Zew włóczęgiTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Wanderlust

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Marsz bez ustan­ku

Pierw­sze­go stycz­nia 1999 roku, w wie­ku osiem­dzie­się­ciu dzie­wię­ciu lat, Do­ris Had­dock, bar­dziej zna­na jako Bab­cia Di, wy­ru­szy­ła, by pie­szo prze­mie­rzyć Sta­ny Zjed­no­czo­ne, do­ma­ga­jąc się re­for­my fi­nan­so­wa­nia kam­pa­nii po­li­tycz­nych; do sto­li­cy do­tar­ła czter­na­ście mie­się­cy póź­niej, po prze­by­ciu pię­ciu ty­się­cy stu pięć­dzie­się­ciu ki­lo­me­trów. Nie przy­pad­kiem, by za­pro­te­sto­wać prze­ciw ukry­te­mu ze­psu­ciu drą­żą­ce­mu świat wiel­kie­go biz­ne­su, zde­cy­do­wa­ła się na for­mę dzia­ła­nia wy­ma­ga­ją­cą otwar­to­ści, za­an­ga­żo­wa­nia i nie­zbyt wiel­kich wy­dat­ków. W tym sa­mym cza­sie Bry­tyj­czy­cy wy­gry­wa­li inną bi­twę: w roku 2000 uchwa­lo­no usta­wę przy­zna­ją­cą oby­wa­te­lom swo­bod­ny do­stęp do dróg, na­wet prze­bie­ga­ją­cych przez grun­ta pry­wat­ne (przy czym usta­wa wcho­dzi w ży­cie do­pie­ro te­raz, wraz z po­ja­wia­niem się ofi­cjal­nych map oraz prze­wod­ni­ków po nowo otwar­tych dla pu­blicz­no­ści ob­sza­rach wiej­skich). Wal­ki z pry­wat­ny­mi wła­ści­cie­la­mi nie usta­ją, lecz znacz­na część wy­spy jest do­stęp­na w o wie­le szer­szym za­kre­sie ani­że­li wcze­śniej. Zwy­cię­stwa od­nie­sio­no rów­nież w wal­kach o udo­stęp­nie­nie miast pie­szym oraz o nowe kon­cep­cje urba­ni­stycz­ne, o to, by dzie­ci znów mo­gły cho­dzić do szko­ły pie­szo, jak rów­nież o wpro­wa­dze­nie za­ka­zu wjaz­du sa­mo­cho­dów do cen­trów miast – czy to w nie­dzie­le, czy raz w roku, czy też na sta­łe. Nowe ty­siąc­le­cie na­de­szło w dia­lek­tycz­nym zma­ga­niu mię­dzy taj­no­ścią a otwar­to­ścią, mię­dzy kon­so­li­da­cją a roz­pro­sze­niem wła­dzy, mię­dzy pry­wa­ty­za­cją a wła­sno­ścią pu­blicz­ną, wła­dzą a ży­ciem, cho­dze­nie zaś, jak za­wsze, było po stro­nie tych ostat­nich.

Pięt­na­ste­go lu­te­go 2003 roku we­dle oce­ny po­li­cji mniej wię­cej sie­dem­set pięć­dzie­siąt ty­się­cy osób, zaś we­dle ści­ślej­szych sza­cun­ków sa­mych or­ga­ni­za­to­rów pra­wie dwa mi­lio­ny lu­dzi wy­szło na uli­ce Lon­dy­nu. Oko­ło pięć­dzie­się­ciu ty­się­cy prze­ma­sze­ro­wa­ło przez Glas­gow, oko­ło stu ty­się­cy ma­sze­ro­wa­ło w Du­bli­nie, trzy­krot­nie wię­cej w Ber­li­nie, trzy mi­lio­ny w Rzy­mie, sto ty­się­cy w Pa­ry­żu, pół­to­ra mi­lio­na w Bar­ce­lo­nie i dwa mi­lio­ny w Ma­dry­cie. Tego sa­me­go dnia w Ame­ry­ce Po­łu­dnio­wej, w Rio de Ja­ne­iro, Bu­enos Aires, San­tia­go i in­nych mia­stach, rów­nież od­by­ły się de­mon­stra­cje, ma­sze­ru­ją­cy ze­bra­li się po­nad­to w Seu­lu, To­kio, Tel Awi­wie, Bag­da­dzie, Ka­ra­czi, De­tro­it, Kapsz­ta­dzie, Kal­ku­cie, Stam­bu­le, Mont­re­alu, Me­xi­co City, No­wym Jor­ku, San Fran­ci­sco, Syd­ney, Van­co­uver, Mo­skwie, Te­he­ra­nie i Ko­pen­ha­dze – wy­mie­nie­nie tyl­ko naj­więk­szych miast ozna­cza­ło­by zlek­ce­wa­że­nie na­mięt­no­ści, z jaką lu­dzie de­mon­stro­wa­li w Tu­lu­zie, na Mal­cie, w ma­ło­mia­stecz­ko­wym No­wym Mek­sy­ku i w Bo­li­wii, w oj­czyź­nie Inu­itów w pół­noc­nej Ka­na­dzie, w Mon­te­vi­deo, w Mo­sta­rze, w tu­ne­zyj­skim Sa­fa­kis, gdzie pro­te­stu­ją­cych po­bi­ła po­li­cja, w Chi­co­uti­mi w Qu­ebe­ku, gdzie zim­ny wiatr spro­wa­dził mróz się­ga­ją­cy −40°C, w Ju­ne­au na Ala­sce i na Ross Is­land na An­tark­ty­dzie, gdzie na­ukow­cy nie za­szli wpraw­dzie da­le­ko, lecz przy­naj­mniej uda­ło im się za­po­zo­wać do an­ty­wo­jen­nych zdjęć i dać świa­dec­two temu, że rów­nież siód­my kon­ty­nent nie uchy­la się od udzia­łu w de­mon­stra­cji.

Glo­bal­ny marsz, w któ­rym wzię­ło udział po­nad trzy­dzie­ści mi­lio­nów lu­dzi, skło­nił „New York Ti­me­sa” do ochrzcze­nia spo­łe­czeń­stwa oby­wa­tel­skie­go mia­nem „ko­lej­ne­go świa­to­we­go su­per­mo­car­stwa”. Tego dnia, 15 lu­te­go 2003 roku, woj­na z Ira­kiem nie usta­ła, być może jed­nak zmie­ni­ły się jej współ­rzęd­ne – Tur­cja przy­kła­do­wo, pod po­tęż­nym na­ci­skiem oby­wa­te­li, cof­nę­ła de­cy­zję o udo­stęp­nie­niu baz po­wietrz­nych si­łom zbroj­nym na­past­ni­ków. XXI wiek ro­dził się na na­szych oczach jako era wła­dzy lu­dzi i pu­blicz­nych pro­te­stów. Na­der na­ma­cal­ny cha­rak­ter wła­dza ta zy­ski­wa­ła zwłasz­cza w Ame­ry­ce Ła­ciń­skiej, oba­la­jąc ko­lej­ne re­żi­my, uda­rem­nia­jąc za­ma­chy sta­nu, chro­niąc za­so­by śro­do­wi­ska na­tu­ral­ne­go przed spe­ku­lan­ta­mi, pod­wa­ża­jąc tym sa­mym neo­li­be­ral­ny pro­gram po­ro­zu­mie­nia o Stre­fie Wol­ne­go Han­dlu Obu Ame­ryk; od pro­te­stów bel­gradz­kich stu­den­tów po wy­stą­pie­nia ko­re­ań­skich rol­ni­ków zbio­ro­we pu­blicz­ne dzia­ła­nia na­bie­ra­ły zna­cze­nia. Cho­dze­nie jako ta­kie nie zmie­ni­ło świa­ta, jed­nak kie­dy lu­dzie idą ra­zem, cho­dze­nie może się stać ry­tu­ałem, na­rzę­dziem i czyn­ni­kiem wzmoc­nie­nia spo­łe­czeń­stwa oby­wa­tel­skie­go, któ­re jest w sta­nie dać od­pór prze­mo­cy i uci­sko­wi. W isto­cie trud­no so­bie wy­obra­zić praw­dzi­we spo­łe­czeń­stwo oby­wa­tel­skie bez moż­li­wo­ści swo­bod­ne­go zrze­sza­nia się i bez zna­jo­mo­ści te­re­nu, któ­ra wzra­sta, gdy się po nim cho­dzi. Po­dzie­lo­na i bier­na lud­ność to nie to samo co oby­wa­tel­ska wspól­no­ta.

Marsz w Se­at­tle w 1999 roku, w któ­rym udział wzię­ło pięć­dzie­siąt ty­się­cy osób i któ­ry 30 li­sto­pa­da tam­te­go roku do­pro­wa­dził do za­mknię­cia se­sji Świa­to­wej Or­ga­ni­za­cji Han­dlu, wy­zna­czał po­czą­tek no­wej ery, w któ­rej ruch o za­się­gu glo­bal­nym zdo­łał się prze­ciw­sta­wić kor­po­ra­cyj­nej od­mia­nie glo­ba­li­za­cji, za­gra­ża­ją­cej temu, co lo­kal­ne, de­mo­kra­tycz­ne, róż­no­rod­ne i nie­za­leż­ne. Je­de­na­sty wrze­śnia 2001 roku, dzień, w któ­rym do­szło do za­wa­le­nia się wież World Tra­de Cen­ter, to ko­lej­na data, jaką zwy­kło się uzna­wać za mo­ment burz­li­wych na­ro­dzin no­we­go ty­siąc­le­cia i być może naj­sil­niej­szą od­po­wie­dzią na akt ter­ro­ry­zmu była ta pierw­sza: dzie­siąt­ki ty­się­cy miesz­kań­ców No­we­go Jor­ku, któ­rzy wspól­nie ucie­ka­li przed nie­bez­pie­czeń­stwem, pie­szo, jako oby­wa­te­le do­sko­na­le obe­zna­ni z to­po­gra­fią ulic, jako isto­ty ludz­kie go­to­we nieść po­moc ob­cym so­bie lu­dziom, wy­peł­nia­ją­cy ale­je ni­czym w ja­kimś po­sęp­nym po­cho­dzie, tłum, któ­ry za­mie­nił most Bro­ok­liń­ski w dep­tak dla pie­szych, zaś Union Squ­are w ago­rę pu­blicz­nej ża­ło­by i pu­blicz­nej de­ba­ty. Te dzie­siąt­ki czy wręcz set­ki ty­się­cy osób w prze­strze­ni pu­blicz­nej, nie­uzbro­jo­nych, za­an­ga­żo­wa­nych i trak­tu­ją­cych sie­bie na­wza­jem jako rów­nych, sta­no­wi­ło prze­ci­wień­stwo taj­no­ści i prze­mo­cy ce­chu­ją­cych za­rów­no sam atak ter­ro­ry­stycz­ny, jak i od­po­wiedź Bu­sha (a tak­że nie­po­wią­za­ną z nimi woj­nę w Ira­ku). To, że wspo­mnia­ny wcze­śniej ogrom­ny ruch an­ty­wo­jen­ny rów­nież opie­rał się na ma­so­wych gru­pach pie­szych de­mon­stran­tów, nie jest za­pew­ne dzie­łem przy­pad­ku.

Naj­lep­szym świa­dec­twem po­tę­gi nie­uzbro­jo­nych lu­dzi ma­sze­ru­ją­cych wspól­nie po uli­cach są nad­zwy­czaj­ne środ­ki przy­mu­su uży­te w Sta­nach Zjed­no­czo­nych i Wiel­kiej Bry­ta­nii w celu kon­tro­lo­wa­nia bądź wręcz po­wstrzy­ma­nia owych tłu­mów: w cza­sie ogól­no­kra­jo­we­go zjaz­du Re­pu­bli­ka­nów w No­wym Jor­ku w sierp­niu 2004 roku, w Glen­eagles w Szko­cji w trak­cie szczy­tu G8 rok póź­niej, jak rów­nież przy oka­zji każ­de­go ko­lej­ne­go zjaz­du rzecz­ni­ków kor­po­ra­cyj­nej glo­ba­li­za­cji po­cząw­szy od 1999 roku, czy to Świa­to­wej Or­ga­ni­za­cji Han­dlu, Mię­dzy­na­ro­do­we­go Fun­du­szu Wa­lu­to­we­go, Ban­ku Świa­to­we­go, Świa­to­we­go Fo­rum Eko­no­micz­ne­go czy G8. Or­ga­ni­za­cja owych szczy­tów, w trak­cie któ­rych po­tę­ga wy­bra­nych sta­wa­ła do otwar­tej wal­ki z mocą ludu, zwy­kle wy­ma­ga­ła wznie­sie­nia wo­kół nich tym­cza­so­we­go po­li­cyj­ne­go szań­ca, cze­go kosz­ta się­ga­ły mi­lio­nów fun­tów, do­la­rów, euro czy ju­anów prze­zna­cza­nych na opła­ce­nie służb bez­pie­czeń­stwa, do­zbro­je­nie ich, nad­zór, bu­do­wę za­sie­ków i usta­wia­nie ba­rier – ca­łe­go tego bru­tal­ne­go, od­czło­wie­czo­ne­go świa­ta bro­nią­ce­go nie­ludz­kiej i za­sa­dza­ją­cej się na prze­mo­cy po­li­ty­ki.

W wal­kę z cza­sem, prze­strze­nią i go­to­wo­ścią do ma­sze­ro­wa­nia we wspól­nej spra­wie, a tak­że z wi­zją czło­wie­czeń­stwa, któ­ra się w nich ucie­le­śnia, za­an­ga­żo­wa­ne są jed­nak bar­dziej pod­stęp­ne środ­ki. Jed­nym z nich jest w moim prze­ko­na­niu wy­peł­nia­nie tego, co na­zy­wam „cza­sem przej­ścio­wym”, po­mię­dzy cza­sem doj­ścia do lub z pew­ne­go miej­sca, cza­sem błą­ka­nia się, cza­sem wa­łę­sa­nia się bez celu przy oka­zji za­ła­twia­nia waż­nych spraw. Zwy­kło się nad nim ubo­le­wać jako nad ro­dza­jem mar­no­traw­stwa, cza­sem stra­co­nym, przy czym to, co zeń po­zo­sta­je, na­le­ży wy­peł­nić przy­naj­mniej słu­cha­niem mu­zy­ki czy roz­mo­wą przez ko­mór­kę. Sama moż­li­wość do­ce­nie­nia ta­kie­go nie­za­śmie­co­ne­go cza­su, użyt­ku czer­pa­ne­go z tego, co bez­u­ży­tecz­ne, za­ni­ka, po­dob­nie jak za­ni­ka moż­li­wość ist­nie­nia i funk­cjo­no­wa­nia poza tym, co oswo­jo­ne, te­le­fo­ny ko­mór­ko­we bo­wiem zda­ją się słu­żyć za bu­for chro­nią­cy przed sa­mot­no­ścią, ci­szą i spo­tka­niem z nie­zna­nym. Trud­no winą za to ob­cią­żać wy­łącz­nie tech­no­lo­gię – glo­bal­ny marsz z 15 lu­te­go 2003 uda­ło się zor­ga­ni­zo­wać za po­mo­cą in­ter­ne­tu – jed­nak­że wy­ko­rzy­sta­nie jej w ce­lach han­dlo­wych czę­sto­kroć jest wy­mie­rzo­ne wła­śnie we wszyst­ko to, co swo­bod­ne w sen­sie po­li­tycz­nym i dar­mo­we w sen­sie fi­nan­so­wym. Ła­two wska­zać na inne prze­mia­ny, zja­wi­ska, któ­re ule­gły znacz­ne­mu na­si­le­niu od cza­su, gdy na­pi­sa­łam Zew włó­czę­gi.

 

Oty­łość oraz zwią­za­ne z nią za­bu­rze­nia przy­bie­ra­ją po­stać mię­dzy­na­ro­do­wej epi­de­mii: co­raz wię­cej osób w naj­róż­niej­szych za­kąt­kach świa­ta od dzie­ciń­stwa po­zba­wio­nych jest moż­li­wo­ści ru­chu i prze­kar­mia­nych przez opie­ku­nów; to rów­nia po­chy­ła, bo­wiem nie­ru­cho­me cia­ło co­raz bar­dziej tra­ci moż­li­wość dzia­ła­nia. Oty­łość nie po­ja­wia się przy­pad­kiem w świe­cie cy­fro­wej roz­ryw­ki i par­kin­gów, bez­ład­nej za­bu­do­wy miast i przed­mieść: u sa­me­go swe­go źró­dła jest czymś za­mie­rzo­nym, lu­dzi bo­wiem na­kła­nia się, by za­po­mnie­li, że cia­ła zdol­ne są spro­stać sta­wia­nym im wy­zwa­niom i do­star­czać przy­jem­no­ści, z któ­rej mogą ko­rzy­stać. Po­strze­ga­ją i wy­obra­ża­ją so­bie swo­je cia­ła jako za­sad­ni­czo bier­ne, jak skarb­ni­cę bądź brze­mię, lecz ni­g­dy jako na­rzę­dzie do dzia­ła­nia i prze­miesz­cza­nia się. W ma­te­ria­łach re­kla­mo­wych, na przy­kład tych pro­mu­ją­cych sku­te­ry fir­my Se­gway, wma­wia się nam, że prze­mie­rza­nie krót­kich dy­stan­sów w ob­sza­rze mia­sta, a na­wet mię­dzy skle­pa­mi, jest za­da­niem, z któ­rym może się upo­rać je­dy­nie ma­szy­na; z góry ne­gu­je się samą moż­li­wość po­ko­na­nia ja­kie­go­kol­wiek dy­stan­su pie­szo, co z ko­lei ozna­cza za­ne­go­wa­nie ty­siąc­le­ci, kie­dy prze­mie­rza­li­śmy i prze­mie­rza­ły­śmy świat sa­mo­dziel­nie, za­nim jesz­cze po­ja­wi­ły się ma­szy­ny. Prze­ciw­sta­wie­nie się tego ro­dza­ju uwią­do­wi wy­obraź­ni i za­an­ga­żo­wa­nia może się oka­zać rów­nie istot­ne jak wal­ka o swo­bo­dy po­li­tycz­ne, bo­wiem je­dy­nie od­zy­skaw­szy wpierw po­czu­cie tkwią­cej w nas sa­mych mocy, mo­że­my za­cząć zwal­czać za­rów­no ucisk, jak i roz­pad ży­we­go cia­ła w dzia­ła­niu.

A jako że kli­mat ule­ga ocie­ple­niu i wy­czer­pu­ją się zło­ża ropy naf­to­wej, od­kry­cie to może się oka­zać nad wy­raz istot­ne, kto wie, czy nie o wie­le waż­niej­sze od „al­ter­na­tyw­nych źró­deł ener­gii” i in­nych roz­wią­zań, któ­re po­zwa­la­ją po­dą­żać da­lej dro­gą mo­to­ry­za­cji, za­miast skła­niać do po­szu­ki­wa­nia no­wych moż­li­wo­ści. Czę­sto trud­no mi się zgo­dzić z rzecz­ni­ka­mi ru­chu pie­sze­go czy ro­we­ro­we­go, są­dzą­cy­mi, że in­fra­struk­tu­ra jest wszyst­kim: że je­śli się ją zbu­du­je, pie­si i ro­we­rzy­ści po­ja­wią się sami. Uwa­żam bo­wiem, że lu­dzie za­miesz­ku­ją­cy stre­fę prze­my­sło­wą naj­pierw mu­szą na nowo prze­my­śleć czas, prze­strzeń i wła­sne cia­ła, za­nim będą w sta­nie się przy­go­to­wać do pie­sze­go (a przy­naj­mniej nie­zmo­to­ry­zo­wa­ne­go) ży­cia w mie­ście na wzór swo­ich przod­ków. Wy­da­je się, że tak na­praw­dę je­dy­nie w miej­scach ta­kich jak Man­hat­tan czy Lon­dyn lu­dzie – a przy­naj­mniej nie­któ­rzy z nich – pa­mię­ta­ją, jak ze­spo­lić trans­port pu­blicz­ny z cho­dze­niem na wła­snych no­gach, po to by stwo­rzyć sku­tecz­ną, etycz­ną, a nie­kie­dy głę­bo­ko sa­tys­fak­cjo­nu­ją­cą me­to­dę prze­miesz­cza­nia się w ob­sza­rze co­dzien­ne­go ży­cia.

Zew włó­czę­gi na­pi­sa­łam pod ko­niec lat dzie­więć­dzie­sią­tych, w świe­cie, któ­ry już wów­czas był spo­la­ry­zo­wa­ny, czy­tel­ni­cy i re­cen­zen­ci spe­szy­li mnie zaś aż na­zbyt ser­decz­nym przy­ję­ciem tej książ­ki. Być może przy­jem­ność czy­ta­nia opo­wie­ści o piel­grzym­kach i prze­chadz­kach pro­sty­tu­tek stłu­mi­ła obu­rze­nie, ja­kie książ­ka ta mo­gła­by wy­wo­łać, bo jest ona prze­cież za­ra­zem po­le­mi­ką wy­mie­rzo­ną w zja­wi­ska uprze­my­sło­wie­nia, pry­wa­ty­za­cji grun­tów pu­blicz­nych, uci­sku i za­mknię­cia ko­biet, roz­ra­sta­nia się przed­mieść, od­cie­le­śnie­nia ży­cia co­dzien­ne­go i wie­le im po­dob­nych. Zew włó­czę­gi roz­po­starł przede mną roz­le­głe ob­sza­ry, któ­re na­dal sta­ram się od­kry­wać. W pew­nym sen­sie ko­lej­na moja pra­ca, z 2003 roku, po­świę­co­na po­sta­ci Eadwe­ar­da Muy­brid­ge’a, sta­no­wi­ła kon­ty­nu­ację ba­dań nad uprze­my­sło­wie­niem cza­su i prze­strze­ni oraz przy­spie­sze­niem wi­docz­nym w ży­ciu co­dzien­nym, za­po­cząt­ko­wa­nych w Ze­wie włó­czę­gi. W książ­ce Hope in the Dark (Na­dzie­ja w mro­ku) sta­ra­łam się da­lej prze­śle­dzić moce tkwią­ce w oby­wa­te­lach i oby­wa­tel­kach, któ­rzy wy­cho­dzą na uli­ce, by zmie­nić świat, zaś w A Field Gu­ide to Get­ting Lost (Prze­wod­nik gu­bie­nia się) sze­rzej przyj­rza­łam się moż­li­wo­ściom użyt­ku z włó­czę­gi i wią­żą­cej się z nią nie­pew­no­ści. Na­dal prze­cha­dzam się ścież­ka­mi tej książ­ki, sta­no­wią­cej dla mnie swo­istą mapę świa­ta, wy­biór­czą, jak więk­szość map, lecz za­ra­zem na­der ob­szer­ną.

Jed­ną z naj­więk­szych przy­jem­no­ści, ja­kie czer­pa­łam z ba­dań przy­go­to­wu­ją­cych do ni­niej­szej książ­ki, jak rów­nież z jej pi­sa­nia, było samo do­cho­dze­nie do pew­nych wnio­sków oraz usu­wa­nie wie­lu utar­tych po­dzia­łów i roz­róż­nień. Pod­czas cho­dze­nia bo­wiem cia­ło i umysł mogą na­wią­zać z sobą współ­pra­cę, dzię­ki cze­mu my­śle­nie sta­je się nie­mal fi­zycz­ną, ryt­micz­ną dzia­łal­no­ścią – tyle w kwe­stii kar­te­zjań­skie­go du­ali­zmu cia­ła i umy­słu. W cho­dze­niu są obec­ne za­rów­no du­cho­wość, jak i sek­su­al­ność; wiel­cy spa­ce­ro­wi­cze nie­jed­no­krot­nie w ten sam spo­sób prze­mie­rza­li prze­strze­nie miej­skie i wiej­skie; i na­wet prze­szłość łą­czy się z te­raź­niej­szo­ścią, gdy prze­cha­dza­my się ścież­ka­mi prze­mie­rzo­ny­mi kie­dyś przez na­szych przod­ków bądź sta­ra­my się wskrze­sić ja­kieś wy­da­rze­nie z daw­nych dzie­jów czy z wła­sne­go ży­cia, od­twa­rza­jąc jego szlak. A każ­da prze­chadz­ka po­ko­nu­je prze­strzeń ni­czym wą­tek bie­gną­cy w tka­ni­nie, spla­ta­jąc z sobą ko­lej­ne, póki nie utwo­rzą cią­głe­go prze­ży­cia – w prze­ci­wień­stwie do po­dró­ży sa­mo­lo­tem, a na­wet sa­mo­cho­dem czy po­cią­giem, któ­ra roz­człon­ko­wu­je czas i prze­strzeń. Ciąg­łość jest wła­śnie jed­ną z tych rze­czy, któ­re – jak mi się zda­je – utra­ci­li­śmy w epo­ce prze­my­sło­wej; mo­że­my jed­nak sta­rać się ją od­zy­skać, nie­ustan­nie i bez prze­rwy, a nie­któ­rym się to uda­je. Pola i uli­ce wszak na nas cze­ka­ją.

Część pierw­sza

Kro­cze­nie my­śli

Roz­dział pierw­szy

Prze­mie­rza­jąc cy­pel – wpro­wa­dze­nie

Od cze­go wszyst­ko się za­czy­na? Od na­pię­cia mię­śni. Jed­na noga ni­czym fi­lar, na któ­rym wspie­ra się wy­pro­sto­wa­ne cia­ło roz­pię­te mię­dzy zie­mią a nie­bem. Dru­ga ni­czym wa­ha­dło ko­ły­szą­ce się od tyłu. Pię­ta do­ty­ka pod­ło­ża. Cały cię­żar cia­ła prze­ta­cza się do przo­du, na kulę sto­py. Pa­luch po­ma­ga się ode­pchnąć, a ści­śle wy­wa­żo­ny cię­żar cia­ła znów się prze­su­wa. Nogi zmie­nia­ją po­zy­cję. Wszyst­ko za­czy­na się od pierw­sze­go kro­ku, po­tem czy­ni się na­stęp­ny i na­stęp­ny, te zaś na­kła­da­ją się na sie­bie ni­czym ude­rze­nia bę­ben­ka wy­bi­ja­ją­ce rytm – rytm stą­pa­nia. Jako coś naj­bar­dziej oczy­wi­ste­go, a za­ra­zem naj­bar­dziej ta­jem­ni­cze­go na świe­cie, kro­cze­nie nie­po­strze­że­nie prze­cho­dzi w re­li­gię, fi­lo­zo­fię, kra­jo­braz, urba­ni­sty­kę, ana­to­mię, ale­go­rię i mi­ło­sny za­wód.

Hi­sto­ria cho­dze­nia po­zo­sta­je nie­na­pi­sa­na, owia­na ta­jem­ni­cą, a jej ukry­te strzę­py od­na­leźć moż­na w ty­sią­cach na­po­my­ka­ją­cych o nim je­dy­nie przy oka­zji ustę­pów ksią­żek, w pio­sen­kach, na uli­cach i w nie­mal każ­dym na­szym prze­ży­ciu. Cie­le­sne dzie­je cho­dze­nia to opo­wieść o ewo­lu­cji dwu­noż­no­ści i ludz­kiej ana­to­mii. Za­zwy­czaj cho­dze­nie jest czy­sto prak­tycz­nym, nie­mal nie­zau­wa­żal­nym środ­kiem prze­miesz­cza­nia się po­mię­dzy miej­sca­mi. Ob­ró­ce­nie cho­dze­nia w do­cho­dze­nie, w ry­tu­ał, w ro­dzaj me­dy­ta­cji daje jego szcze­gól­ną od­mia­nę, któ­ra pod wzglę­dem psy­cho­lo­gicz­nym, ale już nie fi­lo­zo­ficz­nym, od­po­wia­da czyn­no­ści, jaką wy­ko­nu­je li­sto­nosz roz­no­szą­cy pocz­tę czy urzęd­nik wsia­da­ją­cy do po­cią­gu. Co ozna­cza, że te­ma­tem cho­dze­nia jest w pew­nym sen­sie to, że i w jaki spo­sób po­wszech­nie spo­ty­ka­nym dzia­ła­niom na­da­je­my szcze­gól­ne zna­cze­nia. Po­dob­nie jak je­dze­niu czy od­dy­cha­niu, cho­dze­niu bo­wiem moż­na przy­pi­sy­wać ra­dy­kal­nie od­mien­ne zna­cze­nia kul­tu­ro­we, od ero­tycz­nych po du­cho­we, od re­wo­lu­cyj­nych po ar­ty­stycz­ne. W ten spo­sób jego hi­sto­ria za­czy­na sta­no­wić ele­ment ca­ło­ści dzie­jów wy­obraź­ni i kul­tu­ry, tego, ja­kich od­mian przy­jem­no­ści, ja­kich swo­bód i ja­kich zna­czeń po­szu­ki­wa­no w róż­nych epo­kach, po­stę­pu­jąc na róż­ne spo­so­by. Wy­obraź­nia za­rów­no kształ­to­wa­ła po­ko­ny­wa­ną na dwóch no­gach prze­strzeń, jak i była przez nią kształ­to­wa­na. Cho­dze­nie wy­ty­czy­ło ścież­ki, dro­gi, szla­ki han­dlo­we, wy­two­rzy­ło lo­kal­ne i łą­czą­ce kon­ty­nen­ty roz­ma­ite for­my od­czu­wa­nia prze­strze­ni, zbu­do­wa­ło mia­sta i par­ki, spo­rzą­dzi­ło mapy i prze­wod­ni­ki, skon­stru­owa­ło róż­no­ra­kie urzą­dze­nia, a po­nad­to zgro­ma­dzi­ło ogrom­ną bi­blio­te­kę wę­drow­nych opo­wie­ści i wę­drow­nej po­ezji, hi­sto­rii o piel­grzym­kach, gór­skich wspi­nacz­kach, włó­czę­gach i let­nim pik­ni­ko­wa­niu. Prze­mie­rza­ne w ten spo­sób kra­jo­bra­zy miast i wsi zro­dzi­ły opo­wie­ści, te zaś przy­wo­dzą nas z po­wro­tem ku miej­scom, w któ­rych roz­gry­wa się ta hi­sto­ria.

Dzie­je cho­dze­nia to hi­sto­ria two­rzo­na po ama­tor­sku, tak jak samo wę­dro­wa­nie jest dzia­ła­niem ama­tor­skim. Się­ga­jąc do me­ta­fo­ry wę­dro­wa­nia, moż­na po­wie­dzieć, że jego hi­sto­ria nie­ustan­nie wkra­cza na cu­dze ob­sza­ry – ana­to­mii, an­tro­po­lo­gii, ar­chi­tek­tu­ry, ogrod­nic­twa, geo­gra­fii, po­li­ty­ki i hi­sto­rii kul­tu­ry, li­te­ra­tu­ry, sek­su­al­no­ści, re­li­gio­znaw­stwa – nie za­trzy­mu­jąc się w żad­nym z nich w swej da­le­kiej dro­dze. Je­śli bo­wiem ob­szar ba­daw­czy wy­obra­zić so­bie jako rze­czy­wi­ste pole – jako ści­śle wy­ty­czo­ny, pro­sto­kąt­ny i za­mknię­ty grunt, upra­wia­ny po to, by wy­dał okre­ślo­ny plon – za­gad­nie­nie cho­dze­nia przy­po­mi­na samo cho­dze­nie, w któ­rym nie zwa­ża się na ja­kie­kol­wiek ogra­ni­cze­nia. A cho­ciaż hi­sto­ria cho­dze­nia jako taka jest – jako część wszyst­kich tych ob­sza­rów i każ­de­go oso­bi­ste­go do­świad­cze­nia – po­ten­cjal­nie nie­skoń­czo­na, te opo­wie­ści, któ­re tu spi­su­ję, mogą być je­dy­nie cząst­ko­we, jak oso­bli­we ścież­ki wy­ty­czo­ne przez po­je­dyn­czą, kon­kret­ną wę­drow­nicz­kę, nie­jed­no­krot­nie co­fa­ją­cą się po wła­snych śla­dach i nie­ustan­nie roz­glą­da­ją­cą wo­kół. Na ko­lej­nych stro­nach sta­ram się prze­mie­rzać ścież­ki, któ­re przy­wio­dły więk­szość osób w moim kra­ju, w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, do obec­ne­go mo­men­tu, prze­śle­dzić hi­sto­rię czer­pią­cą w znacz­nej mie­rze z eu­ro­pej­skich źró­deł, prze­kształ­co­ną jed­nak i na róż­ne spo­so­by prze­ni­co­wa­ną przez skraj­nie od­mien­ną ska­lę ame­ry­kań­skiej prze­strze­ni, wie­ki przy­sto­so­wań i mu­ta­cji oraz przez inne tra­dy­cje, któ­re zbie­gły się ostat­nio z owy­mi ścież­ka­mi, zwłasz­cza tra­dy­cje azja­tyc­kie. Hi­sto­ria cho­dze­nia to hi­sto­ria każ­dej i każ­de­go z nas, a ja­ka­kol­wiek jej pi­sa­na wer­sja może je­dy­nie wska­zać nie­któ­re z moc­niej wy­dep­ta­nych ście­żek po­zo­sta­ją­cych w za­się­gu au­tor­ki czy au­to­ra – in­ny­mi sło­wy, ścież­ki wy­ty­czo­ne prze­ze mnie nie są je­dy­ny­mi.

Pew­ne­go wio­sen­ne­go dnia za­sia­dłam do pi­sa­nia tek­stu o cho­dze­niu, by na­tych­miast z po­wro­tem wstać, biur­ko bo­wiem nie jest naj­lep­szym miej­scem do my­śle­nia w więk­szej ska­li. Z cy­pla na pół­noc od mo­stu Gol­den Gate, usia­ne­go opusz­czo­ny­mi umoc­nie­nia­mi obron­ny­mi, po­sta­no­wi­łam wspiąć się po zbo­czach do­li­ny i przejść wzdłuż gra­ni, by na­stęp­nie zejść ku wy­brze­żu Oce­anu Spo­koj­ne­go. Wio­sna na­de­szła wów­czas po wy­jąt­ko­wo mo­krej zi­mie, zaś wzgó­rza po­kry­ły się ową roz­pa­sa­ną, wy­bu­ja­łą zie­le­nią, o któ­rej za­wsze za­po­mi­nam, by przy­po­mnieć so­bie o niej ko­lej­ne­go roku. Spod nowo wy­ro­słej tra­wy prze­bi­ja­ła ze­szło­rocz­na darń, już nie zło­ta­wa, lecz wy­bla­kła od desz­czu i zsza­rza­ła do od­cie­nia po­pio­łu, część bo­ga­tej pa­le­ty sub­tel­nych, zmie­nia­ją­cych się przez cały rok barw. Hen­ry Da­vid Tho­re­au, prze­mie­rza­ją­cy z o wie­le więk­szym wi­go­rem ode mnie oko­li­ce po dru­giej stro­nie kon­ty­nen­tu, tak je opi­sy­wał: „Cał­kiem nowa per­spek­ty­wa spa­ce­ru to wiel­kie szczę­ście i do­świad­czam go każ­de­go po­po­łu­dnia. Dwu- lub trzy­go­dzin­ny spa­cer prze­no­si mnie do nie­zna­ne­go kra­ju, jaki mo­głem so­bie tyl­ko wy­ma­rzyć. Ja­kieś go­spo­dar­stwo, któ­re­go ni­g­dy wcze­śniej nie wi­dzia­łem, jest cza­sa­mi cu­dow­niej­sze od pa­ła­cu kró­la Da­ho­me­ju. Ist­nie­je na­wet pew­na har­mo­nia mię­dzy moż­li­wo­ścia­mi kra­jo­bra­zu w pro­mie­niu dzie­się­ciu mil, ogra­ni­cze­nia­mi po­po­łu­dnio­we­go spa­ce­ru a dłu­go­ścią ludz­kie­go ży­cia. Ni­g­dy nie jest nam dane się nu­dzić”1.

 

Te prze­ci­na­ją­ce się ścież­ki i dro­gi two­rzą dzie­się­cio­ki­lo­me­tro­wą tra­sę, któ­rą de­ka­dę temu za­czę­łam wę­dro­wać, by wy­cho­dzić z sie­bie nie­po­kój, drę­czą­cy mnie w trak­cie jed­ne­go z trud­niej­szych lat mo­je­go ży­cia. Po­wra­cam na ten szlak, by od­po­cząć od pra­cy i za­ra­zem na­brać do niej sił, gdyż w na­sta­wio­nej na wy­twa­rza­nie kul­tu­rze od­da­wa­nie się my­śle­niu na ogół uzna­je się za nie­pro­duk­tyw­ne, a nie­ro­bie­nie ni­cze­go pro­duk­tyw­ne­go zwy­kle przy­cho­dzi z tru­dem. Naj­le­piej za­tem przy­brać my­śle­nie w przy­naj­mniej po­zór ja­kie­goś dzia­ła­nia, dzia­ła­niem zaś naj­bliż­szym bez­czyn­no­ści jest wła­śnie cho­dze­nie. Samo w so­bie jest tą in­ten­cjo­nal­ną czyn­no­ścią, któ­rej naj­bli­żej do mi­mo­wol­nych ryt­mów cia­ła, od­dy­cha­nia i bi­cia ser­ca. Po­zwa­la zna­leźć chwiej­ną rów­no­wa­gę mię­dzy pra­cą a próż­no­wa­niem, by­ciem a dzia­ła­niem. Jest pra­cą cia­ła nie­wy­twa­rza­ją­cą ni­cze­go prócz my­śli, prze­żyć, olśnień. Po tych wszyst­kich la­tach wę­dro­wa­nia po to, by prze­pra­co­wać coś in­ne­go, sen­su na­brał po­wrót do pra­cy bli­sko domu, tak jak ro­zu­miał ją Tho­re­au, i prze­my­śle­nie sa­me­go wę­dro­wa­nia.

Cho­dze­nie, w wer­sji ide­al­nej, jest sta­nem, w któ­rym umysł, cia­ło i świat spo­ty­ka­ją się z sobą, jak gdy­by były trze­ma pro­wa­dzą­cy­mi roz­mo­wę po­sta­cia­mi, trze­ma dźwię­ka­mi nie­spo­dzie­wa­nie łą­czą­cy­mi się w akord. Wę­dro­wa­nie po­zwa­la nam na osa­dze­nie się we wła­snym cie­le i w świe­cie bez ko­niecz­no­ści zaj­mo­wa­nia się nimi. Daje swo­bo­dę my­śle­nia bez nie­bez­pie­czeń­stwa cał­ko­wi­te­go po­grą­że­nia się i za­tra­ce­nia we wła­snych my­ślach. Nie by­łam wów­czas pew­na, czy spóź­ni­łam się, czy też przy­by­łam za wcze­śnie na kwit­nie­nie fio­le­to­we­go łu­bi­nu, tak wi­do­wi­sko­we na na­szym cy­plu, ka­li­for­nij­ska rze­żu­cha ob­ra­sta­ła już za­cie­nio­ną stro­nę dro­gi wio­dą­cej do mo­je­go szla­ku, bu­dząc we mnie wspo­mnie­nie z cza­sów dzie­ciń­stwa: gór­skich zbo­czy, któ­re co roku jako pierw­sze po­kry­wa­ły się ca­łym tym fan­ta­stycz­nym bo­gac­twem bia­łych kwiat­ków. Wo­kół mnie trze­po­ta­ły czar­ne mo­ty­le, pcha­ne wia­trem i ru­chem skrzy­deł, przy­wo­łu­jąc inną epo­kę z mo­jej prze­szło­ści. Wy­da­je się, że pie­sza wę­drów­ka uła­twia rów­nież po­ru­sza­nie się w cza­sie, umysł bo­wiem wę­dru­je swo­bod­nie mię­dzy pla­na­mi, wspo­mnie­nia­mi i ob­ser­wa­cja­mi.

Rytm kro­ków wy­bi­ja swo­isty rytm my­śle­niu, a prze­cha­dza­nie się wśród zmie­nia­ją­cych się kra­jo­bra­zów przy­po­mi­na i po­bu­dza prze­cho­dze­nie sze­re­gu my­śli. To zaś two­rzy oso­bli­we współ­brz­mie­nie mię­dzy prze­cho­dze­niem we­wnętrz­nym a ze­wnętrz­nym, su­ge­ru­jąc, że umysł tak­że jest swe­go ro­dza­ju kra­jo­bra­zem, wę­dro­wa­nie zaś – spo­so­bem po­ru­sza­nia się w jego ob­rę­bie. Po­ja­wia­ją­ca się nowa myśl wy­da­je się czę­sto­kroć czymś na kształt ce­chy pej­za­żu tkwią­cej w nim od sa­me­go po­cząt­ku, jak gdy­by my­śle­nie było ra­czej od­mia­ną po­dró­żo­wa­nia ani­że­li wy­twa­rza­niem cze­go­kol­wiek. Jed­nym z aspek­tów hi­sto­rii cho­dze­nia jest hi­sto­ria my­śle­nia ukon­kret­nio­ne­go, gdyż ru­chu my­śli, w od­róż­nie­niu od ru­chu stóp, nie da się prze­śle­dzić. Wę­dro­wa­nie moż­na so­bie rów­nież wy­obra­zić jako czyn­ność wzro­ko­wą, a każ­dą prze­chadz­kę jako po­dróż na tyle swo­bod­ną, by po­zwa­la­ła za­ra­zem oglą­dać wi­do­ki i je prze­my­śleć, przy­swo­ić so­bie to, co nowe, i uczy­nić je czymś zna­nym. Praw­do­po­dob­nie w tym wła­śnie tkwi szcze­gól­na uży­tecz­ność cho­dze­nia dla my­śli­cie­li. Za­sko­cze­nia, oswo­bo­dze­nia i wy­ja­śnie­nia, ja­kich do­star­cza po­dróż, zgro­ma­dzić moż­na, nie tyl­ko prze­mie­rza­jąc świat, lecz cza­sem rów­nież prze­cha­dza­jąc się wo­kół wła­sne­go domu, się­ga­jąc wła­snym kro­kiem za­rów­no naj­bliż­szych, jak i naj­dal­szych oko­lic. Być może cho­dze­nie na­le­ża­ło­by na­zwać ru­chem, nie po­dró­żą, moż­na bo­wiem cha­dzać w kół­ko i moż­na po­dró­żo­wać do­oko­ła świa­ta, sie­dząc nie­ru­cho­mo w fo­te­lu, tym­cza­sem pe­wien ro­dzaj na­mięt­no­ści do wę­drów­ki speł­nić się może wy­łącz­nie dzię­ki czyn­no­ści cia­ła, któ­re samo jest w ru­chu, nie zaś dzię­ki po­ru­sza­niu się sa­mo­cho­du, stat­ku czy sa­mo­lo­tu. To ruch i prze­su­wa­ją­ce się wraz z nim wi­do­ki zda­ją się wy­wo­ły­wać zda­rze­nia w umy­śle, a to wła­śnie czy­ni wę­dro­wa­nie tak za­gad­ko­wą i nie­wy­czer­pa­nie płod­ną ak­tyw­no­ścią – jest ono za­ra­zem środ­kiem i ce­lem, po­dró­żą i punk­tem doj­ścia.

Sta­ra, czer­wo­na, brud­na dro­ga zbu­do­wa­na przez woj­sko za­czę­ła się wić i piąć w górę wzdłuż do­li­ny. Spo­ra­dycz­nie sku­pia­łam się na czyn­no­ści cho­dze­nia, lecz przez więk­szość cza­su wy­ko­ny­wa­łam ją nie­świa­do­mie, a sto­py same mnie nio­sły dzię­ki wła­ści­wej im umie­jęt­no­ści utrzy­my­wa­nia rów­no­wa­gi, uni­ka­nia skał, ka­mie­ni i szcze­lin, kro­cze­nia o wła­snych si­łach i we wła­snym ryt­mie, po­zwa­la­jąc mi swo­bod­nie przy­glą­dać się fał­dom wzgórz w od­da­li, a z bli­ska po­dzi­wiać ob­fi­tość kwie­cia: hia­cyn­tów ka­li­for­nij­skich, ró­żo­wych kwiat­ków o przy­po­mi­na­ją­cych per­ga­min płat­kach, któ­rych na­zwy ni­g­dy nie by­łam w sta­nie za­pa­mię­tać, buj­nie kwit­ną­cych na żół­to, przy­wo­dzą­cych na myśl ko­ni­czy­nę szcza­wi­ków i na­po­tka­nych w po­ło­wie ostat­nie­go za­krę­tu dro­gi bia­łych jak pa­pier nar­cy­zów. Po dwu­dzie­stu mi­nu­tach mo­zol­ne­go mar­szu pod górę za­trzy­ma­łam się, by je po­wą­chać. Nie­gdyś w do­li­nie tej mie­ści­ła się mle­czar­nia, a fun­da­men­ty ja­kie­goś wiej­skie­go domu i parę wy­bu­ja­łych drze­wek owo­co­wych wciąż trwa­ły gdzieś po­ni­żej, po dru­giej stro­nie pod­mo­kłe­go, po­ro­śnię­te­go wierz­bi­ną dna do­li­ny. Przez o wie­le dłuż­szy czas były to zie­mie, na któ­rych pra­co­wa­no, ani­że­li kra­jo­braz prze­zna­czo­ny do po­dzi­wia­nia i wy­po­czyn­ku: naj­pierw przy­by­li tu­taj Mi­wo­ko­wie, na­stęp­nie rol­ni­cy, wy­par­ci sto lat póź­niej przez po­wsta­ją­cą tu bazę woj­sko­wą, któ­rą w la­tach sie­dem­dzie­sią­tych za­mknię­to, gdy wy­brze­że oce­anu stra­ci­ło na zna­cze­niu wo­bec co­raz bar­dziej abs­trak­cyj­nych i w prze­wa­ża­ją­cej mie­rze po­wietrz­nych me­tod pro­wa­dze­nia woj­ny. W la­tach sie­dem­dzie­sią­tych te­ren ten prze­ka­za­no w za­rząd Służ­bie Par­ków Na­ro­do­wych i lu­dziom ta­kim jak ja, spad­ko­bier­com i spad­ko­bier­czy­niom kul­tu­ro­wej tra­dy­cji wę­dró­wek kra­jo­znaw­czych od­by­wa­nych dla czy­stej przy­jem­no­ści. Ogrom­ne, be­to­no­we sta­no­wi­ska ar­ty­le­rii, bun­kry i tu­ne­le nie znik­ną ni­g­dy, pod­czas gdy za­bu­do­wa­nia mle­czar­ni znik­nę­ły, jed­nak to ro­dzi­ny mle­cza­rzy po­zo­sta­wi­ły po so­bie żywe dzie­dzic­two upra­wy ro­ślin ogro­do­wych, wy­ra­sta­ją­cych po­mię­dzy tu­tej­szą dzi­ką ro­ślin­no­ścią.

Wę­dro­wa­nie jest za­ra­zem błą­ka­niem się, i ja tak błą­dzi­łam od kęp­ki nar­cy­zów na­po­tka­nych na za­krę­cie czer­wo­nej dro­gi, wpierw w my­ślach, na­stęp­nie zaś na wła­snych no­gach. Dro­ga zbu­do­wa­na przez woj­sko wspię­ła się do gra­ni i prze­cię­ła szlak, któ­ry miał mnie prze­pro­wa­dzić przez grzbiet wzgó­rza, mimo wia­tru, su­nąc w dół, za­nim z po­wro­tem za­cznie się piąć na za­chod­nie zbo­cze ku ko­lej­ne­mu grzbie­to­wi. Na szczy­cie po­nad ścież­ką, zwró­co­na ku ko­lej­nej do­li­nie na pół­noc, wzno­si­ła się sta­ra sta­cja ra­da­ro­wa, oto­czo­na ośmio­kąt­nym ogro­dze­niem. Zbie­ra­ni­na dzi­wacz­nych urzą­dzeń i ce­men­to­wych bun­krów na wy­la­nym as­fal­tem lą­do­wi­sku sta­no­wi­ła ele­ment sys­te­mu na­pro­wa­dza­nia NIKE, ra­kiet nu­kle­ar­nych, wy­ce­lo­wa­nych z bazy w miesz­czą­cej się po­ni­żej do­li­nie ku in­nym kon­ty­nen­tom, na­wet je­śli ni­g­dy żad­nej z nich nie wy­strze­lo­no w trak­cie dzia­łań zbroj­nych. Ob­raz tej ru­iny na­su­wał myśl o od­wo­ła­nym koń­cu świa­ta.