Mgnienie ekranuTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

UWAGA NA MONOLITY

(AND MIND THE MONOLITHS)

„Bath and West Evening Chronicle”, 1 kwietnia 1978

Mniej więcej w czasie, kiedy powstał ten tekst, trwała rekonstrukcja wioski z ery żelaza gdzieś niedaleko Farnham w Dorset. Miałem kontakty w tej okolicy, położonej niedaleko od miejsca, gdzie wtedy mieszkałem. Do osady sprowadzono ludzi, których potem filmowano podczas zwykłych zajęć człowieka epoki żelaza. Plotki głosiły jednak, że miejscowi zaglądali tam w godzinach nocnych, żeby tym prehistorycznym i dość nieszczęśliwym pensjonariuszom sprzedawać papierosy i (o ile dobrze zapamiętałem) miękki papier toaletowy. W żaden sposób nie mogę ręczyć za prawdziwość tych przekazów, ale pojawiła się moda na takie imprezy. Dla pracującego dorywczo dziennikarza była to iskra dostateczna, by rozpalić ogień. Przygotujcie się więc teraz na rodzaj angielskiego humoru z music-halli. Ruszamy, chłopcy i dziewczęta.

Nie możecie nas przeoczyć w naszej Wiosce Paleolitycznej HTV. Chociaż właściwie możecie, jeśli nie będziecie uważać. Trzeba podejść obok rekonstrukcji twierdzy na wzgórzu z Yorkshire Television, skręcić w lewo przy Wiosce Epoki Brązu z London Weekend Television, dalej prosto obok Wioski Kultury Pucharów Dzwonowych z Southern TV i tam już my, przy tych biedakach, którym Granada płaci za to, że próbują zbudować Stonehenge.

Jeśli się dobrze zastanowić, nie żyje się tu źle. Aktualnie zostałem tylko ja i Sid, odkąd ci z Border Television skusili Rona i Amandę do przejścia do Osady Średniowiecznej – obiecali im, że nie będą musieli spać w tej samej izbie co kozy. Stary Tom Bowler zostawił nas w zeszłym tygodniu. Powiedział, że nie przeszkadza mu bycie Wulukiem, wodzem Plemienia Talerzy, ale kiedy oryginalny Wuluk, wódz Plemienia Talerzy, chciał złożyć głowę po ciężkim dniu łupania krzemieni, to ów Wuluk, wódz Plemienia Talerzy, nie kładł się obok wielkiego, przerdzewiałego dwustupięćdziesięciokonnego dieslowskiego generatora ryczącego za ścianą jego pieprzonej lepianki. Ani pod łukiem łukowych lamp w sypialni.

Nie powiem, żeby mi to bardzo przeszkadzało. Nie dają mi spać raczej huki i urwane nagle wrzaski u sąsiadów, kiedy wali się im kolejny monolit.

Poza tym nie jest źle. Potrafię już wyłupać całkiem niezłe krzemienne ostrze, chociaż sam się tym chwalę, a w przyszłym tygodniu wypada nasza kolej na polowanie. Nawiasem mówiąc, sprawa polowań zaczęła trochę śmierdzieć, odkąd ci od Granady wrócili z połciem najlepszej wołowiny i trzema kurczakami ze wszystkimi podrobami w plastikowym worku. Pomyślałem, że to trochę dziwne, i nawet powiedziałem o tym Sidowi.

Warto zaznaczyć, że Sid jest w tym interesie prawdziwym weteranem. Rok przepracował na Dawnej Farmie Uniwersytetu Sussex, potem załatwił sobie fuchę w Eksperymencie „Celtyckie Życie” Radia Trzy, a później odrobił dziewięć miesięcy, kiedy płacili mu za rekonstrukcję Silbury Hill. Taką na przykład miedzianą bransoletę potrafi wykuć w mgnieniu oka, bez problemu, a jeśli chodzi o polowanie, zasuwa tylko do najbliższej farmy i zwija krowę.

Te typy z TV nigdy go nie rozpracowały, zresztą ostatnio rzadko ich widujemy. Wiadomo, w paleolicie nie było łazienek, a śmieci wysypywało się zaraz koło chaty i w ogóle, więc teraz trzymają się raczej głównej drogi i używają teleobiektywów.

Jedyne, w czym się z Sidem nie zgadzam, to handlowanie fajkami z innymi wioskami. Wczoraj zajrzałem do jego siennika i jest normalnie wypchany paczkami bensonów-and-hedgesów, pastą do zębów, szamponami i rolkami miękkiego papieru toaletowego. Uważam, że nie pasuje to do idei całego eksperymentu, ale Sid twierdzi, że za dawnych czasów handel był bardzo ważny, a poza tym w Wiosce Epoki Brązu dostaje funta za rolkę andrexu.

Co? A nie, to znowu u sąsiadów. Odkryli już dwadzieścia siedem sposobów, w jakie Stonehenge absolutnie nie mogło być zbudowane. Nie, na waszym miejscu nie chodziłbym oglądać. Stracili już piętnastu wieśniaków, trzech kamerzystów i jednego prezentera koło wozu transmisyjnego.

Tamta lokalizacja? Ta pusta, tylko ze stawem? Och, to Eksperyment Jurajski, robi go Irish Television. Tak, wiem, strasznie trudno jest znaleźć aktorów o wzroście koło 30 stóp, ze skórą pokrytą łuskami. Pewnie w końcu będą musieli zmontować takie jakby teatralne konie, tylko że raczej dinozaury, jeśli rozumiecie, o co mi chodzi. Musieli się cofnąć aż do jury, bo późniejsze okresy były już klepnięte przez inne stacje…

Niech mnie diabli! Ten był ciężki, mało mi chaty nie rozwalił!

Kiedyś zawalił im się cały trilithon. Nie, w porządku, trafił tylko socjologa. A zeszłej zimy, kiedy nie mogliśmy polować, zaginął cały zespół badawczy z Keele University. W tajemniczych okolicznościach… rozumiemy się… Przyjmijcie moją radę i nie ruszajcie żadnej kiełbasy, jaką wam zaproponują ci z epoki brązu.

A teraz przepraszam, muszę wyprodukować trochę ceramiki…

UWAGA. Po tekście znajdowała się fotografia wioski szałasów w prehistorycznym stylu, ze strzałkami i poniższymi podpisami:

„Ktoś widział, co zrobiłem z książką z biblioteki?”

„Mniam, szczurza zupa, moja ulubiona”

„Pewno, że koza jest zła. Siedzisz na jej miejscu”

„Mamy zestaw do samodzielnego druidowania!”

„Jeszcze tylko pięć miesięcy, trzy tygodnie i cztery dni!”

„Ty przodem, ale ze śmieciami”

„Najbardziej mi brakuje wiadomości Anglii Zachodniej”

WYSOKIE MEGI

(THE HIGH MEGGAS)

1986

To opowiadanie rozwinęło się potem w Długą Ziemię. Wysokie megi były na początku zbiorem zapisków, czymś, co dawało zajęcie, kiedy wysłałem Kolor magii do mojego ówczesnego wydawcy, Colina Smythe’a. Wyobrażałem sobie wszystko ze szczegółami i chciałem zacząć od serii opowiadań. Wciąż bawiłem się takimi myślami, kiedy Kolor magii trafił na rynek i nie wiadomo czemu odniósł wielki sukces, o wiele większy niż którakolwiek z moich wcześniejszych książek.

W tych okolicznościach cóż mógł zrobić skromny początkujący autor? Podstawowe założenia Koloru magii tańczyły mi już w głowie i nabierały rozpędu, więc z pewnymi oporami odłożyłem Wysokie megi, o których sądziłem, że pewnego dnia staną się bazą dla wspaniałego nowego cyklu. Zostały odkopane kilka lat temu, przy przepiórczych jajach, podczas literackiej kolacji, przez Ralpha Vicinanzę, mojego amerykańskiego agenta, oraz Roba Wilkinsa. Mój entuzjazm rozgorzał na nowo i po omówieniu głównych idei ze Stephenem Baxterem, którego zawsze uważałem za najznakomitszego brytyjskiego twórcę twardej SF, rozpoczęła się nowa podróż.

Prawdę mówiąc, cieszę się, że tak to rozegraliśmy. Poza tym było to o wiele zabawniejsze.

Podobno Daniel Boone zwijał obóz i odchodził, jeśli zobaczył dym z ogniska innego człowieka. W porównaniu z Larrym Linsayem Boone był osobą patologicznie towarzyską. A teraz, na tym świecie, przebywał ktoś inny. W jego świecie. Uczucie było takie, jakby znalazł w zupie paznokieć. Drażniące. Aż jeżyły się włosy na karku.

Wśród sosen na szczycie zbocza zamocował system anten. W dziewiczych pasmach radiowych tego świata maleńki skok przybycia był krystalicznie wyraźny i na miniaturowych ekranach wyróżniał się jak Everest na tle krecich kopców. Tylko jeden typ człowieka mógł dotrzeć tak daleko w wysokie megi: rządowiec. W słowniku Linsaya słowo to było brzemienne w znaczenia, jak niektóre określenia z dawnego języka chińskiego, wyrażające cały strumień myśli. Rządowcy oznaczali reguły, podatki, pytania i wtrącanie się. Oznaczali innych ludzi. To musiał być rządowiec, bo dotarcie tak daleko w wysokie megi wymagało pieniędzy, przy czym chodziło o kwoty, jakie tylko rządowcy mogli zdobyć. Poza tym ludzie nie lubili podróżować tam, gdzie strojenie musiało być precyzyjne, a spotkanie z inną ludzką istotą wymagało wędrówki trwającej kilka tygodni czasu rzeczywistego. Ludzie nie lubią przebywać tak daleko od innych ludzi. Poza tym istniały inne powody. Rzeczy w wysokich megach zaczynały się stawać dziwne.

Jeszcze jeden wyskok. Dwoje ludzi. Linsay zaczął odczuwać tłok.

Musieli tu przybyć z Wysuniętej Bazy. Linsay się zirytował – to on chodził do Wysuniętej Bazy, nie oni do niego. Trudno sobie wymyślić rozsądny powód, który by ich tu sprowadził. Wyobraził sobie, jak rozglądają się zdumieni, kiedy nie mogą go znaleźć.

Trzecia zasada przetrwania tutaj mówiła: trzymaj się z dala od punktu przybycia.

Dla pewności sprawdził namiar, sięgnął po strzelbę, opartą o stolik z mapami, i ruszył przez zarośla. Dowolny obserwator zauważyłby łatwo, że Linsay trzyma się cienia, że wychodzi zza osłony tylko wtedy, kiedy musi, i zawsze na krótko. Ale nie było tu żadnego obserwatora. Gdyby był, Linsay przekradałby się za nim.

Ludzie mają błędne wyobrażenie o Robinsonie Crusoe. Popularny wizerunek to człowiek pogodny, ale zdeterminowany, popierający bieliznę z koziej skóry i wyzwolenie niewolników. Ale ktoś z Wysuniętej Bazy pożyczył Linsayowi stary, postrzępiony egzemplarz książki i Linsay dowiedział się, że Robinson przeżył na wyspie dwadzieścia sześć lat i większość tego czasu poświęcił na budowanie palisad. To się Linsayowi podobało: gość wyraźnie miał głowę na karku.

Trwało późne lato – tutaj, czyli mniej więcej na południu Francji, chociaż Pięść zmieniła linię brzegową tak, że ledwie dało się ją rozpoznać. Na tym świecie nie był to rozbryzg kraterów, jakie widziało się jeszcze parędziesiąt Ziemi wstecz. Tutaj Pięść przeorała Europę i zachodnią Azję, posyłając wielkie odłamki przebijające się na jęzorach plazmy w stronę jądra. Zanim atmosfera pozbyła się większej części pyłu, przez kilka lat pewnie trwała tu zima. Kiedy minęła, wszystkie pory roku okazały się przesunięte. Durszlak, jakim była Europa, znalazł się trochę bliżej nowego równika, Ziemia się rozchwiała, a czapy lodowe szybko rosły.

 

Ludzkość jednak uczyła się wtedy o Rolnictwie i niczego nie zauważyła.

Stadko rantylop obserwowało Linsaya czujnie. Na tej Ziemi nie polował – łatwo było w tym celu wyskoczyć na poprzednią – ale i tak zwierzęta nie były całkiem spokojne. Zima, jaka nastąpiła po Pięści, nie wybiła wszystkich naczelnych, a niektóre pawiany w tej okolicy były twardymi łowcami.

Główny pawian, którego nazwał Wielkim Yinem, przyglądał mu się ze skalnej półki. Linsay pomachał do niego z sympatią. Wielki Yin zauważył strzelbę i nie odpowiedział.

Jakiś człowiek czołgał się ostrożnie za niewystarczającą osłoną stopionej w szkło skały. Poruszał się zupełnie jak ktoś, kto skradania uczył się z filmów przygodowych. W ręku trzymał nieduży pistolet. Broń nie wyglądała na potężną, ale Linsay nie aprobował takich rzeczy.

Oddał strzał, który odłupał kawałek skały o kilka stóp od głowy tamtego.

– Rzuć pistolet w moją stronę – zasugerował.

Szok, strach i rezygnacja walczyły o lepsze na twarzy obcego mężczyzny, gdy spoglądał na kępę anonimowych krzaków, które właśnie przemówiły.

– Pistolet – powtórzył Linsay.

Widział stąd szczegóły sprzętu u pasa obcego. Ekwipunek rządowców, to jasne, ale lekki – to znaczy, że musiał tu przybyć z Wysuniętej Bazy.

– W porządku, krzaku – odezwał się mężczyzna.

Rzucił pistolet mniej więcej w stronę Linsaya i wolno przesunął dłonie…

Odprysk kamienia skaleczył go w ucho, kiedy kolejny pocisk trafił w szklisty głaz obok.

– Pas też – nakazał krzak.

– Jesteś Larry Linsay – stwierdził mężczyzna. – Ostrzegali, że masz totalną paranoję… Bez urazy.

– Nie uraziłeś mnie. Teraz poruszaj rękami bardzo powoli.

Ręce poruszyły się bardzo powoli.

– Nie znasz mnie. Nigdy się chyba nie spotkaliśmy. Jestem Joshua Valienté. Z ochrony. No wiesz, w Wysuniętej Bazie.

Drgnął, kiedy Linsay pojawił się kilka stóp przed nim. Podejście do kogoś metodą przeskoku do przyległego świata, przemieszczenia się w jego stronę i przeskoku powrotnego było starą sztuczką, ale nigdy nie przestawało szokować.

Valienté spojrzał z dołu w parę szaroniebieskich oczu i nie dostrzegł w nich śladu litości. Ten drań mnie tu zastrzeli, pomyślał. Nie warto nawet zerkać na pistolet. Naprawdę mnie zastrzeli tutaj, gdzie nikt już nigdy nie przyjdzie. Nie będzie musiał nawet grzebać zwłok.

– Udowodnij to – rzucił Linsay.

Valienté wzruszył ramionami w nieagresywny – miał nadzieję – sposób.

– Nie mogę.

– Wszyscy dobrzy ochroniarze noszą plastikowe karty. Mają na nich swoje małe zdjęcia, na wypadek gdyby zapomnieli, jak wyglądają.

– Nie, kiedy nie są na służbie. Mogę wstać?

Linsay odstąpił. Być może oznaczało to: tak. Valienté wolał nie ryzykować.

– Nie ma już żadnej Wysuniętej Bazy – oznajmił możliwie spokojnie. – To znaczy stacja dalej stoi, jasna sprawa. Nie ma tylko ludzi. Nie żyją.

Przerwał, czekając na reakcję. Ale miał wrażenie, jakby wrzucił cegłę do kałuży syropu.

– Nic nie powiesz? – zapytał.

– Nie. Mam strzelbę. To ty mówisz.

– Niech ci będzie, bezduszny draniu. Ktoś ich otruł. Znasz ten mały strumyk, z którego brali wodę? To tam. Byłem na polowaniu. Zobaczyłem ją, kiedy wróciłem. Rozbijała nasz sprzęt. Potem wyruszyła. Ścigałem ją aż tutaj, kiedy złapałem twój sygnał.

Linsay przyglądał mu się przez chwilę.

– Co jakiś czas wracam do Bazy – oznajmił. – Nigdy cię tam nie widziałem. Nie wiedziałem nawet, że mają ochronę.

– Dotarłem tam trzy tygodnie temu.

– Rozumiem, że świetnie się spisałeś.

– Słuchaj, przecież ona tu jest. Gdzieś. A jeśli będziemy tak gadać przez cały dzień, znajdzie się już na drugim końcu trajektorii.

Pościg zajął mu prawie cztery dni. Morderczyni wykorzystała generator Bazy, żeby uzyskać wstępny pęd, ale ochroniarz miał dość rozsądku, żeby pozbierać zapasowe naładowane akumulatory. Oznaczały dodatkowe obciążenie, lecz nie na długo. Wypalone ogniwa znaczyły jego szlak przez trzy tysiące Ziemi, odrzucane po seriach oszałamiających skoków, które wysysały energię i ciskały człowieka w niepodejrzewające niczego pejzaże. Szkoda, że nie wyszło z pasem. Mógł albo zabrać któryś z solidniejszych modeli, specjalnie projektowanych na wysokie megi, albo szukać dodatkowych akumulatorów i plecaka, żeby je nosić. Nie miał czasu na jedno ani drugie.

Nie było też czasu, żeby zrobić cokolwiek z ciałami. Trucizna nie należała do subtelnych, tyle że działała powoli. Trudno, później musi jakoś to załatwić.

Jako ochroniarz nie miał doświadczenia w halsowaniu podczas skoków, ale wiedział jedno: nigdy nie wolno przeskakiwać przez światy alternatywne, nie przemieszczając się również w poziomie. Zbyt łatwo cel mógłby zaczekać akurat w miejscu, gdzie lądował ścigający, a wtedy nie musiałby nawet strzelać. Wystarczyłby ciężki kamień.

Sztuka polegała więc na tym, żeby schylić się, przeskoczyć i odbiec, a od czasu do czasu zaryzykować i skoczyć przez dwa albo trzy światy naraz. Oboje sypiali sporadycznie, w jakichś zakamarkach terenu. Mięso łatwo było zdobyć, trudno ugotować. Raz pojawili się plecy w plecy, o kilka stóp od siebie. Strzelili oboje i przeskoczyli, więc dwie kule pomknęły, coraz bardziej się od siebie oddalając – być może jedyne artefakty, jakie kiedykolwiek zobaczy ten świat.

Nie musisz tego robić, powtarzało sumienie ochroniarza. Nikt się tego po tobie nie spodziewa, nie płacą ci za to. Po co grać Królewską Konną? Nawet jeśli wygrasz, to jak wrócisz? Trzeba na to lat, o ile w ogóle ci się uda. Po czym sumienie, dopchnięte do przysłowiowej ściany, słyszało: bo w Bazie było pięcioro dzieci, najmłodsze trzyletnie, a trucizna atakowała układ nerwowy i nie były jeszcze całkiem martwe, kiedy wróciłem.

I tak uciekali i tropili przez kolejne światy, a mikroskopijne zmiany zaczęły się mnożyć. W wysokie megi.

Na detektorze Linsaya były dwa sygnały i ten drugi leżał nieprzytomny w kraterze. Z tego miejsca widział, że kobieta także nosiła tylko podstawowy pas, z detektorami o ograniczonych możliwościach. Dla niej musiało to być jak wpadnięcie do studni.

Jej pistolet leżał o kilka stóp dalej. Linsay podniósł go i wcisnął do kieszeni, po czym przyjrzał się kobiecie. Miała na sobie czerwony kombinezon, brzydki, z masą kieszeni, ale bardzo praktyczny dla przemieszczania się tam, gdzie człowiek nie zabiera tego, czego nie uniesie. Szczupła osoba mogła w ten sposób zapakować jakieś sześćdziesiąt funtów, nim zużycie baterii zaczynało rosnąć skokowo. Większość kieszeni była pusta, ale pozostało jeszcze kilka nie całkiem wyczerpanych akumulatorów. Linsay odpiął jej pas i przerzucił sobie przez ramię. Potem podniósł kobietę i zarzucił na drugie. Niepoprawnie, ale chyba nie miała żadnych złamanych kości. Jeśli tak, to pech.

Ćwierć mili dalej przywiązany do drzewa Valienté obserwował stado superpawianów. Sądząc po kijach, jakie ściskały, opanowały już zasady użycia maczugi i młota, a wyglądały na gotowe, by przejść do trepanacji i wypruwania flaków. Jeden z nich szczególnie więźnia niepokoił: potężny, wysoki samiec z wystrzępionymi uszami i oczami wąskimi i groźnymi jak mosty piekieł. Siedział na skale niczym żywy gargulec i tylko patrzył.

Kula uniosła obłoczek pyłu u stóp skały. Superpawian zwrócił pysk ku wschodowi, warknął bezgłośnie, obnażając rząd żółtych kling… i zniknął – odbiegł ciężko w krzaki, a za nim reszta bandy.

Pojawił się Linsay z ciałem kobiety na ramieniu. Dzięki jakiejś żonglerce, której Valienté nie mógł nie zauważyć, zdołał rozwiązać krępujące go sznury, ani na moment nie przestając mierzyć do niego ze strzelby.

– Mogły mnie zabić.

Linsay cofnął się o krok.

– Całkiem prawdopodobne – przyznał. – Wielki Yin szybko się uczy. Chyba pewnego dnia będę musiał jakoś się nim zająć.

– Najlepiej dzisiaj.

– Może mam do niego słabość…

Valienté poważnie w to wątpił. Pewnie nawet słabe punkty Linsaya miały twardość diamentów.

– Jest jedyny w swoim rodzaju. Zbadałem światy w pobliżu tego i takie samo stado wszędzie kręci się po okolicy, ale bez niego. Może to jakiś mutant. Może pawiany odziedziczą ziemię.

Jego strzelba miała dziwną właściwość: na pozór bez żadnego wysiłku Linsaya lufa cały czas kierowała się w ochroniarza jak igła kompasu.

– Czy to konieczne? – zapytał Valienté. – Nawet jeśli nie wierzysz w moją historię, masz przecież mój pistolet.

– Idź i nie gadaj.

Ziemie, nieskończone Ziemie. Podobno więcej, niż potrafi policzyć komputer.

Trudno było dokładnie je opisać, nie odwołując się do fałd wszechświata i teorii pakietów kwantowych. Jeszcze trudniejsze okazało się wyjaśnienie widzom telewizji, jak działają pasy; po sugestii, aby rozważyć wielorakie wszechświaty jako gumową membranę, wszystko zaczynało się sypać. Analogia talii kart była całkiem niewłaściwa, jednak większość ludzi rozumiała ją lepiej. Wszechświat był w istocie wielką talią trójwymiarowych kart. Pas pozwalał na przejścia w górę i w dół tej talii, tak jakby przewiercał się przez pojedyncze karty.

Pasy wydawały się łatwe w budowie, jeśli człowiek był dostatecznie zdesperowany, by nie przejmować się systemami bezpieczeństwa. Na całym świecie chyba tacy byli. Zainteresowany potrzebował tylko radia tranzystorowego (które można było zdobyć jako premię za wazektomię), około stu metrów miedzianego drutu i ślepej wiary, że nie wyłoni się wewnątrz drzewa.

Efekt był wart ryzyka. Wszystkie pobliskie Ziemie różniły się tylko na poziomach mikroskopowych. Kalifornia dokonała już wstępnej kolonizacji paru tysięcy światów, a na dalekich krańcach kolonie zaczynały się rozwijać w sposób, jaki nawet Kalifornijczycy uważali za trochę zwariowany. W tym, co pozostało z dawnego ZSRR, funkcjonariusze służb bezpieczeństwa przeczesywali sąsiednie światy w poszukiwaniu poprzednich ekip funkcjonariuszy służb bezpieczeństwa.

Świat był zatłoczony, ale wszechświat pusty. Zapanowała ekonomia obfitości. Wobec zjawisk, jakie nastąpiły, Diaspora przypominała rodzinny piknik.

Oczywiście, niektóre umysły tego nie wytrzymywały.

Obóz Linsaya krył się w zagłębieniu na zboczu od południowej strony; składał się ze zwykłego namiotu i trochę solidniejszej szopy na sprzęt. Oczywiście, otaczała go palisada – niezbyt mocna i niezbyt wysoka, ale biegnący szczytem cienki czerwony kabel gwarantował spokój, jaki nie rozczarowałby nawet Robinsona Crusoe.

Obok namiotu zamontowano niewielki zestaw paneli słonecznych, a pod nimi rząd akumulatorów. Stała również standardowa klatka z białymi myszkami.

Linsay zniknął w namiocie i ułożył nieprzytomną kobietę na posłaniu. Kiedy wrócił, Valienté siedział przy dogasającym ognisku, gdzie wciąż tliły się resztki żaru. Dawno już minęło południe.

– Dlaczego jest nieprzytomna? – zapytał.

Linsay zamknął wrota palisady, po czym zaczepił na szczycie czerwony kabel.

– Żadne z was nie ma pasa odpowiedniego na wysokie megi – odparł.

– To jest odpowiedź?

Linsay się odwrócił.

– Oczywiście. Normalne pasy chronią przed wyjściem wewnątrz czegokolwiek gęściejszego niż powietrze. Niskie Ziemie są tak do siebie podobne, że niczego więcej nie trzeba. Nie musisz się przejmować gruntem, zawsze tam jest. Tam, gdzie trafiła, Pięść odrzuciła ten grunt.

– Pięść?

– Nie zauważyłeś kraterów?

– Tak. Pomyślałem, że teren jest trudniejszy.

Linsay obejrzał się na klatkę. Mysz, przywiązana wewnątrz małego pasa, na czubku zestawu akumulatorów, mogła przenieść wiadomość do Wysuniętej Bazy w ciągu sześciu godzin. Udałoby się ją wysłać do niskich numerów? Zajęłoby to tydzień, może dziesięć dni. Musiałaby mieć karmę i wodę – powiedzmy, dwa dodatkowe akumulatory. Plus wielozakresowy krzykacz tu-jestem, czyli dodatkowy akumulator. I jeszcze cztery, żeby dawały dość energii, by przenosić dodatkowe akumulatory. Plus… lepiej dać sobie spokój.

– Czy ty jesteś człowiekiem? – zapytał Valienté. – Wiesz, mówili mi, że należysz do zimnych facetów. Ale kiedy słyszysz o wymordowaniu pięćdziesięciu osób, powinieneś chyba jakoś zareagować, nie? Powiedzieć „To straszne” albo co…

– Napijesz się kawy? – zaproponował Linsay. – Jest tylko czarna.

– Co takiego? – Valienté drżał cały z gniewu i zmęczenia.

– Co zrobiłeś z kozami?

– Co?

– Na Wysuniętej mieli stado kóz. Osobiście nigdy nie miałem cierpliwości, żeby je tutaj łapać. Pewnie trzeba je doić. Ale mógłbyś przynajmniej wypuścić je z zagrody.

 

Twarz Valienté była nieruchomą maską.

Linsay usiadł na klocu drewna naprzeciwko i sięgnął do kieszeni kombinezonu. Mówił powoli i wyraźnie, jak do dziecka.

– Czemu właściwie cię interesuje, co myślę? Wydaje mi się, że nie potrafisz zrozumieć pewnej zasadniczej kwestii dotyczącej swojej pozycji tutaj. Nie powinieneś mnie nienawidzić, powinieneś myśleć. Powinieneś myśleć: kiedy mnie zapyta, dlaczego ta kobieta miała w kieszeni taką małą kartę mówiącą, że jest zatrudniona przez Instytut Ekologii Trans-Terrestrialnej jako oficer ochrony, co mu odpowiem w ciągu tych trzydziestu sekund, jakie mi pozostały?

Szczęknął odwodzony kurek. Valienté spojrzał na lufę pistoletu o prehistorycznej konstrukcji. W jednej z tych niewyjaśnionych umysłowych dygresji przypomniał sobie, że pozaświatowi pionierzy preferowali broń czarnoprochową, gdyż łatwiej było przygotować do niej amunicję. Nie miały dużej energii i dawały dużo dymu, ale koziołkujący pocisk mógł strasznie napaskudzić w czaszce.

– Dwadzieścia siedem sekund – powiedział Linsay.

– Nie zastrzelisz mnie, nie dając szansy, żeby się wytłumaczyć.

– Naprawdę w to wierzysz? Dwadzieścia cztery sekundy.

– Oczywiście, że miała przepustkę ochrony. Przybyła do Bazy razem ze mną. Była infiltratorką. Nacjonalistką. Słuchaj, kiedy ostatnio cię zaciekawiło, co się dzieje w dole?

Gdzie dokładnie znajdowała się Ziemia, jaką Pan obiecał Mojżeszowi? Gdzie leżała Ameryka? Jeżeli Anglia oznaczała krainę aniołów, to czym były te nieskończone i bezludne ziemie rozciągające się po obu jej stronach w wymiarach ruchu? I czy te Stopy w dawny czas szły po nieskończonych łąkach błogich, a jeśli nie, to po jakiej ich ustalonej liczbie?

Zdawało się, że dla niektórych miało to znaczenie. Wobec nieskończonej obfitości prawnicy świata zasiedli razem, by dyskutować o granicach. Ameryka, jak przekonywano, jest zasadniczo przede wszystkim ideą, nie lądem, a zatem wszyscy oboczni Amerykanie podlegali teoretycznie pod władzę USA. Dla poparcia tej tezy wysunięto sporo dobrze przemyślanych i wpadających w ucho argumentów tłumaczących się mniej więcej na: żadnych Meksykanów. Jednak z drugiej strony wszystkie te światy posiadały bliskowschodnie pola naftowe i wydawało się rozwiązaniem bardzo niesprawiedliwym, by pozwolić Saudom na monopolizację całej ropy naftowej we wszechświecie.

Oczywiście, pojawiały się też inne problemy. Pas nie przemieszczał w poziomie, ale jeśli ktoś przeskoczył do sąsiedniego świata, dotarł na miejsce, gdzie w naszym znajdował się bankowy skarbiec – i przeskoczył z powrotem – to bardzo wielu ludzi wprawiał w ogromne zakłopotanie. Różni specjaliści od ochrony potrzebowali sporo czasu, by jakoś rozwiązać tę kwestię.

Co do spraw bardziej politycznych, to przywódcy świata spotkali się na kilka dni, po czym opublikowali czternastostronicowy dokument, znany później jako Doktryna Oboczności. Składał się z dwóch części. Pierwsza była uznaniem, że Ziemia – ta oryginalna, ta z atomami Cezara, Chrystusa i Mao – jest nietykalna, a jej granice niewzruszone.

Drugą część doktryny można streścić w dwóch zasadach.

Bierzesz, co złapiesz.

Trzymasz, ile zdołasz.

– Jak się nazwali? – zapytał Linsay.

– Zawsze Francja – odparł Valienté.

– Przecież to formalnie wcale nie jest Francja. Nie można wytyczać granic kraju w nieskończoność. Nawet Żydzi tego nie robią.

– O wariatach trzeba wiedzieć tyle, że są zwariowani. Ale sądzę, że stoją za nimi pewni całkiem zdrowi psychicznie ludzie.

– Co mogliby zyskać?

– Władzę. Pieniądze. Takie rzeczy.

– Szlag… – mruknął Linsay. – Miliardy światów…

– Siedemnaście.

– Co?

– Moje trzydzieści sekund. Przerwałeś odliczanie na siedemnastu. – Valienté wskazał pistolet.

Linsay wyglądał, jakby pierwszy raz w życiu go zobaczył.

– Może jednak na jakiś czas ci zaufam – rzekł.

– Świetnie. Mogę sobie zrobić coś do jedzenia?

– Sam się tym zajmę. Nie ufam ci aż tak bardzo.

Były jakieś owoce, małe i kwaśne. Potrawka, dobrze przyprawiona i gęsta od mięsa, którego źródła Valienté wolał się nie domyślać…

Z całą pewnością coś nie lubiło tutejszego pejzażu. Valienté pamiętał bujną roślinność wokół Wysuniętej Bazy, nad brzegiem dopływu czegoś, co nie było Rodanem, jedynie identyczną rzeką dokładnie w tym samym miejscu.

Tutaj wszystko wydawało się żółte i brązowe, a rzeka zmieniła się w pełną mułu dolinę z linią karłowatych drzew, zapewne znaczącą ślad wilgoci. Powietrze drżało od upału. Valienté widział Afrykę, ale to nie była Afryka – to było europejskie lato, które się nie kończyło.

– Czym była ta Pięść? – zapytał. – Kometą?

Linsay przyjrzał mu się w zamyśleniu.

– Niegłupio kombinujesz – pochwalił. – Ale nie. Asteroidą niklowo-żelazną. Dużą. Bardzo dużą. Większą niż ta, która uformowała Tarczę Kanadyjską. Ale rozpadła się przed uderzeniem. Tutaj spadły tylko odpryski, chociaż załatwiła pogodę na długie lata. Chyba istnieje połączenie lądowe z Afryką.

– Kiedy to było?

– Dziesięć, może piętnaście tysięcy lat temu. Prześledziłem ją przez okoliczne światy. Dalej robi się gorzej. O ten tylko się otarła.

Valienté gwizdnął cicho.

– Paskudna.

– Nie, właściwie nie. Przecież asteroidy nie myślą. Po prostu tak się zdarzyło.

– Chodziło mi…

– Najgorsze, co może przytrafić się światu, to ludzie – oświadczył Linsay. – Byliśmy przypadkiem, jak ta asteroida. Szansą jedną na miliard.

– Nie przesadzaj. Przecież znaleźli ludzkie artefakty na wielu światach wokół Ziemi. Krzemienne narzędzia i takie rzeczy.

– Stworzenia ledwo co ludzkie. Nigdy nie miały ognia. Nie znaleźliśmy żadnych palenisk, nigdzie. Oto rzeczywisty obraz: dziesięć milionów ciemnych planet i jeden krąg światła ognia.

– Tak, ale teraz się rozprzestrzeniamy.

– Owszem, jak pleśń.

Valienté uświadomił sobie, że Linsay jest osobnikiem lewousznym. Widział już wielu takich: oczy im się lekko szkliły, wpatrzone nieruchomo w lewe ucho rozmówcy, gdy usta tymczasem wypluwały prawdę o latających talerzach, o ogólnoświatowym spisku czy też o ewangelii i jednym nawróconym na minutę. We wnętrzu każdego człowieka tkwił ktoś taki lewouszny i próbował się wydostać.

Ze swojego miejsca mógł się przyjrzeć pasowi Linsaya. Był chyba grubszy niż większość i wydawał się dość prosty, jakby wykonany domowymi sposobami. Nie należał jednak do takich, jakie mógłby zmontować byle prymityw z części wyrwanych ze starych samochodów, według dostępnej na czarnym rynku instrukcji, będącej chyba marną fotokopią złej fotokopii. A całkiem możliwe, że i tak błędnej. Nie – pas Linsaya wyglądał tak, jak mógłby wyglądać seryjny samochód, który trafił w ręce wybitnie zdolnego mechanika.

– Sam pomogłeś – rzucił cicho. – To ty wymyśliłeś pasy.

– Nie, to Lider.

– No dobra, udoskonaliłeś je. Widziałem te pierwsze pasy. Uczucie musiało być takie, jakby człowiek nosił beczkę. Ty wyizolowałeś główną zasadę działania. A potem się wycofałeś. Lider je wymyślił, ale to ty dałeś ludzkości inne światy.

– Od tego czasu było jeszcze wiele udoskonaleń.

– Udoskonaleń twojego podstawowego projektu, owszem. Głównie różne gadżety i ozdóbki. Skąd te wyrzuty sumienia?

– Sumienia?

– Kryjesz się tutaj jak skrzyżowanie Johna Wayne’a z kapitanem Nemo i załatwiasz badania terenowe dla małej stacji naukowej. Co to ma być? Pokuta za to, że napuściłeś złą ludzkość na niepodejrzewające niczego wymiary?

Linsay roześmiał się i zapalił cygaro – Valienté zauważył niewielki zagon tytoniu wewnątrz palisady.

– Ludzkość nie jest naprawdę zła, brakuje jej dostojeństwa, by być złą. Przybyłem tutaj, szukając spokoju. Mówisz, że oddałem ludziom światy. I co z nimi zrobili? Te ich kruche gospodarki nie wytrzymały nacisku, zaczęli się kłócić, wybuchły wojny terytorialne… teraz, kiedy ziemia dostępna jest bez żadnych ograniczeń. Zdarzały się przypadki głodu albo… Do diabła zresztą. Przecież wiesz.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?