ValisTekst

Z serii: s-f
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Valis
Valis
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 153,73  122,98 
Valis
Valis
Audiobook
Czyta Phil Gigante
115,83 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

2

Mimo że nie mogłem mu w niczym pomóc, Koniolub Grubas uniknął śmierci. Pierwsza rzecz, która go spotkała, a która miała go uratować, przybrała formę osiemnastoletniej uczennicy mieszkającej nieco dalej na tej samej ulicy. Drugą był Bóg. Z tej dwójki dziewczyna spisała się lepiej.

Nie jestem pewien, czy Bóg w ogóle coś dla niego zrobił. Prawdę mówiąc, w jakiś sposób Bóg nawet pogorszył jego stan. Była to kwestia, w której Grubas i ja nie mogliśmy dojść do porozumienia. Grubas był pewien, że Bóg wyleczył go zupełnie. To niemożliwe. W księdze I Ching jest wers: „Zawsze chory, ale nigdy nie umiera”. To pasuje do mojego przyjaciela.

Stephanie wkroczyła w życie Grubasa jako sprzedawczyni narkotyków. Po śmierci Glorii łykał tyle prochów, że musiał korzystać z każdego dostępnego źródła. Zaopatrywanie się w narkotyki u młodzieży szkolnej nie jest mądrym posunięciem. Nie chodzi o same narkotyki, ale o prawo i moralność. Człowiek, który zaczyna kupować narkotyki od dzieciaków, jest namierzony. To chyba jasne. Ale jest coś, co ja wiedziałem, a czego nie wiedziały władze. Koniolub Grubas nie był wcale zainteresowany narkotykami, które sprzedawała Stephanie. Ona rozprowadzała hasz i trawkę, ale nie środki pobudzające. Stephanie nie aprobowała środków pobudzających i nigdy nie handlowała czymś, czego nie aprobowała. Nie było siły, która by ją zmusiła do handlowania środkami psychodelicznymi. Z rzadka sprzedawała kokainę. Nikt nie mógł się tak całkiem połapać, czym ona się kieruje. W normalnym sensie tego słowa Stephanie nie myślała wcale, ale jakoś dochodziła do decyzji i z chwilą, kiedy do nich doszła, była niewzruszona. Grubas ją lubił.

I w tym było sedno: lubił ją, nie jej narkotyki, ale żeby podtrzymać z nią znajomość, musiał kupować, a to znaczyło, że musiał brać hasz. Dla Stephanie hasz był początkiem i końcem świata, w każdym razie świata, w którym warto żyć.

Jeżeli Bóg zajmował z dużą stratą dystansu drugie miejsce, to przynajmniej w odróżnieniu od Stephanie nie robił nic nielegalnego. Grubas był przekonany, że Stephanie wyląduje w więzieniu, spodziewał się, że mogą ją lada dzień aresztować. Wszyscy znajomi Grubasa spodziewali się, że on też może zostać lada dzień aresztowany. Martwiliśmy się tym oraz jego powolnym staczaniem się w depresję, psychozę i izolację. Grubas martwił się o Stephanie. Stephanie martwiła się cenami haszyszu. Więcej, martwiła się też ceną kokainy. Wyobrażaliśmy sobie, jak nagle budzi się z krzykiem w środku nocy i woła: „Koka doszła do stu dolarów za gram!” Przejmowała się cenami narkotyków tak, jak normalne kobiety przejmują się ceną kawy.

Mówiliśmy, że Stephanie nie mogłaby istnieć przed latami sześćdziesiątymi. To narkotyki powołały ją do życia, wyrwały ją z niebytu. Była współczynnikiem narkotyków, elementem równania. Ale to właśnie przez nią Grubas znalazł w końcu drogę do Boga. Nie przez jej narkotyki, prochy nie miały tu nic do rzeczy. Nie ma drogi do Boga przez narkotyki, to jest kłamstwo rozpowszechnione przez ludzi pozbawionych skrupułów. Środkiem, za pomocą którego Stephanie doprowadziła do spotkania Konioluba Grubasa z Bogiem, było małe gliniane naczynie. Zrobiła je na swoim kole garncarskim, kupionym w części za pieniądze Grubasa jako prezent na jej osiemnaste urodziny. Kiedy uciekł do Kanady, zabrał naczynie z sobą, zawinięte w gatki, skarpetki i koszule w swojej jedynej walizce.

Wazonik wyglądał zwyczajnie: pękaty, jasnobrązowy z niewielką ilością niebieskiej glazury na obrzeżu. Stephanie nie była mistrzynią garncarstwa. Ten wazonik stanowił jedno z jej pierwszych dzieł, w każdym razie zrobionych poza lekcjami ceramiki w szkole. Naturalnie jedno z jej pierwszych dzieł dostał Grubas. Łączyły ich ścisłe związki. Kiedy Grubas się denerwował, Stephanie uspokajała go fajką haszu. W wazoniku było jednak coś niezwykłego. Spał w nim Bóg. Spał w tym wazoniku bardzo długo, niemal za długo. W niektórych religiach istnieje teoria, że Bóg interweniuje w jedenastej godzinie. Może i tak, trudno powiedzieć. W przypadku Konioluba Grubasa Bóg czekał do za trzy dwunasta i nawet wtedy to, co zrobił, ledwo starczyło. Ledwo starczyło i przyszło właściwie za późno. Nie można mieć o to pretensji do Stephanie. Zrobiła wazonik, pokryła go glazurą i wypaliła, gdy tylko dostała koło garncarskie. Zrobiła wszystko, co mogła, żeby ratować przyjaciela, podobnie jak Grubas usiłował pomóc swojej przyjaciółce, tyle że Stephanie zrobiła to lepiej. Ale to była właśnie różnica między nią a Grubasem. W sytuacjach kryzysowych wiedziała, co robić, a Grubas nie. Dlatego Grubas żyje, a Gloria nie. Grubas miał lepszego przyjaciela niż Gloria. Pewnie wolałby, żeby było na odwrót, ale wybór nie należał do niego. Nie służymy ludziom dla siebie, to wszechświat podejmuje pewne decyzje i na podstawie tych decyzji jedni ludzie żyją, a inni umierają. To surowe prawo, ale wszystkie stworzenia podporządkowują mu się z konieczności. Grubasowi przypadł Bóg, a Glorii Knudson śmierć. Nie jest to sprawiedliwe i Grubas pierwszy by się z tym zgodził. Trzeba mu to przyznać.

Po spotkaniu z Bogiem Grubas zaczął go kochać miłością, która nie była normalna. Nie było to coś, co zwykle mamy na myśli, mówiąc, że ktoś „kocha Boga”. W przypadku Grubasa był to rzeczywisty głód. Co dziwniejsze, tłumaczył nam, że Bóg go zranił, a on nadal go pożąda, jak pijak pożąda alkoholu. Bóg, jak nam powiedział, wystrzelił w jego kierunku promień różowego światła, prosto w głowę, między oczy. Grubas został chwilowo oślepiony, a głowa bolała go przez kilka dni. Nietrudno, mówił, opisać ten promień różowego światła. Jest to dokładnie to, co odczuwamy jako powidok, kiedy błyśnie nam w twarz flesz. Ten kolor stał się obsesją Grubasa. Czasami błysnął mu na ekranie telewizora. Grubas żył dla tego światła, dla tego szczególnego koloru.

Jednak nigdy już nie zobaczył go tak naprawdę. Nikt oprócz Boga nie potrafił nadać takiej barwy światłu. Innymi słowy, normalne światło nie zawierało tego koloru. Pewnego razu Grubas przestudiował tabelę barw widma optycznego. Jego koloru nie było. Widział kolor, którego nikt inny nie widzi, który znajduje się poza widmem barwnym.

Co idzie po świetle w kategoriach częstotliwości? Ciepło? Fale radiowe? Powinienem to wiedzieć, ale nie wiem. Grubas powiedział mi (nie wiem, ile w tym prawdy), że w widmie światła słonecznego to, co zobaczył, mieści się powyżej zero przecinek siedmiuset milimikronów, a w kategoriach linii Fraunhofera za B w kierunku A. Zróbcie z tym, co chcecie, ja uważam to za objaw choroby Grubasa. Ludzie cierpiący na załamanie nerwowe często podejmują rozległe badania, żeby znaleźć objaśnienie tego, co się z nimi dzieje. Te badania, rzecz jasna, nic nie dają.

Nic nie dają z naszego punktu widzenia, ale niestety czasami dostarczają fałszywych argumentów rozkładającemu się umysłowi – jak „oni” Glorii. Sprawdziłem kiedyś te linie Fraunhofera i nie ma tam żadnego „A”. Najwcześniejsze oznaczenie literowe, jakie udało mi się znaleźć, to „B”. Linie idą od G do B, od nadfioletu do podczerwieni. I to wszystko. Nie ma nic więcej. To, co Grubas widział, albo zdawało mu się, że widzi, to nie było światło1.

Po powrocie z Kanady, po spotkaniu z Bogiem, Grubas i ja spędzaliśmy razem dużo czasu i podczas jednej z naszych nocnych wypraw (odbywaliśmy je regularnie, szukając miejsc, gdzie coś się dzieje, obserwując nocne życie), kiedy parkowaliśmy mój samochód, nagle na moim ramieniu ukazała się plamka różowego światła. Wiedziałem, co to jest, chociaż nigdy przedtem tego nie widziałem. Ktoś skierował na nas promień lasera.

– To laser – powiedziałem do Grubasa, który też to zobaczył, różowy punkt tańczył bowiem wszędzie dokoła, po słupach telefonicznych i betonowej ścianie garażu.

Po drugiej stronie ulicy stało dwóch wyrostków, trzymając sześcienny przedmiot.

– Oni sami zbudowali to cholerstwo – powiedziałem.

Chłopcy podeszli do nas, szczerząc zęby. Zbudowali laser, jak nam powiedzieli, z gotowego kompletu części. Wyraziliśmy podziw i poszli straszyć kogoś innego.

– Czy to był ten kolor? – spytałem Grubasa.

Nie odpowiedział, ale miałem wrażenie, że jest jakby nieobecny. Miałem uczucie, że widziałem ten jego kolor. Jeżeli tak, to nie wiem, dlaczego tego nie powiedział. Może moja hipoteza psuła bardziej elegancką teorię. Chorzy umysłowo nie stosują zasady brzytwy Ockhama – wyjaśniania danej grupy faktów za pomocą najprostszej teorii. Oni ulatują w barok.

Najważniejszą rzeczą, jaką nam Grubas powiedział w związku z tym różowym promieniem, co to go oślepił i okaleczył, było to: twierdził, że natychmiast, z chwilą gdy promień go trafił, wiedział rzeczy nie znane mu wcześniej. W szczególności wiedział, że jego pięcioletni syn ma nie rozpoznaną wadę wrodzoną, i wiedział, na czym ta wada polega, ze szczegółami anatomicznymi włącznie. Włącznie, prawdę mówiąc, ze specyfikacją medyczną do przekazania lekarzowi.

Chciałbym widzieć, jak on to przekazuje doktorowi. Jak tłumaczy swoją znajomość szczegółów medycznych. Jego umysł przechwycił całą informację, jaką naszpikował go promień różowego światła, ale jak się z tego wytłumaczyć?

Grubas potem stworzył teorię, że wszechświat jest zbudowany z informacji. Zaczął prowadzić dziennik, prowadził go w sekrecie od pewnego czasu – skryty pomysł wykolejonego umysłu. Było tam, na tych stronach, całe jego spotkanie z Bogiem, zapisane jego, Grubasa, nie boską ręką.

Nazwa „dziennik” pochodzi ode mnie, nie od Grubasa. On używał nazwy „egzegeza”, terminu teologicznego oznaczającego pisma interpretujące fragmenty Biblii. Grubas wierzył, że informacja, która została wystrzelona w jego kierunku i stopniowo, kolejnymi falami wciskana mu do głowy, miała boskie pochodzenie i dlatego powinna być traktowana jako forma objawienia, nawet jeżeli dotyczyła tylko nie rozpoznanej prawej przepukliny pachwinowej jego syna, która perforowała powłokę brzuszną i przedostała się do moszny. To była wiadomość, jaką Grubas miał dla lekarza. Wiadomość okazała się prawdziwa i została potwierdzona, kiedy była żona Grubasa zabrała Christophera do szpitala. Operacja została wyznaczona na następny dzień, to znaczy najszybciej, jak to było możliwe. Chirurg z satysfakcją poinformował Grubasa i jego byłą żonę, że życiu Christophera od lat zagrażało niebezpieczeństwo. Mógł umrzeć w nocy na skutek zaciśnięcia się kawałka własnych kiszek. Całe szczęście, powiedział chirurg, że się o tym dowiedzieli. Znowu więc, jak u Glorii, „oni”, tylko że tym razem oni istnieli naprawdę.

 

Operacja się udała i Christopher przestał być marudnym dzieckiem. Okazało się, że cierpiał bóle od urodzenia. Grubas i jego była żona oddali potem syna pod opiekę innego lekarza, takiego, który miał oczy.

Jeden z akapitów w dzienniku Grubasa zainteresował mnie do tego stopnia, że postanowiłem go tutaj zacytować. Nie dotyczy on prawych przepuklin pachwinowych, ale ma charakter bardziej ogólny i wyraża umacniające się przekonanie Grubasa, że istotą wszechświata jest informacja. Zaczął w to wierzyć, ponieważ dla niego wszechświat, jego wszechświat, rzeczywiście szybko zmieniał się w informację. Z chwilą, kiedy Bóg raz do niego przemówił, nigdy już nie umilkł. Zdaje mi się, że Biblia o czymś takim nie wspomina.

Zapis 36. Postrzegamy myśli Mózgu jako układy i zmiany układów przedmiotów w świecie fizycznym, ale w istocie materializujemy tylko informacje i przetwarzanie informacji. Nie tyle odbieramy jego myśli jako przedmioty, ile raczej jako ruch albo, ściślej biorąc, jako rozmieszczenie przedmiotów w przestrzeni i ich wzajemne związki. Nie potrafimy jednak odczytać porządku tych układów, nie umiemy wydobyć zawartych w nich informacji. Łączenie i zmiana układu przedmiotów przez Mózg stanowi w istocie język, ale nie taki jak nasz (ponieważ zwraca się do siebie samego, nie zaś do kogoś lub czegoś poza sobą).

Grubas w kółko rozważał tę kwestię, zarówno w swoim dzienniku, jak i w ustnych rozważaniach w obecności swoich przyjaciół. Był przekonany, że wszechświat nawiązał z nim kontakt. W innym zapisie czytamy:

37. Powinniśmy słyszeć tę informację, lub raczej opowieść, jako neutralny głos w nas samych, ale coś się popsuło. Wszystko, co stworzone, jest językiem i niczym tylko językiem, którego z jakiegoś nie wyjaśnionego powodu nie potrafimy odczytać na zewnątrz ani usłyszeć od wewnątrz. Można powiedzieć, że w ten sposób staliśmy się idiotami. Coś zdarzyło się z naszą inteligencją. Ja rozumuję tak: wzajemna pozycja części Mózgu jest językiem. My jesteśmy częściami Mózgu, zatem my jesteśmy językiem. Dlaczego więc tego nie wiemy? Nie wiemy nawet, czym jesteśmy, nie mówiąc o zewnętrznej rzeczywistości, której częścią jesteśmy. Słowo „idiota” pochodzi od słowa „osobisty”, „oddzielny”. Każdy z nas stał się oddzielny i nie uczestniczy we wspólnej myśli Mózgu, odbierając ją tylko podświadomie. W ten sposób nasze prawdziwe życie i nasz prawdziwy cel realizują się poniżej poziomu naszej świadomości.

Na co ja osobiście mam ochotę powiedzieć: mów za siebie, Grubasie.

W ciągu długiego czasu (albo „Pustyni niezmierzonej wieczności”, jak on by to ujął) Grubas wypracował wiele niezwykłych teorii mających wyjaśnić jego kontakt z Bogiem i uzyskane tą drogą informacje. Jedna zwłaszcza wydała mi się interesująca, bo różniła się od innych. Sprowadzała się do rodzaju umysłowej kapitulacji wobec tego, co się z nim działo. Teoria ta mówiła, że faktycznie nie dzieje się z nim nic. Pola jego mózgu były kolejno stymulowane przez zogniskowaną wiązkę energii wysyłaną z daleka, może z odległości milionów mil. Te wybiórcze stymulacje pól mózgowych wytwarzały w jego głowie złudzenie, że w rzeczywistości widzi i słyszy słowa, obrazy, postacie ludzi, zadrukowane stronice, krótko mówiąc – Boga i jego posłanie albo, jak Grubas lubił mówić, Logos. Ale zgodnie z tą teorią, tylko mu się wydaje, że widzi te rzeczy. Przypominały hologramy. Najbardziej dziwiło mnie zaiste wariackie tłumaczenie halucynacji w tak skomplikowany sposób. Grubas intelektualnie wyłączał się z gry w szaleństwo, zarazem ciesząc się jego obrazami i dźwiękami. W istocie nie twierdził, że to, czego doświadcza, istnieje w rzeczywistości. Czy to oznaczało, że wraca do zdrowia? Niekoniecznie. Uważał teraz, że „oni”, Bóg czy ktoś inny, kierowali bardzo skupioną, dalekosiężną i przenoszącą informacje wiązką energii wycelowaną w głowę Grubasa. Trudno było to uznać za objaw poprawy, ale niewątpliwie była to jakaś zmiana. Grubas mógł teraz otwarcie podawać w wątpliwość swoje halucynacje, co znaczyło, że za takie je uważał. Za to, podobnie jak Gloria, miał teraz „onych”. Wyglądało mi to na pyrrusowe zwycięstwo. Życie Grubasa w ogóle wydawało mi się łańcuchem takich osiągnięć, jak na przykład jego sposób ratowania Glorii.

Ta egzegeza, nad którą Grubas pracował od miesięcy, wydawała mi się klasycznym przykładem pyrrusowego zwycięstwa, w tym wypadku wysiłkiem osaczonego umysłu, żeby pojąć to, co niepojęte. Może to jest istota wszelkiej choroby umysłowej: zachodzą niezrozumiałe wydarzenia, życie staje się śmietnikiem złudnych fluktuacji czegoś, co było rzeczywistością. I nie tylko to, jakby tego było mało – człowiek, tak jak Grubas, zaczyna analizować te fluktuacje, żeby je jakoś uporządkować, podczas gdy one mają tylko taki sens, jaki im się nadaje z potrzeby odtwarzania rozpoznawalnych kształtów i procesów. Pierwszą rzeczą, jaką się traci w chorobie umysłowej, jest poczucie swojskości. A to, co przychodzi na jego miejsce, oznacza kłopoty, bo nie tylko się tego nie rozumie, ale jeszcze nie można opowiedzieć o tym innym. Osobnik szalony doświadcza czegoś, ale nie wie, co to jest i skąd się to bierze.

Wśród tego roztrzaskanego krajobrazu zapoczątkowanego śmiercią Glorii Knudson Grubas wyobraził sobie, że Bóg go uleczył. Z chwilą, gdy zacznie się zauważać pyrrusowe zwycięstwa, widzi się je wszędzie.

Przypomina mi to pewną moją znajomą, która umierała na raka. Odwiedziłem ją w szpitalu i nie poznałem jej: wyglądała jak mały łysy staruszek. Na skutek chemioterapii spuchła tak, że wyglądała niczym wielkie winogrono. Na skutek choroby i leczenia była właściwie ślepa, prawie głucha i stale miała ataki, a kiedy pochyliłem się nad łóżkiem, żeby spytać ją, jak się czuje, i kiedy zrozumiała moje pytanie, odpowiedziała: „Czuję, że Bóg mnie uzdrawia”. Zawsze była religijna i chciała wstąpić do klasztoru. Na metalowym stoliku przy łóżku ona albo ktoś położył różaniec. Moim zdaniem bardziej na miejscu byłby tu napis: „Do dupy z takim Bogiem”.

Jednak gwoli uczciwości muszę przyznać, że Bóg albo ktoś podszywający się pod Boga, różnica czysto semantyczna, wstrzelił do głowy Konioluba Grubasa bezcenną informację, która uratowała życie jego synowi Christopherowi. Bóg jednych ludzi leczy, a innych zabija. Grubas zaprzecza, jakoby Bóg kogokolwiek zabijał. Grubas mówi, że Bóg nigdy nikomu nie szkodzi. Choroba, ból i niezasłużone cierpienie nie pochodzą od Boga, ale z innego źródła, na co ja odpowiadam: A skąd się bierze to inne źródło? Czy istnieją dwaj bogowie? Czy też jakaś część wszechświata nie podlega władzy Boga? Grubas często cytował Platona. W kosmologii Platona noos, czyli Umysł, stara się skłonić ananke, czyli ślepą konieczność, albo według niektórych specjalistów – ślepy traf, do kapitulacji. Noos ku swojemu zdziwieniu napotkał niespodziewanie ślepy traf, innymi słowy chaos, któremu noos narzuca porządek (Platon nigdzie nie mówi, na czym polega ta perswazja). Zdaniem Grubasa rak mojej przyjaciółki to przykład nieładu jeszcze nie nawróconego na świadomy porządek. Noos, czyli Bóg, jeszcze do niej nie dotarł. Na co ja odpowiedziałem: „Cóż, kiedy do niej dotarł, było za późno”. Grubas nie znalazł na to odpowiedzi, przynajmniej w formie ustnej riposty. Pewnie wyszedł i napisał o tym w swoim dzienniku. Siedział codziennie do czwartej nad ranem, skrobiąc te swoje notatki. Pewnie gdzieś tam wśród masy chłamu kryją się wszystkie tajemnice wszechświata.

Lubiliśmy wciągać Grubasa w teologiczne dysputy, bo zawsze się zacietrzewiał, wychodząc z założenia, że to, co mówimy na ten temat, ma jakiekolwiek znaczenie, że sam temat ma jakieś znaczenie. Grubas miał już wtedy kompletnego świra. Sprawiało nam uciechę rozpoczynanie dysputy od jakiejś mimochodem rzuconej uwagi. Na przykład: „Bóg dał mi dziś bilet na przejazd autostradą” lub czegoś w tym rodzaju. Łapiąc przynętę, Grubas ruszał do boju. W ten sposób spędzaliśmy przyjemnie czas na dobrodusznym torturowaniu Grubasa. Kiedy wychodziliśmy od niego z domu, dodatkową satysfakcję dawała nam świadomość, że on to wszystko zapisze w dzienniku. Rzecz jasna w dzienniku jego pogląd zawsze zwyciężał.

Nie było właściwie potrzeby, żeby Grubasowi podkładać takie pytanie jak: „Jeśli Bóg potrafi wszystko, czy może stworzyć rów tak szeroki, żeby go nie mógł przeskoczyć?” Mieliśmy pod dostatkiem prawdziwych pytań, z którymi nie mógł sobie poradzić, a nasz przyjaciel Kevin zawsze zaczynał atak tak samo: „Co z moim kotem?” – zapytywał. Kilka lat temu Kevin wyprowadzał wieczorem swojego kota. Głupi Kevin nie wziął go na smycz i kot wyskoczył na jezdnię prosto pod koła przejeżdżającego samochodu. Kiedy Kevin go podniósł, kot jeszcze żył, wydychając krwawą pianę i patrząc na niego z przerażeniem. Kevin lubił mówić: „W dniu Sądu Ostatecznego, kiedy mnie przyprowadzą przed wielkiego sędziego, powiem: Chwileczkę! i wyciągnę spod marynarki trupa mojego kota. Jak ja mam to rozumieć? – spytam”. Do tego czasu, mówił Kevin, kot będzie już sztywny jak patelnia. Będzie go trzymał za ogon jak za rączkę i będzie czekać na zadowalające wyjaśnienie.

– Żadne wyjaśnienie cię nie zadowoli – powiedział Grubas.

– Żadne twoje wyjaśnienie – szydził Kevin. – No dobrze, Bóg uratował życie twojemu synowi, dlaczego więc nie sprawił, żeby mój kot wbiegł na jezdnię pięć sekund później? Trzy sekundy później? Czy to byłby taki wielki kłopot? Oczywiście kot może się nie liczyć.

– Wiesz co, Kevin – wytknąłem mu kiedyś – mogłeś wyprowadzić kota na smyczy.

– Nie – powiedział Grubas. – On ma sporo racji. Mnie to też nurtuje. Dla niego kot jest symbolem wszystkiego we wszechświecie, czego nie rozumie.

– Ja wszystko rozumiem – gorzko powiedział Kevin. – Myślę tylko, że wszystko jest spieprzone. Bóg albo jest bezsilny, albo głupi, albo mu gówno zależy. Albo wszystko naraz. Jest zły, tępy i słaby. Myślę, że zapoczątkuję swoją własną egzegezę.

– Ale z tobą Bóg nie rozmawia – zauważyłem.

– Wiesz, kto rozmawia z Koniolubem? – spytał Kevin. – Kto naprawdę rozmawia z nim w środku nocy? Istoty z planety Głupota. Koniu, jak się nazywa mądrość boża? Święta co?

– Hagia Sophia – ostrożnie powiedział Grubas.

– A jak powiedzieć Święta Głupota? Hagia Głupota?

– Hagia Moron – powiedział Grubas. Jego obroną była zawsze kapitulacja. – Moron to greckie słowo, tak jak hagia. Trafiłem na nie w słowniku, szukając słowa „oksymoron”.

– Z tym tylko, że przyrostek -on jest cechą rodzaju nijakiego – zauważyłem.

To daje wyobrażenie, czym kończyły się nasze dysputy teologiczne. Trójka sprzeczających się źle poinformowanych ludzi. Mieliśmy również Davida, naszego przyjaciela katolika, i Sherri, dziewczynę umierającą na raka. Jej choroba cofnęła się i wypisano ją ze szpitala. Wzrok i słuch miała w pewnym stopniu trwale uszkodzone, ale poza tym wydawało się, że wszystko z nią w porządku.

Grubas, oczywiście, wykorzystywał to jako argument na rzecz Boga i jego uzdrawiającej miłości, w czym popierał go David i, rzecz jasna, sama Sherri. Kevin uważał jej remisję za cud naświetlań, chemioterapii i szczęścia. Informował nas również, że remisja jest chwilowa. W każdej chwili Sherri może być na powrót chora. Kevin dawał ponuro do zrozumienia, że przy nawrocie choroby remisji nie będzie. Czasami podejrzewaliśmy, że na to liczył, bo to by potwierdzało jego wyobrażenia o wszechświecie.

Fundamentem wszystkich werbalnych fajerwerków Kevina było twierdzenie, że wszechświat składa się z nieszczęść i nienawiści i w końcu każdego załatwi. Myślał o wszechświecie tak, jak większość ludzi myśli o nie zapłaconym rachunku: wiedzą, że prędzej czy później będą musieli zapłacić. Wszechświat wyłaniał z siebie człowieka, pozwalał mu się pomęczyć i wsysał go z powrotem. Kevin stale czekał, że zdarzy się to jemu, mnie, Davidowi, a zwłaszcza Sherri. Co do Konioluba Grubasa, to Kevin uważał, że zalega on z rachunkami od lat. Grubas od dawna znajdował się w tej fazie cyklu, kiedy się jest wsysanym. Traktował Grubasa nie jako kogoś potencjalnie zgubionego, ale kogoś zgubionego już faktycznie.

 

Grubas przytomnie nie poruszał w obecności Kevina sprawy Glorii i jej śmierci. Gdyby to zrobił, Kevin dodałby ją do swojego przejechanego kota. Opowiadałby, że wyciągnie ją spod poły w dniu Sądu Ostatecznego razem ze swoim kotem.

David jako katolik całe zło sprowadzał do wolnej woli człowieka. To denerwowało nawet mnie. Kiedyś spytałem go, czy to, że Sherri zachorowała na raka, też jest przykładem wolnej woli. Wiedziałem, że David śledzi najnowsze wiadomości z dziedziny psychologii i popełnia błąd, twierdząc, że Sherri podświadomie chciała zachorować na raka i sama wyłączyła swój układ odpornościowy. W owym czasie pogląd taki krążył w wyższych sferach psychologicznych. Rzeczywiście, David przejął się tym poglądem i tak odpowiedział.

– W takim razie dlaczego wyzdrowiała? – spytałem. – Czy chciała podświadomie wyzdrowieć?

David był zaskoczony. Jeżeli przypisywał raka jej własnemu umysłowi, to był zmuszony ustąpienie choroby przypisać przyczynom powszednim, nie zaś ponadnaturalnym. Bóg nie miał z tym nic wspólnego.

– C.S. Lewis powiedziałby… – zaczął David, co natychmiast rozzłościło obecnego przy tym Grubasa. Wściekało go, kiedy David uciekał się do C.S. Lewisa, żeby podeprzeć swoją stuprocentową ortodoksję.

– Może Sherri okazała się silniejsza od Boga – powiedziałem. – Bóg chciał, żeby chorowała, a ona walczyła, żeby wyzdrowieć. – David, co było nieuniknione, kontrargumentował, rzecz jasna, że Sherri dostała raka na tle nerwicowym, bo miała popieprzone w głowie, ale Bóg wkroczył i uleczył ją. Uprzedzająco odwróciłem jego rozumowanie.

– Nie – powiedział Grubas. – Jest dokładnie na odwrót. Jak w przypadku mojego uleczenia.

Na szczęście nie było przy tym Kevina. On nie sądził, że Grubas jest wyleczony (nikt tak nie myślał) i, tak czy owak, nie zrobił tego Bóg. Nawiasem mówiąc, jest to rozumowanie, które atakował Freud: dwupiętrowa samoprzekreślająca się konstrukcja. Freud uważał, że taka konstrukcja ujawnia racjonalizację. Kogoś oskarżają o kradzież konia, na co on odpowiada: „Nie jestem koniokradem, a poza tym ten pański koń nic nie jest wart”. Jeżeli się nad tym zastanowić, to można dostrzec kryjący się za tym proces myślowy. To drugie twierdzenie, wbrew pozorom, nie potwierdza pierwszego. W przypadku naszych nieustających dysput teologicznych, wywołanych rzekomym spotkaniem Grubasa z boską siłą, taka dwupiętrowa, samoprzekreślająca się konstrukcja wyglądałaby następująco:

1. Boga nie ma.

2. Zresztą i tak Bóg jest głupi.

Uważna analiza cynicznych oracji Kevina ujawnia tę konstrukcję na każdym kroku. David bez przerwy cytował C.S. Lewisa, Kevin sam sobie zaprzeczał logicznie w swoim zapale dyskredytowania Pana Boga. Grubas robił niezrozumiałe aluzje do informacji wstrzelonych mu do głowy przez wiązkę różowego światła, Sherri, która strasznie cierpiała, bąkała pobożne komunały, ja zmieniałem swoje stanowisko w zależności od tego, z kim rozmawiałem.

Nikt z nas nie panował nad sytuacją, ale mieliśmy dużo czasu do zabicia. Skończyła się epoka narkotyków i wszyscy rozglądali się za jakąś nową obsesją. Dla nas taką nową obsesją stała się, dzięki Grubasowi, teologia.

Ulubiony starożytny cytat Grubasa brzmi:

Czyżbym mógł myśleć, że Jahwe śpi,

Jak Kemosz i inne bajeczne bóstwa?

Usłyszawszy swoje myśli, zapisałem je…

I tak chyba jest.

Grubas nie lubił cytować dalszego ciągu:

Oto myśl, która rani mój umysł

I rodzi w piersi wielki ból,

Myśl, która mnie wpędza w szaleństwo…

To z arii Haendla. Grubas i ja mieliśmy kiedyś płytę z tą arią w wykonaniu Richarda Lewisa: Głębiej, wciąż głębiej.

Kiedyś powiedziałem Grubasowi, że inna aria z tej samej płyty doskonale opisuje stan jego umysłu.

– Która aria? – spytał Grubas ostrożnie.

– Całkowite zaćmienie – odpowiedziałem.

Całkowite zaćmienie! Ni słońca, ni księżyca,

Czarna ciemność w blasku południa!

O, światło wspaniałe! Ani jeden twój promień

Nie cieszy moich oczu upragnionym dniem!

Czemuż tak wydziedziczył mnie dekret twój?

Słońce, księżyc i gwiazdy odebrał mi!

Na co Grubas odpowiedział:

– W moim wypadku jest wręcz przeciwnie. Ja jestem oświecony świętym światłem skierowanym na mnie z innego świata. Ja widzę to, czego inni nie widzą.

1 W rzeczywistości jest linia A odpowiadająca fali 0,761 milimikrona. Kiedy Philip Dick kłóci się z Koniolubem Grubasem, nigdy nie wiadomo, który ma rację (przyp. tłum.).