Tajemniczy ogródTekst

Autor:Frances Hodgson Burnett
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Tajemniczy ogród
Tajemniczy ogród
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 54,99  43,99 
Tajemniczy ogród
Tajemniczy ogród
Audiobook
Czyta Robert Michalak
24,99  18,24 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Frances Hodgson Burnett

Tajemniczy ogród


ISBN: 978-83-7785-971-1



Tytuł oryginału: The Secret Garden


Copyright © for this Polish edition by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2015


Illustrations © 2007 Inga Moore


Published by arrangement with Walker Books Limited, London SE11 5HJ.

All rights reserved


No part of this book may be reproduced, transmitted, broadcast or stored in an information retrieval system in any form or by any means, graphic, electronic or mechanical, including photocopying, taping and recording, without prior written permission from the publisher.


Redakcja: Paulina Wierzbicka, Tomasz Zysk

Projekt okładki: Barbara Kida

Projekt graficzny i opracowanie techniczne: Barbara i Przemysław Kida




Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67, faks 61 852 63 26 Dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Spis treści

ROZDZIAŁ I

ROZDZIAŁ II

ROZDZIAŁ III

ROZDZIAŁ IV

ROZDZIAŁ V

ROZDZIAŁ VI

ROZDZIAŁ VII

ROZDZIAŁ VIII

ROZDZIAŁ IX

ROZDZIAŁ X

ROZDZIAŁ XI

ROZDZIAŁ XII

ROZDZIAŁ XIII

ROZDZIAŁ XIV

ROZDZIAŁ XV

ROZDZIAŁ XVI

ROZDZIAŁ XVII

ROZDZIAŁ XVIII

ROZDZIAŁ XIX

ROZDZIAŁ XX

ROZDZIAŁ XXI

ROZDZIAŁ XXII

ROZDZIAŁ XXIII

ROZDZIAŁ XXIV

ROZDZIAŁ XXV

ROZDZIAŁ XXVI

ROZDZIAŁ XXVII

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

ROZDZIAŁ I
Nikt nie został przy życiu

Kiedy Mary Lennox została wysłana do Paszkociego Dworu, gdzie miała zamieszkać w domu wuja, prawie wszyscy twierdzili, że jest najbardziej niesympatycznym dzieckiem, jakie kiedykolwiek widziano. I była to szczera prawda. Wiecznie skwaszona, mała i chuda, z jasnymi rzadkimi włosami i drobną, szczupłą twarzą o lekko żółtawej cerze. Mary urodziła się w Indiach i nieustannie zapadała na zdrowiu. Jej ojciec był urzędnikiem administracji kolonialnej, wiecznie zapracowanym i ciągle chorym; matka zaś, słynna piękność, dbała jedynie o siebie, lubiła przyjęcia i zabawy, stale otaczała się młodym i wesołym towarzystwem. Nie pragnęła dziecka, toteż gdy Mary przyszła na świat, od razu trafiła pod opiekę niani, Hinduski zwanej ayah, której dano do zrozumienia, że jeśli zależy jej na względach pani, powinna trzymać dziecko jak najdalej od niej. Kiedy zatem Mary była chorowitym, nieznośnym i brzydkim niemowlęciem, usuwano ją matce sprzed oczu, a gdy stała się chorowitym, nieznośnym i zaczynającym chodzić dzieckiem, również usuwano ją matce z drogi.

Mary nie pamiętała, by z bliska widziała kogokolwiek innego oprócz swojej ciemnolicej ayah i hinduskiej służby. A ponieważ byli jej we wszystkim posłuszni, bo przecież mogła rozgniewać swymi wrzaskami ich białą panią, Mary w szóstym roku życia była najbardziej despotycznym i samolubnym stworzeniem, jakie kiedykolwiek żyło na kuli ziemskiej. Młoda nauczycielka, Angielka, która miała ją nauczyć czytać i pisać, tak jej nie lubiła, że po trzech miesiącach porzuciła posadę, a jej następczynie uciekały po jeszcze krótszym czasie. Gdyby zatem Mary sama nie zechciała nauczyć się czytać, chyba nigdy nie poznałaby alfabetu.

Pewnego wyjątkowo upalnego ranka Mary, która miała już około dziewięciu lat, zbudziła się bardzo zła, a humor jej jeszcze się pogorszył, gdy spostrzegła, że stojąca przy jej łóżku służąca to nie ayah.

— Po co przyszłaś? — rzekła do obcej. — Nie chcę cię! Przyślij mi moją ayah!

Kobieta, patrząc na dziewczynkę wystraszonym wzrokiem, wyjąkała, że ayah nie może przyjść. Kiedy Mary wpadła w pasję i zaczęła ją bić i szczypać, Hinduska, spoglądając na nią coraz bardziej wystraszona, wciąż powtarzała, że ayah w żaden sposób do panienki przyjść nie może.

Tego ranka wisiało w powietrzu coś niesamowitego. Wszystko działo się inaczej niż zwykle, kilku hinduskich służących było nieobecnych, ci zaś, których Mary widziała, skradali się lub uciekali z przerażeniem na twarzach. Ale nikt o niczym jej nie powiedział, ayah zaś nie przychodziła. Mary, pozostawiona samej sobie, wyszła wreszcie do ogrodu i zaczęła się bawić pod drzewami w pobliżu werandy. Udawała, że robi klomby, wtykając wielkie, szkarłatne kwiaty hibiskusa w małe kupki ziemi. Jej złość narastała, w miarę jak mruczała pod nosem obelgi, które zamierzała rzucić niani, gdy ta się wreszcie pojawi.

— Świnia! Świnia! Córka świni! — mamrotała, wiedząc, że to określenie jest dla Hindusa najstraszniejszą obelgą.

Zgrzytała zębami ze złości, gdy wtem usłyszała, jak jej matka rozmawia z kimś na werandzie przyciszonym głosem. Mary znała młodego blondyna o chłopięcym wyglądzie. Słyszała, że ten bardzo młody oficer przybył niedawno z Anglii. Mary patrzyła na niego, ale jeszcze uważniej na matkę. Obserwowała ją zawsze, ilekroć tylko udało jej się ją zobaczyć, ponieważ „biała pani” — matkę Mary najczęściej nazywano w ten sposób — była wysoką, smukłą, śliczną kobietą, zawsze ubraną w piękne suknie. Włosy matki przypominały falistą jedwabną przędzę, nosek miała mały, delikatny i wielkie roześmiane oczy. Jej suknie były cienkie i powłóczyste, wedle Mary było na nich „pełno koronek”. Dzisiaj wydawało się, że na „białej pani” koronek jest więcej niż zazwyczaj, lecz jej oczy się nie śmiały — szeroko rozwarte były błagalnie wzniesione ku twarzy młodego oficera.

Mary usłyszała jej słowa:

— Czy jest aż tak źle? Tak bardzo źle?

— Strasznie — odrzekł młody człowiek drżącym głosem. — Strasznie, pani Lennox. Powinna pani była wyjechać w góry przed dwoma tygodniami.

„Biała pani” załamała ręce.

— Och! Wiem, że powinnam była wyjechać! — zaszlochała. — Zostałam jedynie z powodu tego głupiego pikniku. Jakaż byłam szalona!

W tej samej chwili z pomieszczeń dla służby dobiegł tak rozpaczliwy lament, że pani Lennox gorączkowo chwyciła młodego oficera za ramię, Mary zaś poczęła drżeć na całym ciele. Lament i jęki stawały się coraz głośniejsze.

— Co to? Co się dzieje? — szepnęła przerażona pani Lennox.

— Znów ktoś umarł — odpowiedział młodziutki oficer. — Nic mi pani nie mówiła, że zaraza wybuchła między służbą.

— Bo nic o tym nie wiedziałam! — zawołała. — Niech pan pójdzie ze mną! — i wbiegła do wnętrza domu.

To, co potem się działo, było okropne i niesamowite. Mary w końcu zrozumiała, że wybuchła epidemia cholery w najgroźniejszej postaci i ludzie padają jak muchy. Ayah zabrano w nocy, a ów lament w pawilonach służby rozległ się właśnie w chwili jej śmierci. W nocy zmarły jeszcze trzy osoby spośród służby, a reszta w trwodze i popłochu uciekła. Marli też ludzie w okolicznych domach, a paniczny strach ogarnął wszystkich.

W panującym zamęcie i przerażeniu Mary — zapomniana przez wszystkich — ukryła się w dziecięcym pokoju, gdzie na przemian to płakała, to spała. Nikt o niej nie pomyślał, nikt jej nie szukał, a tymczasem działo się wiele rzeczy, o których nie miał jej kto powiedzieć. Wiedziała tylko, że ludzie chorują, słyszała też jakieś tajemnicze, przerażające odgłosy.

 

Po jakimś czasie dziewczynka wśliznęła się do jadalni. Było tu pusto, ale częściowo opróżnione półmiski stały jeszcze na stole, a krzesła wyglądały na poodsuwane w pośpiechu. Mary zjadła owoce i biszkopty, a dla ugaszenia pragnienia wypiła szklankę wina. Wino było słodkie, Mary nie znała jego mocy, toteż po krótkiej chwili odurzyło ją. Wróciła do swego pokoju i znów się tam zamknęła, przestraszona krzykami i tupotem kroków uciekających ludzi. Czując ogarniającą ją nieprzezwyciężoną senność, położyła się do łóżka i na długo straciła świadomość tego, co rozgrywało się wokół niej.

Tymczasem działo się wiele, ale Mary spała snem tak twardym, że nie zbudziły jej ani głosy ludzi, ani hałas, jaki towarzyszył wynoszeniu przedmiotów.

Po przebudzeniu Mary leżała jeszcze przez pewien czas, patrząc w sufit. W domu panowała zupełna cisza. Takiej ciszy nie zaznała nigdy przedtem… Nie słyszała żadnych głosów ani kroków, więc pomyślała, że widocznie już wszyscy wyzdrowieli i wszelkie obawy minęły. Ciekawa była również, kto zaopiekuje się nią teraz, po śmierci ayah. Zjawi się zapewne nowa ayah, może nawet będzie znać inne bajki. Mary była już, prawdę mówiąc, trochę znudzona tymi dawnymi. Nie płakała też wcale z powodu śmierci swojej niani, nie była bowiem dzieckiem uczuciowym i nigdy się nikim nie przejmowała. Hałasy, bieganina, jęki i lamenty spowodowane epidemią przestraszyły ją, lecz teraz była już tylko zła, że zapomniano o jej istnieniu. Wszyscy byli zbyt przerażeni, by myśleć o nielubianym dziecku. Gdy wybuchła cholera, każdy myślał tylko o sobie. Ale teraz, skoro już wszystko minęło, ktoś na pewno przyjdzie zobaczyć, co się dzieje z Mary.

Nikt się jednak nie zjawiał, a kiedy dziewczynka leżała, wyczekując, cały dom zdawał się zapadać w coraz głębszą ciszę.

Nagle Mary usłyszała, że coś czołga się po matach na podłodze. Wychyliwszy się z łóżka, ujrzała małego węża sunącego wzdłuż ściany i patrzącego na nią oczkami jak brylanty. Nie zlękła się, wiedząc, że to stworzonko nikomu nie czyni krzywdy. Tymczasem wąż spieszył się, jakby chciał jak najprędzej wydostać się z pokoju. W końcu wyśliznął się przez szparę pod drzwiami.

— Jak tu cicho i spokojnie — rzekła Mary do siebie. — Można by pomyśleć, że prócz mnie i tego węża w całym domu nikogo nie ma.

W tej samej chwili usłyszała jednak w ogrodzie, a następnie na werandzie kroki mężczyzn wchodzących do domu i rozmawiających przyciszonymi głosami. Nikt nie wyszedł im na spotkanie ani ich nie powitał, oni zaś, sądząc po odgłosach, otwierali kolejno drzwi do wszystkich pokoi i zaglądali do środka.

— Co za pustka! — usłyszała Mary. — Taka śliczna, urocza kobieta! Myślę, że i dziecko… Słyszałem, że miała córeczkę, choć nikt jej nigdy nie widział…

Mary stała pośrodku swego pokoju, gdy kilka minut później otworzyły się drzwi. Wyglądała brzydko i niesympatycznie, a przy tym drżała z głodu i oburzenia, że tak niegodziwie o niej zapomniano. Pierwszy wszedł starszy oficer, którego Mary widziała kiedyś rozmawiającego z ojcem. Wyglądał na zmęczonego i wstrząśniętego, ale gdy spostrzegł Mary, z przerażenia gwałtownie się cofnął.

— Barney! — wykrzyknął. — Tutaj jest dziecko. Opuszczone dziecko. I to w takim miejscu! Na miłość boską, kim jest ta mała?

— Jestem Mary Lennox — rzekła dziewczynka, prostując się dumnie. Pomyślała przy tym, że ten pan jest bardzo niegrzeczny, nazywając dom jej ojca „takim miejscem”. — Zasnęłam, gdy wszyscy chorowali na cholerę, i właśnie teraz się obudziłam. Czemu nikt do mnie nie przychodzi?

— To jest to dziecko, którego nikt nigdy nie widział! — zawołał oficer, zwracając się do swego towarzysza. — Wszyscy o niej zapomnieli!

— Dlaczego o mnie zapomnieli? — zapytała Mary, tupiąc nogą. — Czemu nikt nie przychodzi?

Młody człowiek, którego nazwano Barneyem, spojrzał na nią z ogromnym smutkiem. Mary zdawało się nawet, że jego powieki zadrżały, jakby od łez.

— Biedne maleństwo! — rzekł. — Nikt nie może przyjść, bo nikt nie został już przy życiu.

W ten oto dziwny i nieoczekiwany sposób Mary dowiedziała się, że nie ma już ojca ani matki, gdyż oboje umarli; że pochowano ich nocą, a nieliczni służący, którzy uniknęli śmierci, opuścili dom jak najspieszniej, zapominając o istnieniu „panienki”. A więc to była przyczyna tej głuchej ciszy. W całym domu pozostali przy życiu tylko ona i mały wąż.

ROZDZIAŁ II
Panna Mary Kapryśnica

Mary lubiła obserwować swą matkę z daleka — wydawała jej się urocza, ale prawie wcale jej nie znała. Nic więc dziwnego, że ani jej nie kochała, ani nie tęskniła po jej stracie, a ponieważ była dzieckiem nader samolubnym, wszystkie swe myśli skierowała ku sobie, podobnie jak robiła to wcześniej. Gdyby była starsza, może przeraziłaby ją myśl, że została całkiem sama na świecie, ale ponieważ dotąd troszczyli się o nią inni, sądziła, że zawsze już tak musi być. Ciekawa była tylko, czy znajdzie się teraz między miłymi ludźmi, którzy będą dla niej grzeczni i pozwolą na wszystkie wybryki, jak to czyniła ayah i reszta hinduskiej służby.

Wiedziała, że nie zostanie zbyt długo w domu pastora, gdzie na razie ją umieszczono. Nie chciała tam zostać, bo pastor był biedny i miał pięcioro dzieci, wszystkie prawie w tym samym wieku. Ich ubranka były brudne, a one same ciągle się kłóciły i wydzierały sobie nawzajem zabawki. Mary znienawidziła zaniedbany dom pastora i była tak nieznośna dla wszystkich, że po dwóch dniach już żadne z dzieci nie chciało się z nią bawić. Drugiego dnia dały jej przezwisko, które wprawiło ją w szaloną złość.

Pierwszy wpadł na ten pomysł Basil, chłopczyk o bladoniebieskich oczach i zadartym nosku. Mary go nie cierpiała. Bawiła się sama pod drzewem, tak jak tamtego fatalnego dnia, robiąc klombiki z ziemi i zaznaczając ścieżki. Basil stał w pobliżu i przyglądał się. Zabawa zainteresowała go i chłopczyk zasugerował:

— Czemu nie ustawisz kopca z kamyków, że to niby skały? — powiedział. — O, tutaj, w środku! — i pochylił się, by wskazać miejsce.

— Wynoś się! Nie cierpię chłopców, wynoś się! — wrzasnęła Mary.

Przez chwilę Basil był zły, ale potem zaczął się droczyć, tak jak robił to zawsze z siostrami — tańczył wokół niej i podskakiwał, śmiał się i śpiewał:

Panno Mary, kapryśnico,

Odwróć zagniewane lico!

W twym ogródku rosną kwiatki,

Róże, dzwonki i bławatki.

Śpiewał dopóty, dopóki reszta dzieci nie usłyszała i nie zaczęła się śmiać razem z nim. A im bardziej Mary się złościła, tym częściej śpiewali: „Panno Mary, kapryśnico”, nazywając ją tak później między sobą, a nawet wtedy, gdy się do niej zwracali.

— Pod koniec tygodnia pojedziesz do domu — powiedział do niej Basil. — A my się strasznie z tego cieszymy.

— Ja też strasznie się cieszę — odparła Mary. — Ale co to znaczy dom?

— Ona nie wie, co to znaczy dom! — rzekł Basil z oburzeniem. — Dom to jest, oczywiście, Anglia. Nasza babunia tam mieszka, a nasza siostra, Mabel, pojechała do niej w zeszłym roku. Ale ty nie masz babuni, ty pojedziesz do wuja, który się nazywa Archibald Craven.

— Nic o nim nie wiem — wyjąkała Mary.

— Wiem, że nic nie wiesz — odparł Basil. — Dziewczęta w ogóle nic nie wiedzą. Słyszałem, jak rodzice o nim mówili. Twój wuj mieszka w ogromnym, opuszczonym domu na wsi i nikt u niego nie bywa. Jest nieznośny i nikogo nie chce przyjmować, a gdyby nawet chciał, to i tak nikt by do niego nie pojechał. W dodatku jest garbaty i okropny.

— Nie wierzę ci — odpowiedziała Mary, odwróciła się i zatkała uszy palcami, bo nie chciała już nic więcej słyszeć.

Później jednak długo myślała o wszystkim, co usłyszała, a gdy pani Crawford powiedziała jej tego wieczoru, że za kilka dni pojedzie do Anglii, do wuja — pana Archibalda Cravena mieszkającego w Paszkocim Dworze — Mary wydawała się tak kamiennie i uparcie obojętna, że nie wiedziano, co o niej sądzić. Starano się ją traktować serdecznie, lecz dziewczynka odwracała twarz, ilekroć pani Crawford chciała ją pocałować, a gdy pan Crawford klepał ją po ramieniu, stała sztywno, jakby połknęła kij.

— Dziwne dziecko — rzekła później pani Crawford ze współczuciem. — Jej matka była taka urocza i miła, a Mary to najbardziej niesympatyczne stworzenie, jakie w życiu widziałam. Dzieci nazywają ją Panną Mary Kapryśnicą, a choć to nieładnie z ich strony, wcale im się nie dziwię.

— Gdyby jej matka częściej zaglądała do dziecięcego pokoju, Mary nabrałaby może miłego obejścia. Przykro o tym mówić teraz, gdy ta urocza kobieta już nie żyje, ale większość jej towarzystwa nie wiedziała nawet o istnieniu małej.

— Sądzę, że po prostu nie zajmowała się córką — z westchnieniem odparła pani Crawford. — Gdy umarła ayah, nikt nie pomyślał o tym biedactwie. Wszyscy się rozbiegli, zostawiając tę małą samą w opustoszałym domu. Kapitan McGrew mówił mi, że po prostu osłupiał, gdy znalazł ją w którymś pokoju.

Długą podróż do Anglii Mary odbyła pod opieką żony pewnego oficera, która odwoziła do szkół swoje dzieci. Własne potomstwo tak ją absorbowało, że była niezmiernie rada, mogąc w Londynie przekazać dziewczynkę pani Medlock, którą wysłał pan Archibald Craven. Nowa opiekunka, kobieta tęga, o mocno czerwonych policzkach i przenikliwych czarnych oczach, była gospodynią w Paszkocim Dworze. Miała jaskrawą czerwoną suknię, czarną jedwabną mantylkę z frędzlami i czarny kapelusz przybrany kwiatami z czerwonego aksamitu, które przy każdym poruszeniu głową trzęsły się i chwiały na wszystkie strony. Mary nie poczuła do niej sympatii, ale nie było w tym nic dziwnego, ponieważ nigdy do nikogo niczego takiego nie czuła. Zresztą od razu było widać, że pani Medlock niewiele sobie robi z Mary.

— Podobno jej matka była piękna — zwróciła się nowa opiekunka do żony oficera. — Ale córka nie odziedziczyła po niej urody, prawda?

— Może wyładnieje, gdy podrośnie — odparła dobrotliwie tamta. — Gdyby tylko nie była taka niegrzeczna i miała trochę milszy wyraz twarzy, bo jej rysy są raczej ładne. Zresztą dzieci tak się zmieniają…

— No, będzie się musiała bardzo zmienić! — odparła pani Medlock. — A nie mogę powiedzieć, by Paszkocia Polana miała dobry wpływ na dzieci.

Obie panie sądziły, że Mary ich nie słyszy, gdyż dziewczynka stała trochę z dala. Z okna hotelu, w którym się zatrzymali, przyglądała się ruchowi ulicznemu, lecz słyszała każde słowo i strasznie była ciekawa, jaki jest ten wuj i dom, w którym mieszka. Co to znaczy „garbaty”? Nie widziała nigdy garbatego. Może w Indiach nie ma garbatych?

Odkąd zamieszkała między obcymi, czuła się samotna i zaczęła myśleć o dziwnych rzeczach, całkiem dla niej nowych. Zaczęła się mianowicie zastanawiać, dlaczego zawsze była niczyja, nawet wtedy, gdy jej rodzice jeszcze żyli. Inne dzieci należały do taty i mamy, tylko ona była niczyja. Miała służbę, jedzenie i sukienki. Ale nikt nie zwracał na nią uwagi. Mary nie wiedziała, że wszyscy uważali ją za niemiłą. Przeciwnie — sądziła, że to inni są nieprzyjemni, o sobie nigdy tak nie myślała.

Pani Medlock wydawała jej się okropna — raziła ją swoimi czerwonymi policzkami i niegustownym, pretensjonalnym kapeluszem. Gdy następnego dnia wyjeżdżały w dalszą drogę do Yorkshire, Mary szła przez stację do pociągu z odwróconą głową i trzymając się jak najdalej od swej opiekunki. Nie chciała, żeby widziano, że jadą razem. Była zła na samą myśl, że ludzie mogliby ją wziąć za córeczkę tej kobiety.

Ale pani Medlock nie przejmowała się ani Mary, ani tym, co dziewczynka o niej myśli. Była osobą, która „nie zawraca sobie głowy dziećmi”. W każdym razie tak by odpowiedziała, gdyby ją zapytano. Do Londynu nie chciała jechać nawet wtedy, gdy siostra jej, Maria, wydawała za mąż córkę. Ceniła sobie jednak wygodną, dobrze płatną posadę gospodyni w Paszkocim Dworze, którą mogłaby stracić, gdyby nie wykonała rozkazu pana Archibalda Cravena. Nie wyraziła zatem najmniejszego sprzeciwu, gdy jej chlebodawca rzekł w swój zwykły oschły sposób:

— Kapitan Lennox i jego żona zmarli na cholerę. Kapitan Lennox był bratem mojej żony, jestem więc opiekunem jego córki. Dziecko winno być przywiezione tutaj. Pojedzie pani do Londynu i przywiezie je.

Pani Medlock bez sprzeciwu spakowała się i ruszyła w podróż.

 

Mary wtuliła się w kąt wagonu z miną kwaśną i złą. Nie miała co czytać, nie miała na co patrzeć. Chude rączki w czarnych rękawiczkach złożyła na kolanach i siedziała cicho. Czarna sukienka uwydatniała żółtość jej cery, a sztywne, jasne włosy wymykały się kosmykami spod krepowego kapelusika.

„Nigdy jeszcze nie widziałam tak niemiłego dziecka” — myślała pani Medlock. Nie pojmując, jak dziecko może siedzieć tak długo w zupełnym bezruchu, znużona przyglądaniem się dziewczynce, ostrym, twardym głosem zaczęła rozmowę:

— Opowiem panience co nieco o miejscu, do którego jedziemy — rzekła. — Czy wie panienka coś o swoim wuju?

— Nie — odparła Mary.

— Nie słyszała panienka nigdy, aby rodzice o nim mówili?

— Nie — odrzekła Mary i drgnęła, przypomniawszy sobie, że ojciec i matka w ogóle z nią nie rozmawiali, więc tym bardziej nigdy jej niczego nie opowiadali.

— Hm… — mruknęła pani Medlock, patrząc na jej zaciętą twarzyczkę. Zamilkła na jakiś czas, po czym ciągnęła dalej: — Sądzę, że trzeba panienkę jakoś przygotować. Jedziemy w dziwne miejsce.

Mary nic na to nie odpowiedziała, a pani Medlock, rozczarowana jej obojętnością, zaczerpnęła powietrza i dopiero po chwili się odezwała:

— Prawdę mówiąc, dom jest ogromny, lecz ponury. Pan Craven chlubi się nim na swój sposób, to znaczy, on sam też jest ponury. Dom stoi na krańcu rozległego wrzosowiska, ma już sześćset lat i prawie sto pokoi, chociaż większość z nich jest zamknięta na klucz i od lat nieużywana. Wiszą tam tylko obrazy, stoją piękne stare meble i wszędzie pełno jest antyków. Wokół jest ogromny park, pełen drzew z gałęziami sięgającymi do ziemi. — Przerwała na chwilę, aby zaczerpnąć tchu. — Tyle chciałam powiedzieć — zakończyła nagle.

Mary mimo woli poczuła zainteresowanie. Wszystko, o czym usłyszała, było inne niż w Indiach, a każda nowość ma swój urok. Nie chciała jednak dać po sobie poznać, że cokolwiek ją ciekawi — był to jeden z jej drażniących nawyków — siedziała zatem cicho.

— No i cóż — rzekła pani Medlock. — Co panienka o tym myśli?

— Nic — odparła. — Nie znam takich miejsc.

Odpowiedź ta wywołała krótki, urywany śmiech.

— Ech! Panienka jest zupełnie jak staruszka — powiedziała pani Medlock. — Czy nic panienkę nie obchodzi?

— Co za różnica, czy mnie obchodzi, czy nie — odparła Mary.

— Co to, to racja — potwierdziła pani Medlock. — Dlaczego panienkę biorą do Paszkociego Dworu, tego naprawdę nie wiem. Może to po prostu najłatwiejszy sposób na zapewnienie opieki. Bo że on nie będzie się o panienkę troszczył, to więcej niż pewne. On nigdy o nikogo się nie troszczy.

Zatrzymała się, jak gdyby coś sobie w porę przypominając.

— Ma krzywe plecy — rzekła — dlatego jest taki zły. Zawsze był zgryźliwy, w młodości też, i mimo swej fortuny nie zaznał szczęścia, dopóki się nie ożenił.

Mary zwróciła oczy na mówiącą, mimo że usiłowała udawać obojętność. Nie sądziła, że garbus może się ożenić, była więc nieco zdziwiona. Pani Medlock dostrzegła to, a jako niewiasta bardzo gadatliwa ciągnęła dalej z tym większym zapałem. Był to zresztą jedyny sposób zabicia nudy podczas długiej podróży.

— Ona była słodkim, ślicznym stworzeniem, a on poszedłby dla niej po źdźbło trawy na koniec świata, gdyby tego zapragnęła. Nikt nie przypuszczał, że zgodzi się zostać jego żoną, a jednak to uczyniła. Ludzie mówili, że tylko dla pieniędzy, ale to nieprawda, nieprawda — dodała z przekonaniem. — Gdy umarła…

Mary mimo woli drgnęła.

— Ach, więc umarła! — wykrzyknęła odruchowo.

Przypomniała sobie francuską bajkę pod tytułem Knyps z Czubkiem, którą niegdyś czytała. Była to opowieść o biednym garbusku i pięknej księżniczce, więc nagle zrobiło się jej żal pana Archibalda Cravena.

— Tak, umarła — powiedziała pani Medlock — i odtąd pan zdziczał jeszcze bardziej. Nie dba już o nikogo, nie chce widzieć ludzi. Przeważnie podróżuje, a gdy jest w Paszkocim Dworze, zamyka się w zachodnim skrzydle domu i dopuszcza do siebie tylko Pitchera. Ten Pitcher to już dziadyga, ale opiekował się niegdyś panem, gdy ten był jeszcze dzieckiem, i dobrze zna jego usposobienie.

Wszystko to było dziwne jak w bajce i nie usposobiło Mary wesoło. Czekał na nią dom o stu pokojach, prawie wszystkich zamkniętych na siedem spustów, stojący na krańcu wrzosowiska, zapomniany przez Boga i ludzi… Mary wyglądała przez okno, zacisnąwszy wargi. Zdawało się jej rzeczą całkiem naturalną, że w tej chwili deszcz począł siec ukośnymi strugami i bić o szyby wagonu. Gdyby żyła jeszcze tamta śliczna kobieta, ożywiałaby otoczenie jak mama Mary — gwarem, wesołością, chodzeniem na zabawy w pięknych, ozdobionych koronkami sukniach. Ale obu nie było już na świecie.

— Niech się panienka nie spodziewa ujrzeć pana. Daję głowę, że go panienka w ogóle nie zobaczy — rzekła pani Medlock. — I nie należy się spodziewać, żeby ktokolwiek zechciał z panienką rozmawiać. Trzeba będzie samej bawić się i troszczyć o siebie. Powiedzą panience, do których pokoi wolno jej wchodzić, a które należy omijać. Ogrodów jest pod dostatkiem. Nie można tylko kręcić się po domu i wścibiać nosa tam, gdzie nie wolno. Pan Craven nie życzy sobie tego.

— Wcale nie pragnę wścibiać wszędzie nosa — odparła Mary i tak jak nagle wcześniej zrobiło się jej żal pana Archibalda, tak teraz przestała go żałować, myśląc, że na pewno jest zły i zasłużył na to wszystko, co go spotkało.

Zwróciła twarzyczkę ku oknu, patrząc na strugi sunącego po szybach deszczu, który padał nieprzerwanie, jakby nigdy nie miał przestać. Patrzyła tak długo i uparcie, aż wszystko zaczęło jej coraz bardziej szarzeć przed oczyma i znużona Mary zasnęła.