Dobry omenTekst

Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Newton wierzył, że komputery to przyszłość, a gdy nadejdzie czas, on stanie w awangardzie nowej techniki.

Przyszłość miała jednak swoje zdanie na ten temat. A wszystko było w Księdze.


Adam, myślał Mr Young. Wymówił głośno, chcąc się przekonać, jak brzmi. Hm.

Spojrzał na złociste loki Wielkiego Adwersarza, Pogromcy Królów, Anioła Bezdennej Otchłani, Bestii zwanej Smokiem, Księcia Tego Świata, Ojca Kłamstwa, Szatańskiego Pomiotu i Pana Ciemności. Po dłuższej chwili zakonkludował:

– Wie pani, Adam pasuje jak ulał i to w niejednym miejscu.



Noc nie była ani zbyt ciemna ani burzliwa.

Prawdziwie ciemna i burzliwa noc nadeszła dwa dni później, a dokładnie cztery godziny po opuszczeniu szpitala przez obie szczęśliwe matki oraz dwoje niemowląt płci męskiej. Tej nocy, wyjątkowo ciemnej i burzliwej, z wybiciem dwunastej, gdy żywioł rozszalał się na dobre, piorun uderzył w refektarz klasztoru sióstr trajkotek.

Wybuchł pożar, który nie pochłonął żadnych istot ludzkich, ale obrócił w perzynę znaczną część majątku trwałego.

Osobnik, za sprawą którego pożar wybuchł, przemykał chyłkiem po zboczu pobliskiego wzgórza. Był wysoki i chudy i tytułowano go Księciem Piekieł. Zrobił, co do niego należało i mógł wrócić do siebie.

Crowley załatwi resztę.

Hastur ruszył w drogę powrotną.

ROZDZIAŁ II

Z punktu widzenia hierarchii Azirafal należał do aniołów piątego rzędu i coraz częściej stawał się obiektem drwin i niesmacznych żarcików.

Nie przepadał za Crowleyem ani Crowley za nim. Gdyby pozwolono im wybierać, jeden i drugi wolałby po tysiąckroć przebywać w innym towarzystwie. Jednak byli ludźmi, a przynajmniej stworzeniami człekokształtnymi, żyjącymi na tym właśnie świecie, a Mały Układ działa na korzyść obydwu stron przez cały czas. Poza tym nie sposób nie przyzwyczaić się do jednej twarzy, która towarzyszy nieprzerwanie od sześciu tysiącleci.

Mały Układ był w swej istocie tak prosty, że nawet nie zasługiwał na wielkie litery w nazwie. Jedynym uzasadnieniem takiej pisowni było kryterium uznaniowe (sic!). Podyktował go zdrowy rozsądek stron, które zmagając się jak rasowi agenci wywiadu, doszły do wniosku, że istniejąc od tysięcy lat i zmagając się ze sobą we wszelkich możliwych okolicznościach, mają o wiele więcej wspólnego z bezpośrednim przeciwnikiem, który był pod ręką, niż z dalekimi sojusznikami i przełożonymi. Ciche gentlemens agreement o nieingerencji w strefy wpływów działania drugiej strony. Układ gwarantował, że nie wygrywając, strona również nie przegrywała, mogła za to wykazać się przed przełożonym sążnistym raportem o kolejnych sukcesach w ciężkich zmaganiach z przebiegłym i doskonale poinformowanym przeciwnikiem.

W praktyce oznaczało to, że Crowley miał wolną rękę w planowaniu rozwoju Manchesteru, zaś Azirafal działał swobodnie w Shropshire. Gdy Crowley zajął się Glasgow, Azirafal objął pieczę nad Edynburgiem. Żaden nie rościł sobie praw wyłączności do Milton Keynes9, chociaż obydwaj zgłosili to w raportach jako osobiste osiągnięcie.

Naturalną konsekwencją Układu było więc to, że każdy dbał o rewiry kolegi, ilekroć wymagały tego okoliczności lub nakazywał zdrowy rozsądek. W końcu obydwaj wywodzili się z tego samego rodu. Zatem jeśli jeden ruszał na krótki wypad z kuszeniem na głęboką prowincję, należało się spodziewać, iż drugi uda się do miasta dla wywołania tu i ówdzie standardowej niebiańskiej ekstazy. Sprawy toczyły się równolegle bez konieczności wszechstronnego współudziału, co w praktyce dawało więcej wolnego czasu każdemu i redukowało koszty o pięćdziesiąt procent.

Czasami Azirafala gryzło poczucie winy za taki stan rzeczy. Tysiące lat obcowania z ludźmi nie pozostało bez skutków ubocznych w jego mentalności, tyle że były one skrajnie różne od zmian w mentalności Crowleya.

Ponadto zwierzchnicy nie dbali specjalnie o to, kto i ile robił, jeśli zadanie zostało wykonane.

Obecne czynności Azirafala można byłoby nazwać towarzyszeniem Crowleyowi w karmieniu kaczek ze stawu w St. James Park.

Kaczki z St. James Park tak przywykły do przyjmowania pokarmu z rąk spotykających się tam potajemnie agentów służb specjalnych, że wykształciły w sobie swoisty odruch Pawłowa. Jeśli wybranemu losowo kaczorowi z St. James Park pokażemy zdjęcie dwóch mężczyzn, z których jeden będzie miał czarną pelisę, a drugi ciemny płaszcz i dobrany kolorystycznie szalik, kaczor natychmiast podniesie głowę i zacznie wyczekująco kłapać dziobem. Kaczki o wyrobionych gustach preferują chleb razowy z rąk radzieckiego attaché kulturalnego, zaś zakalcowate kromki od „Hovis i Marmite”, rzucone wprawną ręką szefa MI 9, to prawdziwy przysmak dla koneserów.

Azirafal rzucił kawałek skórki w stronę najbardziej parszywego kaczora, który chwycił go w locie i natychmiast poszedł na dno jak kamień.

Anioł odwrócił się do Crowleya i mruknął:

– No, wiesz…

– Przepraszam – powiedział Crowley. – Zapomniałem się.

Kaczor wynurzył się, trzepocząc wściekle skrzydłami.

– Naturalnie wiedzieliśmy, że coś się szykuje – podjął Azirafal. – Ale sądziliśmy, że takie cuda mogą się dziać tylko w Ameryce. Za oceanem przepadają za czymś takim.

– I wystarczy, że tam przepadają – stwierdził posępnie Crowley, w zamyśleniu wędrując wzrokiem do bentleya. Solidne klamry przytwierdzały tylne koło do błotnika i mostu.

– No tak. Amerykański dyplomata z misją. Za dużo blichtru, za dużo tanich popisów. Odnoszę wrażenie, że traktujecie Armageddon jak szlagier z Hollywood, który powinien się dobrze sprzedać tam, gdzie się da.

– Nie tam, gdzie się da, tylko wszędzie. Absolutnie wszędzie. We wszystkich królestwach tego świata – odparł Crowley.

Azirafal rzucił ostatnie okruchy kaczkom, które natychmiast zmieniły obiekt nagabywania na bułgarskiego attaché do spraw marynarki i tajemniczego dżentelmena w krawacie w barwach Cambridge. Azirafal wrzucił papier do kosza, stanął twarzą do Crowleya i powiedział:

– To MY wygramy.

– Ale TY tego nie chcesz – odparł diabeł.

– Wyjaśnij dlaczego, jeśli łaska.

– Słuchaj… – zaczął Crowley rozpaczliwie. – Powiedz, ilu macie u siebie muzyków? Tych prima sort, hę?

Azirafal poczuł się zbity z tropu.

– No… Niech pomyślę… to będzie… – zaczął niepewnie.

– Dwóch… – stwierdził Crowley. – Tylko Elgara i Liszta. Nikogo więcej. Reszta u nas. Beethoven, Brahms, Bachowie, Mozart. Wszyscy. Potrafisz sobie wyobrazić wieczność tylko z Elgarem?

Azirafal zamknął oczy.

– Za łatwo ci przyszło – wystękał.

– A widzisz – ciągnął Crowley z błyskiem triumfu w oku. Znał czułe punkty Azirafala, jednym z nich była muzyka. – Nie ma płyt kompaktowych. Nie ma Royal Albert Hall. Nie ma Carnegie. Ani Glyndbourne’a. Tylko niebiańskie chóry dwadzieścia cztery godziny na dobę.

– To niesmaczne – mruknął Azirafal.

– Ty to powiedziałeś. Jak jajka na miękko bez soli. A propos, jajek też nie ma… Ani soli. Ani wędzonego łososia z cytrynką. Ani restauracji, gdzie wszyscy cię znają. Ani krzyżówek w „Daily Telegraph”. Ani sklepików ze starociami. Ani antykwariatów. Ani białych kruków. – I Crowley jątrzył coraz głębiej w nieoficjalnych upodobaniach Azirafala – …ani nawet srebrnych tabakierek późnowiktoriańskich.

– Ale po naszym zwycięstwie życie będzie lepsze – zakrakał Azirafal.

– Tyle, że nieciekawe. Słuchaj, doskonale wiesz, że to ja mam rację. Tobie do szczęścia potrzeba tylko harfy, a mnie wideł.

– Przecież wiesz, że u nas się nie grywa na harfach.

– My też nie używamy wideł. To była przenośnia.

Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. Azirafal spojrzał na swoje wypielęgnowane dłonie.

– Moi bardzo chcą, by to się stało. W końcu od początku o to chodziło. Ostatni sprawdzian na ogniste miecze, Czterech Jeźdźców, morze krwi, no i cała ta nudna reszta – powiedział, wzruszając ramionami.

– A potem co? KONIEC GRY, WRZUĆ MONETĘ?

– Czasami zupełnie nie nadążam za twoimi figurami retorycznymi.

– Lubię morze, jakie jest. To wszystko nie musi nastąpić. Nie musicie prowadzić testu aż do kompletnego zniszczenia wszystkiego i wszystkich, tylko po to, aby się przekonać, czy nie popełniono błędu w planach.

Azirafal ponownie wzruszył ramionami.

– Zrozumienie tego przerasta możliwości twojego umysłu – skwitował, owinął się dokładniej płaszczem i postawił kołnierz. Nad miastem gromadziły się ołowiane chmury. – Poszukajmy cieplejszego miejsca.

– Mam wskazać drogę? – zapytał ponuro Crowley. Ruszyli milczący i przygnębieni.

– Nie w tym rzecz czy się z tobą zgadzam, czy nie – zaczął anioł, gdy szli przez trawnik. – Ale w tym, że mnie nie wolno nie wykonać polecenia. Rozumiesz to rzecz jasna.

– Jasne – odparł Crowley. – Mnie też.

Azirafal spojrzał na niego przeciągle.

– Nie przesadzaj. Jesteś przecież diabłem.

– Zgadza się. Z tym, że moi pochwalają nieposłuszeństwo w ogólnym sensie. Ale pewne przypadki niesubordynacji karane są z całą surowością.

 

– Jak na przykład niesubordynacja wobec Nich, czy tak?

– A pewnie. Byłbyś zdumiony widząc, jacy są skrupulatni. A może i nie. Jak sądzisz, ile nam jeszcze zostało? – zapytał Crowley i skinął w stronę bentleya, w którym drzwi otworzyły się samoczynnie.

– Przepowiednie nie są dokładne – odparł Azirafal, sadowiąc się obok kierowcy. – Na pewno do końca tego stulecia. Chociaż pewnych oznak możemy spodziewać się wcześniej. Większość przepowiedni minionego wieku podaje, co się będzie działo, ale w żadnej nie ma nic konkretnego o terminie.

Crowley skierował palec na kluczyk, a ten sam obrócił się w stacyjce.

– Co takiego?

– No więc to zwykle brzmi tak – zaczął anioł. – I nastąpi koniec świata roku n-tego pierwszego. Albo drugiego. A w niektórych trzeciego. Nie ma tylko szóstki na końcu, więc chyba jednak w którymś kończącym się na sześć.

– A te zjawiska… oznaki?

– Dwugłowe cielęta, znaki na niebie, ptaki latające do tyłu, ryby spadające z nieba. W tym rodzaju. Obecność Antychrysta na ziemi zawiesza działanie prawa przyczynowości.

Crowley mruknął i wrzucił bieg. Przypomniał sobie o czymś i pstryknął palcami. Klamry z tylnego koła zniknęły.

– Chodźmy na obiad – zaproponował – Ja stawiam. Jestem ci to winien od… zaraz… kiedy to było?

– W Paryżu, w tysiąc siedemset dziewięćdziesiątym trzecim.

– Ależ naturalnie. Wielki terror. To wasze dzieło czy nasze?

– A nie wasze?

– Nie pamiętam. Ale restauracja była wyśmienita.

Przejeżdżali obok zaskoczonego inspektora ruchu, któremu właśnie wybuchł służbowy notes. Crowley nie ukrywał zdziwienia.

– Jestem prawie pewien, że to nie był mój pomysł.

Azirafal zarumienił się.

– To ja. Ciągle mi się wydaje, że drogówka to wasz wymysł.

– Naprawdę? A u nas mówią, że to wy – odparł.

Crowley przyglądał się kłębom dymu widocznym we wstecznym lusterku.

– To co? Do Ritza? – raczej stwierdził, niż zaproponował. Nie zadał sobie trudu rezerwowania stolika. Był na ziemi także po to, żeby mitręgę rezerwacji dobrych stolików zostawić ludziom.



Azirafal był bibliofilem i antykwariuszem. Bardziej jednak bibliofilem, i to zazdrosnym. Gdyby chciał być szczery wobec siebie, musiałby przyznać, że jego księgarnia to magazyn starodruków, a nie punkt wymiany. Nie był wyjątkiem wśród antykwariuszy. Chcąc zachować pozory, że jest naprawdę podrzędnym handlarzem starymi książkami, robił wszystko, aby nikt niczego nie kupił. Nie stosował jedynie środków przymusu bezpośredniego. Wilgoć, stęchlizna, ponure wnętrze, nieregularne godziny otwarcia – wszystko zaaranżował bezbłędnie.

Kolekcjonował starodruki od dawna i, jak wszyscy bibliofile, specjalizował się.

Posiadał około sześćdziesięciu woluminów proroctw i przepowiedni na ostatni wiek drugiego tysiąclecia. Miał skłonność do pierwszych wydań Wilde’a. Zgromadził wszystkie Biblie Niecne, których nazwy powstały dzięki skutecznemu działaniu chochlika drukarskiego.

Wśród nich znajdowały się: „Biblia niesprawiedliwych”, nazwana tak wskutek błędu zecera, który w I Liście do Koryntian złożył zdanie: Azali nie wiecie, iż sprawiedliwi nie osięgą Królestwa Bożego? „Biblia lowelasów” z oficyny Barker and Lucas z 1632 roku, gdzie w szóstym przykazaniu pominięto początkowe „Nie”, „Biblia upławowa”, „Biblia cukierkowa”, „Biblia ryb stojących słupka”, „Biblia z Charring Cross” i wszystkie inne, łącznie z wyjątkowo rzadkim egzemplarzem z londyńskiej oficyny Bilton i Scaggs z 1651 roku.

Egzemplarz ów pochodził z wydania, które dla tej firmy stało się pierwszą z trzech katastrof edytorskich.

Pełny, acz nieoficjalny tytuł brzmiał „A bodaj tę Biblię wciórności”. Powstał w następstwie błędu zecerskiego. Słowo błąd nie oddaje w pełni rozmiarów pomyłki. W proroctwie Ezechiela, rozdział 48, werset piąty, tekst brzmi następująco:

2. A przy granicy od strony wschodniej aż do strony morza, Asserowi jedna.

3. A przy granicy Asser od strony wschodniej aż do strony morza, Nephtalemu jedna.

4. A przy granicy Nephtali od strony wschodniej aż do strony morza, Menassemu jedna.

5. A bodaj to wciórności, za chwilę womitował będę, gdy o składzie pomyślę. Pan Bilton to żaden pan i panem nie będzie, zaś pan Scaggs to kutwa. I powiadam ci, że każdy kto miałby choć łut rozumu, machnąłby w ciemny kąt tę zecerkę funta kłaków nie wartą i poszedł rozkoszować się miłym słonkiem, a nie siedział tu jak niewolnik w zapleśniałym warsztacie starej megiery.

6. A przy granicy Ephraim od strony wschodniej aż do strony morza Rubenowi jedna 10.

Druga klęska wydawnicza oficyny Bilton i Scaggs zdarzyła się w roku 1653. Cudownym zbiegiem okoliczności dżentelmeni ci stali się posiadaczami jednego z tak zwanych „Lost Quartos”, które zawierało trzy utwory Szekspira nie wydane in folio. Dzieła te nie dotrwały do dzisiaj, ku rozpaczy szekspirologów i teatromanów. Znamy jedynie ich tytuły. Oto jak w swobodnym przekładzie brzmi jeden z nich, prawdopodobnie pierwszej sztuki wielkiego Williama: „Komedya o Robinie Hoodzie alibo Bór Sherwoodzki11”.

Pan Bilton zapłacił sześć gwinei za ów egzemplarz, wierząc święcie, że wydanie in folio zrekompensuje mu to w dwójnasób.

Wkrótce potem zgubił tę książkę.

Przyczyn trzeciej klęski edytorskiej panowie Bilton i Scaggs nie zdołali nigdy zrozumieć. Wróżby i przepowiednie były rozchwytywane. Już trzecie angielskie wydanie proroctwa Nostradamusa „Wieki” trafiło na rynek, a pięciu Nostradamusów, z których każdy twierdził, że jest tym prawdziwym, podpisywało swoją książkę w całej Anglii. Zbiór przepowiedni Matki Shipton sprzedawał się jak gorące bułeczki.

W Londynie działało wtedy ośmiu liczących się wydawców i każdy wypuścił przynajmniej jeden zbiorek przepowiedni. Wszystkie były przerażająco niedokładne. O ich powodzeniu zdecydowała zawiłość sformułowań i przygniatający, dyktatorski język wszechwiedzącego narratora. Sprzedano dziesiątki tysięcy egzemplarzy.

– Toż to jakby dostać przywilej bicia własnej monety – mówił pan Bilton do pana Scaggsa12. Pospólstwo wykupi każdą miernotę. Nie zwlekając wydajmy księgę wróżb jakowejś czarownicy.

Następnego dnia rano znaleźli pod drzwiami pokaźny manuskrypt. Wszystko wskazywało na to, że autor też umiał wyczuć koniunkturę.

Panowie Bilton i Scaggs nie zdawali sobie sprawy, że oto dysponują jedynym w historii ludzkości zbiorem dokładnych i trafnych przepowiedni obejmującym trzysta i czterdzieści lat przestępnych naprzód, z dokładnym opisem zdarzeń i zjawisk zwiastujących nadejście Armageddonu. Każde zdanie z tego rękopisu warte było ciężkie pieniądze.

Druk ukończono we wrześniu 1655, akurat na czas ożywienia handlu przed Bożym Narodzeniem13 i natychmiast zorganizowano pierwszą w historii księgarstwa angielskiego wyprzedaż po obniżonych cenach.

Książka nie sprzedawała się. W ogóle. Nawet w Lancashire, gdzie księgarz umieścił ją na wystawie z dopiskiem „rodzimy autor”. Autora, a właściwie autorkę, niejaką Agnes Nutter wcale to nie zaskoczyło, gdyż nic, co było z tego świata, nie mogło zaskoczyć Agnes Nutter.

Napisała tę książkę nie dla zaspokojenia rynku, honorarium czy sławy, lecz wyłącznie po to, by otrzymać jeden egzemplarz gratis, do czego jako autor miała niezbywalne prawo.

Nikt dokładnie nie wie, co stało się z resztą nie sprzedanego nakładu. Egzemplarze nie zachowały się ani w muzeach, ani w zbiorach prywatnych. Nawet Azirafal nie posiadał takiego. Na myśl, że kiedykolwiek wypielęgnowanymi dłońmi dotknie książki Agnes Nutter, robiło mu się słabo ze wzruszenia.

Na całym świecie istniał tylko jeden domniemany egzemplarz przepowiedni.

Spoczywał wygodnie na półce, około czterdzieści mil od restauracji, w której Crowley i Azirafal rozkoszowali się obiadem i ujmując rzecz metaforycznie, zaczął właśnie ostatnie odliczanie.



Dochodziła trzecia po południu. Od przybycia Antychrysta na świat upłynęło piętnaście godzin, z których trzy ostatnie jeden anioł i jeden diabeł spędzili tęgo popijając.

Siedzieli naprzeciw siebie na zapleczu obskurnego sklepiku Azirafala w Soho.

W większości antykwariatów w Soho są zaplecza pełne bezcennych unikatów i białych kruków. Książki Azirafala nie miały ilustracji, za to miały stare brązowe okładki i bogatą ornamentykę stronic.

Od czasu do czasu Azirafal sprzedał jedną lub dwie, rzecz jasna kiedy nie miał innego wyjścia. Od czasu do czasu w sklepiku zjawiali się poważni panowie w ciemnych garniturach i namawiali, by zechciał sprzedać sklep, a oni zorganizują w tym miejscu punkt sprzedaży detalicznej, który bardziej pasuje do ich planu zagospodarowania przestrzennego dzielnicy. Czasem proponowali gotówkę, kusząc grubymi zwitkami banknotów pięćdziesięciofuntowych. Zdarzało się również, że gdy jedni prowadzili negocjacje, drudzy snuli się po sklepie i z politowaniem kręcąc głowami, mówili o łatwopalności papieru i jakichś beczkach z prochem.

Azirafal przytakiwał, uśmiechał się i obiecywał, że weźmie to pod uwagę. Potem wychodzili. I nigdy nie wracali.

Z tego, że jesteś aniołem wcale nie musi wynikać, że jesteś słodkim durniem i naiwniakiem.



Stół był gruntownie zastawiony butelkami.

–Chodzi o to… chodzi o to… – mówił Crowley, starając się skupić wzrok na Azirafalu. – No, chodzi o to… – powtórzył, zastanawiając się, o co mu chodzi. Chodzi mi o… – przerwał i jaśniej dokończył: – delfiny. I o to mi chodzi.

– Jakieś ryby – wtrącił Azirafal.

– Nnnie. – Crowley kiwnął palcem. – To… jes… ssak. Najprawdziwszy s… sy… ssak. A różnica jest w… w… – Mózg Crowleya przypominał nieprzenikniony gąszcz, w którym trudno odszukać cokolwiek, a co dopiero jakąś różnicę. – A różnica polega na tym, że…

 

– Odbywają gody na lądzie? – podsunął Azirafal.

Crowley zmarszczył brwi.

– Nie. Raczej na pewno nie. Chodzi o coś z młodymi. Zresztą wszystko jedno – powiedział, pozbierał myśli i sięgając po butelkę, dokończył: – Chodzi o ich mózgi.

– O co chodzi z mózgami?

– To wielkie mózgi. Jak… stodoła. I o to chodzi. A są wieloryby i mają jeszcze większe mózgi. Słowo daję. Cały ocean mózgów.

– Szajs – mruknął Azirafal, zaglądając melancholijnie w swoją szklankę.

Crowley spojrzał chłodno, dając mu do zrozumienia, że ta ostatnia uwaga była wsadzeniem kija w szprychy przedniego koła rozpędzonego roweru.

– Że niby jak?

– Szajs. I banialuki. On przecie w głębinie spoczywa, gdy nad nim przetacza się grom. Pod nieprzebytą warstwą polipty… polity… policy, no, tych cholernych wodorostów. I ma się wynurzyć dopiero na koniec, jak się woda zagotuje w oceanie.

– Tak?

– To są fakty!

– No i masz, czegoś chciał. – Crowley wyprostował się. – Ocean bulgoce, delfiniaki rozgotowane na papkę, nic nikogo nie obchodzi. To samo z gorylami. Patrzą, patrzą i mówią: O rety! niebo czerwone, gwiazdy lecą jedna za drugą; co one wyrabiają, te banany? A potem…

– Budują gniazda. Goryle, znaczy – wtrącił anioł, gdy udało mu się nalać do szklanki już za trzecim podejściem.

– Ee… tam.

– Jak Bóg na niebie. Było na filmie. Robią gniazda.

– Chyba chodzi o ptaki – nie dowierzał Crowley.

– Gniazda – upierał się Azirafal.

Crowley uznał, że lepiej się nie spierać w tej materii.

– No i masz swoje. Wszystkie zwierzęta duże i marne. Znaczy małe. Duże i małe. I mają mózgi. Prawie wszystkie. A potem łubu-du bum bum gruch!

– Ale ty też masz w tym udział – odparł Azirafal. – To ty wodzisz na pokuszenie. Na ogół z dobrym skutkiem.

Crowley grzmotnął szklanką o stół.

– To nie ma nic do rzeczy. I nikt im nie każe się zgadzać od samego początku. Właśnie to nie chce ci przejść przez gardło, zgadza się. Wasz punkt w umowie. Macie wciąż wystawiać ludzi na próbę. Ale nie do całkowitej zagłady gatunku.

– Dobrze już, dobrze. Mnie też to się nie podoba tak samo jak tobie, ale już ci mówiłem, że nie mogę być niebusordy… niesubory… no, nie mogę nie wykonać polecenia. Jessem janioł.

– W niebie nie ma teatrów. Filmy wyświetlają raz na tysiąc lat.

– Tylko nie próbuj mnie kusić – jęknął Azirafal rozpaczliwie. – Znam cię, ty gadzie z piekła rodem!

– Ale pomyśl tylko – ciągnął nieustępliwie Crowley. – Wiesz, co to wieczność? No, pytam, czy wiesz, co to wieczność? To znaczy, czy rozumiesz, co to wieczność? Widzisz, jest taka wielka góra, na milę wysoka. Gdzieś na krańcach wszechświata. I raz na tysiąc lat zjawia się ten ptaszek.

– Jaki ptaszek? – zapytał Azirafal podejrzliwie.

– Ten, o którym mówię. Raz na tysiąc lat…

– Zawsze ten sam? Co tysiąc lat?

Po chwili wahania Crowley odpowiedział:

– Tak.

– To musi być cholernie stare ptaszysko.

– Niech ci będzie. Więc co tysiąc lat ten ptaszek leci…

– …kuśtyka…

– Leci przez cały świat na tę górę i ostrzy sobie dziób…

– Chwilunię, tak się nie da. Między tutaj a krańcami wszechświata jest do licha i jeszcze trochę – anioł zamaszyście poruszył ręką i omal nie spadł z krzesła – różnego tałatajstwa, mój złociutki.

– Ale on tam dociera! – Crowley nie ustępował.

– Jak?

– To nie ma znaczenia!

– Mógłby polecieć rakietą – stwierdził anioł.

– Tak, może i mógłby. Jak chcesz. – Crowley wyraźnie spuścił z tonu. – Tak czy owak, ten ptaszek…

– N… ale na koniec świata, tak mówiliśmy, więc? No musiałaby być taka rakieta, że on do niej wsiada, a do celu dolatuje któreś pokolenie jego następców. I powinien im zawczasu powiedzieć, że jak dotrą do góry, to muszą… – zawahał się. – No właśnie, co muszą zrobić?

– Naostrzyć dzioby o wierzchołek – odpowiedział Crowley. – A potem on wraca…

– …rakietą…

– …i tysiąc lat później powtarza to samo – szybko zakończył wywód.

Zapadła chwila pijackiej ciszy.

– Tyle zachodu, żeby dziób naostrzyć. – Azirafal wpadł w zadumę.

– Słuchaj teraz. Chodzi o to, że gdy wreszcie ptaszek zetrze górę na proszek, to wtedy…

Azirafal już miał zacząć mówić, gdy Crowley, słusznie przewidując, że usłyszy kilka cierpkich uwag na temat współczynnika ścierania granitu o ptasie dzioby, nie dał mu dojść do głosu i dokończył zdanie:

– Wtedy i tak nie przerwiesz oglądania „Dzwięków muzyki”.

Azirafal zesztywniał.

– To ci się spodoba, zobaczysz – ciągnął niestrudzenie Crowley.

– Ależ mój złociutki…

– Nie będziesz miał wyboru.

– Słuchaj…

– W niebie panuje bezguście.

– Ale…

– I nie ma ani jednej porządnej japońskiej restauracji.

Twarz anioła stężała. W tym stanie myślenie sprawiało mu ból.

– Nie rozwiązuję łamigłówek po pijanemu. Chyba wytrzeźwieję.

– Ja też.

Obaj skrzywili się z bólu, gdy resztki alkoholu opuszczały ich krwiobiegi, po czym usiedli przyzwoicie, a Azirafal nawet poprawił krawat.

– Nie mogę się wtrącać do boskich zamysłów – wychrypiał po dłuższej chwili.

Crowley spojrzał taksująco na pustą szklankę i nalał sobie.

– A do diabelskich?

– Przepraszam, nie dosłyszałem?

– No, ten zamysł jest akurat diabelski, nieprawdaż? To moi go powzięli i realizują.

– Ależ tak, tylko, globalnie rzecz biorąc, jest on częścią ogólnego zamysłu boskiego. Wasi nie mogą nic zrobić, niczego, co nie zostało uwzględnione w wielkim, niewysłowionym planie boskim – stwierdził Azirafal z kołtuńskim samozadowoleniem.

– Chciałbyś!

– Nie. Właśnie na tym rzecz polega – zirytowany Azirafal strzelił palcami. – Jak wy to nazywacie? Sedno w sprawie?

– Sedno sprawy – poprawił Crowley.

– No właśnie.

– Cóż… skoro jesteś aż tak pewien…

– Nie mam najmniejszych wątpliwości.

Crowley spojrzał chytrze.

– W takim razie wyprowadź mnie z błędu, jeśli nie mam racji; nie masz żadnej pewności, iż boski zamysł nie zakłada ewentualnego pokrzyżowania tegoż planu. Konkretnie chodzi i o to, że ty jesteś zobowiązany do szkodzenia złu, gdy sposobność się nadarzy, czy tak?

Azirafal wahał się.

– W samej rzeczy.

– Zauważasz matactwo i przeciwdziałasz. Czy mam rację?

– Pewnie, pewnie; teraz zresztą raczej zachęcam ludzi, żeby sami przeciwdziałali złu. Oni i tak nie pojmują istoty rzeczy, sam rozumiesz.

– Racja. Święta racja. Zatem tobie zostaje tylko przeciwdziałanie. Ponieważ, o ile mi wiadomo – zapalał się Crowley – przyjście na świat jest ledwie zaczątkiem, niczym więcej. Dopiero wychowanie i środowisko decyduje o osobowości. Właściwie bodźce zewnętrzne. Bez nich dziecko nigdy nie wykorzysta w pełni swojej mocy. No, przynajmniej nie tak jak należy.

– Oczywiście. Moi zwierzchnicy nie będą mieli nic przeciwko temu, że pokrzyżuję twoje plany – powiedział Azirafal, ważąc każde słowo. – Nic a nic.

– Zgadza się. Dzięki mnie zarobisz na kolejny medal – stwierdził Crowley, uśmiechając się zachęcająco.

– A co się stanie, jeśli dziecko, jak mówię, nie odbierze satanistycznego wykształcenia?

– Chyba nic. Nigdy się nie dowie, co może.

– Ale uwarunkowanie genetyczne…

– Nie podsuwaj mi tu genetyki. Co to ma do rzeczy – uciął Crowley. – Weźmy na przykład Szatana. Stworzony jako anioł, wyrósł na Wielkiego Adwersarza. Jak już chcesz się podpierać genetyką, to powinieneś wiedzieć, że to dziecko może równie dobrze zostać aniołem. Jego ojciec był kiedyś ważną figurą w niebie. Jeśli uważasz, że tylko dlatego wyrośnie z niego diabeł, że jego ojciec stał się diabłem, to tak, jakbyś zakładał, że mysz z obciętym ogonem urodzi małe bez ogonów. Nic tych rzeczy. Uwierz wreszcie, że wychowanie jest najważniejsze.

– Ale bez wyłączności wpływów satanistycznych…

– Cóż! Piekło będzie musiało zacząć od początku. A Ziemia otrzyma w prezencie jedenaście lat istnienia. Chyba warto spróbować.

Azirafal znów zamyślił się.

– Więc twierdzisz, że dziecko nie jest złe samo z siebie? – zapytał powoli.

– Tylko potencjalnie. Jest też potencjalnie dobre. To wielki potencjał, który trzeba ukształtować – odpowiedział Crowley i wzruszając ramionami, dodał: – Dlaczego, swoją drogą, stale posługujemy się przymiotnikami „zły”, „dobry”, które są tylko nazwami stron Układu. Istnieją mniej ogólne określenia charakteru człowieka.

– Sądzę, że chyba warto spróbować – powiedział po chwili anioł, a Crowley przytaknął zachęcająco i zapytał:

– Umowa stoi?

Anioł ostrożnie uścisnął wyciągniętą prawicę diabła.

– Na pewno będzie ciekawiej niż u świętych.

– Na dłuższą metę dziecko wiele na tym skorzysta – stwierdził Crowley. – Za wychowanie w duchu religijnym zasadniczo odpowiadają rodzice chrzestni. Będziemy jego ojcami chrzestnymi.

Azirafal rozpromienił się.

– Wiesz, nigdy bym o tym nie pomyślał. Ojcowie chrzestni. A niech mnie…

– To wcale nie takie złe. Przyzwyczaisz się, kumie.

9Uwaga dla Amerykanów i innych cudzoziemców: M.K. jest nowym miastem w połowie drogi między Londynem a Birmingham. W zamyśle urbanistów miało to być nowoczesne miasto, z pełną infrastrukturą, doskonale zorganizowaną siecią usług i zdrową atmosferą, słowem raj na ziemi. Wielu synów starego Albionu nie potrafi ukryć rozbawienia z tego powodu.
10Biblia „A bodaj to wciórności” zasługuje na uwagę z jeszcze jednego względu. Rozdział trzeci „Genesis” liczy dwadzieścia siedem wersetów, a nie, jak zwykle, dwadzieścia cztery. Trzy dodatkowe wersety następują po wersecie dwudziestym czwartym, który brzmi: 24. I wygnał Adama: i postawił przed rajem rozkoszy Cherubim i miecz płomienisty i obrotny, ku strzeżeniu drogi do drzewa żywota. Dodane wersety brzmią następująco: 25. I rzekł Pan Aniołowi, który wschodniej bramy raju rozkoszy strzegł: Gdzież miecz płomienisty dany tobie? 26. I Anioł mu odpowiedział: Dopiero co miałem go przy sobie. Chyba się gdzieś zawieruszył. Pewnie następną razą głowę postradam. 17. I Panu mowę odjęło. Wydaje się, że wyżej wymienione wersety dodano podczas korekty. W owych czasach rozpowszechnione było wieszanie wybranych stron na drewnianych okiennicach oficyn wydawniczych dla przyciągnięcia szerokich rzesz przyszłych czytelników, zachęcenia ich do współtworzenia dzieła i podbudowania moralnego. Ponieważ wydawcy byli zbyt przygnębieni stratą szczotki po korekcie (spłonęła ona razem z drukarnią), nie zadali sobie trudu skonsultowania pewnych szczegółów z przemiłym panem A. Zirafalem, który miał księgarnię dwa domy dalej i chętnie konsultował tłumaczenia, a jego pismo każdy rozpoznawał na kilometr.
11Pozostałe to „Pułapka na myszy” i „Poszukiwacze zaginionej barki”.
12Który od pewnego czasu rozważał wspomnianą możliwość. Ostatnie lata życia spędził w więzieniu Newgate, gdyż nie poprzestał na rozważaniach.
13Był to kolejny przykład geniuszu wydawniczego, gdyż kromwellowski parlament zdelegalizował święta Bożego Narodzenia w 1654 roku.