Kopia ojcaTekst

Z serii: s-f
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wisielec

O siedemnastej Ed Loyce umył się, nałożył płaszcz i kapelusz, gotów ruszyć przez miasto do swego sklepu z telewizorami. Był wyczerpany. Krzyż go bolał po harówce przy kopaniu w piwnicy i wywożeniu ziemi taczkami na podwórze, ale jak na czterdziestolatka spisał się całkiem nieźle. Za zaoszczędzone pieniądze Janet będzie mogła kupić sobie ten upragniony wazon; on zaś miał satysfakcję, że sam naprawia zmurszały fundament.

Zmierzchało już; zachodzące słońce rzucało długie cienie na spieszących ulicami zmęczonych i posępnych przechodniów: kobiety obładowane sprawunkami, studentów wyległych z uniwerku po zajęciach, biznesmenów, urzędników, sekretarki. Ed jechał powoli, spokojnie przystając na czerwonych światłach, na które się ciągle natykał. Sklep funkcjonował dziś bez niego; zdąży akurat, by wysłać pracowników na przerwę, przejrzeć dzienne rachunki, może nawet coś sprzedać. Minął lokalny skwer – kwadrat zieleni pośrodku niewielkiego placu – i wkrótce wjeżdżał już na swoją ulicę. Tym razem zaklął pod nosem: nie było gdzie zaparkować. Zawrócił, by poszukać w sąsiedztwie, i znów się znalazł na zielonym placyku z ławkami, fontanną i samotną latarnią pośrodku.

Na latarni coś wisiało. Bezkształtny, ciemny przedmiot kołyszący się lekko na wietrze. Jakby manekin. Loyce opuścił szybę i wyjrzał. Co to jest, u licha? Jakiś happening albo reklama? Czasami Izba Handlowa robi takie rzeczy.

Objechał skwer dookoła i zatrzymał się tak, by mieć lepszy widok na latarnię. Nie, to nie jest manekin ani reklama; a jeżeli to ma być instalacja artystyczna, to bardzo szczególnego rodzaju. Poczuł mrowienie w karku. Czoło i dłonie zwilgotniały od zimnego potu.

Na latarni, w samym środku miasta, wisiały ludzkie zwłoki.

– Sam popatrz! – rzucił Loyce. – No wyjdźże wreszcie i zobacz!

Don Fergusson powoli wynurzył się ze sklepu, z godnością dopinając prążkowaną marynarkę.

– Właśnie dobijam targu, szefie. Nie mogę tak nagle zostawić klienta.

– Widzisz? – Ed wskazał latarnię. Czarny słup rysował się ostro na tle ciemniejącego nieba. – Tam, u góry. Jak długo to już wisi, psiakrew? I co się w ogóle stało z ludźmi? Wszyscy sobie przechodzą jakby nigdy nic!

– Spokojnie, Ed. – Fergusson zapalił papierosa. – Na pewno jest jakieś dobre wytłumaczenie, inaczej by tego nie było.

– Wytłumaczenie?! Jak można wytłumaczyć wisielca na latarni?!

– A choćby tak, jak wtedy ten wrak buicka wystawiony przez wydział bezpieczeństwa ruchu. Taka akcja uświadamiająca. Skąd zresztą mam wiedzieć?

– Co się dzieje, panowie? – Dołączył do nich Jack Potter z obuwniczego.

– Na latarni wisi trup – odrzekł Loyce. – Zaraz zadzwonię po policję.

– Gliny na pewno już wiedzą – stwierdził Potter. – Skoro do tej pory go nie usunęli, to chyba mają ważny powód.

– Ja w każdym razie muszę wracać do roboty. – Don zgasił niedopałek na krawędzi kosza na śmieci. – Najpierw obowiązek, potem przyjemność.

Loyce był bliski histerii.

– Człowieku, czy ty to widzisz?! Martwy facet tam dynda na lampie!

– Jasne, Ed. Widziałem go już wcześniej, gdy szedłem na kawę.

– Chcesz powiedzieć, że on tak wisi całe popołudnie?

– No. W czym problem? – Potter zerknął na zegarek. – To ja lecę. Na razie, Ed.

Odwrócił się na pięcie i spokojnie wrócił do sklepu, lawirując między przechodniami. Ludzie mijali skwer i szli dalej; mało kto zwracał uwagę na latarnię z makabryczną ozdobą, a jeśli już ten czy ów podniósł głowę, nie zatrzymywał dłużej wzroku, jakby widok był najzupełniej normalny. Nikt nie przystanął. Nikogo to nie dziwiło.

– Chyba dostaję kręćka – mruknął Ed do siebie.

Wszedł między wolno przejeżdżające samochody. Nie przejmując się gniewnymi klaksonami, dotarł na skwer.

Mężczyzna był w średnim wieku. Ubranie – szary garnitur – miał ubłocone i podarte. Wyglądał obco; Loyce nigdy go przedtem nie widział. Zapewne przyjezdny. Z tego miejsca Ed widział tylko jego profil, mógł jednak stwierdzić, że nieboszczyk ma podrapaną i pokaleczoną skórę. Z ucha zwisały potłuczone okulary w drucianej oprawie. Oko wybałuszone, język spuchnięty i paskudnie siny.

– Boże jedyny! – wyrwało mu się.

Opanował odruch wymiotny i jak w transie wrócił na ulicę. Drżał cały z obrzydzenia i ze strachu.

Dlaczego tak? Kim on jest… znaczy był? Czemu tu wisi?

I jakim cudem nikt tego nie zauważa?

Pogrążony w kłębiących się myślach potrącił niskiego człowieka spieszącego w przeciwną stronę.

– Uważaj pan! – warknął tamten ze złością. – A, to ty, Ed.

– Cześć, Jenkins. – Loyce machinalnie skinął głową.

– Coś nie w porządku? – Jenkins, sprzedawca z papierniczego, chwycił go za łokieć. – Niezdrowo wyglądasz.

– Trup. Tam, na skwerze.

– Jasne, Ed. – Jenkins poprowadził go pod witrynę Loyce TV – Sprzedaż i Serwis. – Tylko się nie denerwuj.

Z sąsiedniego sklepu jubilerskiego wyjrzała Margaret Henderson.

– Coś się dzieje? – spytała ciekawie.

– Ed się źle poczuł.

– Jak możecie tu stać tak spokojnie? – Loyce wyrwał się troskliwemu znajomkowi. – Nic was to nie obeszło? Na litość…

– O czym on mówi? – Margaret zatrzepotała rzęsami.

– O trupie! – wrzasnął Ed. – O wisielcu na latarni!

Wokół nich powoli robiło się zbiegowisko.

– Czy on jest chory?

– To Ed Loyce.

– Co ci jest, Ed?

– Do diabła, czyście wszyscy oślepli? – Loyce zaczął się przepychać przez rosnący tłumek. Kilka rąk próbowało go zatrzymać, odtrącił je jednak. – Puśćcie mnie! Policja! Dzwońcie po gliniarzy!

– Ed…

– Lepiej wezwijmy karetkę.

– Co z nim? Zwariował czy co?

– Albo się urżnął.

Ed mozolnie przedzierał się przez ciżbę. Raz się potknął i omal nie upadł. Twarze zlewały mu się w oczach w mozaikę: miny zaciekawione, zatroskane, rozbawione, szydercze, niespokojne. Nie było chyba przechodnia, który by się nie zatrzymał zobaczyć, cóż to za zamieszanie. W końcu paroma energicznymi pchnięciami przebił się do drzwi. Przez szybę widział, jak Fergusson rozmawia z klientem, prezentując mu odbiornik marki Emerson; z tyłu, za ladą serwisu, siedział Pete Foley, zajęty strojeniem nowego aparatu Philco. Loyce krzyknął na cały głos, chcąc przyciągnąć ich uwagę, lecz wołanie utonęło w ogólnym gwarze.

– Zróbcie coś! – darł się. – Nie stójcie tak! Przecież to nienormalne! Dzieje się coś okropnego!

Tłum rozstąpił się z respektem, by zrobić przejście dwóm postawnym policjantom pewnym krokiem zmierzającym ku Edowi.

– Nazwisko? – mruknął jeden z nich, wyciągając notatnik.

– Loyce. – Ed osuszył chusteczką spocone czoło. – Edward C. Loyce. Słuchajcie, panowie, tam na skwerze…

– Adres zamieszkania?

Czarno-biały radiowóz sprawnie lawirował między pojazdami. Ed siedział oklapły na tylnej kanapie, wyczerpany i zdezorientowany.

– Hurst Road 1368.

– To tu, w Pikeville?

– Tak jest. – Loyce zebrał resztkę sił i wyprostował się sztywno. – Musicie mnie wysłuchać. Na placu wisi na latarni…

– Gdzie spędziliście dzisiejszy dzień? – przerwał mu kierowca.

– Jak to gdzie?

– No, w sklepie was nie było, prawda?

– Nie. Byłem w domu. Większość czasu w piwnicy.

– W piwnicy?

– Miałem tam robotę. Odkopywałem fundament, by zalać świeżym betonem. A w czym właściwie rzecz? Co to ma wspólnego z…

– Był tam ktoś z wami?

– Nie. Żona wyszła do miasta, dzieciaki do szkoły. – Loyce spoglądał to na jednego dryblasa w mundurze, to na drugiego. Na chwilę ogarnęła go dzika, rozpierająca nadzieja. – Czyżby właśnie o to chodziło? Siedząc tam, na dole, przeoczyłem… jakieś wytłumaczenie, które wszyscy inni znają?

Policjanci spojrzeli po sobie.

– Zgadza się. Ominęło was… wytłumaczenie – odrzekł po krótkim namyśle ten z notatnikiem.

– Czyli to sprawa oficjalna? Te zwłoki… mają tam wisieć?

– Tak właśnie. Żeby wszyscy je widzieli.

– Mój Boże… – Ed uśmiechnął się blado. – Chyba trochę za mocno zareagowałem. Myślałem, że może stało się coś złego, jakiś akt przemocy… Wiecie, panowie, jak Ku Klux Klan albo jakiś pucz komunistyczny czy faszystowski. – Raz jeszcze przetarł twarz. Ręce mu drżały z emocji. – Cieszę się, że wszystko w porządku.

– W porządku.

Radiowóz dojeżdżał do gmachu sądu. Słońce już zaszło, latarnie jednak jeszcze się nie zapaliły i ulice spowijał nieprzyjemny półmrok.

– Czuję się już lepiej – rzekł Loyce. – Przyznaję, dałem się ponieść nerwom. Ale skoro już wszystko jasne, to chyba nie ma powodu do zatrzymania mnie?

Policjanci milczeli.

– Bo rozumiecie, panowie, powinienem wracać do sklepu. Obsługa nie miała dziś żadnej przerwy na posiłek. Nic mi nie jest, nie sprawię już kłopotu. Czy naprawdę musicie…?

– To nie potrwa długo – rzucił kierowca. – Krótka formalność, najwyżej kilka minut.

– No, mam nadzieję – mruknął Ed. Samochód zwolnił i zatrzymał się na światłach. – Trochę zakłóciłem spokój, fakt. Sam się teraz dziwię, że tak mnie…

Szarpnął za klamkę, pchnął drzwi barkiem i szczupakiem rzucił się na jezdnię. Przetoczył się z rozpędu, zerwał na nogi i zaczął uciekać. Ledwo zdążył przed zmianą na zielone; chwilę potem auta ruszyły z obu stron. Dopadł chodnika i wmieszał się w tłum, nie przestając biec. Za sobą słyszał krzyki, tupot nóg, po chwili włączyła się też policyjna syrena.

 

To nie byli prawdziwi gliniarze. Nie wpadł na to od razu, ale przecież znał każdego policjanta w Pikeville. W małym miasteczku nie da się prowadzić interesu przez dwadzieścia pięć lat i nie poznać glin.

Fałszywi policjanci – i żadnego wytłumaczenia. Potter, Fergusson, Jenkins i inni – nikt z nich nie wiedział, skąd ten nieboszczyk, i absolutnie to ich nie obchodziło. To właśnie było najdziwniejsze.

Ed wśliznął się do sklepu z narzędziami. Ku zdumieniu sprzedawców przemknął przez halę na zaplecze i wybiegł tylnym wyjściem. W ciemności wpadł na blaszany śmietnik, narobił trochę hałasu, ale nie stracił równowagi. Kilkoma susami znalazł się przy parkanie, przesadził go i zeskoczył na bruk w ciemnym zaułku. Oparty plecami o ogrodzenie z trudem łapał oddech, nasłuchując odgłosów pościgu.

Wokoło panowała cisza. Udało mu się uciec.

U wylotu zaśmieconego zaułka jaśniała ulica. Lampy się właśnie budziły do nocnego życia, na chodnikach panował normalny wieczorny ruch. Mężczyźni, kobiety, oświetlone wystawy, samochody.

A po prawej komisariat policji.

Był zdecydowanie za blisko. Za rampą dostawczą supermarketu widniał róg białego budynku sądu, a obok ponura betonowa ściana, zakratowane okna, policyjna antena na dachu. Nie może tu zostać. Musi wiać, jak najdalej od nich.

Od nich? Czyli od kogo?

Ostrożnie podkradł się do skrzyżowania. Po drugiej stronie komisariatu żółciła się staromodna fasada ratusza z drewnianym zadaszeniem, mosiężnymi okuciami i szerokimi betonowymi schodami. Przed wejściem po obu stronach niczym dwaj wartownicy rosły wysokie cedry otoczone klombami. W żadnym oknie nie paliło się światło.

Wszystko wydawało się normalne. Uwagę Eda przykuło jednak coś dziwnego.

Nad ratuszem unosiła się plama ciemniejsza niż otaczające ją nocne niebo. Czarny odwrócony stożek o podstawie niknącej gdzieś w górze.

I ten nieznany, przerażający dźwięk, od którego chciało mu się zatkać uszy, zablokować zmysły, nie dopuścić go do siebie. Kojarzył mu się z odległym brzęczeniem gigantycznego roju pszczół.

Patrzył w górę jak zahipnotyzowany, struchlały ze zgrozy. Stożek czerni przypominał rzeczny wir, a przy tym wyglądał zatrważająco realnie, jakby można go było dotknąć. Co gorsza, nie był martwy.

Coś się w nim poruszało. Niewiadome istoty czy rzeczy spływały z góry, zatrzymywały się na moment nad budynkiem i bezszelestnie opadały na dach.

Zdał sobie sprawę, że widzi Obcych.

Długo obserwował to zatrważające widowisko, skulony za sfatygowanym płotem, ze stopami w brudnej kałuży.

Nie miał wątpliwości: to było lądowanie. Zlatywali się grupami, osiadali na ratuszu i znikali w nim. Mieli skrzydła niczym wielkie, dziwaczne owady. Nadlatywali, na chwilę zawisali w powietrzu i przysiadali, po czym krabim, poprzecznym chodem wślizgiwali się do środka.

Ed mimo nachodzących go mdłości odczuwał też niezdrową fascynację. Zimny wiatr przyprawiał go o dreszcze; był wstrząśnięty, bardzo zmęczony i oszołomiony. Na schodach ratusza widział wychodzących z niego ludzi; zatrzymywali się na krótko, zbierali w grupki i ruszali w miasto.

Też kosmici?

Nie wydawało się to prawdopodobne. Tamci zstępujący z nieba nie są ludźmi, lecz istotami z innego świata lub wymiaru, przenikającymi na Ziemię przez tę szczelinę w substancji wszechświata.

Jedna z grup przed ratuszem rozproszyła się. Kilka osób podeszło do czekającego samochodu; jeden z pozostałych zawrócił do środka, ale zmienił zdanie i poszedł za innymi.

Poszedł? Loyce zacisnął powieki. Nie wierzył własnym zmysłom. Złapał się kurczowo parkanu, by nie upaść. Ten człowiek… ten stwór w ludzkiej postaci… zatrzepotał, uniósł się nad podłoże i podfrunął do pozostałych.

Fałszywi ludzie. Owady zdolne przybierać człowieczą formę, tak jak niektóre ziemskie gatunki umieją zmieniać ubarwienie. Mimikra.

Ed zmusił się do wycofania. Zapadała już noc i w głębi zaułka panował zbawczy mrok. Tylko czy one aby nie widzą w ciemności? Może pora dnia nie robi im różnicy.

Ostrożnie wyszedł na ulicę. Przechodniów było już mniej, ale ruch jeszcze nie zamarł. Na przystankach czekało po kilka osób. Wkrótce nadjechał oświetlony autobus. Loyce wepchnął się między wsiadających i zajął miejsce przy tylnych drzwiach. Po chwili pojazd ruszył dalej.

Mógł się teraz nieco rozluźnić. Przyglądał się współpasażerom. Znużone twarze bez wyrazu, ludzie jadący po pracy do domów. Całkiem zwyczajni. Nikt nie zwracał na niego uwagi; wszyscy siedzieli w milczeniu, zapadnięci w fotele, kołyszący się w rytm podskoków autobusu.

Mężczyzna siedzący obok Loyce’a rozłożył gazetę i zaczął czytać artykuł w dziale sportowym, bezgłośnie poruszając wargami. Facet jak każdy inny; granatowy garnitur, pasiasty krawat. Zapewne biznesmen lub przedstawiciel handlowy. Wraca do żony i dzieci.

Naprzeciwko młoda, może dwudziestoletnia kobieta. Brunetka, czarne oczy, pakunek na kolanach. Pończochy, buty na obcasach. Biały moherowy sweterek pod czerwonym żakietem. Zapatrzona gdzieś przed siebie.

Licealista w dżinsach i czarnej wiatrówce.

Tęga kobieta o trzech podbródkach, z ogromną torbą zakupów, poszarzała ze zmęczenia.

Zwykli ludzie, jakich codziennie można spotkać w autobusie. Wracają do domów – z martwymi umysłami, w tępych maskach nałożonych im przez Obcych, którzy nimi zawładnęli. Z nim stałoby się to samo – tylko że akurat przesiedział ten dzień u siebie w piwnicy, zamiast jak zwykle w sklepie. Jakimś cudem go przeoczyli. Pominęli. Ich władza nie jest więc absolutna.

Może ostało się więcej takich nie podporządkowanych?

Loyce’owi znów zaświtała nadzieja. Obcy nie są więc wszechpotężni. Popełnili fuszerkę i nie mogą nim sterować. Prześliznął się przez oka ich sieci i wyszedł z piwnicy taki sam, jak do niej wchodził. Najwyraźniej ich strefa wpływów ma swoje ograniczenia.

Mężczyzna siedzący kilka rzędów dalej zaczął mu się przypatrywać i Ed ocknął się z zamyślenia. Szczupły brunet z cienkim wąsikiem, dobrze ubrany: brązowy garnitur i wyczyszczone do połysku buty. W drobnych dłoniach trzymał książkę. Gdy się zorientował, że został namierzony, szybko odwrócił wzrok.

Ed zdwoił czujność. Czyżby jeden z kosmitów? A może właśnie człowiek, który też się uchował?

Gość znów świdrował go spojrzeniem. Oczka miał wąskie, żywe i inteligentne. Za bystry, żeby się dać Obcym, czy sam jest owadem z kosmosu?

Autobus zatrzymał się na kolejnym przystanku. Starszy człowiek z trudem wspiął się na stopień i wrzucił żeton do puszki przy kierowcy, po czym przeszedł przez cały pojazd i zajął miejsce dwa rzędy przed Loyce’em.

Ed dostrzegł, że ci dwaj jakoś milcząco się porozumieli. Wymienili bardzo znaczące spojrzenia.

Autobus ruszył i nabierał szybkości. Ed podniósł się raptownie, stanął na stopniu i szarpnął dźwignię awaryjnego otwierania drzwi.

– Hej! – krzyknął zaskoczony szofer i nacisnął na hamulec. – Co pan wyprawiasz!

Ed przecisnął się między skrzydłami drzwi. Autobus zwalniał, lecz prędkość była jeszcze spora. Znajdowali się w dzielnicy wysokich apartamentowców ze schludnie utrzymanymi trawnikami. Bystrooki mężczyzna zerwał się z miejsca, starszy pan też był już na nogach. Szli żwawo w jego stronę.

Skoczył.

Lądowanie na chodniku było dynamiczne i twarde. Ed przetoczył się parę razy, mocno uderzając głową o betonową płytę. Ból przeszył mu czaszkę i ramię; trochę go zamroczyło, otrząsnął się jednak, pozbierał na czworaki, lecz znowu osunął na ziemię. Autobus tymczasem się zatrzymał i parę osób wysiadło.

Loyce gorączkowo szukał dłonią czegoś, co mogłoby posłużyć za broń. Palce zamknęły mu się na kamieniu leżącym w rynsztoku. Podniósł się, sycząc z bólu. Przed oczami zamajaczyła mu czyjaś sylwetka. Bystrooki z książką.

Kopnięcie w brzuch. Mężczyzna zwinął się wpół i jęknął. Teraz kamieniem go! Tamten krzyknął i usiłował przetoczyć się w bok. Ed ponownie wziął zamach, celując w głowę.

– Stój! Na Boga, słuch…!

Cios był mocny. Pękająca kość trzasnęła upiornie. Mężczyzna zamilkł jak ucięty; ostatnie słowo przeszło w krótkie, bulgoczące chrapnięcie. Loyce wyprostował się i cofnął o krok. Teraz już wszyscy pasażerowie byli na chodniku, otaczali go luźnym kręgiem. Rozepchnął najbliżej stojących i puścił się biegiem przed siebie.

Nikt go nie próbował ścigać. Ludzie stali jak wryci; ten i ów pochylił się nad bezwładnym ciałem bruneta od książki.

Czyżby tak strasznie się pomylił?

Było jednak za późno. Musi oddalić się jak najszybciej. Od Obcych. Wyjechać z Pikeville, byle dalej od czarnego stożka, granicy między ich światem a ziemskim.

– Ed! – Janet Loyce odsunęła się nerwowo. – Co się stało? Jak ty wyglądasz!

Ed zatrzasnął za sobą drzwi i wpadł do salonu.

– Zaciągnij zasłony! – polecił. – Szybko!

Janet posłusznie podeszła do okna.

– Ale…

– Rób, co mówię. Jest ktoś w domu oprócz ciebie?

– Nie ma nikogo, tylko bliźniaki. Na górze, w swoim pokoju. Co się dzieje, Ed? Tak dziwnie się zachowujesz. Dlaczego już wróciłeś?

Ed cofnął się do drzwi i przekręcił zamek. Szybko obszedł pomieszczenia na parterze; w kuchni wyciągnął z szuflady duży nóż do mięsa i przeciągnął palcem po klindze. Ostra jak trzeba. Bardzo dobrze. Wrócił do żony, która śledziła jego ruchy zmartwiała z przestrachu.

– Posłuchaj mnie, Janet – powiedział. – Mam mało czasu. Wiedzą, że uciekłem, i będą mnie szukać.

– Jak to uciekłeś? – Twarz kobiety wykrzywiła się z przerażenia. – Komu?

– Miasto zostało zajęte. Oni panują nad wszystkim. Wszystko zrozumiałem. Zaczęli od góry, od ratusza i policji. Co zrobili z prawdziwymi ludźmi, tego…

– Co ty pleciesz, na Boga, Ed?!

– To najazd, kochanie. Atak kosmitów, z jakiegoś innego świata. Owady. Mimikra. Moc wnikania w ludzki umysł. Twój też.

– Mój umysł?

– W Pikeville zrobili sobie wejście. Przejęli wszystko. Całe miasto… z wyjątkiem mnie. Mamy do czynienia z wyjątkowo potężnym nieprzyjacielem, ale wszechmocni jednak nie są. W tym cała nadzieja! Nie wszystko mogą, rozumiesz? Popełniają błędy!

– Nic nie rozumiem, Ed. Ty chyba… postradałeś zmysły!

– Nie, po prostu dopisało mi szczęście. Gdybym nie pracował w piwnicy, byłbym teraz taki jak wy wszyscy. – Loyce odchylił brzeg zasłony i wyjrzał przez okno. – Ale nie ma czasu na takie pogaduszki. Bierz płaszcz.

– Po co mi płaszcz?

– Uciekamy stąd. Z Pikeville. Musimy sprowadzić pomoc, walczyć z tymi stworami. Możemy się obronić, oni nie są niepokonani. Trudno będzie, ale może się udać, jeśli się pospieszymy. Rusz się, kobieto! – Chwycił ją za ramiona i potrząsnął. – Zawołaj dzieci i się ubieraj! Niczego nie pakujemy, każda chwila jest droga.

Janet, blada jak kreda, wyjęła płaszcz z garderoby.

– Dokąd jedziemy? – szepnęła.

Ed wyciągnął szufladę z biurka i wysypał zawartość na podłogę. Ze sterty rzeczy wygrzebał mapę samochodową stanu i rozpostarł na dywanie.

– Autostradę oczywiście zablokują – mruknął. – Jest jednak boczna droga do Oak Grove. Raz tam zabłądziłem, jest praktycznie bezludna. Może nie wezmą jej pod uwagę.

– Mówisz o starej Ranch Road? Boże, przecież ona jest od dawna nieczynna! Nie powinno się tamtędy jeździć.

– Wiem. – Ed złożył mapę i wsunął do kieszeni. – I dlatego to nasza największa szansa. Zgarnij bliźniaki i ruszajmy. Wóz zatankowany?

– Chevrolet? – Oszołomiona Janet ruszyła ku schodom. – Wlałam do pełna wczoraj po południu. Ed, ja nadal nic…

– Wołaj dzieci!

Loyce odryglował zamek i wyjrzał na ganek. Żadnego ruchu. Na razie idzie dobrze, pomyślał.

– Tommy, Jim! – krzyknęła drżącym głosem Janet. – Zejdźcie na dół! Musimy… gdzieś jechać.

– Teraz? – spłynął z góry nadąsany chłopięcy głos.

– Pospieszcie się! – warknął Ed. – Natychmiast na dół, obydwaj!

Tommy wychylił się zza balustrady u szczytu schodów.

– Zaczęliśmy dziś ułamki. Pani Parker zapowiedziała, że jak nie odrobię na jutro lekcji…

– Zapomnij o ułamkach. – Gdy tylko syn zszedł na dół, Ed chwycił go za rękę i popchnął w stronę drzwi. – Gdzie Jim?

– Idzie już, idzie.

Na schodach pojawił się drugi z bliźniaków.

– Co jest grane, tato?

– Jedziemy na wycieczkę.

– Wycieczkę? Dokąd?

Ed odwrócił się do żony.

– Zostawimy światła zapalone. I telewizor. Idź, włącz go. Niech myślą, że nadal tu jesteśmy.

 

Nagle usłyszał znajome brzęczenie. Odruchowo odskoczył i padł na podłogę, nadstawiając nóż.

Omal nie zwymiotował. Stwór frunął prosto na niego; skrzydła migotały roztrzepotaną mgiełką. Wciąż nieco przypominał Jimmy’ego. Był mały, najwyraźniej niedojrzały. Miał zimne, gałkowate, siatkowe oczy. Dolatując do niego, wykonał dziwny półobrót dolną częścią ciała, jeszcze w kolorze indygo, choć dżinsy już się na niej rozmywały. Co on robi?

Żądło.

Loyce zamachnął się nożem. Owad odskoczył i zawisł w powietrzu, brzęcząc jak opętany. Ed przeturlał się pod ścianę i zerwał na nogi. Janet i Tommy stali nieruchomo jak posągi, beznamiętnie obserwując rozgrywającą się scenę.

Doskoczył do owada i zadał pchnięcie. Tym razem nóż dosięgnął celu. Stwór pisnął, niezdarnie zafurkotał skrzydłami, odbił się od ściany i spadł.

Coś wezbrało w jaźni Eda. Ogarnął go nagły paraliż. Ściana mocy, fala energii. Umysł kosmity wdzierał się weń, przenikał, szokująco bliski, nieodparty – i nagle osłabł, wycofał się i zniknął. Owad nie żył.

Loyce odwrócił go czubkiem buta. Przypominało to wysmukłą muchę w żółtej koszulce i rozlanych dżinsach. Jego syn Jimmy… Odepchnął od siebie tę myśl. Za późno, by sobie tym zaprzątać głowę. Z dziką miną podniósł nóż i ruszył do wyjścia. Janet i Tom nawet nie drgnęli.

Samochód stał przed posesją przy krawężniku, ale Ed wiedział, że może nie zdążyć do niego dobiec. Tamci pewnie już na niego czyhają. Czeka go zatem dziesięć mil na piechotę. Dziesięć długich mil na przełaj przez trudny teren, otwarte pola, jary i porośnięte gęstym lasem wzgórza. Musi iść sam.

Wyszedł na ganek. Obejrzał się jeszcze na żonę i syna, po czym zatrzasnął drzwi i zbiegł na ścieżkę. Chwilę później szedł już szybkim krokiem przez mrok ku rogatkom.

Poranne słońce oślepiało. Loyce przystanął, żeby złapać oddech. Chwiał się na nogach. Pot zalewał mu oczy. Buty miał oblepione grubą warstwą błota; ubranie podarło się na kolczastych gałęziach krzaków, przez które musiał się przedzierać na oślep, często na czworakach. Dziesięć mil zadrapań, otarć, skaleczeń.

Ale u stóp wzgórza, na którym stał, rozpościerał się cel tej drogi przez mękę – miasteczko Oak Grove.

Odetchnął głęboko i zaczął schodzić zboczem. Dwakroć upadał, podnosił się i brnął dalej. W uszach mu szumiało, świat kołysał się w oczach – ale dopiął swego. Uciekł z Pikeville i cały dotarł do mety.

Pracujący na polu farmer gapił się na niego osłupiały. Z okna pierwszego domu patrzyła zdziwiona młoda kobieta. Doszedłszy na przedmieście, Ed się rozejrzał. W perspektywie ulicy widniała stacja benzynowa i bar drive-in. Na parkingu stało parę ciężarówek. W ogrodach pogdakiwały kury; uwiązany do budy pies szczeknął od niechcenia na jego widok.

Pompiarz w czystym białym kombinezonie przyglądał mu się podejrzliwie.

– Bogu dzięki! – wyszeptał Ed, oparłszy się o ścianę przy witrynie. – Już myślałem, że nie dam rady. Ścigali mnie prawie całą drogę, słyszałem brzęczenie. Latali wokół mnie, ale na szczęście nie dopadli.

– Co się stało? – spytał pompiarz. – Miałeś pan wypadek? Napadli pana?

– Mają całe miasto. Ratusz, komisariat, wszystko. Powiesili człowieka na latarni. To było pierwsze, co rzuciło mi się w oczy. Zablokowali wszystkie drogi. Widziałem, jak fruwają nad samochodami. Dopiero koło czwartej rano udało mi się ich zgubić. Zorientowałem się od razu, czułem, że odlatują. A potem wzeszło słońce.

Pracownik stacji nerwowo oblizał wargi.

– Masz pan coś z głową. Lepiej idź pan do lekarza.

– Musi mnie pan podrzucić do centrum – poprosił Ed. – Trzeba zacząć jak najszybciej. Oczyścić z nich miasto. Nie ma chwili do stracenia.

Magnetofon cały czas był włączony. Loyce mówił i mówił. Gdy skończył, komisarz wcisnął klawisz wyłącznika i wstał zza biurka. Podszedł do okna i zapatrzył się na miasteczko. Chwilę stał w zadumie, z marsem na wydatnym czole, w końcu wyjął papierosa.

– Nie wierzycie mi.

– Zapali pan? – Komisarz podsunął mu otwartą paczkę. Ed odtrącił ją z nagłym gniewem. – Jak pan woli. Ale myli się pan. Uwierzyłem.

– Chwała Bogu. – Ed osunął się na krześle.

– A więc udało się panu uciec. Był pan u siebie w piwnicy zamiast w pracy. Losowy przypadek. Jeden na milion.

– Mam pewną teorię – mruknął Loyce i upił łyk lurowatej kawy, którą mu podali.

– Na jaki temat?

– O nich. Kim są. Opanowują kraj rejon po rejonie. Zaczynają od szczytu lokalnej władzy i stopniowo zajmują wszystko, a kiedy już mają całość pod kontrolą, zaczynają od nowa w następnym mieście. Powoli, ale nieustępliwie. Myślę, że to trwa już od dawna.

– To znaczy?

– Od tysięcy lat. Nie sądzę, żeby to było coś nowego.

– Skąd takie przypuszczenie?

– W dzieciństwie… W szkółce niedzielnej pokazywali nam taki jeden stary obraz, reprodukcję właściwie. Wrodzy bogowie pokonani przez Jahwe. Moloch, Belzebub, Moab, Baal, Astaroth…

– No i…?

– Każdy był przedstawiony pod inną postacią. – Ed spojrzał komisarzowi w oczy. – Belzebuba artysta namalował jako wielką muchę.

– Odwieczna walka – mruknął policjant.

– Zostali pobici. Cała Biblia to świadectwo ich klęsk. Odnoszą czasem sukcesy, ale ostatecznie przegrywają.

– Dlaczego?

– Bo nie mogą dostać nas wszystkich. Mnie nie dorwali, tak jak nie udało im się to z Izraelitami. Hebrajczycy ponieśli tę wieść na cały świat. Trzeba sobie tylko zdawać sprawę z zagrożenia. Ci dwaj w autobusie chyba też to rozumieli. Myślę, że ich także pominięto, jak mnie. – Ed zacisnął na chwilę powieki. – Zabiłem jednego. Popełniłem błąd, ale bałem się ryzykować.

– Taak… – Komisarz pokiwał głową. – Tamci dwaj się wymknęli, panu też się udało… gra przypadku… ale reszta ludności jest pod pełną kontrolą. – Odwrócił się od okna i wydmuchnął kłąb dymu. – No dobrze, panie Loyce. Wygląda na to, że wszystko pan sobie poukładał.

– Nie wszystko. A ten trup na latarni? Tego nie rozumiem. Dlaczego? Po co go tam powiesili? Jaki mogli mieć w tym cel?

– O, to chyba oczywiste? – Policjant się uśmiechnął. – Przynęta.

Ed zesztywniał. Serce mu w piersi zamarło.

– Przynęta? Co pan ma na myśli?

– Żeby wywabić takich jak pan. Zmusić do ujawnienia się. Dzięki temu wiedzą, kogo mają w garści, a kto im uciekł.

– W takim razie oni przewidywali porażkę! – Ed wzdrygnął się ze zgrozy. – Spodziewali się, że… – Urwał, oszołomiony implikacjami. – Zastawili pułapkę.

– A pan się w nią złapał. Zareagował pan. Dał się rozpoznać. – Komisarz raptownie skierował się do drzwi. – Idziemy, Loyce. Jest wiele do zrobienia, musimy od razu zacząć. Szkoda każdej sekundy.

Ed posłusznie podniósł się zza stołu.

– A ten człowiek? Kim on był? – spytał, oszołomiony wyjaśnieniem. – Nigdy go wcześniej nie widziałem. To chyba nikt z miejscowych. Obcy facet. Obdarty, zabłocony, pokaleczony…

Komisarz miał dziwną minę. Oczy mu lśniły.

– Może wkrótce sam pan zrozumie – rzekł cicho. – Proszę za mną, panie Loyce.

Przytrzymał przed nim drzwi. W prostokącie framugi Ed ujrzał plac przed komisariatem, grupkę policjantów, jakąś platformę. Słup telefoniczny… i stryczek!

– Prosto przed siebie – rzucił komisarz, uśmiechając się zimno.

Po zachodzie słońca Clarence Mason, prezes oddziału banku handlowego w Oak Grove, wynurzył się ze skarbca i uważnie nastawił zamek czasowy. Włożył płaszcz i kapelusz i wyszedł na ulicę, między spieszących do domów przechodniów.

– Dobranoc, sir – pożegnał go nocny stróż.

– Dobranoc.

Mason ruszył w stronę zaparkowanego na sąsiedniej ulicy samochodu. Był zmęczony. Cały dzień pracował w podziemiu, sprawdzając skrytki depozytowe. Zapotrzebowanie na nie rosło i trzeba było zobaczyć, czy da się dobudować jeszcze jeden rząd. Z radością przyjął fajrant.

Na rogu zatrzymał się na moment. Uliczne latarnie jeszcze się nie zapaliły, choć już nastała szarówka i wszystko wyglądało trochę nierealnie. Rozejrzał się – i znieruchomiał.

Ze słupa telefonicznego przed komisariatem policji coś zwisało, lekko kołysane wiatrem.

Co to jest, u licha?

Ostrożnie podszedł bliżej. Spieszno mu było do domu, był wygłodniały i chciał odpocząć. Pomyślał o czekającej z kolacją żonie, o dzieciach. Ten ciemny przedmiot przyciągał jednak jego uwagę. Było w nim coś złowieszczego, okropnego.

Oświetlenie pozostawiało wiele do życzenia; nie mógł rozróżnić kształtu. Ciągnęło go tam jednak nieodparcie. Musi się temu lepiej przyjrzeć. Czuł się nieswojo. Zaczynała go przepełniać niejasna obawa pomieszana z zafascynowaniem.