopiecznych, a samych siebie jako ich samozwańczych opiekunów. Nie była to postawa całkowicie obłudna. Pozostawiliśmy po sobie nieco dobrego. Jednak upieranie się, że Anglia stworzyła imperium, a jej młodzież zabiegała o posady w aparacie administracji kolonialnej głównie z motywów altruistycznych, wywołuje na świecie mdłości obrzydzenia. A i tak trzeba powiedzieć, że postawa narodowej wyższości pokazała się tu z najlepszej strony. Istniały narody o podobnym poczuciu wyższości, które zamiast obowiązków wolały podkreślać własne prawa. Z ich punktu widzenia niektórzy cudzoziemcy nadawali się wyłącznie do eksterminacji. Inni cudzoziemcy byli ich zdaniem zdatni tylko do rąbania drewna i czerpania wody dla narodu wybranego, i tego mieli się trzymać. „Znajcie pana, psy”. Nie chcę sugerować, że te dwie postawy pozostają na jednakowym poziomie, jednak obie mają zabójcze skutki. Mówiąc językiem patriotycznej pieśni, obie domagają się, „by szerzej wciąż i szerzej twych granic sięgał kres”[6]. Obie postawy noszą też w sobie nieomylną oznakę zła – aby uniknąć śmieszności, muszą się uciekać do terroru. Gdyby nie złamane traktaty zawierane przez rząd amerykański z Indianami, gdyby nie rzeź rodowitych mieszkańców Tasmanii, gdyby nie komory gazowe i obozy koncentracyjne, gdyby nie masakra bezbronnej ludności sikhijskiej w Amritsar, przemoc irlandzkich bojówek czy polityka apartheidu w Republice Południowej Afryki, zadęcie obu tych postaw byłoby najwyżej żałosną w swej śmieszności farsą.

Dochodzimy tu na końcu do etapu, w którym patriotyzm w demonicznej postaci nieświadomie zaczyna samemu sobie przeczyć. Chesterton doskonale ilustruje to fragmentem wybranym z wiersza Rudyarda Kiplinga. Nie było to do końca uczciwe wobec Kiplinga, który jak na człowieka domu pozbawionego cechował się wyjątkowym zrozumieniem dla jego znaczenia. Jednak wyrwane z szerszego kontekstu zdanie to doskonale podsumowuje takie myślenie:

Gdyby Anglia była taka, jak nam się tylko zdaje,

Rzucilibyśmy ją w diabły – lecz wcale taka nie jest![7]

Miłość nigdy tak nie mówi. To tak, jakby kochać dziecko tylko wtedy, kiedy jest „grzeczne”, żonę – dopóki zachowuje urodę, męża – dopóki jest sławny i dobrze mu się powodzi. Jak powiedział któryś ze starożytnych Greków, „własnego miasta nikt nie kocha dlatego, że jest wielkie, ale dlatego, że jest własne”. Człowiek, który naprawdę kocha ojczyznę, będzie ją kochał także w upadku i ruinie. „Anglio, przy wszystkich twoich wadach, ja jednak wciąż cię kocham”, stwierdził George Byron, udając się na emigrację. Dla kogoś takiego chałupka może być ciasna, ale jest własna. Z miłości własny kraj może mu się wydawać(choćby i wbrew faktom) dobry i wielki, ale złudzenie to można częściowo usprawiedliwić. Jednak żołnierz z wiersza Kiplinga ma postawę odwrotną – kocha swój kraj właśnie dlatego, że uważa go za dobry i wielki, a więc kocha go miłością interesowną. Anglia jest dla niego sprawnie działającym przedsiębiorstwem, więc może czuć się dumny, że stanowi jej część. Ale gdyby tak nie było? Odpowiedź jest wyraźna: „Rzucilibyśmy ją w diabły”. Kiedy statek zacznie tonąć, on go opuści. A zatem ten rodzaj patriotyzmu, który zaczyna się największym zadęciem, biciem w werble i machaniem sztandarami, maszeruje po drodze, która prowadzi do Vichy. Spotkamy się jeszcze z tym zjawiskiem. Naturalne miłości, kiedy zaczynają łamać prawo, nie tylko zaczynają szkodzić innym miłościom, ale wręcz przestają być sobą – przestają w ogóle być miłościami.

Patriotyzm ma więc wiele twarzy. Ci, którzy chcą go całkowicie odrzucić, chyba nie zastanowili się do końca, co z pewnością pojawi się – a właściwie co już zaczyna się pojawiać – w jego miejsce. Jeszcze długo (być może zawsze) narody będą żyły w niebezpieczeństwie. Rządzący w jakiś sposób muszą skłaniać obywateli do obrony, a przynajmniej do tego, aby byli do własnej obrony gotowi. O ile postawa patriotyzmu zostanie zniszczona, nie da się tego zrobić inaczej, niż ukazując każdy konflikt międzynarodowy w świetle czysto etycznym. Jeśli ludzie nie będą gotowi wylewać potu i krwi „za ojczyznę”, trzeba będzie ich przekonać, że czynią to w służbie sprawiedliwości, cywilizacji czy ludzkości. To byłoby jednak krokiem wstecz, a nie do przodu. Postawa patriotyczna oczywiście nie musi lekceważyć etyki: uczciwych ludzi trzeba przekonać, że sprawa ich ojczyzny jest słuszna. Nadal jednak działają oni w służbie kraju, a nie sprawiedliwości jako takiej. Wydaje mi się, że to istotna różnica. Nie muszę się uciekać do świętoszkowatości czy obłudy, żeby uważać za rzecz sprawiedliwą obronę własnego domu przed włamywaczem. Gdybym jednak miał udawać, że podbiłem włamywaczowi oko z pobudek czysto moralnych, w całkowitym oderwaniu od faktu, że dany dom stanowi akurat moją własność, moja postawa byłaby nie do zniesienia. Czymś równie fałszywym byłoby utrzymywać, niczym jakiś neutralny Don Kichot, że w konflikcie stajemy po stronie Anglii wyłącznie dlatego, że jej sprawa jest słuszna. Byłoby to brednią, a zaraz za brednią idzie zło. Skoro sprawa naszego kraju jest sprawą Bożą, wszystkie wojny muszą być wojnami na wyniszczenie. Rzeczom całkowicie przynależnym do tego świata nadaje się w ten sposób fałszywą transcendencję.

Piękne w dawnej postawie patriotycznej było to, że choć potrafiła wykrzesać z ludzi najwyższe bohaterstwo, to jednak pozostawała wyłącznie postawą. Dawne wojny potrafiły być heroiczne, nie stając się automatycznie wojnami świętymi. Śmierci bohaterskiej nie mylono ze śmiercią męczeńską. Co równie wspaniałe, ten sam patriotyzm, który nakazywał się bronić do ostatniego naboju w chwilach walki, w czasach pokoju potrafił – jak każda szczęśliwa miłość – podchodzić do siebie z dystansem i śmiać się z siebie. O wiele bardziej od napuszonej „Krainy nadziei i chwały” wolę stare, dziarskie piosenki żołnierskie, takie jak „Marsz brytyjskich grenadierów” z jego zawadiackim refrenem.

Trzeba zauważyć, że opisywany tu rodzaj miłości wraz ze wszystkimi jego składnikami nie musi się odnosić wyłącznie do ojczyzny: może dotyczyć szkoły, pułku, własnego rodu czy klasy społecznej. Do nich również stosują się wszystkie słowa powyższej krytyki. Bywa on odczuwany także wobec organizacji, które domagają się czegoś więcej niż przyrodzone uczucia, takich jak kościoły, a nawet – niestety – jak określone stronnictwa w obrębie kościoła czy konkretne zgromadzenia albo zakony. Ten straszny temat wymagałby napisania osobnej książki. Tutaj niech nam wystarczy stwierdzenie, że społeczność świętych jest zarazem społecznością ziemską. W odniesieniu do kościoła patriotyzm, uczucie czysto przyrodzone, może łatwo przejąć jego transcendentalne roszczenia, aby za ich pomocą usprawiedliwiać najbardziej odrażające postępki. Jeśli ktoś kiedyś napisze taką książkę, będzie ona musiała się stać pełną spowiedzią chrześcijaństwa z jego własnego wkładu w ogrom ludzkiego okrucieństwa i zdrady. Wiele obszarów „świata” nie usłyszy nas, dopóki publicznie nie potępimy dużej części własnej przeszłości. Dlaczego zresztą świat miałby nas słuchać? Służyliśmy przecież Molochowi z imieniem Chrystusa na ustach.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?