Cień góry

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Concannon...

– A potem wszystko się rozpadło. Zrobiło się za gorąco. Mnie. Mówili, że stałem się zbyt agresywny. Przecież była wojna! Jak można być zbyt agresywnym na wojnie? Ale mnie odesłali. Najpierw do Szkocji, potem do Londynu. Było do dupy. Więc ruszyłem w drogę i dotarłem tutaj.

– Słuchaj, Concannon...

– Wiem – rzucił szybko. – Wiem, co myślisz, i wiem, co powiesz. I to prawda. Nie mogę zaprzeczyć. Lubię robić krzywdę ludziom, którzy na to zasługują. Jestem pokręconą pizdą. Na szczęście dla mnie jest tu mnóstwo pokręconych dziewczyn, więc mogę być, jaki jestem. Ale ty jesteś inny. Ty masz zasady. Nie rozumiesz? Ty jesteś marchewką, a ja kijem. Ty patrzysz im w oczy, robisz z nimi interesy i ściskasz im ręce. Ja odrąbuję te ręce, jeśli się sprzeciwią.

– Odrąbujesz ludziom ręce. To wielki krok naprzód.

– Długo nad tym myślałem – rzucił nerwowo. – Dlatego chciałem, żebyś zostawił tego francuskiego pedała.

– Ty po prostu nie wiesz, kiedy przestać, co?

– Nie, czekaj, wysłuchaj mnie. To... to jak... jeśli rozbierzesz religie na części pierwsze i dotrzesz do tego, co sprawia, że od setek lat tak dobrze funkcjonują, okazuje się, że wszystko sprowadza się do miłych słów i strachu przed straszliwą, niekończącą się karą. Ty i ja. Nie ma lepszego połączenia. Papieże i pogańscy mułłowie tuczą się na tym od wieków.

Westchnąłem przeciągle i oparłem dłonie na kolanach, zamierzając wstać. Concannon dotknął mojego nadgarstka. Uścisk jego stwardniałych palców był żarliwy i krył w sobie ogromną siłę.

– Nie radzę – wycedziłem.

Puścił mnie.

– Przepraszam, ja.. tylko... zastanów się nad tym – dokończył z uśmiechem czającym się w oczach. – Za parę dni odezwę się do ciebie. Nie będziemy sami, jeśli się zgodzisz. Już rozmawiam z innymi i wielu jest zainteresowanych, nic się nie bój. Zastanów się. To nie tak wiele w zamian za to, że uratowałem dziś twoją wrażliwą dupę, nie? Chciałbym, żebyś mi towarzyszył. Potrzebuję kogoś, z kim mógłbym pogadać. Komu mógłbym zaufać. Tylko się zastanów, o nic więcej nie proszę.

Odjechałem, zostawiając go pod tym dachem z niebieskiego plastiku. Nie myślałem o jego ofercie, ale myślałem o nim tego popołudnia, gdy objeżdżałem kawiarnie i bary, w których zostawialiśmy paszporty.

Rozmawiałem z moimi kontaktami. Słuchałem gangsterskiej muzyki ulicy: plotek, pomówień, kłamstw i denuncjacji. To zawsze bawi. Ale w każdej wolnej chwili moje myśli wracały do Concannona i do tych łez, przed którymi tak się bronił, lecz których nie potrafił powstrzymać.

Jakie marzenie, jaka nadzieja, jaka rozpacz pcha nas do robienia tego, co robimy, by opuścić nas, gdy już się stanie? Jak bardzo puste są zrodzone w nocy motywy i przyczyny, skoro tak szybko giną w blasku konsekwencji? To, co robimy, żyje w nas długo po tym, jak ambicje i strach znieruchomieją, skute lodem na zapomnianych brzegach. To, co robimy – w większym stopniu niż to, co myślimy lub mówimy – staje się nami.

Concannon pędził w stronę świata zbrodni. Ja już się z niego wycofywałem. Zbyt długo robiłem różne rzeczy, bo strach przed schwytaniem stał się lustrem, odbiciem w wodzie, nie mną. Rozgrzeszyłem się z tych grzechów. Ale wody zostały zmącone, a twarz, którą zawsze przydawałem swoim czynom, była niewyraźna, coraz mniej widoczna.

17

Czekałem na Lisę przed hotelem Mahesh, sycąc wzrok widokiem miasta. Przez całe popołudnie padało, z przerwami, ale obficie, a jednak wczesnym wieczorem powietrze znowu było gorące i suche.

Od czasu do czasu w niski falochron uderzały fale, wytryskując w górę i ochlapując połowę szerokiej ulicy. Dzieci bawiły się, biegając od rozbryzgu do rozbryzgu, dorośli uciekali.

Rikszarze zwalniali z nadzieją koło przechodniów, usiłując zachęcić ich do wejścia do ich rozchwianych pojazdów na wysokich kołach. Sprzedawcy fistaszków wędrowali wśród pieszych, wachlując żarzące się węgielki, które nosili w zawieszonych na szyjach koszach. Sączący się z nich dym, pachnący prażonymi orzeszkami, unosił się nad chodnikiem, kusząc i zwracając na siebie uwagę.

Całe miasto, opłukane do czysta ulewnymi deszczami, pachniało piękniej niż zwykle. Chmury więziły wonie potraw, gotowanych w setkach małych ulicznych straganów – bhel puri, pav baji, pakory – i słodkich przysmaków od sprzedawców paanu, kadzidła i girland plumerii, sprzedawanych na każdych światłach.

Zatopiłem się w aromatycznych rozmyślaniach. Potem usłyszałem jej głos.

– Pens za twoje myśli – powiedziała Lisa.

Odwróciłem się.

– Już nie robią pensów – powiedziałem, przyciągając ją do siebie i całując.

– Zapominasz, że to Bombaj? – spytała, nie opierając się. – Tu można trafić do aresztu za publiczne całowanie.

– Może wsadzą nas do tej samej celi – podsunąłem, tuląc ją.

– Coś mi się nie wydaje – prychnęła.

– Zatem ucieknę i cię uwolnię.

– A potem co?

– A potem sprowadzę cię tutaj, w taki wieczór, dokładnie taki jak ten, i znowu cię pocałuję, dokładnie tak jak teraz.

– Zaraz – rzuciła, przyglądając mi się. – Znowu się biłeś.

– No co ty.

– Przestań. Chcesz mnie rozkojarzyć. To chwyt poniżej pasa, kolego.

– Co?

– Lin, do cholery! Znowu bójka? Odbiło ci?

– To nic takiego. Nic mi nie jest. I jestem tu, z tobą.

Pocałowałem ją.

– Lepiej już chodźmy – powiedziała, płosząc ten pocałunek zmarszczeniem brwi – bo się spóźnimy.

– Co się odwlecze, to nie ucieknie.

– Nie uciecze, pisarzu.

– Co nam uciecze?

– Wkrótce się okaże.

Zaprowadziła mnie na pobliską promenadę biegnącą wokół budynku Air India. Biura już zamknięto, ale w przyćmionych światłach na recepcji widać było biurka i drzwi.

Gdy dotarliśmy do zamkniętych szklanych drzwi na zapleczu budynku, Lisa dała mi znak, żebym zaczekał. Zerknęła nerwowo na skrawek ulicy, widoczny z miejsca, w którym staliśmy, ale w zasięgu wzroku nie było nikogo.

– No... to co my tu...

– Czekamy – przerwała mi.

– Na co?

– Na niego.

W budynku zamigotało światło. Do drzwi podszedł ochroniarz z latarką. Otworzył je kluczem na grubym łańcuchu i przytrzymał, żebyśmy mogli wejść. Ponaglił nas gestem, a potem znowu zamknął drzwi.

– Tędy – rzucił. – Proszę iść tuż za mną.

Lawirując przez liczne korytarze, między rzędami opuszczonych biurek, zaprowadził nas do windy towarowej na tyłach budynku.

– Winda awaryjna – powiedział z radosnym uśmiechem. – Kiedy zatrzyma się na górze, wejdźcie dwa piętra wyżej. Moją gratyfikację poproszę.

Lisa podała mu zwitek banknotów. Strażnik zasalutował, wcisnął guzik otwierający drzwi windy i zaprosił nas do środka.

– Aha, czyli okradniemy Air India – odezwałem się, gdy winda ruszyła w górę. – A jeszcze dziesięć minut temu martwiłaś się o publiczny pocałunek.

– Nie martwiłam się – odparła ze śmiechem. – I nikogo nie okradniemy. Przyszliśmy na prywatną imprezę.

Drzwi otworzyły się, ukazując składzik pełen katalogów i otwartych półek, na których stały zakurzone foldery.

– Ooo, Sala Kafki. Nie mogę się doczekać, aż zobaczę menu.

– Chodź! – ponagliła Lisa, biegnąc do schodów. – Musimy się spieszyć.

Pociągnęła mnie za sobą, przeskakując po dwa stopnie naraz. Na górze zawahała się, stojąc z ręką na klamce zamkniętych drzwi wyjścia ewakuacyjnego.

– Mam nadzieję, że pamiętał, żeby ich nie zamykać – rzuciła bez tchu i nacisnęła klamkę.

Wyszliśmy na dach budynku. Był przestronny, z kilkoma małymi metalowymi budkami na skraju.

Nad nami wznosiła się mniej więcej dziesięciometrowa konstrukcja, podtrzymywana ciężkimi stalowymi filarami. Padało na nią światło neonu Air India: stylizowany łucznik z naciągniętym łukiem, otoczony wielkim dyskiem.

Z centralnego filaru wznosiła się gigantyczna postać, przytwierdzona do obracającego się stalowego kręgu, który z kolei podtrzymywały inne filary i kable.

Jak każdy inny mumbajkar sto razy widziałem ten wielki, obracający się znak nad budynkiem Air India – ale stanąć tak blisko niego, tak wysoko nad wzburzonym morzem, to całkiem inna historia.

– Cholera!

– Zdążyliśmy na czas – oznajmiła triumfalnie Lisa.

– A można tu przyjść w złym czasie? Co za widok!

– Czekaj – mruknęła, wpatrując się w łucznika. – Czekaj.

Rozległ się zgrzyt, jakby gdzieś włączył się generator. Usłyszeliśmy pulsujący pomruk elektrycznej turbiny, przechodzący od cichego mruczenia do uporczywego jęku. Potem kliknięcie i terkot kondensatora – albo kilku – gdzieś bardzo blisko, u podstaw wielkiego neonu.

Nagle wielkie okrągłe logo rozświetliło się w wybuchu migoczącego szkarłatu, zalewając całą okolicę krwawą czerwienią. Po chwili szkarłatny łucznik zaczął się obracać na cokole.

Lisa zatańczyła w miejscu, rozkładając szeroko ręce.

– Super, co?

Roześmiała się radośnie.

– Cudowne. Jestem zachwycony.

Przez jakiś czas patrzyliśmy, jak ogromne szkarłatne koło się obraca, a potem odwróciliśmy się w stronę morza. Chmury zebrały się, by wypełnić całe niebo czarną grozą. Dalekie błyskawice przeszyły ciemność, oświetliły zwały chmur falujących i przetaczających się przez noc.

– Podoba ci się? – spytała Lisa, wtulając się we mnie.

– Bardzo! Jak na to wpadłaś?

– Byłam tu parę dni temu z Riszem z galerii. Chciał zrobić kopię łucznika Air India na nową wystawę i zaprosił mnie, żebym na to spojrzała. Kiedy tu dotarliśmy, zmienił zdanie. Ale mnie tak się tu spodobało, że zjednałam sobie strażnika i dałam mu łapówkę, żeby pozwolił nam tu wejść.

 

– Zjednałaś, tak?

– Jestem zjednującą ludzi dziewczyną.

Przez jakiś czas spoglądaliśmy na morze, burzące się daleko w dole. Widok był niebezpieczny, nieodparcie fascynujący, ale myślami wróciłem do tego popołudnia i Concannona.

– Poznałaś jakiś czas temu wysokiego Irlandczyka nazwiskiem Concannon?

Zastanowiła się przez chwilę, robiąc jedną z ulubionych przeze mnie minek i unosząc górną wargę.

– Fergusa? Tak miał na imię?

– Znam go tylko jako Concannona. Ale nie można go nie zapamiętać. Wysoki, krępy, muskularny, trochę nieokrzesany, bokser, płowe włosy i twarde spojrzenie. Powiedział, że poznał cię w galerii.

– No. Na imię ma Fergus. Rozmawiałam z nim tylko przez chwilę. Bo co?

– Bo nic. Tylko zastanawiałem się, co robił w galerii. Nie wydaje mi się miłośnikiem sztuki.

– Na tym pokazie było mnóstwo mężczyzn – powiedziała w zamyśleniu. – To do tej pory nasz największy sukces. Taki, który przyciąga ludzi na ogół niechodzących do galerii.

– Co to za pokaz?

– O złamanych życiach, które wynikają ze złych lub z trudnych układów między ojcami a synami. Nosił tytuł Synowie ojców. W gazecie napisali o nim duży artykuł. Randżit zapewnił nam świetną reklamę. Przyciągnęła tłumy. Mówiłam ci o tym, nie pamiętasz?

– Nie. Byłem w Goa, a ty mi o tym nie mówiłaś.

– Naprawdę? A byłam pewna. Śmieszne, co?

– Nie bardzo.

Synowie ojców. Czy to ten zwrot, te słowa – „synowie”, „ojcowie” – przyciągnęły Concannona do galerii? A może śledził mnie, a potem poszedł za Lisą do galerii, wykorzystując pokaz jako pretekst, by ją spotkać i zamienić z nią parę słów?

Kiedy ze mną rozmawiał, żrące wspomnienia sparzyły mu oczy. Ja też miałem swoje wspomnienia. Zbyt często budziłem się nadal przykuty do ściany, torturowany przez ludzi, których twarze zacząłem już zapominać.

Odwróciłem głowę, by spojrzeć na subtelny profil Lisy – głęboko osadzone, ocienione oczy, delikatny mały nosek, rzeźbioną linię jej długiego, wdzięcznego podbródka. Zerwał się wiatr, który uniósł jej jasne loki i zrobił z nich pierzastą aureolę.

Lisa miała na sobie luźną czarną sukienkę do kolan z wysokim sztywnym kołnierzykiem, ale bez rękawów i ramion. Zrzuciła sandały i stała boso. Jej jedyną ozdobą był cienki sznureczek nieregularnych turkusowych paciorków.

Zauważyła wyraz mojej twarzy i lekko zmarszczyła brwi, zaglądając mi w myśli.

– Wiesz, co to za dzień? – spytała i parsknęła śmiechem, widząc, jak strach rozszerza mi oczy. – Dziś jest nasza rocznica.

– Ale przecież zaczęliśmy...

– Mam na myśli dzień, w którym pozwoliłam sobie cię pokochać – powiedziała z uśmiechem zdradzającym, jak bardzo bawi ją moja dezorientacja. – Dokładnie tego dnia dwa lata temu zatrzymałeś swój motocykl koło mnie na jezdni – tydzień po ślubie Karli – gdy czekałam, aż deszcz przestanie padać.

– Mam nadzieję, że zapomniałaś, jaki byłem napruty tego dnia.

– Byłeś – przyznała z uśmiechem w oczach. – Zobaczyłeś, jak stoję z innymi ludźmi pod dachem sklepu. Zatrzymałeś się i spytałeś, czy mnie podwieźć. Ale deszcz lał jak szalony...

– To był początek powodzi, dużej. Martwiłem się, że możesz nie dotrzeć do domu.

– Lało jak z cebra, fakt. A ty, siedząc na motocyklu, przemoczony do suchej nitki, proponujesz mi, suchutkiej, podwózkę do domu. Omal nie pękłam ze śmiechu.

– Dobra, dobra...

– A potem zsiadłeś z motocykla i zacząłeś tańczyć na oczach tych ludzi...

– Idiota ze mnie.

– Nie mów tak! Byłam zachwycona!

– Idiota – powtórzyłem, kręcąc głową.

– Powinieneś obiecać wszechświatowi, że w porze monsunowej w Bombaju zawsze będziesz tańczyć w deszczu, przynajmniej raz.

– Nie wiem, co z tym wszechświatem, ale mogę zawrzeć umowę z tobą. Niniejszym obiecuję, że w porze monsunowej zatańczę w deszczu przynajmniej raz.

Burza szybko się zbliżała. Błyskawica wstrząsnęła teatrem morza. Ułamek sekundy później rozległ się pierwszy grzmot.

– Nadciąga nawałnica.

– Chodź tu – powiedziała Lisa, biorąc mnie za rękę.

Zaprowadziła mnie na otwartą przestrzeń pod wolno obracającym się kołem ze szkarłatnym łucznikiem. Weszła do niszy i wyłoniła się z niej, trzymając kosz.

– Zapłaciłam strażnikowi za to, żeby zostawił to dla nas – wyjaśniła, otwierając wiklinowe wieko i ukazując wielki koc, butelkę szampana i kilka kieliszków.

Podała mi butelkę.

– Otwórz.

Kiedy odwijałem sreberko i rozplątywałem drut, ona rozłożyła koc, przytrzymując obluzowanymi dachówkami, żeby nie zwiał go wiatr.

– Wszystko przemyślałaś – zauważyłem, otwierając szampana.

– Nawet nie masz pojęcia jak – odparła ze śmiechem. – Ale to wyjątkowe miejsce. Gdy przyszłam tu z Riszem, dobrze się rozejrzałam. To jedyna w Bombaju otwarta przestrzeń – może jedyna przestrzeń – gdzie nikt nie widzi cię z żadnego okna.

Zdjęła sukienkę przez głowę i odrzuciła ją. Była naga. Wzięła kieliszki i wyciągnęła je do mnie. Nalałem szampana. Odstawiłem butelkę i uniosłem kieliszek w toaście.

– Za co wypijemy?

– A może byś wyskoczył z ciuchów?

– Lisa – powiedziałem, mroczny jak nadciągająca burza. – Musimy porozmawiać.

– Dobrze. Ale najpierw wypijemy. Wzniosę toast.

– Dobrze.

– Za zakochanych głupców.

– Za zakochanych głupców.

Wypiła jednym haustem, a potem rzuciła kieliszek przez ramię. Rozbił się o kamienny słup.

– Zawsze chciałam to zrobić – oznajmiła z upodobaniem.

– Wiesz, powinniśmy porozmawiać...

– Nie.

Rozpięła mi ubranie i zdjęła je. Gdy oboje byliśmy nadzy, wzięła kolejny kieliszek i napełniła go.

– Jeszcze jeden toast. Potem porozmawiamy.

– Dobrze. Za deszcz – podsunąłem. – Zewnętrzny i wewnętrzny.

– Za deszcz. Zewnętrzny i wewnętrzny.

Wypiliśmy.

– Liso...

– Nie. Jeszcze jeden.

– Powiedziałaś...

– Poprzedni nie załatwił sprawy.

– Czego?

– Nie upił mnie.

Znowu napełniła kieliszki.

– Tym razem nie będzie toastu – oznajmiła, wypijając połowę. – Do dna!

Wypiliśmy. Drugi kieliszek brzęknął w ciemnościach. Lisa pchnęła mnie na zakotwiczony koc, ale znowu mi się wymknęła. Jej ciało unosiło się na niebie.

– Czy przeszkadza ci, jeśli będę tańczyć podczas tej rozmowy? – spytała, zaczynając się kołysać. Wiatr figlował w jej włosach.

– Postaram się nie protestować – odparłem, kładąc się z rękami za głową, by ją podziwiać.

– To kolejna rocznica... swojego rodzaju – powiedziała marząco.

– Wiesz, w piekle jest specjalne miejsce dla ludzi, którzy nigdy nie zapominają o rocznicach i urodzinach.

– Ta zaczyna się tej nocy, dwa lata po tamtej.

– Po jakiej tamtej?

– My – powiedziała tańcząc w kółko, z rękami wplecionymi w wiatr. – Dawni my, tacy, jacy byliśmy.

– Jacy byliśmy?

– Jacy byliśmy.

– A kiedy się zmieniliśmy?

– Teraz.

– Naprawdę?

– Tak.

– W windzie czy na schodach?

Roześmiała się i dalej tańczyła, poruszając głową w rytmie, które słyszały tylko jej ręce, nogi i biodra.

– To taniec deszczu – powiedziała. Jej ręce już płynęły przez wodę. – Dziś musi padać.

Podniosłem wzrok na ogromny, powoli obracający się owal z łucznikiem, przykuty do skały miasta. Deszcz. Deszcz oznacza błyskawice. Czerwony łucznik wyglądał jak bardzo kuszący piorunochron.

– Musi padać?

– O, tak – powiedziała, padając mi do stóp, i obserwowała mnie, oparta na ręce. – I wkrótce będzie.

Napiła się szampana z butelki i pocałowała mnie, przelewając płyn wprost do moich ust. Nasze wargi się rozdzieliły.

– Chcę mieć otwarty związek – powiedziała.

– Trudno o bardziej otwarty – zauważyłem z uśmiechem.

– Chcę się spotykać z kimś jeszcze.

– A. Taki otwarty związek.

– Ty też powinieneś się spotykać z kimś innym. Oczywiście nie na stałe. Dopóki będziemy razem, nie chciałabym, żebyś miał kogoś na stałe. Ale czasem. Nawet mogłabym cię z kimś umówić. Mam koleżankę, która za tobą szaleje. Jest tak śliczna, że nie miałabym nic przeciwko trójkątowi.

– Co?

– Wystarczy jedno słowo – powiedziała, patrząc mi w oczy.

Burza się zbliżała. Wiatr pachniał morzem. Podniosłem wzrok na niebo. Duma jest najbardziej podobna do gniewu, a pokora – do tego, co słuszne.

Nie miałem prawa mówić jej, co powinna albo czego nie powinna robić. Nie miałem nawet prawa jej prosić. Nie łączyła nas miłość tego rodzaju.

– Nie mam prawa...

– Chcę być z tobą, jeśli chcesz mnie kochać – powiedziała, kładąc się obok mnie, z ręką na mojej piersi. – Ale chcę, żebyśmy żyli też z innymi ludźmi.

– Wiesz, wybrałaś dziwny sposób, żeby mi o tym powiedzieć.

– A istnieje sposób, który nie jest dziwny?

– Mimo wszystko...

– Nie wiedziałam, jak zareagujesz – wyjaśniła naburmuszona. – Nadal nie wiem. Myślałam, że jeśli ci się to nie spodoba, to będzie nasz ostatni seks. A jeśli ci się spodoba, po raz pierwszy będziemy się kochać jako nowi ludzie, którzy mogą się stać tym, kim chcą. Tak czy tak, będzie to moment godny zapamiętania.

Spojrzeliśmy na siebie. W naszych oczach zamajaczył uśmiech.

– Wiedziałaś, że będę tym zachwycony, prawda?

– Zdecydowanie.

Pochyliłem się nad nią, odgarnąłem jej z twarzy rozczochrane przez wiatr włosy.

– Jesteś zadziwiająca. I nieustannie mnie zadziwiasz.

Pocałowała mnie, oplatając rękami moją szyję.

– Wiesz – szepnęła – zrobiłam rozeznanie.

– Tak?

– Tak, jak często pioruny trafiają w ten dach. Chcesz wiedzieć?

Nie obchodziło mnie to. Wiedziałem, co się dzieje, ale nie wiedziałem, dokąd zmierzamy.

Burza dotarła do nas. Niebo spadło na ziemię. Deszcz wypełnił nam usta srebrem. Lisa wciągnęła mnie na siebie, w siebie, splotła nogi na moich plecach i trzymała mnie, napinając się, rozluźniając, znowu napinając, żądając, żebym podążył za nią.

O plecy bębnił mi wodospad. Oparłem czoło o jej czoło, osłaniając jej twarz, oddalony od niej na długość rzęsy. Monsunowy deszcz, ciepły jak ciało, lał się z góry i chlustał z dołu. Zwarliśmy nasze usta, dzieląc się oddechem, dzieląc się powietrzem.

Lisa przewróciła mnie na plecy, nadal trzymając mnie w sobie, wparła długie palce w moją pierś, wyprężyła ramiona. Ryk grzmotu wyzwolił nową falę deszczu z ciężarnych chmur. Woda ciurkała strużkami z włosów i piersi Lisy, chlustała do moich otwartych ust. Zaczęła zalewać dach, gromadzić się wokół nas jak tajemne morze wysoko nad Miastem Wysp.

Lisa zakrzywiła palce jak szpony. Wygięła się jak drapieżna kotka. Przesunęła dłońmi po moim ciele. Uwięziła mnie w sobie, siedząc wyprostowana, z twarzą zwróconą do nieba i rozłożonymi ramionami.

Rozległ się łomot bębna – ciężkie kroki w mojej sali wspomnień, moim sercu. Rozłączyliśmy się. W tej chwili zrozumiałem: to, co nas łączyło, nigdy nie będzie i nie mogłoby być niczym więcej.

Błyskawica zabarwiła wodę wokół nas. Nad moją głową wirowała Lisa, burza i koło Fortuny, a cały świat był czerwony, czerwony jak krew, aż po to morze nieba, morze nieba.

Inne książki tego autora