UbikTekst

Z serii: s-f
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Ubik
Ubik
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 103,31  82,65 
Ubik
Ubik
Audiobook
Czyta Leszek Filipowicz
34,90  25,48 
Szczegóły
Ubik
Audiobook
Czyta Luke Daniels
64,41 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Przełożył

Michał Ronikier


Dom Wydawniczy REBIS

Poznań 2012

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes


Nudzą cię standardowe powieści science fiction? Masz dość inwazji kosmitów, wykoncypowanych światów i żołnierzy kosmosu? Oto Ubik, książka inna niż wszystkie, używana zgodnie z instrukcją zapewni pełnię doznań estetycznych i metafizycznych, będąc przy tym źródłem dobrej zabawy. Kopalnia humoru głęboka jak nigdy. Teraz w nowej, atrakcyjnej cenie.

A imię jego Ubik

Ubik jest uważany za najlepszą książkę Philipa K. Dicka.

Nie znaczy to, że najpopularniejszą czy najchętniej czytaną. Blade runner. Czy androidy marzą o elektrycznych owcach? jest powieścią wyraźnie słabszą, rozsławiła ją jednak znakomita ekranizacja z udziałem Harrisona Forda. Wydobyta z zupełnie innej baśni, wysokobudżetowa wersja Złotoskórego nie ma prawie nic wspólnego z oryginałem. Raz na jakiś czas media przynoszą informacje o planach przeniesienia Ubika na ekran: ostatnia wskazuje na rok bieżący, jednak ekranizacji tak szybko zapewne się nie doczekamy, wcale nie dlatego, że świat się skończy – rzecz jest w przedprodukcji i trudno wskazać nawet nazwisko producenta.

A przecież Ubik to książka filmowa, i to z takich, które wywołują w głowie listę marzeń odnośnie do reżysera, aktorów i reszty ekipy filmowej. Wizyjność poszczególnych scen aż woła o wysoki budżet, z kolei druga część powieści otwiera nieograniczone pole dla odpowiednio nastrojonego umysłu scenarzysty – wyobrażam sobie ten film jako kolejną nieudaną próbę komercyjnego wykorzystania Dicka. Tak stało się w wypadku Next z Nicolasem Cage’em. Mogłoby też być na odwrót: Ubik broniłby się jako mroczny fantastycznonaukowy odpowiednik Nagiego lunchu w reżyserii Cronenberga. Zresztą porównania między powieściami Dicka i Burroughsa można by mnożyć, nawet jeśli zatrzymamy się wyłącznie na roli narkotyków w uprawianiu literatury.

Lem, pisząc posłowie do Ubika, z uporem godnym lepszej sprawy próbuje uzasadniać tezę, jakoby Dick, korzystając z wytartych i tandetnych rekwizytów amerykańskiej science fiction, zdobył się, trochę z ich pomocą, a trochę wbrew nim, na głębię. Liczba sążni powieści rzeczywiście wydaje się spora, trudno jednak zgodzić się ze stwierdzeniem dotyczącym tandetności – nawet gdyby lichość rekwizytów jeszcze bardziej uwznioślała Dicka. Można pokusić się o tezę, że Lemem kierowała rosnąca niechęć do science fiction, gatunku, który przecież sam współtworzył – podobnie jak dopuszczam oskarżenie, że bredzę odurzony popkulturą.

Wątek telepatów, choć logiczny i w całości utrzymany w amerykańskim stylu, przynajmniej funkcjonuje w miarę konsekwentnie, to znaczy gdyby na świecie istnieli telepaci, najprawdopodobniej ich rola w społeczeństwie wyglądałaby podobnie jak u Dicka. Ale już wątek ludzi półżywych zwyczajnie odbiera oddech i oszałamia. Uderza też poczucie humoru, nie najwyższych lotów, za to umiejętnie używane do rozładowania atmosfery. Dalej jest tylko lepiej: gnostycki pomysł na samego Ubika ściga się z jazdą przez czas, przestrzeń i umysł w sensie dosłownym. Rzecz to znana fantastyce od dawna, niemniej mało który twórca zdołał ją tak znakomicie zobrazować. Ubik nie jest opowieścią o podróżach w czasie i telepatach, której użyto do przemycenia treści wyższej – jest festiwalem świetnych pomysłów, dziełem może chaotycznym i sypiącym się w szczególe, lecz na planie łączącym scenografię i idee zadowalająco spójnym.

Spójność to specyficzna – i rzeczywiście, gdyby Ubika streścić, a jeszcze lepiej wypisać węzłowe punkty fabularne, wyszłoby, że Philip K. Dick napisał piramidalną bzdurę, książkę rozsypaną, którą na dobrą sprawę dałoby się pociąć i poprzestawiać jej fragmenty bez szkody dla treści. Jej funkcja staje się jasna, jeśli przyjmiemy indywidualną perspektywę twórcy, co jest tyleż fascynujące, ile kłopotliwe, biorąc pod uwagę, że mamy do czynienia z narkomanem o religijnych inklinacjach.

Nie jest tajemnicą, że Dick prowadził eksperymenty z LSD i doświadczał tak zwanych flashbacków (nawrotów halucynacji, występujących niespodziewanie, nawet kilka lat po zażyciu narkotyku), ale jego biograf Lawrence Sutin utrzymuje, że pisarza interesowały głównie pochodne amfetaminy. „Kwas, trawka i hasz specjalnie go nie fascynowały, ale pigułki… ach, pigułki. Potrafił mieszać, zestawiać i dostrajać stelazynę, środki rozkurczowe, librium, valium i inne środki uspokajające z dexamylem i wszelkiego rodzaju środkami pobudzającymi, najlepiej tymi na receptę, białymi krzyżykami (amfetamina), ale i tymi kupowanymi na ulicy”. Dalej dowiadujemy się, że dragi miały w dużej mierze charakter użytkowy. Dick pracował szybko i bez zmęczenia.

Trzeba dopowiedzieć, że status narkomana w latach sześćdziesiątych był znacząco odmienny niż obecnie. O wpływie LSD na umysł dyskutowano na uniwersytetach, marihuana zaś jawiła się symbolem wolności. Starsze pokolenie dobrze pamiętało drugą wojnę światową, kiedy to amfetamina, legalnie dostępna po obu stronach konfliktu, umożliwiała zniesienie wielogodzinnego wysiłku podczas działań frontowych.

Bodajże profesor Jerzy Vetulani nazwał amfetaminę narkotykiem do pracy przy taśmie i utrzymywał, że ta używka jako jedyna nie oferuje zgoła nic. Uważał, że heroina, marihuana, wódka mimo swojej niszczycielskiej siły niosą różnego rodzaju dobra. Amfa wcale. Rujnuje serce, wątrobę oraz głowę, ale zapewnia też energię konieczną do najprostszych zadań. Dick książki pisał kunsztowne na swój sposób, niemniej szalone tempo powstawania kolejnych powieści wskazuje, że „taśmowa” metafora nie jest do końca chybiona.

Jestem jak najdalszy od stwierdzenia, że Dick ćpał z przyczyn wyższych. Jego życie składało się wyłącznie z przypadkowych znajomości, małżeństw, zainteresowań, a i jego wielki wkład w literaturę dokonał się w wyniku przypadku. Prócz modelu świata pisarz proponował modele ludzkie, które zaludniają karty jego książek (przykład dobrego bogacza Glena Runcitera jest tutaj znamienny), i sam z siebie kreował kogoś alternatywnego. Dick trzeźwy niczego nie umiał pojąć, odurzony przynajmniej cieszył się wrażeniem pojmowania – rozwalając świat w Ubiku, intuicyjnie chwytał jego zasady, których na co dzień mu brakowało. Nieszczęściem rujnował sobie zdrowie, a wytrzeźwiawszy, czy może po prostu zmieniwszy ciut „stan skupienia” swojej duszy, natychmiast zapominał i musiał pracować od nowa. W tym sensie Ubik nie jest nawet powieścią ani szczególnego rodzaju traktatem epistemologicznym, jeśli ktoś miałby tak dziwne pomysły, ale zapisem wyjątkowego stanu psychicznego. Właściwie dramatu kogoś, kto pragnie wiedzieć, ale nie ma pojęcia, jak po wiedzę sięgnąć.

Pisarz doświadczał, z grubsza rzecz biorąc, tych samych pozbawionych jasnego źródła cierpień co wcześniej Kierkegaard, Nietzsche, Artaud. Specyficzne, amfetaminowe skrzywienie jest jednak w jego powieściach odczuwalne, w Ubiku chyba najbardziej. Pisarz uruchamia tu swoje stare obsesje, nadając im, mimo pośpiechu, dojrzałą formę. Pierwsze z pytań Dickowych: „Czy ja istnieję?” funkcjonuje w jego prozie w szczególny sposób. Moje własne doświadczenie wskazuje, że mogę żyć lub umrzeć, a następnie doświadczyć kłamstwa, które trapiło już Kartezjusza: coś, jakaś siła narzuca mi iluzję, za której sprawą nie wiem, że nie żyję. Dostęp do tej wiedzy jest mi, z nieznanych przyczyn, zabroniony. Dick wprowadza trzecią możliwość, dorzucając do jedynki i zera wartość pośrednią. Mogę trwać w półżyciu, raz martwy i raz wybudzany. Tego rodzaju wątpliwości dręczą bohaterów po wypadku na Księżycu. Żyją albo i nie, ostatecznie – tkwią w komorze, oczekując na krótkotrwałe wybudzenie, które wcale nie musi nastąpić. Muszą za to umykać przed swoistym demiurgiem panoszącym się w tej niewesołej przestrzeni.

Skoro kwestionujemy moją realność, z zakwestionowaniem całej rzeczywistości nie powinno być kłopotu. Druga część książki to nawet nie rozpad świata czy dziwaczne cofanie się poprzez historię, ale zmiana statusu ontycznego. Rzeczywistość mogła oszaleć, być może nic nie dzieje się naprawdę i czytamy tylko gwałtowny raport z koszmarnego snu kogoś tkwiącego w stanie półżycia. Znów istnieje trzecia, najbardziej złowroga możliwość: akcja przeniosła się z rzeczywistości, w której bohaterowie funkcjonowali wcześniej, w świat zarządzany przez samozwańczego satrapę, wampira wysysającego resztki życia z konających, który mimo najlepszych chęci nie jest w stanie go opanować.

Poczucie rozpadu jaźni i całego świata jest w dużej mierze doświadczeniem amfetaminowym: narkotyk wydobył z Dicka pewne intuicje, nadając im straszliwą klarowność. Zażycie amfetaminy skutkuje, w pierwszej kolejności, skonkretyzowaniem się i spłaszczeniem świata. Staje się on bezpieczny, a to dlatego, że problemy doskwierające na co dzień, także te o najgłębszym charakterze egzystencjalnym, jawią się jako nieistotne. Wzrasta samoocena i związana z tym siła – mamy przekonanie, że jeszcze moment i zaczniemy przenosić góry. Skłania to czasem do podejmowana radykalnych decyzji lub choćby snucia planów. Analogicznie jedni ludzie wydają się szalenie życzliwi, inni wrodzy. W ten sposób jaźń i świat dookoła ulegają daleko idącemu uproszczeniu. Moment, kiedy amfetamina przestaje działać, tradycja każe nazywać zgonem: prócz słabości fizycznej pojawiają się czarne myśli i człowiek ma jak najgorsze zdanie o sobie. Innymi słowy, regularne zażywanie amfetaminy oznacza cyklofreniczą huśtawkę: otoczenie jest przyjazne, to znów wrogie, ja nienawidzę siebie lub siebie kocham, mam poczucie mocy, po którym następuje przekonanie o nieuchronności niepowodzenia wszelkich przedsięwzięć.

 

W wypadku Dicka sprawę pogarszał jeszcze alkohol i okazjonalne zażywanie LSD, halucynogenu o niezwykłych, może nawet przydatnych pisarzowi SF możliwościach, niestety straszliwie wyczerpującego. To jemu prawdopodobnie zawdzięczamy najlepsze sceny Ubika, w tym poksiężycowe fantazmaty i cudaczny pomysł z zasięganiem rad u zmarłych. Cofający się świat przypomina doświadczenie flashbacku. Z kolei sama energetyka powieści ma właściwość amfetaminowej gorączki – słowa pędzą szybciej niż myśl i mimo całej wielkości konceptu fabuła sypie się jak facet na głodzie, kryzys tożsamościowy jest w gruncie rzeczy kryzysem narkomana, któremu przemieszało się już wszystko. Niektóre sceny można przyrównać do przyłożenia przez malarza plamy jasnej, nie rozrobionej farby na płótno. Skądinąd przezabawna scena dialogu z drzwiami to właśnie farsa narkomańska, oddanie tej przykrej chwili, kiedy dosłownie wszystko wymyka się z rąk.

Czemu służyła narkomania w życiu Dicka? Czemu służyła w Ubiku? Używanie narkotyków najczęściej kojarzy się z tak zwaną dobrą zabawą. Dick, hippis z natury, nie zwykł bawić się standardowo, chyba że za rozrywkę uznamy kolejne rozwody i ataki paranoi. Dopuszczam możliwość, że wszelkie te używki, konieczność nieustannego przebywania w stanie odurzenia czyniła metafizyczną grozę życia odrobinę bardziej znośną. Czy Dick wiedział, że zażywając, owszem, znosi potworność własnego trwania na moment, pogłębiając ją na stałe? Odpowiedź może być twierdząca, choć ani w połowie tak ciekawa jak odpowiedź na inne pytanie: Czy Dick, ćpając, miał rację? Czy ćpanie nie przedłużyło mu życia, nie ocaliło przed pchnięciem w szaleństwo, bo że dało nam jego książki, nie ulega kwestii. A czemu Dick pisał? Na poziomie psychicznym pisanie ratowało mu kawał głowy, stając się, w gruncie rzeczy, ekwiwalentem narkotyku, dzięki pisaniu mógł też prowadzić luźny tryb życia, z którego nigdy nie zdołał zrezygnować. Sam przyznawał, że chodzi o model. O próbę zrozumienia świata na przykładzie. O tym właśnie jest Ubik – książka napisana z dymiącą głową.

Metoda, jeśli jesteśmy w stanie ją prześledzić, bierze się oczywiście z przerażenia życiem, poczucia totalnego bezsensu ludzkiego trwania i chaotyczności świata. Należy więc stworzyć konstrukt od naszego uniwersum odrobinę różny (obecność magii, a w tym wypadku telepatii), zbudowany na kilku bardzo wyraźnych punktach. Zwraca uwagę, że akcja powieści rozgrywa się na początku lat dziewięćdziesiątych zeszłego wieku, świat zaś różni się, jakby mignęło z półtora stulecia. Przecież całą obsługę półżywych, nowe tradycje z tym związane, jak i samo funkcjonowanie środowiska telepatów nie zrobiło się w kwadrans. Świat powieści jest raczej alternatywny względem naszego, udaje jedynie projekcję bliskiej przyszłości. Ale go mamy. To najważniejsze. Stoi sobie, piękny i wewnętrznie niesprzeczny. Co dalej? Ano dalej należy rozwalić go na miazgę, co dokonuje się wskutek wypadku na Księżycu. Wprowadzić chaos i czekać, co będzie.

Dick, ja i wielu innych ludzi zna chaos jako główną zasadę świata. Mity gnostyckie pozwalają sądzić, że nie zawsze tak było, rzeczywistość dawno temu odznaczała się uporządkowaniem, dzięki czemu była o wiele przyjemniejsza. Niestety nie znamy przyczyn rozprzężenia, nie umiemy prześledzić zmian, jakie nastąpiły, bo z obecnego punktu widzenia ład jest czymś niewyobrażalnym. Dysponujemy jedynie niejasnym przeczuciem ładu. Dick, uwalniając z puszki demony entropii, tak naprawdę próbuje zrozumieć świat, do czego zresztą otwarcie przyznawał się w jednym z wywiadów. W Ubiku był może nie najbliżej, znalazł się jednak w pobliżu bliskości – dlatego też tak zmasakrowała go ta książka. Aby pojąć, należy rozpoznać moment wejścia chaosu.

Bohaterowie Ubika gnają na ostrym gazie. Dick ułatwia sprawę, nazywając substancje psychoaktywne od sposobów działania. Amfa nic nie mówi osobie z alternatywnego wszechświata, ale zasad działania „środka podniecającego” lub „psychodelicznego preparatu na bazie sporyszu” może się ona z łatwością domyślić. Stan świadomości uległ zmianie o podwójnym charakterze. Ujawniły się cechy, których ja i inni ludzie nie posiadamy (telepatia), następnie percepcja ulega dodatkowej deformacji za sprawą dragów, używanych, jak przez Dicka, do pracy i zabawy. Taką zabawę w autobiografię można by rozszerzać o dalsze przykłady. Gra w Ubika toczy się o coś innego.

Poznanie prawdy w Ubiku i innych powieściach Dicka nie prowadzi do wyzwolenia, co jest analogiczne do narkotycznego wglądu w rzeczywistość: nie wiem, czy na trzeźwo postrzegam świat taki, jaki jest, wiem za to, że substancje odurzające, choć zdolne do ujawniania trafnych intuicji, prezentują obraz z gruntu fałszywy: wykręcają poszczególne elementy rzeczywistości, co nie oznacza, że nie mogą ukazać nowych powiązań między nimi. Narkotyczne poznanie w rzeczywistości i prawda Ubika nie ma nic wspólnego z tym, czego zwykliśmy od prawdy oczekiwać. Ta ma nas zwyczajowo ukoić i przynieść wyzwolenie, w ten sposób swoje nadzieje związane z poznaniem określają gnostycy, chrześcijanie, buddyści. A takiego! Prawda Ubika, prawda narkotyku, niszczy i nie przynosi żadnej, najbardziej nawet dziwacznej ulgi, zamiast wyzwolenia znajdujemy nowe kajdany na rękach. Taka jest właśnie cena, także za poszerzanie świadomości ziołem lub heroiną (w zależności od substancji zmienia się waga kajdan i długość łańcucha), jest to jednak ten rodzaj konkretu, za który Dick i jego bohaterowie są gotowi zapłacić każdą cenę – konkret to jedyny możliwy, gwóźdź wbity w magmę życia, namiastka dalekiego i milczącego Boga.

Niemożność porozumienia się z Bogiem, odkrycia nawet charakteru Boskiej osoby i wniknięcia w część Jego planów trapiła Dicka przez większość życia; odpowiedzi nie doczekał, podobnie jak ludzie rozbijający się po szalonym świecie, który znamy z Ubika. Narkotyki, zwłaszcza amfetamina, prowadzą do niemożności rozpoznania własnych uczuć, nie wspominając nawet o tym, że narkoman błądzi w próbach osądu uczuć innych, zwłaszcza najbliższych. Poszerzanie świadomości zamyka pewne drzwi, być może intensywność narkotycznego przeżycia jest tak wysoka, że prowadzi do zamknięcia się na doznania religijne lub przynajmniej zafałszowania ich znaczenia. Dick budzi skojarzenia dobre, bo polskie, z Gustawem–Konradem, domagającym się władzy w Wielkiej Improwizacji. Bóg odrzucił jednak próbę uzurpacji ze strony odurzonego – tak, to właściwe słowo – poezją więźnia i zwrócił swe oczy ku skromnemu księdzu Piotrowi. Niemożność poznania w Ubiku stanowi efekt tego właśnie doświadczenia, choć Dickowi istnienie takiego Piotra chyba nie przeszło przez myśl.

Życie i książka stworzyły pewien paradoks. Narkotyki poszerzyły świadomość i otworzyły drzwi do wyobraźni, doprowadzając zarazem do rozsypania się świata. Aby świat skleić, należało pisać rozsypane książki z oczywistą intencją znalezienia w nich recepty na rzeczywistość – sama metoda pracy sprawiła, że pisarz odklejał się coraz bardziej. Ubik zresztą stanowi dowód na ograniczoną skuteczność tej metody: w końcu Dick zdołał przybliżyć się do celu swych poszukiwań, nie na tyle jednak, by odczuwać wystarczającą satysfakcję. Im bardziej szukał Boga, tym mocniej Go tracił, im jako pisarz znajdował się bliżej prawdy, tym w swoim życiu coraz mocniej grzązł w szaleństwie i poczuciu chaosu. Przypomina to nieszczęsnego Syzyfa, toczącego słynny kamień, z tą tylko różnicą, że Syzyf jest coraz bardziej poharatany wieloletnim wysiłkiem, ale i kamień za każdym razem dociera bliżej szczytu. Daje w ten sposób nadzieję, że kiedyś się dotoczy.

Życie sprzęgnięte z książką w jedną wielką piramidę sprzeczności; i jeszcze życia od książki oddzielić nie sposób.

A jeśli Ubik jest książką po części niezrozumiałą, możemy spróbować zgadnąć, jak wyglądałaby ona i jej autor, gdyby zrealizował on swoje zamierzenie. Pierwsza możliwość daje nam klarowną, w pełni czytelną powieść i pisarza, który nieodwracalnie oszalał po jej napisaniu. Druga: to kompletnie pomylony kawałek prozy, nie poddający się jakiejkolwiek interpretacji, oraz Philip K. Dick wyleczony z chwilą zakończenia prac. Jakieś pocieszenie?

Kolejnym, choć nie najważniejszym demonem, z którym Dick mocował się przez całe życie, było niedocenienie, które wpędziło go w jeszcze większą paranoję. Jego codzienność wyznaczały różnego rodzaju urojone spiski, wymierzone przeciw społeczeństwu lub tylko przedstawicielowi społeczeństwa, Philipowi K. Dickowi. W ten sposób pisarz radził sobie z brakiem sukcesu, narażając się na śmieszność, choć w jednym trzeba przyznać mu rację – jego pozycja zawodowa w porównaniu z jakością przynajmniej niektórych książek budzi niezrozumienie. Prawdopodobnie przyczyną niepowodzenia była próba poszukiwania. Literatura science fiction traktowana serio w dużej mierze polega na analizowaniu modelu alternatywnego świata. Jest to rodzaj odkrywania przez czytelnika zawiłych i fantazyjnych mechanizmów. Dick uważał, że świat jest potrzaskany, to potrzaskanie udzieliło się jego światom alternatywnym, a jego samego skazało na wielkie niezrozumienie za życia. Ubik mógł w części zmienić ten stan rzeczy, bynajmniej nie zawiódł Dicka na parnas, za to zapewnił honorowe członkostwo francuskiego Collège de ’Pataphysique i zapewne skromną sumę, którą artysta gorliwie roztrwonił.

Łukasz Orbitowski

Tony’emu Boucherowi

Ich sih die liehte heide

in gruner varwe stan,

dar süln wir alle gahen,

die sumerzit enphahen

Widzę skąpany w słońcu las

okryty zielonym listowiem;

chodźmy tam wszyscy, już czas

pójść na spotkanie lata


Przyjaciele, nadszedł czas wyprzedaży i właśnie o tyle obniżamy cenę wszystkich naszych bezszmerowych elektrycznych aparatów Ubik. Tak jest, cennik przestał się liczyć. I pamiętajcie: każdy z aparatów Ubik znajdujących się u nas na składzie był używany zgodnie z instrukcją.

Rozdział pierwszy

Piątego czerwca 1992 roku o trzeciej trzydzieści nad ranem czołowy telepata w obrębie Układu Słonecznego zniknął z mapy w nowojorskim biurze Korporacji Runcitera. W związku z tym rozdzwoniły się wideofony. Firma Runcitera w ciągu ostatnich dwu miesięcy straciła ślad zbyt wielu ludzi Hollisa, by mogła się pogodzić z ponownym zniknięciem jednego z nich.

– Pan Runciter? Przykro mi, że pana niepokoję. – Technik odpowiedzialny za pracę nocnej zmiany w sali map odkaszlnął nerwowo, gdy masywna, nieregularnie ukształtowana głowa Glena Runcitera stopniowo wypełniła ekran wideofonu. – Otrzymaliśmy wiadomość od jednego z naszych inercjałów. Zaraz ją znajdę. – Pogrzebał w nie uporządkowanym stosie taśm z magnetofonu, który nagrywał wpływające informacje. – Zgłosiła to nasza panna Dorn. Jak pan sobie być może przypomina, udała się w ślad za nim do Green River w Utah, gdzie…

– Za kim? – mruknął zaspanym głosem Runciter. – Nie mogę przecież cały czas pamiętać, który z inercjałów zajmuje się którym telepatą czy jasnowidzem. – Przygładził dłonią rozwichrzoną masę siwych szczeciniastych włosów. – Mniejsza o resztę, proszę mi powiedzieć, kto z ludzi Hollisa zaginął tym razem.

– S. Dole Melipone – powiedział technik.

– Co? Melipone zniknął? Pan chyba żartuje.

– Mówię poważnie – zapewnił go technik. – Edie Dorn wraz z dwoma innymi inercjałami podążała za nim aż do motelu zwanego Więzy Różnorodnych Doświadczeń Erotycznych. Jest to podziemna konstrukcja złożona z sześćdziesięciu apartamentów, przeznaczona dla biznesmenów, którzy przyjeżdżają tam ze swymi dziwkami i nie życzą sobie żadnych rozrywek. Edie i jej koledzy nie sądzili, aby był on aktywny, ale dla pewności posłaliśmy tam jednego z naszych własnych telepatów, pana G.G. Ashwooda, by dokonał pomiaru. Ashwood wykrył pasmo zakłóceń wokół umysłu Melipone’a, nie mogąc jednak w tej sytuacji nic zdziałać, wrócił do Topeki w Kansas, gdzie obecnie usiłuje pozyskać dla nas nowego pracownika.

Runciter, nieco bardziej już rozbudzony, zapalił papierosa. Siedział ponuro, z brodą wspartą na dłoni, a pasma dymu przesuwały się przez pole widzenia wizjera umieszczonego po jego stronie dwukanałowego obwodu.

 

– Czy jest pan pewien, że tym telepatą był Melipone? O ile się orientuję, nikt nie wie, jak on wygląda. Chyba co miesiąc zmienia szablon fizjonomiczny. Jakie było jego pole?

– Skierowaliśmy tam Joego Chipa, prosząc, by przeprowadził pomiary wielkości pola wytwarzanego w obrębie motelu Więzy Różnorodnych Doświadczeń Erotycznych. Chip mówi, że w najwyższym punkcie odnotował 68,2 blr jednostek aury telepatycznej. Spośród wszystkich znanych telepatów tylko Melipone jest w stanie wytworzyć coś takiego. W tym więc miejscu – kończył technik – zatknęliśmy oznaczającą go chorągiewkę. A teraz on… ona znikła.

– Szukał pan na podłodze? Albo za mapą?

– Znikła w sensie elektronicznym. Człowiek, którego ona oznacza, nie przebywa już na Ziemi, a także, o ile jesteśmy w stanie się zorientować, w obrębie światów skolonizowanych.

– Zapytam o radę w tej sprawie moją zmarłą żonę – powiedział Runciter.

– Jest środek nocy. O tej porze moratoria są zamknięte.

– Ale nie w Szwajcarii – rzekł Runciter z grymasem zamiast uśmiechu, jakby gardło wypełniała mu niesmaczna nocna ślina. – Dobranoc – powiedział i przerwał połączenie.

Herbert Schoenheit von Vogelsang, jako właściciel Moratorium Ukochanych Współbraci, oczywiście zawsze przychodził do pracy wcześniej niż jego pracownicy. O tej porze ruch w chłodnym, odbijającym odgłosy wnętrzu budynku dopiero się zaczynał. W recepcji oczekiwał z kwitem w ręku zatroskany, wyglądający na księdza mężczyzna w bardzo ciemnych okularach. Miał na sobie kurtkę z kociego futra i żółte, ostro zakończone buty. Najwyraźniej zjawił się, by korzystając z wolnego od pracy dnia, odwiedzić jakiegoś krewnego. Zbliżało się Święto Zmartwychwstania, dzień poświęcony oficjalnie osobom na wpół żywym. Należało oczekiwać, że już niedługo zacznie się ruch.

– Słucham pana – powiedział Herbert z uprzejmym uśmiechem. – Osobiście przyjmę pański kwit.

– To taka starsza kobieta – tłumaczył klient. – Bardzo drobna i zasuszona. Moja babka.

– Jedną chwileczkę. – Herbert skierował się znów w stronę skrzyń-chłodni, by wyszukać numer 3 054 039-B.

Odnalazłszy właściwą osobę, sprawdził dane w umieszczonej przy niej karcie kontrolnej. Wynikało z nich, że zostaje jeszcze tylko piętnaście dni w stanie półżycia. To niezbyt wiele, pomyślał. Odruchowo wcisnął przenośny wzmacniacz protofazonów do przezroczystej obudowy trumny, wykonanej z tworzywa sztucznego, nastawił go na właściwą częstotliwość i zaczął słuchać, chcąc stwierdzić, czy umysł funkcjonuje.

Z głośnika doszedł słaby głos:

– …i wtedy właśnie Tillie skręciła nogę w kostce. Myśleliśmy, że nigdy się z tego nie wyleczy, tak głupio się zachowywała i chciała od razu zacząć chodzić…

Zadowolony, wyłączył wzmacniacz i skontaktował się z jednym z członków brygady, polecając mu przewieźć numer 3 054 039-B do rozmównicy, gdzie klient będzie mógł porozumieć się ze starą damą.

– Dokonał pan już jej odbioru, prawda? – spytał klient, wpłacając należną sumę.

– Osobiście – odpowiedział Herbert. – Wszystko funkcjonuje znakomicie. – Nastawił szereg przełączników, po czym się cofnął. – Życzę panu szczęśliwego Święta Zmartwychwstania, sir.

– Dziękuję. – Klient usiadł zwrócony twarzą do trumny. Z otaczającej ją okładziny chłodzącej unosiła się para. Przycisnął do ucha słuchawkę i zaczął głośno mówić do mikrofonu: – Flora, kochana, czy mnie słyszysz? Zdaje mi się, że już dociera do mnie twój głos. Flora?

Kiedy umrę, pomyślał Herbert Schoenheit von Vogelsang, zażądam chyba w testamencie od swych potomków, by ożywiali mnie na jeden dzień co sto lat. Będę mógł dzięki temu śledzić losy ludzkości.

Byłoby to jednak dosyć kosztowne dla potomków. On zaś wiedział dobrze, co by to oznaczało. Prędzej czy później zbuntowaliby się, kazaliby wyjąć jego ciało z chłodni i, nie daj Boże, pogrzebać.

– Grzebanie ciał jest zwyczajem barbarzyńskim – mruknął do siebie. – Reliktem z okresu początków naszej kultury.

– Oczywiście, proszę pana – potwierdziła sekretarka siedząca przy maszynie do pisania.

W rozmównicy liczni już klienci porozumiewali się ze swymi półżywymi krewnymi. Siedzieli spokojnie, pogrążeni w zadumie. Każdemu z nich dostarczano kolejno właściwą trumnę. Ci wierni ludzie, przybywający tak regularnie, by oddać cześć swym zmarłym, stanowili krzepiący widok. Podtrzymywali oni na duchu półżywych w momentach ich aktywności umysłowej, przekazywali im wieści o tym, co dzieje się w otaczającym ich świecie. I płacili Herbertowi Schoenheitowi von Vogelsang. Moratorium było przedsiębiorstwem intratnym.

– Mój ojciec wydaje mi się nieco słaby – oznajmił młody człowiek, gdy udało mu się zwrócić na siebie uwagę Herberta. – Byłbym ogromnie wdzięczny, gdyby mógł pan poświęcić trochę czasu i zbadać go.

– Oczywiście – odparł Herbert. Wraz z klientem przeszedł przez rozmównicę, kierując się w stronę jego świętej pamięci krewnego. Z karty kontrolnej wynikało, że zostało mu już tylko kilka dni. To tłumaczyło mniej sprawną pracę mózgu. Mimo to… podkręcił regulację wzmacniacza protofazonów i głos półżywego w słuchawce stał się nieco mocniejszy. Jest już niemal u kresu sił, pomyślał Herbert. Wydawało mu się zrozumiałe, że syn nie ma ochoty oglądać karty kontrolnej, że w gruncie rzeczy nie chce sobie uświadomić, iż kontakt z ojcem definitywnie się kończy. Herbert nie powiedział więc nic. Po prostu odszedł, zostawiając syna w duchowym kontakcie z ojcem. Po co mu mówić, że jest to już zapewne jego ostatnia wizyta w tym miejscu? I tak sam zdąży się o tym dowiedzieć.

Przy rampie załadowczej, ulokowanej za budynkiem moratorium, zjawiła się ciężarówka. Wyskoczyli z niej dwaj mężczyźni, ubrani w znajome bladoniebieskie uniformy.

Z firmy transportowej Atlas Interplan Van and Storage, pomyślał Herbert. Przywożą jeszcze jednego półżywego, który właśnie zszedł z tego świata, albo mają zabrać stąd kogoś, czyj termin już wygasł.

Leniwie skierował się w ich stronę, by sprawdzić, o co chodzi, ale w tym momencie jego sekretarka zawołała:

– Herr Schoenheit von Vogelsang, proszę mi wybaczyć, że przerywam panu chwilę skupienia, ale jeden z klientów prosi, by pomógł mu pan obudzić jego krewnego. – Jej głos nabrał specjalnego tonu, gdy dodała: – Ten klient to pan Glen Runciter; przyjechał tu aż z Federacji Północnoamerykańskiej.

Wysoki, starszy mężczyzna o dużych dłoniach podszedł do niego szybkim, sprężystym krokiem. Miał na sobie różnobarwne, nie mnące się ubranie z tworzywa sztucznego, kamizelkę z dzianiny i kolorowy tkany krawat. Wysunąwszy nieco ku przodowi potężną głowę, rozglądał się wokół siebie; jego oczy były lekko wypukłe, okrągłe, żywe i niezwykle czujne. Na twarzy Runcitera malował się wyraz zawodowej serdeczności i uwagi, która przez chwilę skupiona była na Herbercie i niemal natychmiast przesunęła się gdzie indziej, jak gdyby Runciter skoncentrował się już na sprawach, które mogą wydarzyć się w przyszłości.

– Jak się miewa Ella? – zagrzmiał Runciter, którego głos wydawał się wzmocniony za pomocą urządzeń elektronicznych. – Czy można by ją trochę rozruszać i porozmawiać z nią? Ma dopiero dwadzieścia lat, powinna być w lepszej formie niż pan czy ja.

Zachichotał, ale jego chichot miał charakter abstrakcyjny. Zawsze chichotał, zawsze się uśmiechał, zawsze miał grzmiący głos, ale w gruncie rzeczy nikogo nie zauważał i nikt nic go nie obchodził – to tylko jego ciało uśmiechało się, kłaniało czy podawało rękę. Nic nie docierało do jego umysłu, który pozostawał oddalony. Był uprzejmy, lecz pełen rezerwy. Pociągając za sobą Herberta, wielkimi krokami ruszył ku chłodniom, w których przebywali półżywi, a wśród nich jego żona.

– Nie było pana u nas przez jakiś czas, panie Runciter – stwierdził Herbert. Nie mógł sobie przypomnieć danych na karcie kontrolnej pani Runciter, z których wynikało, ile półżycia miała jeszcze przed sobą.

Runciter, trzymając na ramieniu Herberta swą szeroką, płaską dłoń i skłaniając go w ten sposób do szybszego marszu, powiedział:

– To ważny moment, Herr Vogelsang. My, to znaczy ja i moi wspólnicy, mamy do czynienia z dziedziną, która wykracza poza wszelkie granice racjonalnego pojmowania. Nie wolno mi w tym momencie ujawniać faktów, ale uważamy obecną sytuację za groźną, choć nie beznadziejną. W żadnym wypadku nie należy jednak wpadać w rozpacz. Gdzie jest Ella? – Przystanął i energicznie rozejrzał się wokół.