Dobry omenTekst

Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ III

Znano ją pod imieniem Scarlett. Obecnie handlowała bronią, ale zajęcie to było dla niej coraz mniej emocjonujące. Nigdy nie trzymała się jednego fachu zbyt długo – trzysta, najwyżej czterysta lat. Nie chciała wpaść w rutynę.

Miała lśniące miedzianokasztanowe włosy spływające długimi falującymi pasmami aż do bioder. Wielu mężczyzn było gotowych zginąć dla tych włosów; wielu zginęło. Jej oczy gorzały pomarańczowym blaskiem. Dawano jej dwadzieścia pięć lat. De facto zawsze tyle miała.

Miała także rozklekotaną ceglastoczerwoną ciężarówkę pełną broni i amunicji najwyższej jakości oraz niewiarygodną zdolność przedostawania się przez wszystkie granice. Zmierzała do małego państewka w Afryce Zachodniej, gdzie trwał podrzędny konflikt lokalny. Dzięki dostarczonej przez nią broni konflikt ów miał przerodzić się w regularną wojnę domową o międzynarodowych reperkusjach. Niestety, naprawa uszkodzenia ciężarówki tym razem przerosła jej możliwości, mimo że miała smykałkę do wszelkiego rodzaju mechanizmów.

Awaria nastąpiła w samym środku miasta14. Miasto owo pełniło funkcję stolicy Kumbolalandii – kraju, gdzie od z górą trzydziestu lat panował pokój. Od trzydziestu lat było to latyfundium jednego z możnych tego świata. Nie było tam żadnych złóż minerałów, a jego znaczenie strategiczne można by śmiało porównać ze znaczeniem zgniłego banana. Nic więc dziwnego, że coraz częściej dochodziły do głosu siły separatystyczne i nacjonalistyczne, jak w każdym biednym i wyjątkowo nudnym kraiku, gdzie zbyt długo panował niezmącony spokój. Odkąd miecze przekuto na lemiesze, wszystkie plemiona żyły w zgodzie i sennej harmonii. Jedyny poważniejszy incydent, który był wciąż na ustach wszystkich, zdarzył się w 1952. Pijany poganiacz wołów stoczył krótki, ale zacięty pojedynek z nie mniej pijanym złodziejem wołów. Pojedynek zakończył się remisem.

Scarlett ziewnęła z gorąca i wachlując się kapeluszem, ruszyła do najbliższego baru. Zamówiła piwo, wychyliła kufel i zwróciła się do barmana.

– Siadła mi ciężarówka. Zna się tu ktoś na tym?

Barman wyszczerzył w szerokim uśmiechu ∫ la Fernandel rząd równych, białych zębów. Wciąż był pod wrażeniem, jak wychyliła kufel do dna.

– Tylko Natan, panienko. Ale dopiero co pojechał do Kaounda na fermę teścia.

Zamówiła kolejne piwo.

– A kiedy wróci ten… no… Natan?

– Za tydzień. Może dwa, szanowna pani. Ale z niego miglanc, hę? – powiedział i pochylając się nad ladą, zapytał – A panienka tak sama?

– Tak.

– Może być niebezpiecznie. Po drogach kręcą się różni rozrywkowi faceci. Nie miejscowi, ma się rozumieć.

Scarlett uniosła subtelnie zarysowane brwi.

Barman zadrżał mimo upału.

– Dzięki za ostrzeżenie – prychnęła, a jej głos zabrzmiał jak złowrogi szelest głębokiej trawy, w której gad sunie do ofiary, całkowicie nieświadomej niebezpieczeństwa.

Pstryknęła lekko w rondo kapelusza i wyszła swobodnym spacerowym krokiem.

Żar lał się z afrykańskiego nieba, a ciężarówka pełna broni, amunicji i materiałów wybuchowych rozkraczyła się na środku placu i nic nie wskazywało, że w ogóle kiedyś ruszy.

Scarlett spojrzała na dach.

Sęp wciąż tkwił na szoferce. Nie odstępował jej przez ostatnie trzysta mil. Teraz siedział i co pewien czas cicho bekał.

Przyjrzała się ulicy. Na rogu grupka kobiet plotkowała zawzięcie. Znudzony sklepikarz siedział przy stosie melonów i odpędzał muchy. Kilkoro dzieci bawiło się leniwie na jezdni, z której co chwila podnosił się tuman kurzu.

– Do licha – powiedziała cicho. – Przydałby mi się krótki urlop.

Była środa.

W piątek miasteczko zostało obrócone w perzynę.

W ciągu następnego tygodnia gospodarka Kumbolalandii legła w gruzach, zginęło dwadzieścia tysięcy ludzi, w tym barman zastrzelony przez rebeliantów podczas ataku na barykadę z melonów, a ponad sto tysięcy odniosło rany. Broń dostarczona przez Scarlett spełniła zadanie, do którego została stworzona, a sęp zdechł z powodu otłuszczenia wątroby.

Wsiadając do ostatniego pociągu odchodzącego z Kumbolalandii, czuła, że nadszedł czas, by coś zmienić. Zbyt długo handlowała bronią. Uznała, że warto by mieć lepsze widoki na przyszłość. Widziała się w dziennikarstwie. Jako reporter wojenny. Założyła nogę na nogę i wachlowała się kapeluszem.

Kilka przedziałów dalej wybuchła bójka. Scarlett uśmiechnęła się nieznacznie. Gdziekolwiek się zjawiała, ludzie zaczynali się bić. Na ogół o nią. To czasami naprawdę miłe.


Sable miał czarne włosy, równo przystrzyżoną czarną brodę i właśnie postanowił założyć korporację.

Siedział przy drinku ze swoją księgową.

– Jak stoimy, Frannie?

– To nie do wiary. Dwanaście milionów egzemplarzy poszło jak woda.

Znajdowali się w lokalu znanym jako „Szóstka nad Szóstkami”, na dachu wieżowca 666 Fifth Avenue w Nowym Jorku, co Sable’owi wydawało się trochę zabawne. Z okien restauracji można było podziwiać całe miasto, a całe miasto w nocy podziwiało rozjarzone trzy czerwone szóstki na każdej ścianie wieżowca. Był to najzwyklejszy numer parceli, ale doszedłszy do niego nie sposób było powstrzymać się od uśmiechu.

Przyszli do „Szóstek” wprost z małej, ekskluzywnej i potwornie drogiej restauracyjki w Greenwich Village, gdzie podawano wymyślne potrawy według najnowszych przepisów cuisine nouvelle: strączek fasoli, ziarnko groszku i plasterek piersi kurczaka na wykwintnym, kwadratowym talerzyku z porcelany.

Pomysł na taką restaurację zrodził się podczas ostatniego pobytu Sable’a w Paryżu.

Księgowa zmiotła swoją porcję w niespełna minutę i przez resztę obiadu podziwiała ornamenty na talerzu i sztućce. Od czasu do czasu spoglądała na innych gości jak wygłodzony ludożerca, któremu ślinka leci na myśl o dochodzącym na wolnym ogniu pieczystym. Naprawdę czuła się jak kanibal przed obiadem, co serdecznie rozbawiło Sable’a, bawiącego się szklanką z wodą mineralną Perrier.

– Dwanaście milionów? Całkiem nieźle, nieprawdaż?

– Wspaniale.

– Zakładamy korporację. Czas uderzyć w samo serce. W Kalifornię. Chcę mieć fabryki, lokale, wszystko i wszystkich. Cały ten motłoch. Oczywiście nie zarzucamy działalności wydawniczej, ale pora spróbować i czego innego. Mam rację?

Frannie przytaknęła.

– Zapowiada się ciekawie. Będzie nam potrzeba…

Przerwała w pół zdania, gdy przy ich stoliku stanął szkielet obciągnięty skórą i ubrany w najnowszy model sukni od Diora. Była tak chuda, że zdawało się, iż kości czaszki za chwilę przebiją okrywającą je skórę. Miała długie blond włosy i perfekcyjnie umalowane usta. Wszystkie matki na świecie pokazywałyby ją palcami, mówiąc do swoich pociech: Zobacz, tak będziesz wyglądać, jak nie zjesz sałatki. Wyglądała jak żywa i bardzo gustowna reklama organizacji pomocy głodującym.

Była najbardziej wziętą fotomodelką w Nowym Jorku. W ręku trzymała książkę.

– Bardzo przepraszam – zaczęła uprzejmie. – Proszę wybaczyć mi to najście, ale to z powodu pana książki. Zmieniła mnie i mój stosunek do życia. Czy zechciałby pan dać mi swój autograf?

Jej oczy patrzyły na niego błagalnie spod wspaniale umalowanych powiek.

Sable łaskawie skinął głową i wziął książkę.

Nie było żadnym zaskoczeniem, że go rozpoznała. Ciemnoszarymi oczami patrzył na czytelnika ze zdjęcia na tylnej stronie połyskliwej obwoluty. Jego dzieło nosiło tytuł: „Dieta bezpokarmowa”. Podtytuły brzmiały: „Chude jest piękne” oraz „Poradnik dietetyczny wszechczasów”.

– Jak pani na imię? – zapytał Sable.

– Sherryl. Dwa r, jedno y i jedno l.

– Jest pani podobna do jednego z moich bardzo, bardzo starych przyjaciół – powiedział swobodnie, z gracją wpisując dedykację na stronie tytułowej. – Proszę bardzo. Cieszę się, że podoba się pani. To miło mieć wielbicieli.

Dedykacja brzmiała następująco:


Sherryl,

(…) Miarka pszenice za grosz, a trzy miarki jęczmienia za grosz, a nie szkódź oliwie i winu.

Obj. św. Jana 6:6

Dr Raven Sable


– Cytat z Biblii – objaśnił.

Z namaszczeniem zamknęła książkę i zgięta w głębokim ukłonie oddaliła się, dziękując któryś raz za książkę, która wniosła tyle nowych treści w jej życie itd., itd., itp.

Sable nigdy nie uzyskał tytułu doktora, który umieścił przed nazwiskiem całkowicie bezprawnie. W tamtych czasach nie istniały żadne akademie, a najmniej medyczne. Od razu dostrzegł, że modelka wkrótce zagłodzi się na śmierć. Dawał jej co najwyżej kilka miesięcy. Bezpokarmowa. Uporaj się z wagą raz na zawsze.

Tymczasem Frannie pracowicie stukała palcami w klawiaturę minikomputera. Robiła obliczenia do dalszej części planów Sable’a dotyczącej kompleksowej zmiany sposobu odżywiania i tradycji kulinarnej na całym Zachodzie. Minikomputer ów dostała w prezencie od szefa. Miał potężną pamięć i był bardzo, bardzo drogi, cienki i smukły. Sable uwielbiał wszystko, co cienkie i smukłe.

– Na początek proponuję kupić jakieś przedsiębiorstwo w Europie, nie wciągające nas w system podatkowy Liechtensteinu. Kierując fundusze przez Wielkie Kajmany do Luksemburga, a stamtąd do Szwajcarii, moglibyśmy wykupić fabryki w…

Sable nie słuchał. Przed oczyma stanęła mu restauracyjka w Greenwich Village. Przyszło mu na myśl, że jeszcze nigdy nie widział tylu wygłodniałych krezusów naraz.

Na jego twarzy pojawił się szczery, otwarty i szeroki uśmiech zadowolenia z wykonanej pracy. W istocie wszystko, co robił, robił dla zabicia czasu. Znał wiele sposobów zabijania czasu, a niekiedy ludzi.

 


Zdarzało się, że ludzie nazywali go White albo Blanc, albo Abus. Bywało, że zwracali się do niego per Kredziak, Białas, Weiss albo Bielajew. Znano go także pod setką innych nazwisk. Miał bladą cerę, popielatoblond włosy i jasnoszare oczy.

Na pierwszy rzut oka nie przekroczył trzydziestki. Na drugi rzut oka nie zasługiwał.

Idealny nikt. Jeden z wielu.

W przeciwieństwie do swoich dwóch kolegów nigdzie nie zdołał zagrzać miejsca.

Imał się rozlicznych zajęć we wszystkich ciekawszych miejscach na świecie.

Pracował na podrzędnych stanowiskach w elektrowni jądrowej w Czernobylu, w Windscale i na Wyspie Trzech Mil.

Był niezbyt ważnym, ale bardzo cenionym członkiem wielu instytucji naukowo-badawczych. Współpracował z konstruktorami silnika spalinowego, twórcami plastiku i puszek do napojów gazowanych.

Miał „złote ręce”.

Nie zwracał niczyjej uwagi. Nie rzucał się w oczy i doskonale wtapiał się w otoczenie. Rozważając rzecz dokładniej, można by to ująć tak: wprawdzie był jednym z wielu pracowitych kółek wielkiego mechanizmu, z których każde ma swoje miejsce i robi co do niego należy – ale kogo, oprócz zegarmistrza, interesują trybiki w kopercie zegarka? Może któregoś dnia spotkaliście go, nawet zamieniliście kilka słów, ale czy ktoś z was pamięta tę pospolitą twarz?

Obecnie płynął do Tokio jako majtek w załodze wielkiego tankowca.

Kapitan spał pijany w kajucie. Pierwszy oficer był w dziobowej, a drugi w kuchni. To w zasadzie cała załoga, gdyż statek był całkowicie zautomatyzowany. Człowiek nie miał tu wiele do roboty.

Jednak jeśli ktoś na mostku przypadkiem nacisnął przełącznik awaryjnego opróżniania zbiorników, automatyczny system kontroli otwierał wszystkie zawory i wylewał olbrzymią ilość czarnej mazi do morza. Uwolnione miliony ton ropy czyniły spustoszenie wśród ptaków, ryb, zwierząt, roślin i ludzi w pobliżu miejsca wycieku. Oczywiście statek był wyposażony w wielokrotne systemy zabezpieczające, ba, zabezpieczenia tych zabezpieczeń. Ale co z tego?

Po katastrofie przeprowadzano długie dochodzenia, ale nawet po ich zakończeniu i analizie trudno było wskazać winnego, wobec czego stosowano dżentelmeński podział odpowiedzialności. Z tym, że kapitana oraz pierwszego i drugiego oficera wyrzucano z wilczym biletem.

Z bliżej nie znanych powodów nikt dotychczas nie zwrócił uwagi na marynarza White’a, który pełnił wachtę na parowcu trampingowym w połowie drogi do Indonezji. W ładowniach piętrzyły się zardzewiałe metalowe beczki wypełnione wyjątkowo toksycznym herbicydem.



Był jeszcze ktoś INNY. Na placu w Kumbolalandii. W restauracjach. W rybach i w powietrzu, i beczkach z preparatem chwastobójczym. Na drogach i w domach, w pałacach i w lepiankach.

Nigdzie nie czuł się obco. Wszędzie czuł się jak u siebie i nie było od niego ucieczki. Robił to, co zawsze szło mu najlepiej i to, co robił, było tym, czym był on sam.

Nie czekał. Działał.

ROZDZIAŁ IV

Pani Harriet Dowling wróciła do domu z niemowlęciem. Uległa argumentom siostry Faith Prolix brzmiącym o wiele bardziej przekonująco niż sugestie siostry Mary i po konsultacji telefonicznej z mężem postanowiła dać dziecku imię Warlock.

Jego ekscelencja attaché kulturalny wrócił tydzień później i ujrzawszy potomka, ogłosił wszem i wobec, że jest on kubek w kubek podobny do wszystkich jego przodków po mieczu. Polecił sekretarce znaleźć stosowną niańkę, najlepiej przez ogłoszenie w „The Lady”.

Crowley widział film „Mary Poppins” w telewizji podczas świąt Bożego Narodzenia (rzecz jasna, przyłożył rękę do wielu produkcji telewizyjnych, ale prawdziwej satysfakcji doznał dopiero w czasie pierwszej edycji teleturnieju „Skojarzenia”), zaś obecnie przemyśliwał, jak spowodować huragan z gradobiciem, który malowniczo rozpędziłby tłumy tłoczące się przed frontowymi drzwiami rezydencji attaché w Regents Park.

Ostatecznie zadowolił się rozwiązaniem w postaci strajku pracowników metra, toteż gdy nadeszła pora, do rezydencji przybyła tylko jedna niania.

Miała na sobie tweedowy kostium i subtelne kolczyki z pereł. W jej wyglądzie było coś, co poufnym półgłosem podpowiadało, że jest profesjonalistką wysokiej klasy. Mówiła półgłosem, jak angielscy kamerdynerzy w operach mydlanych. Tym samym półgłosem przechodzącym w znaczące chrząknięcia i brzemienne pauzy przekazywano informacje, iż osoba będąca przedmiotem rozmowy ma bardzo osobisty stosunek do gadżetów, które reklamuje w tygodnikach dla dorosłych.

Skromne buty na płaskim obcasie skrzypiały, gdy szła żwirową alejką do drzwi. Obok człapało śliniące się, szare psisko z żarłocznym błyskiem w przekrwionych ślepiach, które wściekle strzelały na boki.

Gdy dotarła do drzwi, przez jej twarz przemknął nieznaczny cień złego uśmiechu. Dzwonek zabrzmiał posępnie.

Otworzył jej kamerdyner z tak zwanej starej szkoły15.

– Na imię mi Ashtoreth. Jestem opiekunką do dziecka. A to jest Korsarz – powiedziała, wskazując na psisko, które zmierzyło kamerdynera fachowym wzrokiem i najwyraźniej rozważało, gdzie zakopać jego ogryzione kości.

Zostawiła psa w ogrodzie i po błyskotliwej rozmowie wstępnej, satysfakcjonującej obie strony, pani Dowling zaprowadziła ją do nowego podopiecznego.

– Jaki on śliczny – powiedziała niania z wymuszonym, antypatycznym uśmiechem. – Tylko popatrzeć, jak zechce mieć rowerek na trzech kołach.

Dziwnym zbiegiem okoliczności jeszcze tego samego dnia na służbę został przyjęty kolejny pracownik. Był ogrodnikiem i wkrótce okazał się zdumiewająco biegły w swoim fachu. Jakoś nikogo nie dziwiło, ba, nikt nie zwrócił najmniejszej uwagi na to, że nigdy nie widziano w jego rękach grabi czy sekatora. Nikt nie widział, żeby odganiał stada nieproszonych ptasich gości, które kłębiły się wokół niego. Widziano go jedynie siedzącego w cieniu drzew, a klomby, trawniki i ogród wciąż były wypielęgnowane i pełne kwiatów.

Kiedy Warlock zaczął pewnie poruszać się na dwóch nogach i kiedy niania miała wolne popołudnie, często odwiedzał ogrodnika.

– Widzisz, to jest braciszek ślimaczek. A tutaj to siostrzyczka owocówka jabłkóweczka. O, jest i turkucik podjadeczek. Pamiętaj, dziecino, byś na wszystkich drogach życia swego kochał i szanował wszystkie żywe stworzenia – mawiał ogrodnik.

– A niania mówi, że fsystko co zyje beńdzie tylko dywanem pod moje nózki, panie Flancisku – odpowiedział malec, gładząc czule braciszka ślimaczka i wycierając rączki w kombinezonik ∫ la Żaba Kermit.

– Nie słuchaj tej kobiety – mówił wówczas Franciszek – słuchaj mnie.

Wieczorem niania Ashtoreth śpiewała Warlockowi kołysankę:

 
Na Warlocka ze dna piekieł
oczko taty mruga
baje, baje się bajeczka
nie krótka, nie długa.
 

Opowiadała także bajeczkę:

 
Było sobie świnek pięć
Pierwsza do piekła ma chęć.
Druga i trzecia mięska podjeść chciała
Czwarta dziewicę, choć była zjełczała.
A piąta, by zginął jej zięć.
 

– A blat Flancisek mówi, ze mam być dobly, zyć cnot… not… liwie, kochać fsystkie zwiezontka.

– Nie słuchaj tego mężczyzny, kochanie – odpowiadała niezmiennie niania i kładąc malca do łóżeczka, dodawała: – Słuchaj mnie.

I tak to szło.

Układ sprawdzał się znakomicie. Nieustanny remis. Niania, co prawda, sprawiła chłopcu dziecinny rowerek na trzech kółkach, ale nijak nie zdołała go nakłonić, by jeździł po domu. Poza tym Warlock bał się Korsarza.

Gdzieś daleko Crowley regularnie spotykał się z Azirafalem. Spotkania odbywały się w londyńskich piętrusach na górze, w galeriach i na koncertach. Porównywali notatki i spostrzeżenia i uśmiechali się z zadowoleniem.

Kiedy Warlock skończył sześć lat, niania odeszła, zabierając Korsarza. Tego samego dnia ogrodnik złożył wymówienie. Odchodzili posępnie, zmęczonym krokiem, bez wigoru i zapału, z którymi przybyli.

Ciężar edukacji Warlocka powierzono dwóm guwernerom.

Pan Harrison uczył go o wodzu Hunów Attyli, o Draculi z Transylwanii i Ciemnych Stronach Ludzkiej Duszy16. Próbował także nauczyć Warlocka wygłaszania przemówień jątrzących umysły, mącących w głowach i porywających miliony ludzi.

Pan Cortese nauczał o Florence Nightingale17, Abrahamie Lincolnie oraz jak rozumieć i doceniać piękno sztuki. Próbował uczyć go także o wolnej woli, wyrzeczeniu, nieczynieniu drugiemu co tobie niemiłe.

Obydwaj czytali chłopcu długie ustępy z Apokalipsy św. Jana.

Mimo usilnych starań obydwu, Warlock zaczął objawiać pożałowania godne zacięcie do matematyki. Guwernerzy nie byli zadowoleni z postępów chłopca.

Dziesięcioletni Warlock lubił baseball, klocki lego i transformers, czyli zamaskowane roboty. Zbierał znaczki i uwielbiał bananową gumę do żucia. Z zapałem czytał komiksy, oglądał filmy rysunkowe i szalał na ulubionym beemiksie.

Crowley był w kłopocie.

Siedział z Azirafalem w kafeterii British Museum. Był to cichy zakątek dla znużonych piechurów zimnej wojny. Przy stoliku z lewej dwóch Amerykanów, sztywnych jakby kij połknęli, podawało ukradkiem niepozornej brunetce w ciemnych okularach neseser pełen niewiadomego pochodzenia dolarów. Po prawej zastępca szefa MI7 spierał się z miejscowym rezydentem KGB o to, kto ma zatrzymać rachunek za herbatę i rogaliki.

Crowley w końcu powiedział głośno to, o czym nawet bał się pomyśleć przez ostatnie dziesięć lat.

– W moim odczuciu on jest cholernie normalny.

Azirafal włożył do ust kolejną łyżkę przypalonej jajecznicy, spłukał niesmak kawą i wytarł usta serwetką.

– To mój dobry wpływ – rozpromienił się. – Albo jak wolisz punkt dla tego, komu się należał. Czyli dla moich.

Crowley pokręcił głową.

– Biorę to pod uwagę. Ale spójrz, on powinien teraz próbować okręcić sobie świat wokół palca. Ustawiać sprawy po swojemu i tak dalej. Chociaż nawet nie musi próbować. Zrobi to bezwiednie. Widziałeś jakieś oznaki, że tak jest?

– No… nie, ale…

– Powinien być jak wulkan budzący się ze snu.

– Nic takiego nie zaobserwowałem, ale…

– Jest zbyt normalny – stwierdził Crowley, bębniąc palcami po stole. – To mi się nie podoba. Coś tu nie gra. Sam nie dam rady tego rozwikłać.

Azirafal poczęstował się bezą z talerzyka Crowleya.

– Przecież on dopiero dorasta. Nie zapominaj, że przez cały czas był pod bardzo silnymi wpływami.

Crowley westchnął.

– Mam nadzieję, że będzie wiedział, co zrobić z diabelskim psem.

Azirafal uniósł brwi.

– Z diabelskim psem?

– Na jedenaste urodziny. Wczoraj wieczorem dostałem wiadomość z Piekła.

Wiadomość nadeszła, gdy oglądał swój ulubiony program w telewizji. Aż dziesięć minut zajęło im przekazanie tego, co mogli powiedzieć w dwóch zdaniach i – zanim wrócił normalny dźwięk – Crowley stracił wątek.

– Wysyłają mu diabelskiego psa. Żeby go strzegł i bronił. Największego, jakiego mają.

– Czy nagłe zjawienie się wielkiego czarnego psa nie wzbudzi niepotrzebnych komentarzy? Ze strony rodziców chociażby?

 

Crowley wstał gwałtownie, następując na nogę bułgarskiego attaché kulturalnego, który prowadził ożywioną rozmowę z naczelnym kustoszem Jej Królewskiej Mości.

– Nikt nie zauważy. Niczego. Takie są realia, aniele. A mały Warlock zrobi z nim, co będzie chciał. Świadomie albo i nie.

– Kiedy pies ma przybyć? Ma już imię?

– Już mówiłem. Na jedenaste urodziny, o trzeciej po południu. Będzie to robić wrażenie, że chłopiec go przygarnął. Potem nada mu imię. Ważne jest, żeby zrobił to osobiście. Wtedy wszystko nabierze sensu. Imię w guście Morderca, Zbój, Zbir, Gangster.

– Będziesz na miejscu? – zapytał anioł od niechcenia.

– Nie stracę ani chwili. Mam nadzieję, że chłopcu nie dolega nic poważnego. Reakcja na psa powinna sporo wyjaśnić. Byłoby dobrze, gdyby go odpędził albo przynajmniej się przestraszył. Ale jeśli nada psu imię, przegraliśmy. Będzie miał w sobie całą potęgę, a Armageddon tuż, tuż.

Azirafal pociągnął łyk wina, które ze zbyt wytrawnego Beaujolais zmieniło się w lekkie, subtelne Château Lafitte, rocznik 1975.

– Sądzę, że dotrzymam ci towarzystwa.

14Tylko z nazwy. Dla przeciętnego Anglika była to większa wieś, zaś dla Amerykanina punkt, gdzie bociany mają pętlę.
15Wieczorowe studium dla kamerdynerów, zaufanych pokojowców i majordomusów na Tottenham Court Road prowadzone przez aktora obsadzanego na scenie i na srebrnym ekranie od lat dwudziestych do dziś wyłącznie w wyżej wymienionych rolach.
16W naukach pominął zręcznie to, że Attyla był wdzięcznym i zawsze kochającym synem, zaś Vlad Dracula nigdy nie zapominał odmówić modlitwy porannej.
17Pomijając skrupulatnie wszelkie informacje o toczącym ją syfilisie.