Cień góry

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

12

Kiedy wróciłem do domu, na stole w kuchni czekała na mnie kartka. Lisa pisała, że stęskniła się za mną i idzie na zakupy z naszym przyjacielem Vikramem. Zaproponowała, żebyśmy się spotkali później, w mieszkaniu.

Odetchnąłem po raz pierwszy od chwili, gdy ludzie Wisznu mnie zgarnęli. Zamknąłem drzwi na klucz i oparłem się o ścianę. Nie na długo. Osunąłem się w dół i usiadłem na podłodze.

Było jeszcze wcześnie. Udało mi się podrobić trzy paszporty, wpaść w ręce gangsterów, oberwać, wysłuchać reprymendy od szefa, a była dopiero druga po południu.

Mam przyjaciół, po których łomot spływa jak po kaczce. Ja nigdy nie zobojętniałem. Potrafię zacisnąć zęby i wytrwać tak długo, jak trzeba, żeby znaleźć się w bezpiecznym miejscu, ale kiedy tylko zamykam za sobą drzwi schronienia, rusza lawina. Tego dnia minęło trochę czasu, zanim opanowałem moje serce i trzęsące się dłonie.

Wziąłem prysznic, wyszorowałem rany na twarzy i szyi ostrą szczotką i mocnym środkiem dezynfekującym. Nie zostały zakażone, co w tropikalnym klimacie ma ogromne znaczenie, ale znowu zaczęły krwawić. Zalałem je płynem po goleniu.

Gdy białe ogniki bólu zniknęły mi sprzed oczu, zapisałem w pamięci na przyszłość: wybierając się na spotkanie z wąsaczem Dandą, muszę zabrać ze sobą płyn po goleniu.

W każdym miejscu, z którym zetknął się bambus Dandy, powstały sińce i pręgi, bliźniaczo podobne do tych, które miałem w więzieniu i które widziałem u innych więźniów pod prysznicem.

Odwróciłem wzrok od lustra, zmuszając się, żeby zapomnieć – kolejna więzienna sztuczka. Po dwudziestu minutach znowu siedziałem na motocyklu, przebrany w czyste dżinsy i motocyklowe buty, czerwony podkoszulek i wystrzępioną kamizelkę.

Minąłem rybackie zatoczki w drodze do Kolaba Back Bay, na umówione spotkanie w slumsach.

Otaczający mnie teren został wydarty morzu, kamień po kamieniu. Wysokie nowoczesne wieżowce tłoczyły się na nowym kamiennym oceanie i rzucały bezcenny cień na szerokie, zadrzewione ulice. Była to pożądana droga okolica z hotelem President jak figurą dziobową na froncie przedmieść. Małe sklepiki, stojące wzdłuż trzech głównych bulwarów, zostały świeżo odmalowane. Skrzynki z kwiatami zdobiły wiele okien. Służące i służący, kursujący od wieżowców do sklepów, byli odziani w najlepsze sari i bielutkie koszule.

Gdy jezdnia skręciła w lewo, a potem w prawo za World Trade Centre, widok się zmienił. Drzewa stały się rzadsze, potem całkiem znikły. Słońce zaczęło odzyskiwać władzę, gdy minąłem ostatni cień wieżowca.

Żar tego słońca, ukrytego za grubymi chmurami, lał się na szary jak pył ocean slumsów, gdzie krawędzie niskich dachów ciągnęły się aż po horyzont poszarpany burzliwymi falami troski i walki z życiem. Zaparkowałem motocykl, wziąłem z sakw leki i bandaże i rzuciłem monetę dziecku, które zaproponowało, że popilnuje mojego pojazdu. Właściwie nie było potrzeby. W tej okolicy nikt nie kradł.

Wszedłem do slumsów szeroką, piaszczystą, nierówną ścieżką. Smród otwartej latryny przy drodze zaparł mi dech w piersiach. Mdłości skręciły mi żołądek.

Bicie w magazynie przypomniało brutalnie o sobie. Słońce. Ból. Zbyt gorące słońce. Zatoczyłem się na pobocze. Wymiociny bluznęły mi z ust; pochyliłem się, opierając ręce na kolanach i zwróciłem wszystko, co miałem w żołądku, w chwasty przy drodze. Dzieci ze slumsów wybrały sobie akurat ten moment, by wypaść z bocznych uliczek i mnie powitać. Tłoczyły się wokół mnie, kiedy walczyłem z konwulsjami, szarpały mnie za rękawy, krzyczały moje imię:

– Linbaba! Linbaba! Linbaba!

Opanowałem torsje i pozwoliłem się pociągnąć w głąb slumsów. Razem przeszliśmy wąskie, wyboiste uliczki między chatynkami z arkuszy plastiku, plecionych mat i bambusowych tyczek. Chaty, pokryte kurzem, który gromadził się na nich przez osiem miesięcy suchej pory, wyglądały jak piaszczyste diuny.

Przez niskie drzwi widzieliśmy lśniące wieże garnków i patelni, obwieszone girlandami święte obrazki i gładkie, wypolerowane do połysku podłogi z bitej ziemi, świadczące o schludnym, uporządkowanym życiu, które wiedli w nich ludzie.

Dzieci zaprowadziły mnie prosto do domu Johnny’ego Cygaro, niedaleko plaży.

Johnny, który był naczelnikiem slumsów, urodził się na ulicach tego miasta. Jego ojciec, marynarz, na jakiś czas wysłany do Bombaju, porzucił matkę Johnny’ego, gdy się dowiedział o ciąży. Opuścił miasto na okręcie wojennym płynącym do Adenu. Od tamtej pory nie dał znaku życia.

Wygnana przez rodzinę matka Johnny’ego wprowadziła się do osady bezdomnych koczujących na chodniku w pobliżu Crawford Market.

Johnny urodził się w trwającym przez cały dzień pokrzykiwaniu i przepychankach na jednym z największych krytych targów Azji. Od wczesnego ranka po ostatnie promienie słońca dzwoniło mu w uszach od wrzasków ulicznych sprzedawców i straganiarzy.

Przez całe życie mieszkał na chodniku i w zatłoczonych slumsach, dlatego czuł się jak w domu tylko wśród ludzi. Gdy parę razy widziałem go samotnego na plaży za slumsami lub siedzącego w popołudniowym rozleniwieniu przed herbaciarnią, wydawał się jakby mniejszy, jakby się skurczył. Ale w gromadzie stawał się przywódcą swojego ludu.

– Boże! – krzyknął na widok mojej twarzy. – Co ci się stało, stary?

– Długa historia. Jak leci, Johnny?

– Cholera, stary. Ale oberwałeś!

Spochmurniałem. Johnny znał ten mój grymas. Mieszkaliśmy jako sąsiedzi w slumsach przez półtora roku i od lat byliśmy przyjaciółmi.

– Dobrze, dobrze, thik hai, baba. Chodź, usiądź. Napij się czaju. Sunil! Przynieś czaju! Fatafat! – „Bardzo szybko!”.

Usiadłem na pustej beczce po ziarnie, patrząc, jak Johnny wydaje polecenia grupie młodzieńców kończących przygotowania do nadchodzącego deszczu.

Gdy poprzedni przywódca slumsów odjechał do swojej wioski, mianował swoim następcą Johnny’ego Cygaro. Parę osób twierdziło, że Johnny nie jest idealnym kandydatem, ale miłość i podziw, które wszyscy czuli do odchodzącego przywódcy, uciszyły obiekcje.

Była to honorowa funkcja, za którą nie stała żadna władza oprócz tej, którą narzucał sam przywódca. Po niemal dwóch latach Johnny udowodnił swoją mądrość w rozstrzyganiu licznych sporów i okazał się na tyle silny, by budzić ten pradawny instynkt: potrzebę podążania za pozytywnymi wskazówkami.

Sam Johnny lubił rolę przywódcy, a kiedy wszystko zawodziło, kierował się sercem, ogłaszał święto i organizował imprezę.

Ten system się sprawdził i cieszył popularnością. Niektórzy wprowadzili się do slumsów, ponieważ co drugi miesiąc odbywała się w nich impreza, która miała pokojowo zakończyć spór. Ludzie z innych slumsów także zgłaszali się po radę do Johnny’ego. I stopniowo chłopiec urodzony na chodniku stał się Salomonem swojego ludu.

– Arun! Biegnij z Deepakiem do namorzynów! – krzyknął. – Ta ściana przeciwpowodziowa wczoraj się zawaliła. Postawcie ją, szybko! Radżu! Zabierz chłopców do domu Bapu. Starsze panie z jego uliczki nie mają folii na dachu. Te pieprzone koty ją ściągnęły. Bapu ma arkusze folii. Pomóż mu ją położyć. Reszta niech dalej czyści rynsztoki. Jaldi! – „Szybko!”.

Przyniesiono herbatę i Johnny usiadł, żeby ją ze mną wypić.

– Koty – westchnął. – Możesz mi wyjaśnić, dlaczego na tym świecie istnieją kociarze?

– Na świecie? Myszy. Koty to sprytne małe cholery.

– Pewnie tak. Minąłeś się z Lisą i Vikramem. Lisa widziała, jak wyglądasz?

– Nie.

– Cholera, stary, ona dostanie zawału, yaar. Wyglądasz, jakby ktoś cię przejechał.

– Dzięki.

– Nie ma sprawy. Hej, ten Vikram też nie wygląda za dobrze. Chyba się nie wysypia.

Wiedziałem, dlaczego Vikram tak wygląda. Nie chciałem o tym mówić.

– Jak myślisz, kiedy? – spytałem, spoglądając na ciemne, kłębiące się chmury. Zapach deszczu, który powinien spaść, ale nie spadał, był wszędzie: w moich oczach, włosach, pocie. Pierwszy deszcz, idealne dziecko monsunu.

– Myślałem, że dzisiaj – odparł, sącząc herbatę. – Byłem pewien.

Upiłem łyk herbaty. Była bardzo słodka, zaprawiona imbirem dla ochrony przed upałem, który miażdżył wszystkie serca w tych ostatnich dniach lata.

Imbir złagodził ból rany w moich ustach. Westchnąłem z ulgą.

– Dobry czaj – powiedziałem.

– Dobry czaj – zgodził się Johnny.

– Indyjska penicylina.

– W tym czaju... nie ma penicyliny, baba.

– Nie, chodziło mi o to...

– Nigdy nie dodajemy penicyliny do herbaty – oznajmił Johnny jakby z urazą.

– Nie, nie – zapewniłem go, choć wiedziałem, że brnę w ślepy zaułek. – To aluzja do starego dowcipu, żartu o rosole, no wiesz, zupie z kurczaka – że to żydowska penicylina.

Johnny powąchał podejrzliwie herbatę.

– Czujesz... kurczaka w herbacie?

– Nie, nie, to żart. Wychowałem się w żydowskiej dzielnicy, w Małym Izraelu. I wiesz, to popularny żart, bo Żydzi podobno zalecają rosół na wszystkie choroby. Ból żołądka – zjedz rosół. Ból głowy – zjedz rosół. Postrzelono cię – zjedz rosół. A w Indiach takim rosołem jest herbata, rozumiesz? Szklanka mocnego czaju pomoże ci na wszystko. Czaisz?

Zaskoczenie Johnny’ego zmieniło się w półuśmiech.

– Niedaleko stąd mieszka pewna żydowska osoba, w parsyjskiej kolonii na Cuffe Parade, choć nie jest Parsem. Ma na imię Izaak. Mam go przyprowadzić?

– Tak! – zawołałem. – Przyprowadź tu żydowską osobę!

Johnny wstał.

– Zaczekasz tu na mnie? – spytał.

– Nie! – rzuciłem zdesperowany. – Żartowałem. To był żart! Oczywiście nie chcę, żebyś tu przyprowadził żydowską osobę.

– To żaden problem.

Johnny przyjrzał mi się, stropiony, w rozterce, niepewny, czy powinien przyprowadzić Izaaka, żydowską osobę, czy nie.

 

– Więc... – odezwałem się w końcu, szukając w niebie ucieczki z tego konwersacyjnego ślepego zaułka – jak myślisz, kiedy?

Johnny odetchnął i spojrzał na chmury nadciągające znad morza.

– Myślałem, że to będzie dzisiaj. Byłem pewien.

– No cóż – westchnąłem. – Jeśli nie dzisiaj, to jutro. No, to jak, zrobimy to teraz?

– Jarur – oznajmił Johnny, idąc do niskich drzwi swojej chaty. Poszedłem za nim, zamykając za sobą liche drzwi z dykty. Chata, zrobiona z cienkich mat rozpiętych między bambusowymi tyczkami, miała posadzkę z położonych na gołej ziemi bajecznie wzorzystych kolorowych płytek. Tworzyły mozaikę przedstawiającą pawia z rozłożonym ogonem na tle drzew i kwiatów.

Szafki były pełne jedzenia. Wielka metalowa szafka, odporna na ataki szczurów, była w slumsach bardzo drogim i wielce pożądanym meblem. Na niej stał zestaw stereo na baterie. Ale największą dumą mieszkania był trójwymiarowy wizerunek ukrzyżowanego Chrystusa. W kącie pokoju leżały zwinięte nowe materace w kwiatki. Te oznaki względnego luksusu świadczyły o statusie Johnny’ego i jego finansowym sukcesie. Dałem mu pieniądze w ramach ślubnego prezentu, za które miał kupić małe, prawdziwe mieszkanie w sąsiednim dystrykcie Navy Nagar. Chciałem, żeby uciekł przed niepewnością i trudnościami życia w nielegalnych slumsach.

Johnny, wspomagany przez przedsiębiorczą żonę Sitę, córkę właściciela popularnej herbaciarni, wykorzystał mieszkanie jako zabezpieczenie dla pożyczki, a potem je wynajął. Za pożyczkę kupił trzy chaty w slumsach, wynajął je po rynkowych cenach i dalej mieszkał na tej samej uliczce, na której go poznałem.

Johnny odsunął parę przedmiotów i zrobił mi miejsce. Powstrzymałem go.

– Dziękuję, bracie. Dziękuję. Nie mam czasu. Muszę znaleźć Lisę. Przez cały dzień jestem o jeden krok za nią.

– Lin, bracie, zawsze będziesz o jeden krok za tą dziewczyną.

– Chyba masz rację. Masz, weź to.

Wręczyłem mu torbę lekarstw, które dostałem od Lisy, i wyciągnąłem z kieszeni zwitek pieniędzy opasany gumką. Była to suma wystarczająca na opłacenie dwóch miesięcy pracy młodych ludzi pełniących funkcję sanitariuszy w darmowej klinice. Zostawała z niej nadwyżka na nowy zapas bandaży i leków.

– Czy jest coś wyjątkowego?

– No... – zawahał się.

– Mów.

– Andżali, córka Bhagata, zdawała egzaminy.

– Jak jej poszło?

– Zdała z najwyższą lokatą. I to nie tylko w swojej klasie, ale w całym stanie Maharasztra.

– Inteligentna dziewczynka.

Pamiętałem tę małą sprzed laty, kiedy od czasu do czasu pomagała mi w darmowej klinice. Ta dwunastolatka pamiętała nazwiska wszystkich pacjentów, setek pacjentów, i zaprzyjaźniała się z każdym z nich. Podczas późniejszych wizyt w klinice widziałem, jak dziewczynka uczy się i dorasta.

– Ale inteligencja to w naszych Indiach za mało – westchnął Johnny. – Sekretarz uniwersytetu żąda bakszyszu w wysokości dwudziestu tysięcy rupii.

Powiedział to po prostu, bez urazy, stwierdzając fakt, tak jakby mówił o zmniejszającej się liczbie ryb w sieciach rybaków i codziennie większej masie samochodów, ciężarówek i motocykli na ulicach niegdyś eleganckiego Miasta Wysp.

– Ile masz?

– Tysiąc pięćset. Wszyscy zrobili zrzutkę, ludzie wszystkich kast i wyznań. Ja sam dałem pięć tysięcy.

Było to znaczne poświęcenie. Wiem, że Johnny nie doczeka się zwrotu długu przez co najmniej trzy lata.

Wyjąłem z kieszeni zwitek amerykańskich dolarów. W tych czasach wściekłego zapotrzebowania na pieniądze z czarnego rynku zawsze nosiłem przy sobie co najmniej pięć różnych walut: niemieckie marki, funty szterlingi, szwajcarskie franki, dolary i riale. Miałem około trzystu pięćdziesięciu dolarów w banknotach. Według stawek czarnego rynku to wystarczyło, żeby pokryć brakującą sumę.

– Lin, nie sądzisz... – zaczął Johnny, uderzając zwitkiem o dłoń.

– Nie.

– Wiem, Linbaba, ale to niedobrze, że dajesz pieniądze, nie mówiąc ludziom. Powinni o tym wiedzieć. Rozumiem, że jeśli dajemy pieniądze anonimowo, nie czekając na pochwały, w oczach Boga dajemy po dziesięciokroć. Ale Bóg, oby mi wybaczył, że mówię, co mi leży na moim skromnym sercu, potrafi bardzo zwlekać z wyrażeniem pochwały.

Johnny był niemal mojego wzrostu i wagi, a chodził zadzierzyście, z postawą człowieka, który potrafi dopiec głupcom i często to robi.

Miał trzydzieści pięć lat, lecz jego pociągła twarz wyglądała starzej, a szczecinę na brodzie przyprószyła siwizna. Piaskowe oczy były czujne, nieufne i mądre.

Lubił czytać i co tydzień pochłaniał co najmniej jeden podręcznik samokształcenia, a potem męczył przyjaciół i sąsiadów, żeby także go przeczytali.

Podziwiałem go. Był takim człowiekiem, takim przyjacielem, przy którym czułem się lepszy tylko dlatego, że go znam. Coś dziwnego, głupiego nie pozwalało mi powiedzieć tego Johnny’emu. Chciałem to zrobić. Parę razy już zaczynałem, ale nie mogłem z siebie wydusić tych słów.

Moje serce uchodźcy było wtedy przepełnione zwątpieniem, niechęcią i sceptycyzmem. Oddałem je Kadirbajowi, a on potraktował mnie jak pionka. Oddałem je Karli, jedynej kobiecie, którą kochałem, a ona wykorzystała mnie dla potrzeb tego samego człowieka, którego oboje nazywaliśmy ojcem, Kadirbaja. Od tej pory minęły dwa lata mojego życia na ulicach i widziałem, jak miasto zmienia się w cyrk, bogaci żebrzą u biednych, a zbrodnia jest odpowiednia do kary. Postarzałem się ponad wiek i byłem zbyt daleko od ludzi, którzy mnie kochali. Niewielu osobom pozwoliłem się do siebie zbliżyć, ale nigdy nie szukałem z nimi kontaktu tak jak oni ze mną. Nie potrafiłem się zaangażować tak jak oni, bo wiedziałem, że prędzej czy później będę musiał ich zostawić.

– Daj spokój, Johnny – powiedziałem cicho.

Westchnął znowu, schował pieniądze i wyprowadził mnie z chaty.

– Dlaczego Żydzi dodają penicyliny do kurcząt? – spytał, gdy spoglądaliśmy na ciężkie chmury.

– Johnny, to był żart.

– No, ale ci Żydzi są łebscy, yaar. Skoro dodają penicyliny do kurcząt, to musi być cholernie dobre...

– Johnny – przerwałem, unosząc dłoń. – Kocham cię.

– Ja ciebie też kocham, stary – odparł z uśmiechem.

Otoczył mnie mocnym uściskiem, który uraził wszystkie rany i siniaki na moich ramionach i barkach.

Wychodząc ze slumsów, nadal czułem jego siłę i zapach oleju kokosowego na jego włosach. Brzemienne chmury rzucały wczesnowieczorny mrok na zmęczone twarze rybaków i praczek wracających do domu z gwarnego brzegu morza. Ale gdy się do mnie uśmiechali, białka ich zmęczonych oczu płonęły złotem i różem. A uśmiechali się wszyscy, co do jednego, gdy mnie mijali z koroną kropli na spoconych czołach.

13

Zanurzyłem się w roześmianą kipiel Leopolda i rozejrzałem się, szukając Lisy i Vikrama. Nie dostrzegłem ich, ale spotkałem spojrzenie mojego przyjaciela Didiera. Siedział z Kawitą Singh i Naveenem Adairem.

– Zazdrosny mąż! – zawołał Didier, z podziwem przyglądając się mojej pokancerowanej twarzy. – Lin! Jestem z ciebie dumny!

– Przykro mi, że cię rozczaruję – odparłem, wzruszając ramionami. – Pośliznąłem się pod prysznicem.

– A prysznic ci chyba oddał – zauważył Naveen.

– A ty kto, hydrauliczny detektyw?

– Nieważne, co się stało, jestem zachwycony widokiem grzechu na twojej twarzy! – oznajmił Didier, machając na kelnera. – To trzeba uczcić!

– Witajcie, jestem Naveen – odezwał się młody detektyw, podchwytując konwencję – i jestem grzesznikiem.

– Witaj, Naveen – powiedzieli wszyscy.

– Od czego zacząć... – dodał Naveen ze śmiechem.

– Każdy grzech się nada – zachęcił go Didier.

Naveen udał, że się zastanawia.

– Do twarzy ci – oznajmiła Kawita Singh, gdy usiedliśmy.

– Na pewno mówisz to wszystkim posiniaczonym.

– Tylko tym, których sama posiniaczyłam.

Kawita, piękna, młoda dziennikarka, miała skłonność do dziewcząt, i była jedną z niewielu kobiet w mieście, które nie bały się do tego przyznać.

– Naveen nie chce wyznać grzechów! – pożalił się Didier. – Przynajmniej ty wyznaj mi swoje.

Kawita roześmiała się i zaczęła recytować listę swoich grzechów.

– Te kamienie pod twoim prysznicem – odezwał się cicho Naveen, pochylając się do mnie – zadziałały jak zawodowcy.

Zerknąłem na niego. Byłem gotowy go polubić, już go polubiłem, ale nadal był obcy i nie wiedziałem, czy mogę mu ufać. Skąd wiedział, że oberwałem od zawodowców?

Naveen odczytał wyraz mojej twarzy i uśmiechnął się ze zrozumieniem.

– Te uderzenia po obu stronach twojej twarzy znajdują się tuż obok siebie – wyjaśnił cicho. – Masz podbite oczy, ale możesz je otworzyć i widzisz. Niełatwo osiągnąć taki efekt. Masz też pręgi na nadgarstkach. Nietrudno się domyślić, że ten ktoś, kto dał ci wycisk, znał się na tym.

– Podejrzewam, że do czegoś zmierzasz.

– Zmierzam do tego, że mnie to boli.

– Ciebie?

– Nie zaprosiłeś mnie.

– Nie ja zapraszałem.

– Będą jeszcze jakieś imprezy? – zagadnął z uśmiechem.

– Nie wiem. A co, czujesz się samotny?

– Następnym razem zabierz mnie jako osobę towarzyszącą.

– Nikogo mi nie brakuje. Ale dzięki za propozycję.

– Panowie! – rzucił Didier, gdy obrażony na cały świat kelner postawił z rozmachem szklanki na naszym stoliku. – Przestańcie szeptać. Jeśli nie zamierzacie się pochwalić nielegalnym romansem albo bójką z zazdrosnym mężem, musicie wyznać inny grzech.

– Wypiję za to – oznajmiła Kawita.

– Wiesz, dlaczego grzechy są zakazane? – spytał ją Didier z błyskiem w błękitnych oczach.

– Bo to kupa śmiechu?

– Bo ośmieszają ludzi, którzy ich zakazują – odparł Didier, unosząc kieliszek.

– Wznoszę toast! – zawołała Kawita. – Za wiązanie ludzi i spuszczanie im lania!

– Brawo! – krzyknął Didier.

– Dołączam się – dodał Naveen, również wznosząc kieliszek w górę.

Nie był to dzień, w którym piłbym za wiązanie ludzi.

– Dobra, Lin – warknęła Kawita. – Może teraz ty wzniesiesz toast?

– Za wolność, we wszystkich jej postaciach – powiedziałem.

– I znowu się dołączam – powiedział Naveen.

– Didier zawsze pije za wolność – zgodził się Didier, unosząc kieliszek.

– Dobrze – powiedziała Kawita, stukając kieliszkiem o nasze. – Za wolność we wszystkich jej postaciach... ponieważ jest kobietą.

Ledwie odstawiliśmy kieliszki, a dołączył do nas Concannon ze Stuartem Vinsonem.

– Stary – odezwał się Vinson z dobrodusznym uśmiechem, ściskając mi rękę. – A tobie co się stało?

– Ktoś mu skopał dupsko – odparł Concannon z północnoirlandzkim akcentem. Roześmiał się. – I chyba nie tylko dupsko. W coś ty się wpakował, chłopie?

– Miał problem z prysznicem – powiedziała Kawita.

– Problem z prysznicem, powiadasz? – Concannon wyszczerzył zęby i pochylił się do niej. – A jakie problemy masz ty?

– Powiem, jeśli i ty powiesz – odpaliła.

Concannon uśmiechnął się, jakby wygrał w dyskusji.

– Ja? Ja mam problem ze wszystkim, co nie jest jeszcze moje. A ponieważ już się przyznałem, pytam jeszcze raz: jaki masz problem?

– Z byciem piękną. Ale już się leczę.

– Podobno terapia awersyjna daje bardzo dobre efekty – oznajmił Naveen, łypiąc na Concannona.

Ten zmierzył wzrokiem najpierw jedno, potem drugie z nich, roześmiał się głośno, zabrał od sąsiedniego stolika dwa krzesła, nikogo nie pytając o pozwolenie, przystawił je do naszego i zmusił Vinsona do zajęcia miejsca na jednym. Swoje obrócił oparciem do przodu i położył na nim mocne ręce.

– Co pijemy? – spytał.

Uświadomiłem sobie, że Didier nie wezwał kelnera, co było jego odruchem zawsze, gdy ktoś przysiadał się do niego u Leopolda. Odwróciłem głowę; gapił się nieruchomo na Concannona. Gdy ostatnio widziałem u niego takie spojrzenie, miał w ręce pistolet. Trzydzieści sekund później z niego strzelił.

Podniosłem rękę, żeby wezwać kelnera. Gdy zamówiliśmy drinki, zmieniłem temat.

– Dobrze wyglądasz, Vinson.

– Jestem cholernie zadowolony – powiedział młody Amerykanin. – Właśnie nam się poszczęściło. Obłowiłem się. No, obłowiliśmy się, Concannon i ja. Więc to my stawiamy.

Pojawiły się drinki. Vinson zapłacił i unieśliśmy kieliszki.

 

– Za udane łowy! – powiedział Vinson.

– I za jelenie, dzięki którym są udane – dodał szybko Concannon.

Kieliszki brzęknęły, ale Concannon zepsuł nam radość.

– Dziesięć tysięcy amerykańskich dolarów na łeb! – zawołał, odstawiając kieliszek z rozmachem. – Nie ma lepszego uczucia! Jakbym się zwalił do ust bogatej dziewczyny!

– E, Concannon – rzuciłem ostrzegawczo.

– Nie ma potrzeby tak mówić – dodał Vinson.

– Co? – Concannon rozłożył ręce. – Co?

Odwrócił się i przechylił do Kawity.

– No, kochanie – powiedział z szerokim uśmiechem, jakby prosił ją do tańca. – Nie powiesz mi, że tego nie znasz. Nie z taką buzią i ciałkiem.

– Może pogadasz o tym ze mną? – wycedził Naveen Adair przez zaciśnięte zęby.

– Chyba że jesteś jakąś pierdoloną lesbą – ciągnął Concannon, zaśmiewając się tak gwałtownie, że krzesło się pod nim zachwiało i prawie upadło.

Naveen chciał wstać, ale Kawita położyła mu rękę na piersi, nie pozwalając mu się ruszyć z krzesła.

– Na miłość boską, Concannon! – wykrztusił Vinson, zaskoczony i zbity z tropu. – Co ci odbiło, do cholery? Przyprowadzasz mi pierwszorzędnego klienta, zarabiamy górę kasy, więc mamy się cieszyć, świętować. Przestań wszystkich obrażać!

– Nie szkodzi – powiedziała Kawita, spoglądając spokojnie na Concannona. – Wierzę w wolność słowa. Gdybyś mnie dotknął, straciłbyś rękę. Ale dopóki tylko siedzisz i gadasz jak idiota, możesz to robić nawet całą noc, mnie to nie obchodzi.

– A, czyli jednak jesteś lesbą – rzucił Concannon, szczerząc zęby.

– Skoro o tym mowa... – zaczęła.

– Skoro o tym mowa – przerwał jej Didier – to nie twój interes.

Uśmiech Concannona stwardniał. W jego oczach pojawił się błysk – jak połysk słońca na kapturze kobry. Concannon odwrócił się wyzywająco do Didiera. W jego spojrzeniu malowała się wyraźna groźba. To niegrzeczne zachowanie wobec Kawity było prowokacją skierowaną pod adresem Didiera.

Jego plan się udał. Oczy Didiera zmieniły się w płomienie koloru indygo.

– Przypudruj nosek i włóż kieckę, kochana – warknął Concannon. – Wszystkie pedały powinny chodzić w sukienkach. Żeby prawdziwi mężczyźni wiedzieli. Jak dajesz się dymać jak baba, to się ubieraj jak baba.

– Powinieneś mieć odwagę... skoro nie masz honoru... – odparł Didier spokojnie – przedyskutować to na osobności. Na dworze.

– Jesteś jebanym dziwolągiem – syknął Concannon przez zaciśnięte zęby.

Wszyscy wstaliśmy. Naveen wyciągnął rękę, żeby chwycić Concannona za koszulę. Vinson i ja rozdzieliliśmy ich. Kelnerzy rzucili się do nas ze wszystkich kątów sali.

Przez ostatnie lata kelnerów przyjmowano do Leopolda po osobliwej rozmowie kwalifikacyjnej. Jeśli włożyli rękawice bokserskie i wytrzymali dwie minuty walki w bocznej uliczce z bardzo dużym, bardzo agresywnym sikhem, kierownikiem sali, dostawali pracę. Teraz nasz stolik otoczyło sześciu takich kelnerów pod wodzą bardzo dużego, bardzo agresywnego sikha, kierownika sali.

Concannon rozejrzał się szybko, a jego zimny uśmiech stał się szerszy, odsłaniając nierówny rząd pożółkłych zębów. Przez parę sekund słuchał swojego wewnętrznego głosu, namawiającego go, by zginął w walce. W przypadku niektórych mężczyzn jest to najsłodszy głos, jaki słyszeli w życiu. Potem jego agresja rozmyła się w przebiegłości, a on zaczął się wycofywać poza zasięg kelnerów.

– Wiecie co? – rzucił, idąc tyłem. – Walcie się! Walcie się na ryj!

– Co to było, do cholery? – wykrztusił Vinson, gdy Concannon wypadł na ulicę, potrącając przechodniów.

– To oczywiste, mój drogi Stuarcie – powiedział Didier, gdy z wolna znowu usiedliśmy. Tylko on nie wstał i tylko on zachował spokój.

– Nie dla mnie, człowieku.

– Widywałem ten fenomen wiele razy, Stuarcie, w wielu krajach. Ten mężczyzna odczuwa niemal nieopanowany pociąg do mnie.

Vinson prychnął pianą z piwa na stolik. Kawita ryknęła śmiechem.

– Twierdzisz, że to gej? – spytał Naveen.

– Czy mężczyzna musi być gejem, żeby poczuć pociąg do Didiera? – spytał Didier, rzucając mu spojrzenie zdolne wygarbować skórę.

– Dobrze, dobrze – ustąpił Naveen z uśmiechem.

– Moim zdaniem on nie jest gejem – oznajmił Vinson. – Chodzi na prostytutki. Moim zdaniem to po prostu wariat.

– To akurat się zgadza – powiedziała Kawita, machając kieliszkiem przed jego zatroskaną twarzą.

Miluś, który nie mieszał się do naszego konfliktu, trzepnął brudną szmatą o nasz stół na znak, że jest gotów przyjąć zamówienie. Podłubał w orlim nosie środkowym palcem, który wytarł o fartuch, po czym westchnął.

– Aur kuch? – warknął, jakby nam groził. „Coś jeszcze?”.

Didier miał już zamówić, ale go powstrzymałem.

– Nie dla mnie – powiedziałem, wstając i biorąc kluczyki.

– Ależ nie! – zaprotestował Didier. – Jeszcze jeden!

– Nie dopiłem ostatniego. Prowadzę.

– Jadę z tobą, kowboju – rzuciła Kawita. – Powiedziałam Lisie, że zadzwonię koło północy. Wpadnę z tobą do domu, jeśli ci to nie przeszkadza.

– Będę szczęśliwy.

– Ale... czy gej może chodzić na prostytutki... ale tak na maksa? – dopytywał się Vinson, pochylając się do Didiera.

Didier zapalił papierosa, przez chwilę oglądał jego ogienek, a potem zwrócił się do Vinsona, mrużąc oczy:

– Nie słyszałeś, Stuarcie, że gej może robić wszystko, czego pragną mężczyźni?

– Co? – wykrztusił Vinson, zagubiony jak dziecko.

– Mówią także, że czasem lepiej nie wiedzieć – wtrąciłem, wymieniając uśmiech z Didierem. – I lepiej będzie, jak wrócę do domu.

Opuściliśmy bar i ruszyliśmy przez tłum przechodniów na parking, gdzie zostawiłem motocykl.

Kiedy włożyłem kluczyk do stacyjki, bardzo silna ręka chwyciła mnie za przedramię.

– Pierdolić go, nie? – rzucił Concannon, uśmiechając się szeroko.

– Co?

– Pierdolić go. Francuskiego pedała.

– Jesteś bardziej szalony, niż ci się wydaje.

– Nie mogę zaprzeczyć. I nie chcę. Mam pieniądze. Dziesięć tysięcy. Chodźmy się uwalić.

– Jadę do domu – powiedziałem, oswabadzając się, by włożyć kluczyk do stacyjki.

– No, weź, będzie fajnie! Chodźmy razem, ty i ja. Pobijmy się z kimś! Znajdźmy jakichś napakowanych kolesi i spuśćmy im łomot. Zabawmy się, stary!

– Brzmi atrakcyjnie, ale...

– Mam nową irlandzką muzykę – rzucił szybko. – Zajebista. Z irlandzką muzyką jest tak, że jest za dobra, żeby się przy niej bić.

– Nie.

– No, weź! Przynajmniej posłuchaj muzyki i upij się ze mną.

– Nie.

– Ten Francuz to jebana ciota!

– Concannon...

– Ty i ja – powiedział cichszym głosem, zmuszając się do uśmiechu, który wyglądał niemal jak grymas bólu. – Jesteśmy tacy sami, ty i ja. Znam cię. No, kurwa, znam cię.

– Nie znasz.

Concannon wyszczerzył zęby, odwrócił głowę i splunął na ziemię.

– No pomyśl tylko, co za pedał. Gdyby wszyscy byli tacy, jak on, ludzki gatunek by wymarł.

– A gdyby wszyscy byli tacy jak ty, gatunek zasługiwałby na wymarcie.

To było przykre. Zbyt przykre. Kim byłem, żeby rzucać kamieniem? Ale kochałem Didiera, a Concannona miałem już dość jak na ten długi dzień.

W jego oczach błysnęła nagła mordercza furia, a ja odpowiedziałem nieruchomym wzrokiem, myśląc, że tego dnia mnie związano i pobito, więc mordercze spojrzenia nie robią na mnie wrażenia.

Uruchomiłem silnik motocykla, kopnąłem stopkę i pomogłem Kawicie usiąść za mną. Ruszyliśmy, nie oglądając się za siebie.

– Ten gość! – krzyknęła Kawita, opierając mi się o ramię i dotykając ustami mojego ucha – normalnie zwariował, yaar.

– Spotkałem go tylko raz! – krzyknąłem. – Wydawał się całkiem w porządku.

– No to ktoś wykorzystał całe jego „w porządku”.

– Można tak powiedzieć o większości z nas.

– Mów za siebie – rzuciła Kawita ze śmiechem. – Moje „w porządku” jest rogiem obfitości, skarbie.

Ja się nie śmiałem. Nie mogłem zapomnieć wyrazu oczu Concannona. Nawet gdy ukoiłem ból i troskę Lisy, przeprosiłem ją, pocałowałem i usiadłem na chwiejnym stołeczku w łazience, podczas gdy ona oczyszczała i opatrywała rany na mojej twarzy, nadal widziałem te oczy: zapowiedź nieszczęścia kryjącego się w grotach.

– Do twarzy mu – oznajmiła Kawita, siadając na sofie, gdy już zostałem opatrzony. – Powinien płacić komuś, żeby to robił co najmniej raz na miesiąc. Mam parę koleżanek, które chętnie zrobią to za darmo.

Inne książki tego autora