Kopia ojcaTekst

Z serii: s-f
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Ostatni z panów

Świadomość z wolna gęstniała wokół niego. Wracał niechętnie; przytłaczał go ciężar wieków. Zmęczenie nie do wytrzymania. Krzyczałby, gdyby miał czym. Zaczynał jednak odczuwać zadowolenie.

Osiem tysięcy razy tak przypełzał z powrotem do rzeczywistości i za każdym razem było trudniej. Któregoś dnia nie da rady i czarna studnia pozostanie. Ale nie dzisiaj. Wciąż żyje; przez ból i niechęć przebił się radosny triumf.

– Dzień dobry! – usłyszał czyjś pogodny głos. – Ładnie dzisiaj, prawda? Rozsunę zasłony, będzie pan mógł wyjrzeć.

Słyszał i widział, nie mógł się jednak ruszyć. Leżał bez słowa, pozwalając się omywać rozmaitym bodźcom w otoczeniu. Dywan, tapeta, stoły, lampy, obrazy. Biurko i monitor. Błękitne niebo. Dalekie wzgórza. Pola, budynki, drogi, fabryki. Robotnicy, maszyny.

– Masa dziś rzeczy do zrobienia. – Młody Peter Green pracowicie uwijał się po pokoju, cały w uśmiechach. – Kolejka interesantów. Rachunki do podpisu. Decyzje do podjęcia. Mamy sobotę, ludzie będą przyjeżdżać z najdalszych sektorów. Mam nadzieję, że technicy się postarali. Oczywiście, że tak – dodał szybko. – Po drodze rozmawiałem z Fowlerem. Wszystko elegancko zrobione.

Przyjemny tenor młodzieńca splatał się z jaskrawym blaskiem słońca. Dźwięki i widoki, lecz nic poza tym. Nic nie czuł. Spróbował unieść rękę – ani drgnęła.

– Proszę się nie martwić – pospieszył z pociechą Green, widząc strach w jego oczach. – Niebawem wszystko wróci do normy, trzeba tylko odpocząć. Będzie pan w porządku. Musi pan. Jak byśmy bez pana przeżyli?

Rozluźnił się. Bóg świadkiem, że tak już często bywało. Tępo zapulsował w nim gniew. Dlaczego nie mogli tego skoordynować? Ściągnąć wszystkiego naraz, a nie po kawałku? Będzie musiał zmienić im schemat działania. Wymusić lepszą organizację.

Za oknem ostro zahamował przysadzisty metalowy furgon. Wysypali się z niego umundurowani mężczyźni objuczeni ciężkim sprzętem oraz narzędziami i pobiegli do głównego wejścia budynku.

– O, są wreszcie! – wykrzyknął z ulgą Green. – Trochę zamarudziliście, co? – powitał wchodzącego do sali Fowlera.

– Korki, jak zwykle – odburknął nowo przybyły. – Znowu coś nie tak z systemem sygnalizacji. Nurt wyjazdowy zmieszał się z miejskim szczytem. Ulice kompletnie zablokowane. Przydałoby się, żebyś zmienił przepisy.

Pomieszczenie zatętniło ruchem. Wyrosły przy nim sylwetki Fowlera i McLeana; dwa wielkie, szybko wschodzące księżyce. Niespokojne twarze kompetentnych zawodowców. Przewrócili go na bok. Stłumiona wymiana zdań, niespokojne szepty. Szczęk narzędzi.

– Tutaj – mruknął Fowler. – Teraz tam. Nie, to później. Uważaj! Przeprowadź to tędy.

Pracowali dalej już w nabrzmiałej napięciem ciszy. Był świadomy ich bliskości. Raz po raz ciemne kształty przesłaniały mu światło. Obracali go na wszystkie strony, bezceremonialnie, jak worek kartofli.

– Dobra, w porządku – orzekł w końcu Fowler. – Teraz zaizolować.

Długa cisza. Patrzył beznamiętnie na ścianę wyłożoną nieco już spłowiałą niebiesko-różową tapetą. Staromodny deseń: kobieta w rozkloszowanej spódnicy i z parasolką na smukłym ramieniu; fikuśna biała bluzka, szpilki i zdumiewająco czyste szczenię na smyczy.

Potem odwrócili go na plecy, twarzą do sufitu. Pięciu ich musiało się mocno natężać; palce im się ślizgały, mięśnie drgały pod koszulami. Trochę to trwało, zanim się wreszcie wyprostowali i cofnęli. Wszyscy spięci, oczy przekrwione; Fowler otarł pot z czoła.

– Dalej! – wychrypiał. – Włączaj.

Wstrząs. Szok. Jego ciało wygięło się w łuk i powoli opadło.

Jego ciało. Czuł je. Spróbował poruszyć rękoma. Dotknął twarzy, ramion, ściany. Twarda, jakże realna. Cały świat w okamgnieniu stał się znowu trójwymiarowy.

– No, dzięki Bogu. – Oczy Fowlera rozbłysły ulgą. Ramiona mu zwiotczały. – Jak się czujesz?

Nie od razu odpowiedział, że w porządku.

Green wycofał się do kąta i zajął wycieraniem kurzu. Fowler odesłał resztę ekipy. Przysiadł na brzegu łóżka i zapalił fajkę.

– To teraz posłuchaj – powiedział. – Mam złe wieści. Powiem tak, jak zawsze wolałeś. Prosto z mostu.

– O co chodzi? – spytał, przyglądając się swym palcom. Znał już odpowiedź.

Fowler nie wyglądał zdrowo: mocno podkrążone oczy, nieogolone policzki, ziemista cera.

– W nocy oka nikt nie zmrużył. Pracowaliśmy nad twoim układem motorycznym. Poskładaliśmy jakoś, ale to prowizorka, długo się nie utrzyma. Góra kilka miesięcy. Problem narasta. Podstawowych obwodów nie da się wymienić. Kiedy się zużyją, to szlus. Przekaźniki i okablowanie możemy naprawiać, ale twoich pięciu synapsolenoidów już nie. Tylko garstka facetów potrafiła je produkować, ale oni od dwóch stuleci nie żyją. Gdy się te cewki przepalą…

– Zaobserwowaliście na nich ślady zużycia?

– Jeszcze nie. Na razie to dotyczy tylko układu ruchu, szczególnie ramion, ale reszta też marnieje. Przed końcem roku czeka cię paraliż. Będziesz nadal słyszał, widział i myślał. Nadawał też. Ale nic więcej. – Po chwili dodał: – Przykro mi, Bors. Robimy co w naszej mocy.

– W porządku. Jesteście usprawiedliwieni. I dzięki, że powiedziałeś to wprost. Sam się już… domyślałem.

– Gotowy zejść na dół? Kupa ludzi czeka z problemami. Nie odejdą, póki się nie pokażesz.

– Chodźmy zatem. – Bors z wysiłkiem skupił myśli na detalach codzienności. – Chcę, żeby przyspieszono program badań nad metalami ciężkimi. Jak zwykle mają opóźnienia. Może przyjdzie mi przerzucić na generatory trochę ludzi z innych działów. Lustro wody się wkrótce obniży. Trzeba zacząć przesyłanie mocy, póki jest co przesyłać. Wystarczy, że się na chwilę odwrócę, a już wszystko się sypie.

Fowler dał znak Greenowi. Wspólnymi siłami dźwignęli Borsa i wynieśli z pokoju na korytarz, do wyjścia i na zewnątrz. Wsadzili na półciężarówkę, nowy model z platformą. Błyszczący srebrzyście pojazd mocno kontrastował z jego poplamionym, poobijanym, nadżartym rdzą korpusem. Tyle ze mnie zostało: matowa od śniedzi, lekko już chrzęszcząca w środku maszyna z archaicznej stalowej blachy i plastiku – przemknęło mu przez elektroniczny mózg, kiedy dwaj mężczyźni wskoczyli do szoferki i wóz z piskiem opon ruszył w stronę głównej arterii miasta.

Edward Tolby podrzucił plecak wyżej na łopatki, pochylił do przodu i mocniej zacisnął pas z kaburą. Mokry od potu i brudny zaklął siarczyście.

– No co ty, tato?! – zaprotestowała Silvia.

Tolby splunął z furią na trawiaste pobocze i objął córkę ramieniem.

– Przepraszam, Silv. To tak ogólnie. Cholerny upał.

Słońce jeszcze się wznosiło i coraz silniejszym żarem oblewało piaszczystą drogę. Każdy krok wzbijał kłęby drobnego pyłu, gdy tak brnęli we trójkę przed siebie, diabelnie już zmęczeni. Mięsista, posępna twarz Tolby’ego nabrała buraczanego odcienia; z kącika ust zwisał nie zapalony papieros.

Dziewczyna miała na sobie dżinsy i płócienną koszulę, lepiącą się jej do ramion i piersi; na łopatkach ciemniały bliźniacze półksiężyce wilgoci. Pod obcisłymi nogawkami widać było każde drgnięcie jej mięśni.

Robert Penn trzymał się parę kroków w tyle. Szedł w milczeniu, z rękami w kieszeniach i wzrokiem wbitym w teren przed nimi. Nie myślał o niczym, senny od podwójnej dawki barbituranu łykniętej w ostatnim obozie Ligi. Spiekota też nie pomagała w koncentracji. Po obu stronach drogi rozpościerały się szerokie pola i zachwaszczone łąki, z rzadka tylko urozmaicone kilkoma drzewami. Zapadnięte ruiny gospodarstwa. Rdzewiejące pozostałości dwustuletniego schronu. Raz nawet kilka skołtunionych owiec.

– Owce niszczą pastwiska – odezwał się. – Skubią prawie do ziemi i trawa nie odrasta.

– Farmer się znalazł – mruknął Tolby do córki.

– Tato, nie bądź wredny – ofuknęła go Silvia.

– To przez ten upał. Pieprzone piekło. – Tolby znów zaklął, głośno i bezsilnie. – I warto się tak męczyć? Za dziesięć różowych mogę wrócić i powiedzieć im, że to wszystko jedno wielkie gówno.

– Bo może i jest – rzucił Penn.

– No to wracaj. Wracaj i wyjaśnij, że szukamy kupy gówna. Przypną ci medal. Może nawet dadzą podwyżkę.

Penn się roześmiał.

– Zamknijcie się obaj. – Silvia wskazała przed siebie. – Tam jest jakaś osada.

– Gdzie? – Tolby wyprostował się raptownie i osłonił oczy. – Na Boga, ona ma rację! Jest wieś, i to nie fatamorgana. Też ją widzisz, nie? – Zatarł z zadowoleniem ręce. Od razu wrócił mu humor. – Co powiesz, Penn, na parę piwek? Zagralibyśmy z miejscowymi w rzutki, może przenocowali… – Oblizał łakomie wargi. – Niektóre z tych wiejskich dziewuch, co to przesiadują w knajpach…

– Wiem, jakie masz na myśli – wszedł mu w słowo Robert. – Ten typ, co ma dosyć nic nierobienia. Marzy o wielkich centrach handlowych i pragnie poznać faceta, który by im kupował mechano i zabierał w fajne miejsca.

Z pola obserwował ich rolnik. Zatrzymał konia, kapelusz zsunął na tył głowy i stał oparty o prymitywny pług.

– Jak się nazywa to miasteczko? – spytał go Tolby.

Rolnik milczał chwilę. Był stary, chudy i ogorzały.

– Miasteczko? – powtórzył.

– Tak, to przed nami.

– Ładne, nie? – Nieznajomy przyglądał się im z zaciekawieniem. – Byliście już kiedyś w tych stronach?

– Nie, proszę pana – odrzekł uprzejmie Tolby. – Nie mieliśmy dotąd okazji.

– Zaprzęg wam diabli wzięli?

– Skądże, idziemy piechotą.

– Z daleka?

– Będzie ze sto pięćdziesiąt mil.

 

Farmer omiótł ich wzrokiem. Wielkie plecaki. Buty trekingowe na sprzączki. Zakurzone dżinsy i koszule. Znużone, naznaczone strużkami brudu twarze. Tyczki z żelazytu w dłoniach.

– Kawał drogi – zauważył. – A dokąd Bóg prowadzi?

– Przed siebie. Dokąd zechcemy. Jest gdzieś tam miejsce, gdzie moglibyśmy się zatrzymać? Jakiś hotel czy zajazd?

– Miasteczko nazywa się Fairfax – wyjaśnił stary. – Ma tartak, jeden z najlepszych na świecie. Parę garncarni, szwalnia mechaniczna. Robi prawdziwe mechaubrania. Rusznikarnia też jest. Odlewają tam najlepszy śrut po tej stronie Gór Skalistych. Niezła piekarnia, mamy też jednego prawnika i starego doktora. Paru ludzi z książkami uczy dzieciaki czytać. Założyli szkołę w starej stodole.

– Duże jest? – spytał Penn.

– O, duże. Kupa ludzi, rodzą się, umierają. Starzy i młodzi. Zeszłego roku mieliśmy jakąś zarazę, zmarło ze sto dzieciaków. Doktór powiada, że to od wody. Tośmy studnię zasypali, ale szkraby dalej marły. Doktór, że to od mleka. Ludziska rozegnali połowę bydła. Mojego nie. Zagrodziłem im drogę ze strzelbą i rozwaliłem łeb pierwszemu, który się zbliżył do jednej z krów. No i co? Dzieci przestały umierać, jak przyszła jesień. Myślę sobie, że to było od gorąca.

– Temperatury tu macie rzeczywiście nieziemskie – zgodził się Tolby.

– Ano, bywa i gorzej. Wody jak na lekarstwo. – W oczach rolnika mignął chytry błysk. – Może się napijecie? Młoda dama wygląda na bardzo zmęczoną. Mam kilka flaszek pod domem. Zagrzebane w mule, chłodne będą – kusił. – Szklanka za różowego.

– Nie, dziękujemy. – Tolby się roześmiał.

– Dwie szklanki.

– Nie jesteśmy zainteresowani – uciął Penn i postukał dłonią po przytroczonej do paska manierce. – Na nas już pora.

Trójka wędrowców ruszyła dalej. Rolnik patrzył chwilę za nimi, burknął coś pod nosem o cholernych przybłędach i wrócił do przerwanej orki.

Miasteczko smażyło się w ciszy. Tylko muchy brzęczały monotonnie i obsiadały grzbiety osowiałych, uwiązanych do słupków koni. Kilka zaparkowanych samochodów. Przechodnie snujący się apatycznie główną ulicą. Chudzi starcy drzemiący na werandach. W cieniu domów zaspane psy i kury. Same budynki były małe, drewniane, pokryte łuszczącą się farbą, kanciaste, wykrzywione ze starości, spękane od słońca. Kurz pokrywał wszystko: przedmioty, zwierzęta. Ludzi.

Z otwartych drzwi wyszli do nich dwaj wysocy, szczupli mężczyźni.

– Kim jesteście? Czego tu szukacie?

Wędrowcy przystanęli i wyciągnęli dowody tożsamości. Tubylcy dokładnie obejrzeli zatopione w plastiku karty identyfikacyjne ze zdjęciami, odciskami palców i danymi personalnymi, po czym oddali je właścicielom.

– LA, co? – zagadnął jeden. – Naprawdę jesteście z Ligi Anarchistów?

– Zgadza się – odpowiedział Tolby.

– Dziewczyna też? – Obydwaj taksowali Silvię z ospałą pożądliwością. – Wiecie co? Dajcie nam ją na trochę, a zwolnimy was z pogłównego.

– Nie pieprz – odmruknął Tolby. – Od kiedy to Liga podlega pogłównemu albo jakimkolwiek innym podatkom? – Przecisnął się niecierpliwie między nimi. – Jest tu jakaś knajpa? Umieram z pragnienia.

Lokal mieścił się w białym piętrowym budynku po lewej. Z ganku przyglądała się im sennie grupka mężczyzn. Spłowiały szyld zapraszał na „Piwo i wino z beczki”.

– Tego nam było trzeba! – wykrzyknął i pociągnął Silvię za rękę.

Tolby poszedł za nimi.

W środku było chłodno i mroczno. Z ulgą zrzucili plecaki. Kilkoro bywalców siedziało przy barze, inni okupowali stoliki. W rogu paru chłopaków grało w rzutki. Rzężący mechaniczny syntezator uprzyjemniał konsumentom czas zgrzebną muzyką własnej kompozycji. Równie prymitywny projektor wyświetlał na ścianie za barem zmieniające się szybko fantasmagoryjne widoki: białe nadmorskie plaże, zamglone skalne szczyty, zaśnieżone doliny, falujące pola i samotny w tym towarzystwie akt kobiecy, pokazywany w szybko rosnącym powiększeniu, póki nie przeobraził się w jedną wielką brodawkę sutkową. Nikt nie zwracał na nie uwagi.

Sam bar stanowiła wisząca w powietrzu niewiarygodnie stara płyta z grubego pleksiglasu; w jednym rogu powłoka z antygrawu musiała być zdarta, gdyż ktoś podparł tam blat cegłami. Zgodnie z reklamą barman miał do zaoferowania jedynie wino i piwo. Z miksera do koktajli została tylko przerdzewiała skorupa. Nikt spośród żyjących nie potrafiłby zresztą zmieszać choćby najprostszego drinka.

Penn i Silvia opadli na krzesła przy najbliższym wolnym stoliku. Tolby podszedł do baru.

– Trzy piwa proszę – zamówił.

Barman postawił przed nim kufle ciemnego napoju zwieńczone gęstą pianką. Tolby okazał legitymację i zabrał je do stolika.

Chłopcy porzucili grę i z daleka przypatrywali się nieznajomym. Po chwili jeden zdobył się na odwagę i zbliżył niepewnie.

– Co, jesteście z Ligi? – zagadnął.

– Trafne spostrzeżenie.

Teraz już cała sala skupiła na nich uwagę. Młokos przysiadł nieopodal; ośmieleni jego przykładem koledzy skwapliwie podeszli bliżej i też usiedli, gdzie kto mógł. Tak zwani młodociani – trawieni nudą, niezadowoleni, porywczy. Mieli nie więcej niż osiemnaście lat, opaleni, tyczkowaci. Chłonęli wzrokiem ich żelazytowe kije, pistolety, ciężkie, okute metalem buty. Poszeptali coś między sobą.

– Jak się można do was dostać? – spytał obcesowo któryś.

– Niby do Ligi? – Tolby oparł się wygodnie, poszukał zapałek i zapalił papierosa. Popuścił pasa, beknął głośno i otarł usta. – Trzeba zdać egzamin.

– A co trzeba wiedzieć?

– W zasadzie wszystko.

Tolby’emu znów się odbiło. Podrapał się w zamyśleniu po piersi, wsunąwszy palce pomiędzy guziki koszuli. Czuł na sobie wzrok obecnych. Drobny brodaty człowieczek w rogowych okularach. Grubas w czerwonej koszuli i spodniach w niebieskie prążki. Wyrostki. Farmerzy. Murzyn w przybrudzonym, niegdyś białym ubraniu, z książką w ręku. Blondynka o ostro zarysowanym podbródku; włosy w siatce, czerwone paznokcie, obcisła żółta sukienka, szpilki na stopach. Obok niej szpakowaty biznesmen w ciemnobrązowym garniturze. Młoda para trzymająca się za ręce: on wysoki blondyn, ona kruczowłosa, wielkooka, w białej bluzce i spódnicy, pantofle zsunęła pod stołem. Siedziała pochylona do przodu, też bardzo zainteresowana przybyszami.

– Musicie wiedzieć – kontynuował Tolby – jak doszło do powstania Ligi. Jak owego pamiętnego dnia obaliliśmy rządy i zniszczyliśmy wszystko: gmachy, archiwa. Miliardy papierów i mikrofilmów. Paliło się to całymi tygodniami. A jakie roje tych białych robaczków wybiegały, kiedyśmy burzyli biurowce!

– Pozabijaliście je?

– Puściliśmy wolno. Nieszkodliwe. Uciekały i kryły się, gdzie popadło. Wpełzały pod kamienie. – Tolby się zaśmiał. – Śmieszne, rozbiegane robaki. Potem wkroczyliśmy, by zebrać wszystkie zapisy i maszyny archiwizujące. Na Boga, wszystko poszło wtedy z dymem.

– No i roboty – podpowiedział jeden z młokosów.

– Tak, rozwaliliśmy wszystkie rządowe roboty. Co prawda nie było ich wiele. Używano ich tylko na najwyższym szczeblu, gdzie konieczna była koordynacja ogromnej liczby danych.

– Widziałeś je? – Chłopakowi oczy wyszły na wierzch. – Byłeś przy tej demolce?

– Tolby ma na myśli Ligę! – Penn parsknął śmiechem. – To się działo dwieście lat temu.

– Jasne. – Młodzian uśmiechnął się z zakłopotaniem. – Opowiedz o marszach.

Tolby wychylił kufel i odstawił na stół.

– Piwo mi się skończyło – oznajmił.

Ktoś szybko podsunął mu następne. Podziękował mrukliwie i mówił dalej. Głos miał niski i kosmaty ze zmęczenia.

– Marsze… To było niesamowite, powiadają. Na całym świecie ludzie powstawali, rzucali wszystko…

– Zaczęło się w Niemczech Wschodnich – wtrąciła blondynka. – Od zamieszek ulicznych.

– A potem przeszło na Polskę – dorzucił nieśmiało Murzyn. – Dziadek mi mówił, jak wszyscy słuchali radia i oglądali to w telewizji. Wiedział od swojego dziadka. Dalej się rozszerzyło na Czechosłowację, Austrię, potem Rumunię i Bułgarię. W końcu dotarło do Francji i Włoch.

– Nie, to Francja była pierwsza! – krzyknął zaczepnie człowieczek w okularach. – Cały miesiąc nie było tam rządu. Ludzie się przekonali, że bez niego da się żyć.

– Nie, początek dały marsze – sprzeciwiła się brunetka. – To wtedy zaczęło się burzenie instytucji rządowych. Niemcy Wschodnie i Polska. Gigantyczne tłumy nie zrzeszonych robotników.

– W każdym razie ostatnie były Stany Zjednoczone i Rosja – podjął Tolby. – Jak startował marsz na Waszyngton, naszych było prawie dwadzieścia milionów. Taką byliśmy wtedy siłą! Gdy raz się ruszyliśmy, nic nas nie mogło zatrzymać.

– Strzelanina była ponoć, że strach – powiedziała blondynka.

– Pewnie. Ale ludzie parli naprzód. Krzyczeli do żołnierzy: Hej, Bill, nie strzelaj! Hej, Jack, to ja, Joe! Jesteśmy przyjaciółmi! Nie zabijajcie nas, chodźcie z nami! I uwierzcie, wkrótce tak też zrobili. Nie mogli dłużej strzelać do swoich, cisnęli broń i usunęli się nam z drogi.

– Potem znaleźliście to miejsce – wykrztusiła brunetka.

– Ano, znaleźliśmy. Sześć takich miejsc. Trzy w Ameryce, jedno w Anglii, dwa w Rosji. Odszukanie ostatniego zajęło dziesięć lat, a potem trzeba się było upewnić, że to naprawdę ostatnie.

– Co było później? – dopytywał się ten z wytrzeszczonymi oczyma.

– Później je wszystkie rozpieprzyliśmy. – Tolby podniósł się z krzesła, czerwony z podniecenia, i grzmotnął kuflem o stół. – Co do sztuki. Każdą cholerną bombę atomową na całym świecie.

Zapadła cisza.

– Taak… – wydukał chłopak. – Daliście wojskowym łupnia.

– Nigdy już ich nie będzie – dodał grubas. – Skończyliśmy z tym na zawsze.

– Nie byłbym taki pewny. – Tolby przesunął palcami po żelazytowym kiju. – Zawsze jest możliwość, że garstka się gdzieś uchowała.

– Co chcesz przez to powiedzieć?

Tolby zmierzył go zimnym spojrzeniem.

– Najwyższy czas, żebyśmy przestali się bawić w ciuciubabkę – wycedził. – Dobrze wiesz, o czym mówię. Docierają do nas pogłoski. Gdzieś w tej okolicy jest całe ich siedlisko. Kryją się tu jak szczury.

Szok. Milczenie. Narastający gniewny szmer, potem erupcja.

– Kłamstwo! – krzyknął grubas.

– Doprawdy?

– Nikt z nas nie ma nic wspólnego z rządem! – Drobny okularnik przyłączył się do protestu. – Tu żyją sami porządni ludzie.

– Lepiej pan uważaj – szepnął młodzieniec do Tolby’ego. – Tu nie lubią takich oskarżeń.

Tolby wyprostował się, wsparty na kiju. Penn stanął obok niego.

– Jeżeli ktoś z was cokolwiek wie, to lepiej niech powie od razu.

– Nikt nic nie wie – odparła z naciskiem blondynka. – Rozmawia pan z uczciwymi ludźmi.

– Tak jest – poparł ją Murzyn, kiwając głową. – Nikt tu nie robi nic złego.

– Uratowaliście nam życie – dodała czarnulka. – Gdybyście nie obalili rządów, wszyscy by wyginęli w wojnie nuklearnej. Czemu mielibyśmy coś przed wami ukrywać?

– No właśnie – burknął grubas. – Gdyby nie Liga, toby nas nie było. Myślisz, że zrobilibyśmy cokolwiek przeciwko wam?

– Chodźmy stąd. – Silvia pociągnęła ojca za rękaw i podniosła plecak.

Tolby mruknął coś zadziornie, ale też się schylił po swój. W sali panowała głucha cisza. Goście zamarli. Trójka z Ligi bez słowa zebrała rzeczy i ruszyła do wyjścia.

Zatrzymała ich brunetka.

– Do następnej osady jest bite trzydzieści mil – powiedziała.

– A droga zablokowana – dorzucił jej towarzysz. – Wiele lat temu, przez osuwisko.

– Może zostalibyście u nas na noc? – zaproponowała. – Miejsca mamy aż nadto. Odpoczniecie i z samego rana ruszycie dalej.

– Nie chcielibyśmy się narzucać – krygowała się Silvia.

Tolby i Penn spojrzeli na siebie, potem na dziewczynę.

– Skoro uważacie, że starczy miejsca…

Przerwało mu nadejście grubasa.

– Słuchaj pan, mam dziesięć żółtych – powiedział. – Chcę je dać na Ligę. W zeszłym roku sprzedałem farmę. Forsa mi niepotrzebna, mieszkam u brata i bratowej. – Próbował wcisnąć Tolby’emu czeki. – Proszę bardzo, bierz pan.

– Zatrzymaj je. Nie trzeba. – Tolby łagodnie, lecz stanowczo odsunął jego dłoń.

– No to ruszajmy – rzekł wysoki blondyn. Wyszli na ganek, prosto w słoneczny blask i gęsty jak melasa żar. – Mamy samochód za rogiem. Staroć na benzynę, ale ojciec tak go poprzerabiał, że chodzi na surową ropę.

– Trzeba było brać, jak dawał – mruknął Penn do Tolby’ego, gdy wsiadali do mocno sfatygowanego wozu.

Muchy krążyły wokół nich, ożywione i natrętne. W środku ledwo dawało się oddychać – pojazd był jak rozpalony piec. Silvia zaczęła się wachlować zwiniętym kawałkiem papieru. Brunetka rozpięła bluzkę.

 

– A po co nam pieniądze? – Tolby roześmiał się dobrodusznie. – W życiu za nic nie płaciłem. Ty też nie.

Silnik zaskoczył i wóz powoli ruszył naprzód. Blondyn skręcił w główną ulicę i przyspieszył, nie zważając na obruszone pokasływanie maszyny. Wkrótce mknęli już zaskakująco szybko.

– Sam widziałeś! – Silvia z trudem przekrzykiwała hałas. – Oddaliby nam wszystko, bo zawdzięczają nam życie. – Wskazała dłonią mijanych farmerów, zaprzęgi, przywiędłe uprawy, niszczejące zabudowania gospodarskie. – Bez Ligi tego wszystkiego by nie było. – Rozkwasiła na szybie muchę. – Są od nas zależni.

Brunetka odwróciła się do nich, balansując ciałem, gdy auto podskakiwało na wybojach. Na pół odkryte piersi kołysały się rytmicznie.

– Nazywam się Laura Davis – przedstawiła się. – Mamy z Pete’em starą farmę. Prezent ślubny od jego ojca.

– Odstąpimy wam cały parter – powiedział Pete.

– Musimy się obywać bez elektryczności, ale w salonie jest ogromny kominek. W nocy robi się zimno. Za dnia upał jak w piekle, a wystarczy, że zajdzie słońce, to można dreszczy dostać.

– Jakoś to będzie – mruknął Penn. Od wibracji było mu trochę niedobrze.

– Nie bójcie się. – Oczy brunetki rozbłysły. Karminowe usta drgnęły. Nachyliła się do niego ponad oparciem, dziwnie poruszona. – Dobrze się wami zajmiemy.

W tej chwili samochód wyleciał z drogi.

Silvia zdążyła tylko wrzasnąć. Tolby skulił się odruchowo, głowę wcisnął jak najniżej i nakrył ramionami, próbując się zwinąć w kłębek. Wokół nich pękła nagle kurtyna zieleni, odkrywając przerażającą pustkę. Wóz spadał. Uderzenie o twardy grunt przyszło bez ostrzeżenia, w ogłuszającym huku. Krótkotrwały, lecz tytaniczny kataklizm szarpnął Pennem i miotnął jego szczątki na wszystkie strony.

– Postawcie mnie – rozkazał Bors. – Tu, przy poręczy. Na chwilę, zanim tam wejdę.

Obsługa ostrożnie go posadowiła na betonowej powierzchni i zamocowała magnetyczne chwytaki. Po szerokich schodach płynęły strumienie ludzi, w górę i w dół, interesantów w masywnej budowli, w której Bors miał swoją siedzibę.

Widok ze szczytu tych schodów sprawiał mu przyjemność. Lubił tu przystanąć i popatrzeć na swój świat. Na cywilizację, którą zbudował przez te lata, kawałek po kawałku, skrupulatnie, z pietyzmem.

Nie był to wielki świat. Zajmował rozległą, płaską nieckę, zewsząd otoczony górami. Za nimi zaczynał się ten zwyczajny. Spieczone pola. Rozwalające się, dotknięte nędzą miasta. Niszczejące drogi. Resztki domostw, szczątki farm. Porzucone pojazdy i maszyny. Pełzający w tym wszystkim zakurzeni ludzie w ręcznie dzierganych, wystrzępionych ubraniach, szmatach właściwie.

Widział to wszystko. Wiedział, jak tam jest. Ale ta nędza i prymitywizm zatrzymywały się u stóp górskiego pierścienia okalającego jego dolinę. Tu, w tej enklawie, Bors zrekonstruował szczegółową replikę społeczności, która umarła przed dwoma wiekami. Świat jak za tamtych czasów. Z epoki rządów. Epoki unicestwionej przez Ligę Anarchistów.

Jego plany miał zapisane w swoich pięciu synapsolenoidach. Całą wiedzę, wszystkie niezbędne informacje. Odtworzył go i pielęgnował, odrodził społeczeństwo w miniaturze – i teraz wszystko to pulsowało, jaśniało, żyło wokół niego. Drogi, budowle, domy, cały dawny przemysł. Wszystkie elementy przeszłości poskładane na nowo jego własnymi metalowymi rękami i wytężoną pracą mózgu.

– Fowler!

Wezwany podbiegł natychmiast. Wyglądał kiepsko: skóra na twarzy spierzchnięta, oczy zaczerwienione i zapuchnięte.

– O co chodzi? Chcesz do środka?

Nad nimi przemknął z rykiem silników poranny patrol lotniczy. Sznurek czarnych kropek na błękicie. Bors patrzył za nimi z satysfakcją.

– Wspaniały widok – mruknął.

– Punktualnie jak zawsze – stwierdził Fowler, zerknąwszy na zegarek.

Po prawej widać było kolumnę ciężkich czołgów. Sunęły szosą przecinającą zielone, dobrze nawodnione pola. Za nimi maszerowała kolumna piechoty w maskach antybakteryjnych.

– Myślę właśnie – rzekł Bors – że nierozsądnie byłoby nadal ufać Greenowi.

– Skąd, u diabła, taki pomysł?

– Co dziesięć dni jestem wyłączany i poddawany przeglądowi. Żeby twoi ludzie mogli naprawić co trzeba. – Robot poruszył się niespokojnie. – Przez dwanaście godzin pozostaję kompletnie bezradny. Green się mną opiekuje. Pilnuje, żeby nic się nie stało. Ale…

– Ale co?

– Przyszło mi do głowy, że bezpieczniej byłoby wyznaczyć do tego pododdział wojska. Dla pojedynczego człowieka to zbyt duża pokusa.

– Jakoś tego nie widzę. – Fowler wykrzywił usta. – Co w takim razie ze mną? To ja odpowiadam za twoje przeglądy. Mógłbym poprzestawiać parę przewodów. Posłać ci przetężenie w cewki i zwyczajnie je przepalić.

Bors dziko zamachał rękami, lecz zaraz się uspokoił.

– To prawda. Mógłbyś to zrobić – przyznał. Po krótkim milczeniu spytał: – Tylko co byś na tym zyskał? Wiesz, że nikt oprócz mnie nie umiałby tego wszystkiego ogarnąć. Ja jeden wiem, jak utrzymywać zaplanowany porządek społeczny zamiast kompletnego chaosu! Gdyby nie ja, cały ten światek by się rozpadł i zostałyby ci tylko ruiny, chwasty i pył. Ci z zewnątrz rzuciliby się go przejąć.

– Naturalnie. Dlaczego więc niepokoi cię Green?

Pod gmachem przejechało kilka ciężarówek wyładowanych robotnikami w niebiesko-zielonych kombinezonach – brygada górników w drodze do pracy.

– Zabierzcie mnie do środka – polecił Bors.

Fowler przywołał McLeana. Razem dźwignęli robota i wmieszawszy się w tłum interesantów, ponieśli go korytarzem do biura. Ludzie rozstępowali się przed nimi z szacunkiem.

– W porządku, to wszystko – rzucił niecierpliwie. – Możecie odejść.

Dwaj przyboczni opuścili luksusowo urządzony gabinet. Bors pochylony nad biurkiem już sortował stertę dokumentów.

Gdy odeszli na kilkanaście metrów, Fowler pokręcił głową.

– Długo tak nie pociągnie – powiedział.

– Chodzi ci o układ motoryczny? A nie można by wzmocnić…

– Mówię o czymś innym. On się załamuje umysłowo. Nie może już podołać obciążeniu.

– A kto z nas może?

– Zarządzanie całością zaczyna go przerastać. Świadomość, że wszystko zależy od niego. Że gdy tylko się odwróci, jak sam powiedział, czy trochę sobie odpuści, świat zacznie się rozłazić w szwach. Utrzymywanie w ruchu własnego mikrokosmosu w odcięciu od zewnętrznej rzeczywistości to sakramencki wysiłek.

– Ale robi to nieprzerwanie już tyle lat. – McLean nie był przekonany.

– Prędzej czy później przyjdzie nam się zmierzyć z tą sytuacją. – Fowler z ponurą miną przesunął palcem po ostrzu dużego śrubokręta. – Bors się zużywa. Nadejdzie chwila, gdy ktoś będzie musiał zająć jego miejsce. Z każdym dniem jest gorzej. – Zdecydowanym ruchem wcisnął śrubokręt na miejsce w pasie monterskim, między lutownicą a kombinerkami. – Wystarczy jeden źle podłączony przewód…

– Co ty gadasz?

– No widzisz. – Fowler się roześmiał. – Udzielił mi się jego nastrój. Jedno felerne połączenie i puuuf! Tylko co dalej? Oto jest pytanie.

– Może by tak spróbować… znaczy my dwaj… wypisać się z tego wyścigu szczurów? – podsunął cicho McLean. – My i cała reszta. Żyć jak normalni ludzie.

– Wyścig szczurów – powtórzył Fowler. – Szczury w labiryncie. Wyuczone sztuczki. Czynności wymyślone przez kogoś innego.

– Kogoś z innej rasy – dodał McLean, patrząc koledze w oczy.

Tolby próbował się uwolnić. Cisza, przerywana tylko bliskim odgłosem kapania. Coś przygniatało go do podłoża. Leżał głową w dół. Ze wszystkich stron napierały na niego poskręcane ściany przewróconego na burtę wraku. Samochód spadł do przydrożnego jaru i zaklinował się między dwoma dużymi drzewami.

Ciała. Krew.

Pchnął barkiem z całych sił w górę. Ciężar ustąpił i Tolby mógł usiąść. Gruba gałąź skruszyła przednią szybę; młoda brunetka… jak jej było? Laura… nadziała się na nią. Konar przebił na wylot jej pierś i oparcie fotela. Ściskała go kurczowo martwymi dłońmi; głowa jej zwisła bezwładnie, z półotwartych ust sączyła się czerwona strużka. Kierowca też zginął. Rozdarta blacha obcięła mu obie dłonie. Leżał na kierownicy wśród szkła, szczątków deski rozdzielczej i krwawych falban jelit.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?