Odważni wygrywają. Lekcje życia i przywództwa od członków sił specjalnych SAS

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Książkę tę dedykujemy wszystkim wspaniałym mężczyznom i kobietom, z którymi mieliśmy honor służyć w wojsku. Poświęcamy ją także osobom wspierającym nas w osiągnięciu pozornie niemożliwych celów, tym, którzy wrócili do domu z ranami, zarówno na ciele, jak i na duszy, ale również tym, którzy nigdy nie wrócili do domu.

Rodzinie i przyjaciołom dziękujemy za wsparcie i miłość – nie poradzilibyśmy sobie bez was.

SŁOWNICZEK POJĘĆ I SKRÓTÓW

Armia – Wojska Lądowe, czyli czyli siły konwencjonalne (ang. British Army)

CASEVAC – ewakuacja rannego

CEO – szef firmy lub prezes zarządu (ang. Chief Executive Officer)

CO – dowódca, oficer dowodzący (ang. Commanding Officer)

dane rozpoznawcze – dane wywiadowcze, pozyskane i przetworzone informacje (ang. intel)

ewakuacja – wydostanie żołnierza ze strefy walki

IED – improwizowany ładunek wybuchowy, ajdik (ang. improvised explosive device)

kadra instruktorska – grupa żołnierzy-instruktorów prowadzących selekcję

kontakt ogniowy – przechwycenie lub związanie wroga walką

prowadzący – żołnierz odpowiedzialny za nawigację i wybór drogi podejścia, idący na szpicy szyku (ang. point man)

SAS – elitarna jednostka brytyjskich sił specjalnych (ang. Special Air Service)

SBS – elitarna jednostka brytyjskich sił specjalnych, przeznaczona do walki na morzu (ang. Special Boat Service)

zmiana – czas spędzony na misji, na przykład w Iraku lub Afganistanie

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

PRZEDMOWA

„Odważni wygrywają” – te słowa od dawna stanowią motto SAS, świetnie wyszkolonej jednostki najskuteczniejszych żołnierzy brytyjskich sił specjalnych. Naszą historię i to, jak działamy na polu walki, da się trafnie podsumować tym jednym zwrotem: „jesteśmy śmiali, zwyciężamy”. W chwilach kryzysu, takich jak niesławne oblężenie irańskiej ambasady w 1980 roku, kiedy terroryści wzięli za zakładników dwadzieścia sześć osób, to nasi operatorzy zostali wysłani, by siłą rozwiązać ten trudny problem. W strefach wojennych jesteśmy zrzucani za linię wroga, by siać spustoszenie, likwidować ważne cele i unieszkodliwiać niebezpieczne systemy uzbrojenia. Jeżeli chodzi o wojsko, od dawna uważa się nas za najlepszych z najlepszych.

Jednak w funkcjonowaniu sił specjalnych chodzi o coś więcej niż tylko ekstremalna przemoc. Nasza tajna praca nie oznacza jedynie agresji czy ofiarnych aktów odwagi, choć każdy w regimencie jest świadom ryzyka, na jakie narażamy się w walce: niewolę, tortury i śmierć. Uważamy się raczej za „myślących żołnierzy”: indywidualistów, umiejących być liderami i pracować w zespole; postępujących zgodnie z planem, a jednocześnie umiejących dostosować się do każdej sytuacji; wszechstronnych specjalistów potrafiących wtopić się w tło jak kameleon.

Dlatego też wielu cywili fascynuje się SAS i SBS. O naszej pracy napisano niezliczone książki, występowaliśmy również w filmach i produkcjach dokumentalnych. Na naszą legendę składa się także strój. W całości czarny, z kominiarką, niesie ze sobą poczucie wyrafinowanego zagrożenia, choć spora część cywilnego zainteresowania dotyczy wykonywanych przez nas zadań i wyzwań fizycznych, jakie podejmujemy. Ludzie chcą wiedzieć, jak twardym trzeba być, żeby przejść selekcję – wyczerpujący rytuał przejścia, będący przepustką do sił specjalnych.

Pokazywaliśmy to w dwóch sezonach naszego programu Odważni wygrywają, emitowanego na Channel 4. Zebraliśmy grupę cywili rekrutów, z których wielu pozornie było w szczytowej formie, i w ciągu ośmiu dni przeczołgaliśmy ich przez uproszczoną wersję selekcji. Stanęli przed tymi samymi wyzwaniami fizycznymi, odczuwali to samo zmęczenie psychiczne i załamania emocjonalne, jakie przeżywała większość żołnierzy próbujących się dostać do sił specjalnych. Podczas próby każdy z nich nauczył się czegoś o własnych umiejętnościach przywódczych i o współpracy, niezależnie od tego, czy udało im się dotrzeć do mety (a tych było niewielu), czy odpadli w pierwszym etapie. Uwypukliły się ich mocne strony, ujawniły słabości. Dzięki temu po powrocie do „prawdziwego życia” stali się lepszymi liderami, lepszymi współpracownikami, lepszymi ludźmi.

Na kartach Odważni wygrywają upchnęliśmy te same i więcej innych lekcji dla ludzi na mniej czy bardziej odpowiedzialnych stanowiskach. Może jesteś CEO międzynarodowej korporacji, a może założycielem start-upu. Może chcesz popracować nad swoją komunikatywnością jako trener lokalnej drużyny piłkarskiej albo zostałeś szefem w firmie, w której mechanizmy i osobowości w grupie sprawiają, iż wychodzisz poza swoją strefę komfortu. W każdym z tych przypadków książka ta dostarczy ci sprawdzonych w ogniu walki technik dowodzenia.

Podzielona na pięć części publikacja opisuje, jak nasza czwórka prowadzących program – Ant Middleton, Jason Fox, Matthew Ollerton i Colin Maclachlan – trafiła do sił specjalnych, pokazuje lekcje i trudności, jakich doświadczyliśmy podczas selekcji, zanim dołączyliśmy do najtwardszej jednostki wojskowej na świecie. Dzielimy się z wami technikami dotyczącymi planowania misji, konfliktów, współpracy, dowództwa i odpowiedzialności, a także tego, jak stać się myślącym żołnierzem. W każdym rozdziale zajmujemy się problemami dowództwa, na przykład jak radzić sobie, jeżeli sprawdzi się najgorszy możliwy scenariusz, lub jak zachować spokój w sytuacji ekstremalnego stresu. Następnie podajemy anegdotę opowiadającą, jak rozwiązaliśmy dany problem podczas konfliktu, a na końcu opisujemy, jak wykorzystać te umiejętności, będąc cywilem.

Z naszą pomocą będziesz działać z precyzją i skutecznością myślącego żołnierza. Będziesz mógł dołączyć do elity.

KADRA INSTRUKTORSKA

POZNAJ KADRĘ INSTRUKTORSKĄ

ANTHONY „ANT” MIDDLETON


Ant dołączył do Royal Engineers[1] w 1997 roku, mając szesnaście lat. Opuścił jednostkę w 2002, żeby służyć w Royal Marines[2], i został wysłany do Afganistanu jako dowódca sekcji. Przy pierwszym podejściu przeszedł selekcję do sił specjalnych i w 2008 roku dołączył do SBS, z którymi do 2011 roku jeszcze dwukrotnie był w Afganistanie jako prowadzący oraz dowódca grupy.

Na wczesnym etapie kariery w siłach specjalnych Ant prowadził zespół do zajętych przez wroga budynków, gdzie często dochodziło do walki. Pełniąc funkcję snajpera na śmigłowcu, pewnego razu ledwo uniknął śmierci w Afganistanie, kiedy kilkanaście pocisków wroga minęło jego głowę o parę centymetrów.

Ant pracuje obecnie w Afryce w górnictwie i ochronie. Współpracuje także z kilkoma organizacjami charytatywnymi na tym kontynencie, które zapewniają czystą wodę oraz wiercą i stawiają studnie w wioskach dotkniętych poważnym niedoborem wody.

MATTHEW „OLLIE” OLLERTON


Ollie dołączył do Royal Marine Commandos[3] w 1990 roku, mając osiemnaście lat, i służył w Irlandii Północnej. W pierwszym dniu jego służby dwustukilogramowa bomba w samochodzie pułapce wybuchła na pobliskim posterunku, zabijając wszystkich wewnątrz. Ollie musiał zbierać szczątki. Rok później służył podczas operacji Pustynna burza w Iraku, w czasie której ewakuował Kurdów z wielu wiosek zniszczonych w konflikcie.

W 1994 roku Ollie przeszedł selekcję i dołączył do SBS. Od tego momentu brał udział w operacjach na całym świecie i uczestniczył w morskich operacjach antyterrorystycznych.

Ollie odszedł z sił specjalnych i pracował jako menadżer regionalny prywatnej firmy ochroniarskiej w Iraku, a później jako menadżer operacyjny, pomagając ratować dzieci z obozów handlarzy ludźmi w Azji Południowo-Wschodniej. Razem z Jasonem Foxem prowadzi Break-Point, firmę, która uczy liderów biznesowych technik i strategii używanych przez brytyjskie siły specjalne.

JASON „FOXY” FOX


Foxy dołączył do Royal Marines w wieku szesnastu lat i ciężko pracował, zanim w 2002 roku przeszedł selekcję. Odbył kilka zmian w Afganistanie, a poza tym uczestniczył w wielu misjach na całym świecie z ramienia SBS jako ekspert od materiałów wybuchowych, płetwonurek bojowy i przewodnik psów.

Foxy opuścił SBS w stopniu sierżanta w 2012 roku, kiedy zdiagnozowano u niego zespół stresu pourazowego (PTSD[4]). Mówił później, że to stres wynikający z częstego odbywania zmian i poczucie ciągłego zagrożenia życia były powodami tego zaburzenia. Obecnie szkoli zespoły telewizyjne do pracy w strefach wysokiego ryzyka.

 

Wraz z Olliem prowadzi firmę Break-Point.

COLIN MACLACHLAN


Colin wstąpił do wojska w 1989 roku, kiedy miał piętnaście lat. Karierę rozpoczął w Royal Scots[5], gdzie zyskał stopień Warrant Officer Class II[6]. Do selekcji SAS podszedł w 1998 roku i przeszedł ją jako pierwsza osoba z jego pułku od dwudziestu lat. Uczestniczył w misjach na Bałkanach, w Afganistanie oraz w Wielkiej Brytanii.

Po odejściu z SAS wrócił do Edynburga. Obecnie pracuje jako konsultant ds. zarządzania ryzykiem. Jest także prezenterem telewizyjnym, pisarzem i ambasadorem kilku organizacji charytatywnych, takich jak Pilgrim Bandits, Lee Rigby Foundation, NSPCC oraz Leeds Rhinos Foundation.

CZĘŚĆ PIERWSZA JAK DOŁĄCZYĆ DO ELITY

1
ODWAŻNI WYGRYWAJĄ. JAK DOŁĄCZYĆ DO SAS

Nieważne, czym się zajmujemy, większość z nas chce wykorzystać swój potencjał. Istnieje w nas wrodzone pragnienie działania na najwyższym poziomie, czy to w pracy, w domu, podczas ćwiczeń, czy nawet gdy zajmujemy się rachunkami. Politycy chcą rządzić na skalę globalną, piłkarze marzą o grze na mistrzostwach świata, przedsiębiorcy chcą zawierać kontrakty na wysokie sumy. Przy tym wszyscy pragniemy, by nasza ciężka praca była doceniana, a wysiłek i pomysły chwalone.

Osobiste osiągnięcia – te duże i małe – są czymś, co nas napędza. W wojsku działa to dokładnie tak samo. Wielu żołnierzom samo funkcjonowanie w strefie działań wojennych nie wystarcza. Chcemy być najlepszymi z najlepszych, a żeby to osiągnąć, trzeba dołączyć do sił specjalnych[7].

COLIN: Potrzeba wiele wysiłku, żeby stać się członkiem sił specjalnych, elitarnej części brytyjskiej armii. Gdy korpus powstawał podczas drugiej wojny światowej, był oddziałem komandosów działającym za linią wroga w Afryce Północnej. Później jego głównym zadaniem stało się ratowanie zakładników, antyterroryzm, prowadzenie rozpoznania, sabotaże i akcje bezpośrednie. Ze względu na tajny charakter służby członkami korpusu mogli być jedynie najlepsi. Nie było miejsca na słabość, więc każdy żołnierz wstępujący do regimentu – jak nazwano tę jednostkę – szybko był uznawany za członka elity.

Każdy z nich miał wyjątkowe kompetencje, które pozwalały na wykonywanie ryzykownych zadań pod ekstremalną presją. Były to przede wszystkim doskonałe umiejętności żołnierskie oraz zdolności przywódcze. Aby przejść selekcję – wyczerpującą serię testów, która pokazywała, czy dana osoba ma w sobie to coś, by dołączyć do sił specjalnych – należało posiadać odpowiednie cechy osobowości. Chodziło między innymi o umiejętność adaptacji, humor, pokorę, dbałość o szczegóły, siłę mentalną, pozytywne nastawienie, pasję i myślenie niekonwencjonalne. Nie wystarczały odwaga i sprawność (choć na pewno były pomocne). Kandydat do SAS musiał być „myślącym żołnierzem” – myśleć zamiast impulsywnie wykorzystywać siłę.

Od zawsze chciałem należeć do wojskowej elity. Czym innym było ochraniać zamek Balmoral, a czymś całkowicie odmiennym ratować zakładników przetrzymywanych w twierdzy w Iraku. Jak każdy, kto czerpie dumę ze swojego fachu, chciałem pracować na najwyższym poziomie i zostać uznanym za członka elity. Podobnie jest w innych zawodach: ambitny makler giełdowy chciałby pracować dla jednej z największych firm w Londynie czy Nowym Jorku. W armii brytyjskiej jest tylko jedno miejsce, w którym musisz się znaleźć, żeby być uważanym za członka elity – siły specjalne. To chluba nie tylko armii, ale także marynarki i lotnictwa.

Wstąpiłem do wojska w wieku piętnastu lat. Mama powiedziała, że chce, bym wyniósł się z domu, kiedy skończę szesnaście, więc dwa tygodnie wcześniej zapisałem się do armii. Na początku byłem zszokowany. Ta praca momentami mnie przerażała i czułem się osamotniony. Bywałem mokry, brudny, nakładałem na siebie farbę maskującą, a wszystko to za pięć funtów tygodniowo. Dostałem się do Royal Scots i ukończyłem szkolenie przygotowujące do pierwszej wojny w Iraku.

Później dowiedziałem się, że z naszej jednostki od pokolenia nikt nie przeszedł selekcji (nikt inny nie przeszedł jej także, odkąd dołączyłem do sił specjalnych). SAS otaczała atmosfera tajemnicy i – jak wielu kumpli – czytałem słynne książki o SAS, na przykład Kryptonim Bravo Two Zero Andy’ego McNaba, które tylko nasiliły moją fascynację, a myśl o innym sposobie życia w wojsku była ekscytująca. Praca na najwyższym poziomie pociągała mnie dużo bardziej niż maszerowanie wokół pól południowego Armagh czy patrolowanie ulic Belfastu, co było naszym regularnym zajęciem podczas konfliktu z IRA.

Żeby zapisać się na selekcję, musiałem się zgłosić przez Royal Scots. Niektóre jednostki mają własne „przedbiegi” – miniselekcję, która sprawdza, czy na pewno się nadajesz. W Royal Scots takiej nie było. Chłopaki nie ganiały do dowództwa z prośbą o dołączenie do SAS, więc nikt nie pomyślał, żeby zorganizować jakikolwiek kurs wstępny. Kiedy zgłosiłem moją decyzję w 1998 roku, było to coś niespotykanego. Dostałem kilka tygodni wolnego przed selekcją, żeby móc poćwiczyć nawigację i solidnie potrenować, ale pierwszy dzień selekcji zniszczył wszelkie wyobrażenia o przynależności do grupy najlepszych.

Kiedy wszedłem do kuchni polowej w Brecon Beacons, wojskowym obozie w górach na południu Walii (czyli całkiem blisko siedziby głównej regimentu w Hereford), jednej z lokalizacji niesławnej fazy wzgórz, zebrało się prawie dwieście osób. Byli w różnej kondycji: niektórzy olbrzymi, wszyscy umięśnieni. Jeden czy dwóch miało na sobie koszulki z triatlonu bądź maratonu. W mojej jednostce uchodziłem za raczej wysportowanego, ale tego dnia poczułem się przeciętniakiem. Wyglądało na to, że dołączyć do SAS będzie trudniej, niż sobie wyobrażałem.

FOXY: Uwielbiałem życie żołnierza. Byłem pewny siebie i zdeterminowany. Lubiłem podejmować przemyślane ryzyko, więc uznałem, że całkiem nieźle poradzę sobie w siłach specjalnych. Pochodzę z rodziny wojskowych i wstąpiłem do Royal Marines w wieku szesnastu lat. Mój pradziadek służył w marynarce, mój tata w piechocie morskiej, zresztą mój brat także, więc ich wpływ i opowieści zachęciły mnie, żeby się zapisać.

Po dwóch latach służby zgłosiłem się na selekcję, naczytawszy się o siłach specjalnych w książkach i czasopismach. „Oni są zajebiści – myślałem. – Chcę tam być”.

Siły specjalne zdawały mi się łotrzykowskie. Wstąpienie do nich pozwoliłoby mi robić sporo zajebistych rzeczy, o których chłopaki często marzą. Kiedy już się dostałem, pracowałem jako ekspert od antyterroryzmu i materiałów wybuchowych w SBS. Czasami praca dawała sporo frajdy.

Uwielbiałem fakt, że chłopaki w siłach specjalnych mają więcej odpowiedzialności. Był tam też większy stopień niezależności, co lubiłem, a poza tym doceniano pomysły i opinie każdego żołnierza. W siłach specjalnych ranga niewiele znaczyła. Ale jeżeli chodzi o selekcję, to ją zlałem. Zamierzałem startować w styczniu, co oznaczało, że miałem cały okres świąteczny, żeby się przygotować. Ale zamiast ciężko trenować, opierdalałem się i obżerałem.

„Co za różnica – myślałem, próbując przekonać samego siebie, że nie muszę się przykładać – ludzie przetrenowują się przed selekcją i potem szybko doznają kontuzji”.

Kiedy selekcja się zaczęła, szybko wyszło, że nie jestem w najlepszej formie. Przez pierwsze dwa tygodnie skupiałem się na dotrzymywaniu kroku pozostałym rekrutom. Planowałem dojść do siebie na pozostałe dwa tygodnie i jakoś to zaliczyć.

OLLIE: Pochodzę z wojskowej rodziny z Burton upon Trent w Staffordshire. Mój dziadek był kapitanem w Royal Engineers, a brat pilotował helikoptery w Royal Navy[8], więc od zawsze zmierzałem w tę stronę, zwłaszcza że w szkole byłem trochę buntownikiem. Ścinałem się z innymi dzieciakami i opuszczałem lekcje – potrzebowałem dyscypliny.

Miałem jednak dość trudne dzieciństwo. Rodzice rozstali się, kiedy byłem mały, a niedługo później zmarli dziadkowie. Gdy miałem dziesięć lat, w zoo zaatakował mnie szympans. To było przerażające. Małpa, całe sześćdziesiąt kilo, wrzeszczała, kiedy przygważdżała mnie do ziemi, a z jej zębów kapała krew po tym, jak mnie gryzła. To doświadczenie zmieniło mnie i zacząłem cierpieć na zespół stresu pourazowego.

W pewnym sensie wojsko uratowało mnie przed wykolejeniem. Od zawsze chciałem służyć krajowi i być najlepszym z najlepszych. Wreszcie w wieku osiemnastu lat wstąpiłem do Royal Marines, ale wtedy czułem się rozczarowany. Wydawało się, że wojsko nie jest dla mnie. Kiedy omawiałem moją przyszłość w armii z doradcą zawodowym, spytał:

– Co chcesz robić, kiedy już dostaniesz się do Royal Marines?

Na biurku przede mną leżała książka. Na otwartej stronie było zdjęcie płetwonurka bojowego z SBS.

– Chcę robić to – powiedziałem, wskazując na fotografię.

Oficer tylko się zaśmiał.

– Taaa, wszyscy tak mówicie.

To mnie ubodło (ten oficer nie zdawał sobie sprawy, że pewnego dnia zostanę nurkiem bojowym).

Kiedy dostałem się do piechoty morskiej, rozczarowanie jeszcze się pogłębiło. Nienawidziłem hierarchii i rygorystycznego gówna, które się z nią łączyło. Myślę, że wielu ludzi, którzy idą do sił specjalnych, czuje podobnie. Byłem tak bardzo sfrustrowany, że myślałem nawet o odejściu z wojska. Ale chciałem też się sprawdzić. Każdy ma w sobie ducha wojownika (choć niektórzy muszą naprawdę głęboko kopać, zanim go znajdą). Pragnąłem należeć do elity. Wiedziałem, że gdy wstąpię do sił specjalnych, poczuję większą satysfakcję, męstwo – wszystko.

Chciałem także ryzykować i brać udział w znacznie bardziej niebezpiecznych operacjach niż te w Royal Marines. To była moja motywacja. Za każdym razem, kiedy wyjaśniam ludziom, że kocham być w siłach specjalnych, odpowiadają: „No tak, ale musisz wyjeżdżać na wojny”. Ale tego właśnie chciałem. Większe ryzyko daje większą nagrodę. Jak w każdej innej sytuacji: jeżeli nie jesteś gotowy na ryzykowanie w życiu, to nie poczujesz się spełniony.

Kiedy powiedziałem, że chcę wziąć udział w selekcji, nikt we mnie nie wierzył. Sierżant, pod którym wtedy służyłem, wyśmiał mnie.

– To dopiero będzie zabawne – powiedział.

To dało mi motywację do starania się. Pragnienie było tym, czego potrzebowałem, żeby sobie poradzić: musiałem być zdeterminowany i ignorować każdą myśl, która mnie powstrzymywała, więc wątpliwości innych traktowałem jak napęd. Taka motywacja miała mi pomóc osiągnąć mój cel.

ANT: Zacząłem nienawidzić Armii, zwłaszcza pod koniec służby.

Przed wstąpieniem do wojska żyłem z rodziną we Francji, a wojsko stanowiło wymówkę dla powrotu do Anglii. Kiedy rozpoczęło się szkolenie, bardzo mi się spodobało i zastanawiałem się, jak rozwinie się moja kariera. Po sześciu miesiącach od przybycia do jednostki (9 Parachute Squadron Royal Engineers[9]) wiedziałem już, że to nie dla mnie. Choćby przez to, że wtedy istniało sporo pubów dla żołnierzy, gdzie goście, którzy pili całą noc, kończyli imprezę, wypijając dla beki kufel szczyn. Ich typową „grą” było machanie jajami nad kieszenią stołu bilardowego, a wtedy ktoś uderzał w bilę, z reguły jak najmocniej.

Nie bawiło mnie to.

Byłem wtedy dość pewny siebie, właściwie aż za bardzo, i to na początku mnie wstrzymywało. Ukończyłem kurs spadochronowy (P Company) w centrum szkoleniowym piechoty w Catterick w North Yorkshire, a moje ego było dość problematyczne. Moją pewność siebie mylono z arogancją, co zraziło do mnie sporo ludzi.

Ta pewność siebie brała się z wychowania. Jako dziecko byłem dość towarzyski: byłem popularny w szkole, pewnie dlatego, że starsi bracia mnie chronili, więc kiedy chodziło o poznawanie nowych ludzi czy pracę w grupie, czułem się pewny siebie. Miałem wysoką samoocenę i chętnie wszystkim o tym mówiłem. Nie zrozumcie mnie źle, nie byłem gnojkiem, ale z pewnością byłem zarozumiały.

Cechy te pokazałem również w Armii. Nie miałem świadomości, że muszę być graczem zespołowym, jeżeli chcę się szybko rozwijać. Nie potrafiłem odpowiednio ukierunkować mojej pewności siebie. Chciałem znajdować się w centrum uwagi i to mnie blokowało. Gdybym był w stanie skupić się bardziej na wykonywanym zadaniu niż myśleć, że jestem lepszy niż inni, i choć trochę przejmował się opinią kolegów, szybciej doszedłbym znacznie dalej.

Czasami wydawało mi się, że jestem popychadłem tylko dlatego, że chcę być na czele. Któregoś dnia, po tym jak dołączyłem do jednostki, biegaliśmy. Znalazłem się z przodu, gdy nagle coś uderzyło mnie w nogi od tyłu i upadłem z drogi do rowu. Kiedy spojrzałem w górę, zobaczyłem, że wpatruje się we mnie jeden ze starszych chłopaków.

 

– Do cholery, głąbie – syknął. – Co robisz z przodu? Wracaj na tył, wystawiasz nas.

Nie mogłem tego zrozumieć. Myślałem: „Jak można oczekiwać od ludzi, że dadzą z siebie wszystko, skoro tym z największym zapałem każe się nie przykładać?”. To mnie mocno wkurzyło. Miałem w głowie jaśniejszą wizję życia jako wojskowy niż po prostu dopasowanie się do reszty. Wiedziałem, że muszę wejść na wyższy poziom, jeżeli chcę być szczęśliwy, więc w wieku dwudziestu czterech lat wstąpiłem do piechoty morskiej.

Braterstwo i profesjonalizm były tam znacznie bliżej tego, czego oczekiwałem, i to chyba wtedy po raz pierwszy pomyślałem o dołączeniu do sił specjalnych. A program szkoleniowy Royal Marines uważano za jeden z najtrudniejszych na świecie. To był dla mnie spory krok naprzód. Nauczyłem się, jak mocno mogę się forsować i jak ważna jest wiara w siebie – ale pod warunkiem, że się ją kontroluje.

Moje życie zmieniło się, kiedy tam przeszedłem w 2002 roku. Nie musiałem już pyskować. Zamiast tego mogłem wykazywać się podczas misji i na polu bitwy. Przestałem się przechwalać. Dotarłem do takiego etapu w życiu, kiedy byłem ojcem, pracowałem w Afganistanie jako dowódca sekcji i uważano mnie za dobrego żołnierza. Wreszcie czułem się komfortowo z tym, co robiłem.

I właśnie wtedy zdecydowałem się na selekcję.